Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

10 marca 2016

LETNIE DNI

A myśmy chodzili tam, Rob, za te tory, gdzie krzaczaste łąki roiły się od motyli, od pszczół, tam po zachodniej stronie nasypu rosły wczesne czereśnie, dzikie były, ale ich owoce miały soczysty miąższ i walczyliśmy ze szpakami, podsadzałeś mnie, bo byłeś wyższy a ja znacznie lżejszy od ciebie, może sprawniejszy, wdrapywałem się wysoko, nachylałem gałęzie, a stado szpaków zawładnęło czwartym drzewem w rzędzie, to ostrożne ptaki, towarzyszyły nam, lecz obserwowały nas zawsze z oddali, to czwarte drzewo pozbawione już było owoców i tymi resztkami słodkiego nektaru karmiły się osy, innym razem przylatywały pszczoły, pamiętasz, pewnego razu się wyroiły, szara, wrzeszcząca kula z ogonem, z warkoczem jak u komety, ale to było na początku sierpnia i żar lał się z błękitnego nieba strumieniami, a czereśni już nie było, tylko te grusze, które rwaliśmy garściami, robiło się z nich marmoladę, były słodkie, lubiłem te nieco przypalone, miały miodowy smak, potrafiłem na raz zjeść pół słoika, ciebie też bolał po nich brzuch, siadaliśmy na werandzie, jedliśmy zeszklone, dobrze osłodzone gruszki, a wokół nas krążyły osy, nie powiem gdzie cię jedna ugryzła, do dzisiaj nie wiem, czy osa żądli tak samo jak pszczoła, bo pszczoła umiera, wiesz, jak użądli to umiera, z osami jest chyba inaczej, czytałem gdzieś o tym, ale nie pamiętam, czytaliśmy takie małe książeczki, wojenne i przygodowe, bo przecież nie można było tylko jeść, potem zachodziliśmy do swoich domów i dziwiono się nam, że nie zjadamy obiadu, ale przecież byliśmy już nasyceni i tak mijało lato, każdy dzień był taki sam i jednocześnie niepodobny do drugiego, nie wydaje ci się, że zawsze mieliśmy ładną pogodę, co to znaczy ładną, widziałeś jak rozgrzane powietrze drży, jak wzbija się ponad wilgotne jeszcze garnitury traw, czasami też wznosił się kurz, ale miało to miejsce bliżej południa, innym razem po porannym lub wieczornym deszczu czuło się ten czarowny zapach wczesnego lata, wilgoć, która wyparowuje i gdzieś tam wysoko ta niewidoczna para łączy się z chmurami tuż przed zenitem słońca, czy zastanawiałeś się, dlaczego podczas upalnego lata, zawsze przed południem pojawiają się na niebie śnieżnobiałe obłoki i pozostają na nim, no powiedzmy do czwartej popołudniu, aby wraz z pochylającym się nisko ku wieczorowi późnemu popołudniu zniknąć gdzieś w nieokreślonej dali wszechświata, czysta, powleczona coraz to głębszą farbą błękitu przestrzeń nad naszymi głowami zwiastowała schyłek kolejnego dnia, ale zanim słoneczny okrąg przybrał rozpaloną, zrudziałą postać miedzianego pieniążka, braliśmy z sobą koce i ręczniki i wyruszali nad staw, oddając się pod przyjazne dla nas skrzydła fal, któreśmy sami wzniecali silnymi ramionami, płynąc w poprzek i wzdłuż kwadratowego akwenu, nie męcząc się, lecz delektując kąpielą, a nasze ciała pozbywały się gorączki upału i w końcu wydostawaliśmy się na ląd, strzepywaliśmy krople wody z włosów, ocieraliśmy twarze ręcznikiem i kładliśmy się na kocach, pozwalając wiatrowi osuszać nasze ciała przylegające brzuchem, torsem lub plecami do ciepłej i miękkiej płaszczyzny naszego posłania, milczeliśmy długo, a może też zasypiali, być może też zatroszczył się o nas sen, a krąg słoneczny schylał się coraz niżej, niżej, ognisko gasło, a kiedyśmy wstali, niemal na komendę, wspólnie, patrzyliśmy jak po ścieżce otaczającej staw, ten najgłębszy ze stawów, szły dziewczęta, które przechodziły tamtędy pewnie po to, aby popatrzeć się, co wyczyniają w wodzie pływający w niej chłopcy, a każdy z nich, także i my, bo zdarzało się, że wskakiwaliśmy jeszcze raz do wody, także i my mieliśmy ochotę popisać się przed dziewczętami naszymi umiejętnościami, a one nie patrzyły na nas z podziwem, lecz ledwie zerkały w naszym kierunku, zerkały nieśmiało, zresztą, kto to wie, Rob, jak one na nas patrzyły, dopiero później, na pewno nie tego lata a następnego, kiedy dorośliśmy do tego, aby nie przechwalać się swoimi pływackimi umiejętnościami, wtedy spacerowaliśmy razem z dziewczętami, a one wciąż były nieśmiałe, kto to zresztą wie, czy były nieśmiałe, może kokietowały nas tą nieśmiałością, one wtedy częściej patrzyły na nas, my oczywiście patrzyliśmy na nie, bo te dziewczyny warte były tego, aby na nie patrzeć, na razie tylko patrzeć i nic więcej, i wracaliśmy, do gier, do piłki, do tenisa, do domu, do ogródka, a dzień tlił się jeszcze niewinnie, w końcu zasypiał, ale przecież nie każdy wakacyjny dzień tak wyglądał, bo mieliśmy też swoje obowiązki, Rob, mnie się zdarzało często gotować obiad, twoja matka nie pracowała, więc sama przygotowywała posiłki, ja musiałem przede wszystkim pilnować ognia i wiedzieć, o której godzinie wstawić zupę a o której ziemniaki, czasami zapominałem i trzeba było czekać na obiad, ale w takie dni popołudnie należało dla nas i znów coś ciągnęło na łąki, braliśmy z sobą książki, herbatę w butelkach, kanapki, bo czuliśmy już przesyt gruszek i papierówek, tam za torami rosły też papierówki, też były dzikie, miały soczysty ale kwaśny miąższ, rzadko je jedliśmy, raczej zrywaliśmy je na kompot i później braliśmy go z sobą wlany do butelek zamiast herbaty, kompot był słodki, dobrze osłodzony, więc zlatywały do niego osy, pamiętasz, gdzie jedna z os mnie ugryzła, odczułem boleśnie to ukąszenie, a swoją drogą wcale nie jestem pewien, czy osy po ukąszeniu pozostawiają w ciele żądło, może one nie żądlą, albo żądlą inaczej niż pszczoły, bo pszczoły żądlą może mniej boleśnie, ale umierają, tak, one umierają i nie należy mówić, że pszczoła zdycha, a kiedyśmy już porozmawiali z sobą i przeczytaliśmy kilkanaście kartek naszych książek wojennych i przygodowych, wracaliśmy do domu na podwieczorek, ja jadłem naleśniki, Rob, ja strasznie lubię naleśniki, nawet te nie posypane cukrem, nie powleczone dżemem czy marmoladą, zjedliśmy więc to, co przygotowano nam na podwieczorek i okazywało się, że jeszcze przed nami sporo dnia, widzieliśmy to po słońcu i znów braliśmy koce, ręczniki i szliśmy nad staw, tym razem później niż poprzedniego dnia, bo wtedy można było spotkać dziewczęta, one przechadzały się po ścieżce wokół stawu z dziwną regularnością i podejrzewam, że spacerowały sobie, aby zobaczyć, jak chłopcy popisują się pływając w tym najgłębszym ze stawów, zapewne szeptały coś, uśmiechały się do siebie, powiedziałbym znacząco się uśmiechały, może nawet żartowały sobie, z kogo, pewnie, że z nas, i ja któregoś dnia, pamiętasz to Rob, postanowiłem sobie pożartować z tych dziewcząt, na które bardzo przyjemnie się patrzyło, ty to pamiętasz, bo wtedy umówiliśmy się, że coś zrobimy i twoje zadanie było niemal tak samo odpowiedzialne jak moje, ja nabrałem powietrza do płuc, oho, ile ja go nabrałem, a dziewczyny przechadzały się wydeptaną ścieżką wokół stawu i zerkały na nas, patrzyły na nas nieśmiałym wzrokiem, zresztą, kto to wie, może tylko chciały, aby wyglądało na to, że patrzą nieśmiało, może jedynie kokietowały nas, szepcząc sobie do ucha, a o czym szeptały, ty ani ty ani ja nie mogliśmy wiedzieć, i kiedy tak na nas zerkały a ja nabrałem do płuc powietrza, zanurzyłem się, zanurkowałem głęboko, myśląc przez cały czas, że muszę wytrzymać jak najdłużej, wtedy to nie było dla mnie takie trudne, tym bardziej, że uparłem się i liczyłem na ciebie, że w pewnej chwili zareagujesz w taki sposób, w jaki się umówiliśmy, i Rob, ty to zrobiłeś, podniosłeś wrzask, że nie wypłynąłem, że pewnie ugrzęzłem w mule na samym głębokim dnie stawu i że już nigdy nie wypłynę i wezwałeś pomocy, co to znaczy wezwałeś pomocy, krzyczałeś ratunku, on się utopił, tak właśnie, nie wrzeszczałeś, że się topię, ale że już utonąłem, a dziewczęta przerwały spacer, ja tego nie widziałem, bo wciąż tkwiłem całym ciałem pod wodą, dowiedziałem się od ciebie o tym, że dziewczęta nagle przystanęły, podbiegły do ostrej i wysokiej krawędzi stawu i zaczęły wrzeszczeć znacznie głośniej niż ty, a w ich oczach dostrzegłeś przerażenie, one drżały, a jedna z nich, może najrozsądniejsza, pobiegła w stronę wędkarza łowiącego ryby w sąsiednim stawie i wołała pomocy, ale on już wcześniej zorientował się, że potrzebna jest pomoc, a wtedy ja wypłynąłem, wypłynąłem blisko brzegu i udawałem zdziwienie z tego hałasu, wiesz Rob, to bardzo dobrze, że wtedy nie roześmialiśmy się z tego kawału uczynionego dziewczętom, bo by było już po nas, one pewnie do dzisiejszego dnia myślą, że przeżyły prawdziwą przygodę, że to nie był żart, przypominasz sobie, że kiedy wyszliśmy na brzeg i skierowali się do leżących na trawie koców, dziewczęta podeszły do nas i zapytały jak się czuję, a ja wtedy powiedziałem, że nic mi nie jest i tylko chciałem podnieś z dna butelkę, którą ktoś tam kiedyś bezmyślnie rzucił, ale nie zdołałem tego zrobić, bo woda w tym miejscu była bardzo zmącona i w końcu jej nie znalazłem, one mówiły, że miałem głupi pomysł ale najważniejsze, że nic mi się nie stało, i poszły sobie, aby okrążyć staw, a my uśmiechając się do siebie otrzepaliśmy włosy z kropel wody, wytarliśmy twarze ręcznikiem i położyli się na kocu na plecach, spoglądając za odchodzącymi dziewczętami, i wróciliśmy do gier, do piłki, do tenisa, do domu, do ogródka, a dzień tlił się jeszcze niewinnie i w końcu zasnął.

[07-08.03.2016, Mitry-Mory we Francji]

4 komentarze:

  1. Wspomnienia z lat młodości zawsze są pełne życia, soczystości kolorów i niezapomnianych smaków. Nawet te cierpkie dzikie jabłonie, wiśnie, gruszki rosnące na miedzach wspaniale komponują się ze słodkimi dżemami. A kto nie lubi naleśników z serem wymieszanym z koglem moglem? Przepraszam, ale się rozmarzyłam, bowiem zostały przywołane wspomnienia, a wiadomo, że lata młodości, dzieciństwa nieomal święte są. A przy okazji ile rozmaitych pomysłów - nie zawsze rozsądnych - przypomina się, ile wygłupów, bo przecież młodość ma swoje prawa.
    Wspaniały wpis, czytało się miło. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakkolwiek tekst jest fikcją, to zawiera elementy biograficzne. Starałem się zachować klimat tamtych lat. Rzecz ciekawa, że naleśników z koglem-moglem nie jadłem. Koniecznie po powrocie spróbuję... :-)

      Usuń
  2. Niespotykana umiejętność wizualizacji, w każdej Twojej opowieści wyczuwam emocje tak silne, jakbym była świadkiem zdarzeń toczących sie przed moimi oczami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, Jotko, ja własciwie to pisze dla siebie, ale skoro ty wyczułaś w tej opowieści jakiś bliski Twoim emocjom klimat, to znaczy, że nie jestem sam... miło...

      Usuń