Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

06 marca 2016

SZARADA [szkic]

- Pani Grubach…, nie, nie to za daleko idące zapożyczenie, wobec tego, pani Kronbach, już lepiej, miałem sen, który wykorzystam, pani wie do czego. Ona przyszła do mnie. Umówiliśmy się na randkę, pierwszą naszą randkę - jego głos był ożywiony, ani śladu snu, ani szczątków przemęczenia brunatnym, dżdżystym dniem, który oddał go w opiekę nocy.
- A pan to jeszcze śni, czy wypowiada się poważnie? - zapytała dźwięcznym głosem zapracowanej kobiety. - Nie jestem, ani jedną ani drugą. Skąd panu biorą się pomysły na nazywanie mnie w ten sposób?
Nie odpowiedział. Stał przed zamkniętym i zasłoniętym kotarami oknem, przeciągnął się, unosząc ramiona wysoko w górę a potem mocno do tyłu, za siebie. Następnie wykonał kilka przysiadów z rękoma wyciągniętymi przed siebie, lecz była to namiastka gimnastyki.
- Niech pan przejdzie do łazienki a mnie da zrobić porządek z pościelą - rozkazała. - Wyrzucę ją na balkon i otworzę szeroko okno. Jak można przebywać w tak dusznym pomieszczeniu, w dodatku spać w nim przez całą noc? Nic dziwnego, że śnią się panu koszmary.
- Nic podobnego, pani Kronbach. Kiedy śni mi się Ona, nie ma mowy o koszmarach.
Nazwana panią Kronbach wzruszyła ramionami, podeszła do okna i zsunęła symetrycznie, na lewą i na prawą stronę okna zasłony, wpuszczając żonkilowy strumień porannego słońca. On tymczasem przeszedł do łazienki, której jak zwykle nie zamknął, puścił prysznic i jeszcze spod tego prysznicu kilkukrotnie powtórzył „pani Kronbach” wraz z następującymi potem nieociosanymi fragmentami zdań. Wyglądało to tak, jakby uczył się na pamięć nazwiska, jakim obdarzył swoją gosposię. Ta oczywiście miała mu za złe, że nie zamyka łazienki podczas kąpieli. Tyle razy mu powtarzała, że nie godzi się tego robić, choćby mając na względzie jej obecność w domu. Wprawdzie pani Kronbach (cóż, pozostaje zgodzić się na ten szczególny kaprys odnośnie nazwiska, jakim ją obdarzono) nie miała zainteresowania ciałem mężczyzny nie tak młodego, powiedzmy w sile wieku i na swój sposób przystojnego, jednakowoż świadomość tego, że mogłaby przypadkiem dostąpić wątpliwego zaszczytu stanięcia twarzą w twarz ze swoim chlebodawcą, w sytuacji gdy ten oddaje się błogiej czynności kąpieli, bądź też jest tuż po niej, wydawał się jej nie do zniesienia. 
Aby zagłuszyć odgłos cieknącej wody i niewyraźnie artykułowanych zdań kierowanych do niej włączyła odkurzacz i przeciągnęła nim po dywanie i parkiecie. Później starła kurz ze stolika, biurka i półek z książkami. Trwało to akurat tyle czasu, ile Karol potrzebował na doprowadzenie do porządku swego ciała, umycie zębów i skasowaniu zarostu na policzkach i podbródku.
- Teraz to mogę, pani Kronbach, zająć się tym, co mi pani przygotowała na śniadanie. Czy aby drożdżówki są świeże? A dżem truskawkowy? Czy widać w nim owoce, czy też ich imitację, zmiażdżoną przez maszynę i zalaną żelatyną z konserwantami?
- Przecież wie pan nie od dziś - odpowiadała już z kuchni. Woda w czajniczku zaczynała bulgotać - że dzisiaj nie robi się już takich dżemów. Obecne jedzenie oparte jest na chemii. Jedynie własnej produkcji dżem lub konfitury czy powidła mają jakąś wartość. Ale może pan być pewien, że drożdżówki są wyśmienite a masełko kupione na targu od tej samej pani co zawsze. 
- Pani Kronbach, ja tylko tak pytam. Wiem, że i tak będzie mi smakować. Zanim jednak spróbuję pani kawy i drożdżówek, napiszę parę słów.
Wiedziała, że zasiada teraz przy biurku, wyciąga ten wielki zeszyt, w którym maciupeńkim druczkiem notuje wszystko to, co przychodzi mu na myśl, zwłaszcza po nocy, która jak widać, przysparzała mu coraz to nowych pomysłów.
- W żadnym wypadku - wykrzyknęła, a gwizdek czajniczka zaczynał nieśmiało piszczeć. - Najpierw posiłek a potem praca.
Aż uśmiechnęła się do siebie po nazwaniu tego, co robił przed śniadaniem pracą. Miała to po nim. To on powiedział, że pisanie nie jest pracą. Czasami jest bólem, innym razem przyjemnością, ale na pewno nie pracą. Pracą było to, co wykonywał w kuźni u kowala, który wprawdzie nie podkuwał już koni, natomiast bawił się w metaloplastykę. Tam właśnie Karol obracał pięcio- i siedmiokilowym młotem, nadawał rozmaite kształty rozgrzanym do czerwoności metalowym prętom.
- Pani Kronbach, dlaczego się pani upiera, wiedząc, że i tak nie odwiedzie mnie pani od wykonywania codziennych, porannych czynności? - mówiąc to Karol otworzył już swój zeszyt na właściwej stronie.
- Co ja mam z tymi ludźmi! - użaliła się nad sobą kobieta. - Kiedym się zgodziła u księdza, ten również odstawiał talerzyk z kanapkami i herbatę, aby się pomodlić, poczytać, cały różaniec wyklepać.
- Dostała pani bardzo dobre referencje od księdza - przypomniał jej Karol i już zastruganym ołówkiem kreślił w zeszycie nowe zdania. - Dlaczego odeszła pani od niego?
Kawa była już nalana i przyniesiona na tacy wraz z drożdżówkami, mleczkiem, masłem i dżemem.
- Nie odeszłam, tylko ksiądz mi się zmienił. Ten pobożny wyjechał do innej parafii.
- Nie rozumiem, jak może być ksiądz niepobożny. 
- Może być mniej pobożny na przykład, albo taki młody, co to niby ksiądz, ale tak jeszcze nie całkiem.
- Co też pani opowiada, pani Kronbach? 
- Opowiadam akurat tyle ile wiem i ile potrzeba. Nastał nowy ksiądz, któremu przyjemności świata, jak sądzę, nie były obce. Wolałam więc odejść.
- Nie chciałbym być uszczypliwy i niedelikatny, pani Kronbach, ale myślę sobie, że ten nowy ksiądz nie pogardziłby przyjemnościami, których mogłaby mu dać kobieta, prawda?
Karol cały czas prowadził notatki. Pani Kronbach, która wyszła z pokoju do kuchni a potem wróciła z własną kawą i przysiadła sobie przy stoliku, a stał on w samym rogu pokoju, tuż przy drzwiach, dziwiła się, jak można pisać i udzielać się rozmowie.
- Rzadko przyznaję panu całkowitą rację, ale tym razem zgodzę się z panem.
- Kolejny raz proszę o wyrozumiałość, pani Kronbach. Jest pani bardzo atrakcyjną kobietą i jeżeli zdawała sobie pani sprawę z tego, że ten nowy ksiądz mógłby wykorzystać sposobność…
- Proszę nie kończyć - weszła mu w słowo, choć w głębi duszy podziękowała mu za ten komplement. 
Ale żeby aż do tego stopnia? Co sobie pan Karol wyobraża? Godziłam się na gosposię, ale na nic więcej… a może powinnam z nim zostać? A ludzie? Oni zawsze gadają. Tak samo teraz mogą gadać o mnie i o panu Karolu.
- Pani Kronbach, ile sobie pani liczy lat? - zapytał śmiało, cały czas notując coś w tym wielkim zeszycie zapisanym drobnym druczkiem.
- Pięćdziesiąt trzy - odpowiedziała, dziwiąc się, że w ogóle odpowiada na tak obcesowe pytanie.
Sam ma niewiele więcej, a może i nie ma, kto to wie i niby taki kształcony, wiec powinien wiedzieć, że kobiet o wiek się nie pyta. Ale też kobieta nie powinna odpowiadać. Zassała łyczek kawy, słodkiej, prawie ulepek. Lubiła słodką kawę, innej by nie przełknęła. A ten pisze. Pewnie sen swój opisuje o jakiejś Jej. To jego miłość. Ach tak, o pierwszej swojej miłości pisze. Pisze, że przyszła do niego w śnie i umówiła się w nim na randkę. Ja nie pamiętam już swojej pierwszej randki. Wymazałam ją z pamięci, podobnie jak jego. Kawał łobuza był z niego, bo mnie zostawił z małą w brzuchu i nawet nie odwiedził, chodź przecież wiedział, że to jego, bo ja z nikim innym. On dobrze o tym wiedział.
- Pani Kronbach - zaczął śmiało - czy nie miałaby pani ochoty na poważny związek?
Spojrzała na niego i spostrzegła, że przestał pisać. Wsunął ołówek pomiędzy kartki zeszytu w miejscu, gdzie skończył pisać. Jeszcze nie miała pewności, czy wypowiedział to zapytanie poważnie. Nie wiedziała, jak ma odpowiedzieć i czy w ogóle musi odpowiadać.
- Co też pan? 
On wtedy zaczął kluczyć, mówiąc o tym, że każdy, kto zajmuje się pisaniem jest odrobinę, o nie, nie odrobinę, szalony, więc on nie ukrywa, że gdyby on miał ochotę na taki związek, jego partnerka musiałaby zaakceptować jego szaleństwo.
- Pani Kronbach, zadałem pani pytanie - powiedział kierując wzrok w jej stronę, co z pewnością peszyło ją, bo takie pytania nie były objęte klauzulą umowy o pracę.
- Kiedy jest mi dobrze, tak jak jest. Córka zamężna, szczęśliwa, niezależna od matki, ani ja od niej. Nigdy o tym nie myślałam. 
- A mnie się wydaje, że właśnie dlatego powinna pani pomyśleć o prawdziwym związku.
A jednak nie pomyślała. Nie to, że nie chciała, że ani przez ułamek sekundy o tym nie myślała, ale żeby tak poważnie? Dlaczego zadaje mi tak dziwne pytania? Zupełnie bez związku z tym, co dzieje się w niej samej, we wnętrzu kobiety, która pogodziła się z rola gosposi, może nawet nie pogodziła się, a polubiła swoją pracę. Chyba, że ta dociekliwość Karola ma coś wspólnego z jego snem, który najwyraźniej wpłynął na te jego zachowanie.
- Zmyję teraz naczynia i sobie pójdę - oświadczyła. - Kupić panu co na mieście? 

[04.03.2016, Noisiel we Francji]

2 komentarze:

  1. Urzekł mnie ten "żonkilowy strumień porannego słońca", zapach kawy i bułeczek. Prostota odczuć. Te rozmówki toczone w codziennych sytuacjach pewnie były jakimś urozmaiceniem dla zamkniętego w pokoju przy pisaniu, a może nawet inspiracją pisarza.

    OdpowiedzUsuń
  2. Miło przeczytać, co napisałaś. W swoich tekstach lubie operować dialogami wzietymi z życia...

    OdpowiedzUsuń