Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

21 marca 2017

PARDUBICE - COVENTRY

Już w nowej firmie. Wiem tyle, że obowiązywać mnie będą trasy: Francja - Wielka Brytania. Dosyć specyficzna polityka, bo firma zatrudnia większość Ukraińców, a ci nie mają wizy na „Wyspy”, więc praca jest dzielona: Polacy kursują przemierzając Kanał La Manche; Ukraińcy jeżdżą po Europie; wymieniamy się autami; ja zostaję na czas podróży zmiennika w domu we Francji i odwrotnie: mój partner czeka w domu zanim nie wrócę z Wysp. Firma spora, ba nawet wielka jak na polskie warunki. Czy będzie gorzej, czy lepiej, się okaże. Na początek mam partnera z Ukrainy na przeszkolenie. „Zielony” w tej robocie, ale chętny do pracy. Będę tłumaczył mu co i jak podczas pierwszych jazd, a ta pierwsza jest spod Pardubic w Czechach do Coventry w Anglii.
Do Czech jedziemy na zmianę; potem również. Wadą tej wspólnej podróży jest to, że warunki do odpoczynku dalekie od ideału. Zanim otrzymaliśmy kurs spędziliśmy obaj noc w aucie: ja na górze; on na dole. Na górze wcale nie jest lepiej, bo „gniazdeczko” niskie, nie usiądziesz w nim, no ale nie śpi się na siedząco.
W Sudetach przed i za granicą z Niemcami śnieg. Akurat prowadzi mój partner. Nie jechał jeszcze w takich warunkach. Spowalniam go, aby jechał bezpiecznie, bo chociaż nie jest to taki śnieg jak w Alpach i nie tak wysoko, to mimo wszystko należy z rozsądkiem operować pedałami gazu i hamulca.
W Niemczech drogi są już posypane solą i jest bezpieczniej. Tu i w Belgii, przez którą przejeżdżamy, zmieniając się przy kierownicy, zamiast śniegu dominuje deszcz i mgła, a w Belgii również korki.
Już we Francji, na autostradzie prowadzącej do Valencienes, spostrzegam mały wypadek. Na naszym pasie spowolnienie. Jedziemy raz szybciej, raz wolniej, aż do zatrzymania się. Przed nami portugalska ciężarówka, a przed nią… no właśnie. Kierowca polskiego tira, zdaje się, nie zauważył, że zatrzymuje się jadące przed nim auto i aby w nie nie uderzyć skręca gwałtownie w prawo, zjeżdża z nasypu i zagłębia się kołami w grząską łąkę. Szczęśliwie naczepa nie przewraca się i kierowcy nic się nie stało, ale nie będzie w stanie wyjechać z tego miejsca o własnych siłach. 
Dojeżdżamy wreszcie do małej miejscowości około 70 kilometrów od Calaise. Tam wysiada mój partner, zabierając z sobą swoje „bety”. Ja kontynuuję podróż pod Calaise. Będę się przeprawiał tunelem pod La Manche. Prawdopodobnie spedytor oszacował, że promem będzie dłużej. Niestety przeprawa tunelem nie jest krótsza i w Folkestone w Anglii zjawię się po czterech godzinach, bo przed wjazdem do tunelu ogromna kolejka. Dla niewtajemniczonych powiem, że ciężarówki wjeżdżają na kolejowe platformy, zaś kierowcy podróżują te czterdzieści kilka kilometrów pod kanałem w normalnym pasażerskim wagonie kolejowym. Podróż zajmuje nie więcej niż 40 minut, a więc szybciej o godzinę niż gdyby płynąć promem, ale z uwagi na tłok przed kanałem, nie zaoszczędziłem nawet pięciu minut.
W Anglii kieruję się najpierw na Londyn, który omijam od północnego zachodu, potem podążam w stronę Heatrow i dalej głównie M20 na północ w stronę Coventry i Birmingham.
Ruch na autostradach spory, ale jedzie się nieźle, bez dłuższych spowolnień.
Do punktu docelowego dojeżdżam około 21 czasu lokalnego i po trzydziestu minutach jestem już rozładowany. W Anglii zwykle rozładunki i wyładunki przebiegają sprawnie.
Zatrzymuję się nieopodal zakładu, aby spędzić noc (być może i dwie następne). Nie decyduję się na wyjazd gdzieś dalej, bo w Anglii parkingów dla ciężarówek niewiele, więc lepiej nie kombinować.
Okazuje się, że zostanę w tym miejscu do poniedziałku, bo w piątek kursu nie ma i jeżeli nie będę miał trasy w sobotę, to i w niedzielę pewnie też nie wybiorę się w dalszą drogę. Ponieważ mam płaconą dniówkę, to przynajmniej nie muszę się martwić o to, że kilometry mi „uciekają”.

[10.03.2017, Coventry w Anglii]  

2 komentarze:

  1. czyli znowu nauczanie, jakby nie patrzeć...
    To teraz czekam na jakieś angielskie klimaty, ciekawostki i jak zwykle życzę szerokiej drogi i bezpiecznych tras.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję.... nie omieszkam uważać

    OdpowiedzUsuń