Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

29 maja 2017

PRZYJACIEL

Mówisz, że podebrał ci dziewczynę. Tę dawno temu? Rozumiem. Skończyliście obaj szkołę i wybraliście się na tańce, wiejskie tańce; park, asfaltowy plac ogrodzony metalowymi barierkami. Słyszałeś, że uznawał tylko jazz, no i beatlesów; płyty dostawał od starszego brata, który studiował w Warszawie i nagle zaciągnął cię na wiejską zabawę. Obciach. A czy ty nie wiedziałeś, że jemu zawsze z oczu patrzyło źle; mówił to, robił tamto, nigdy nie spojrzał ci prosto w twarz. Z tą dziewczyną to było tak: właściwie to były dwie, przyszły razem: Wiktoria i Marta.  Może nawet nie to, że chciały się zabawić, ale poobserwować i szeptem do siebie: ten taki, przystojny, ale zawadiaka, w dodatku nie stroni od alkoholu, inny znów zalatuje maminsynkiem, ułożony, nieśmiały albo po prostu gapa, nie odezwie się, nie rozweseli dowcipem, tylko tak jakoś tajemniczo patrzy na ciebie; jeszcze jeden to dusza towarzystwa, gadatliwy aż nadto, ale z tym z kolei nie chciałabyś się pokazać w towarzystwie, bo kiedy Pan Bóg dawał urodę, ten najwidoczniej spał. No i zerkacie na te dwie małe: blondyneczkę i ciemniejszą. Obie, owszem, niczego sobie, a że młodsze, że jeszcze pstro mają w głowie, to i co w tym strasznego, przynajmniej dadzą się wychować, więc wybieracie: tobie przypadła Marta, ciemniejsza, z bursztynowym spojrzeniem, a tamtemu Wiktoria, blondynka z błękitem w oczach. Skradacie się do nich, ale wcześniej konieczna korekta włosów grzebykiem wsuniętym w tylną kieszonkę polskich dżinsów (w drugiej kieszonce na odwrotnej stronie maleńkiego zwierciadła Bardotka u niego, u ciebie Zośka Loren). Przystępujecie do akcji. Że koleżanki pewnie wybrały się, aby potańczyć? Co, nieciekawie grają? Lepiej byłoby czego posłuchać z płyt. Beatlesów na ten przykład, bo mój kolega ma kolekcję ich krążków, pożyczonych od brata. Brat studiuje handel zagraniczny, a my, no cóż… kolega wymarzył sobie prawo, a ja rusycystykę. My tuż przed egzaminami i głównie z tego powodu przyszliśmy się rozerwać; w poniedziałek wyjeżdżamy, a koleżanki? One z nudów. Tak sobie przyszłyśmy popatrzeć, nas wiejskie potańcówki nie kręcą. Co innego w mieście albo na wczasach. Teraz modne są dyskoteki, „five o’clocki”, na których zbiera się zgrane towarzystwo albo prywatki. To wy już bawicie się na prywatkach? A czy to dziwne? Po siedemnaście lat mamy. Rodziców odsyła się do rodzinki, albo do kina, ale u nas w miasteczku nieciekawe filmy mają, więc raczej do rodzinki; do północy możemy się pobawić, chłopcy przynoszą dla nas wiśniówkę albo quracao, a sami czystą mieszają z piwem, a tutaj, popatrzcie, gra muzyka, a wszyscy wokół placu stoją, a w remizie to ściany podpierają.
Wobec tego zatańczmy, zamiast się zastanawiać, powiedział tamten i ruszył do blondyneczki, pamiętasz? A się dopasowali, bo ona jaśniutka jak niedopalone słońcem siano, a w oczach len, zgrabna cholera i cienka w pasie jak jagniątko, szyja sarnia i sama w sobie gibka, a w tańcu jakby ją kto na sznureczku prowadzał, taka podatna, ale że modnie zagrali, dyskotekowo, to tańczyli razem z sobą i osobno i, mówię ci, że to ona, ta małolata wiodła prym w tym tańcu, a on podrygiwał zabawnie i obserwował, i starał się nauczyć reagowania na ruchy jej ciała. Kontrastowało pomiędzy nimi, bo on, jak syn smolarza, czarny, cera śniada, z wąsami Zorro, w polskich dżinsach i koszuli w kratę.
A tobie przypadła ta ciemniejsza, równie ładna, choć może bardziej onieśmielona, nieco niższa od tamtej i mniej widowiskowa w tańcu; zdaje się, że nie lubiła szybkich, natomiast przy „Małym księciu”, aha, rozpłynęła się nostalgicznie za tym, który ją kochał z wszystkich sił, a może przez ułamek chwili pomyślała, że to ty wymknąłeś się z kart książeczki właśnie dla niej. 
I „ustawiliście” się z nimi na niedzielę, tuż przed wyjazdami na egzaminy, a potem… potem przyszłość miała okazać, że on po niezdanych powrócił do dom, ty zaś po zdanych zostałeś wysłany na przeduczelniane praktyki, a kiedyś powrócił już ta ciemniejszą, że bardziej romantyczna, że zakochana, była ci przez niego podebrana, i naturalne polskie owocowe wino wypiłeś z tej okazji paroma haustami w samotności, aby zobaczyć świat lepszym niż ten z tą małą, co księcia z bajki szukała i w końcu znalazła.
Cóż z tego, że on niewiele się z nią zabawił; upolował inną, podatną na smagłość jego skóry, na wąsy Zorro, na te jego czcze gadanie. Zostawił ją również dla prawa, zakuwając do przyszłorocznych egzaminów, słuchając beatlesów i jazzu z płyt starszego brata.
Ćwierć wieku go nie widziałeś, nie żałuj; nie miałbyś z nim o czym porozmawiać. Zamknął się we własnym, elitarnym świecie prawniczego stadła, hermetycznie odizolowany od środowiska, w którym żył i dorastał. Nabył przyjaciół z górnej półki… czy przyjaciół?
I co masz mi jeszcze więcej do powiedzenia o nim? Zamówimy po setce żytniówki..?
Że po tym ćwierćwieczu cię nie poznał, kiedy zadzwoniłeś do jego drzwi, a był już wtedy uznanym sędzią i sądziłeś, że może ci pomóc w pewnej sprawie. Stał przed tobą w otwartych drzwiach w nieskazitelnie białym szlafroku, na tle którego smagłość jego twarzy, wciąż czarne włosy i wąsy wychodzące nieznacznie poza kąciki ust utwierdzały podobność tej urody do południowca. Przyszedłeś do niego z prośbą, ufając, że jest jedyną osobą, która może ci pomóc i chociaż również i ty doszedłeś do czegoś w życiu, poczułeś się tam, za progiem jego wilii jak najuboższy z krewnych. Nie rozpoznał cię, bo podobno zmieniłeś się bardzo na twarzy, na której rozlały się zmarszczki, a twoja dawna sprawność i gibkość ciała, twoja przystojność powlekła się tłuszczem poniżej torsu, wysuszając jednocześnie mięśnie twoich nóg i ramion. Wreszcie rozpoznał cię, kiedy wymówiłeś swoje imię, ale nawet wtedy trzymał dłoń na klamce, nie pozwalając na szersze otwarcie drzwi. Wtedy to, kiedy traciłeś już ochotę na wyłuszczenie sprawy, z jaką do niego przyszedłeś, zapytał cię o co chodzi i poprosił, abyś wyjaśnił w czym rzecz szybko i konkretnie, bo właśnie przygotowuje się z żoną do pójścia na proszoną kolację. Nie chciałeś mu przeszkadzać, więc w kilkunastu słowach przedstawiłeś swój problem, na co on, że sprawa jest i błaha i poważna, ale aby ją właściwie ocenić, należałoby poznać, co w tej kwestii ma do powiedzenia druga strona. Niepotrzebnie wierzyłeś, że samo opisanie problemu przez ciebie wystarczy, aby on, w końcu niewidziany przez lata przyjaciel z młodości zaufał twoim słowom i na ich podstawie zasugerował procedurę prowadzącą do rozwiązania nurtującej cię kwestii prawnej. Byłeś już zdecydowany wycofać się; przeniosłeś nawet środek ciężkości swego ciała w stronę nogi zakrocznej, kiedy on wypowiedział imię przyjaciela - prawnika, którego może ci polecić i który za poradę prawną nie zedrze z ciebie skóry, bo wystarczy, że będzie wiedział, kto go poleca. Stałeś zaklęty w stuporze odrętwienia, a wtedy on wypowiedział głośno imię swojej żony, prosząc, aby przyniosła mu wizytówkę Iksa i aby na odwrocie napisała numer ich domowego telefonu. Kobieta (w półmroku przedpokoju wydawała się o kilkanaście lat młodsza od niego) w błękitnej podomce i z ręcznikiem osadzonym na głowie jak turban wcisnęła mu w dłoń, którą nie wspierał klamki beżowy kartonik. Wręczył go tobie i poprosił, abyś do niego zadzwonił po spotkaniu z Iksem, a tak w ogóle to miło by mu było spotkać z tobą i kiedy tylko będziesz w stolicy, możesz do niego zadzwonić.
Może to i dobrze, że pomimo dobrej rady twego przyjaciela, nie stawiłeś się wtedy po poradę u Iksa, a potem zapodziałeś gdzieś ten beżowy kartonik z wypisanym na odwrocie numerem jego telefonu. W końcu wygrałeś ten proces, choć straciłeś sporo kasy, a najwięcej nerwów, ale na szczęście masz przy sobie kogoś i wcale nie siebie mam na myśli, tylko odzyskaną Martę. Wypijmy.
Kiedy tylko weszła, od razu skierowała się w róg knajpy, gdzie zwykle zajmowałeś stolik.
- Znów pijesz - powiedziała, a w jej głosie nie było zaskoczenia.
- Dzisiaj wyjątkowo z okazji spotkania z przyjacielem - odparł patrząc na mnie. - Poznajesz go?
Przysiadła się do nas. Wymieniliśmy serdeczności i delikatne muśnięcia wargami o policzki. Zamówiła kawę.
- Nic a nic się nie zmieniłaś - oznajmiłem jej. 
Bursztyn w jej oczach nie przyblakł, a ciemnoblond włosy toczyły dawną, delikatną falę wieczornej bryzy. Podziękowała uśmiechem.
- Rozmawialiśmy o nim, wiesz? - powiedziałem.
- Domyśliłam się - odrzekła. - Kiedy trochę wypije, ma zwyczaj myśleć o nim.
Miała zasmuconą twarz mówiąc te słowa.
- A przecież tyle razy przepraszałam go za tamto, za to, że odeszłam od niego bez słowa i dałam się tamtemu uwieść. No, powiedz sam, ile to lat już upłynęło.
- Ależ Adam nie ma ci tego za złe. Było, minęło, ważne, że jesteście razem.
- To najważniejsze - stwierdziła.
A ty raptownie wpadłeś w sen i miałem nadzieję, że przynajmniej we śnie nie będziesz wspominał swojego najlepszego przyjaciela z młodości.

[23.05 i 28.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

1 komentarz:

  1. Atmosfera lat siedemdziesiątych doskonale uchwycona. Ach, ta młodzież i te odwieczne problemy z samookreśleniem, miłością i dramatami. Ale spotkanie po latach może być już tragedią. Nawet przyjaciół czasem trzeba omijać szerokim ruchem.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń