CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

12 lipca 2022

KAWIARENKA - ROZDZIAŁ 54. W CIŻEMKACH ZACHODZĄ ZMIANY

 

Alfred de Dreux (1810 - 1860)
"Pan i pani Mosselman i ich dwie córki"


ROZDZIAŁ 54. W CIŻEMKACH ZACHODZĄ ZMIANY


[w którym potoczy się opowieść o pracy państwa Joanny i Piotra Kosmowskich w Ciżemkach oraz o nadchodzących zmianach, przy czym owe zmiany to także prognoza odnośnie zwiększenia się liczebności ciżemkowskiej o jednego / jedną obywatela / obywatelkę.]

- Rzadko tu u nas w kawiarence bywacie - zauważyła pani Zofia Koteńkowa, wyskrobując łyżeczką z pucharku waniliowe pozostałości po lodowym deserze.

- Ano, pani Zosiu, czasu na wszystko niewiele zostaje - westchnęła Joanna. - Konie wymagają codziennej opieki, a z nastaniem wiosny przybyło nam jazd. Ja mam czworo dzieci na hipoterapię. Mąż z kolei albo przyjmuje zwierzątka, albo też wybiera się na stałe wizyty po farmach, nie zawsze umówione, bo on już jest taki, że lubi sprawdzić, jak się jego gospodarze i ich zwierzęta hodowlana sprawują.

Piotr, słysząc te słowa, jedynie pokiwał głową.

- Jeśli wyjedzie - ciągnęła Joanna - to Emilia, którą do pomocy zatrudnił, zostaje w gabinecie, a jak nie ma wiele pracy, to do mnie zajdzie, do stajni, albo do pozostałych zwierzaczków. Chętna jest bardzo do pomocy, więc czy podczas pracy, czy ot tak sobie przy herbatce albo kawie porozmawiamy, więc czas mam wypełniony, a w związku z tym od wielkiego święta do miasteczka zaglądam.

Ciżemkowska Joanna, która ze swoim mężem Piotrem zawitała do kawiarenki w bardzo późne, sobotnie popołudnie, wyglądała na zmęczoną, na co oczywiście zwrócił uwagę pan doktor Koteńko, towarzyszący swojej żonie i tym obojgu.

- Mnie się wydaje, pani Joanno - odezwał się pan doktor - że powinna pani sfolgować nieco z tą pracą.

- Przygadał kocioł garnkowi - wyrzekła z kolei pani Zofia. - Ciebie też trudno w domu zauważyć. Wciąż tylko pacjenci i praca.

- Ja już do tej swojej monotonnej pracy przyzwyczajony jestem, kochanie. A tutaj popatrz: dziewczyna zbyt młoda jest, zbyt mikra w figurze swojej, a zobacz sama, ile wzięła na siebie obowiązków. Pamiętasz, że już raz ratowałem panią Joannę z omdlenia.

Spożywającemu wuzetkę Piotrowi, ciżemkowskiemu weterynarzowi lekkością życia też z oczu nie patrzyło i wydawał się być czymś do krzesła przybity, niewiele rozmawiał, nieczęsto się uśmiechał, lecz teraz, jak wywołany do tablicy uczniak, przemówił składnie:

- Jesteśmy, drodzy państwo, na jak najlepszej drodze, aby cokolwiek ulżyć swojej pracy. Na razie na okres wakacyjny. Myślę, panie doktorze, że bardzo dobrze przysłuży to się zdrowiu mojej żony, prawda skarbie?

- Myślę, że tak - potwierdziła, acz bez większego przekonania w głosie Joanna.

- Zatem czekamy na szczegóły - dopominała się pani Zofia. - Niechże powie pan coś więcej, jeśli może.

Piotr czuł się zobowiązany do rozwinięcia tematu, a bardzo możliwe, że tylko czekał na taka zachętę, jaka ją z ust pani Zofii spotkała.

- Od połowy czerwca przybędą nam z pomocą dwie studentki… do koni, rzecz jasna. Z jazdami, jak myślę, świetnie sobie poradzą, bośmy już je w akcji widzieli. Sądzę też, że i do hipoterapii się nadadzą, bo to koniarki zawołane, a i liznęły praktycznych zajęć w tym zakresie na uczelni - tłumaczył Piotr  i wydawało się, że jego  oczy zabłysnęły jasnym płomieniem olimpijskiego znicza. - Wiecie państwo, jak to jest z tymi końmi, czy ogólnie ze zwierzętami: jeśli ktoś pokocha pracę z nimi, to aż do tego stopnia, że o całym świecie zapomina. Nie zważa na luksusy i zarobek, byle tylko przy zwierzętach być i się z nimi zabawić.

- To jest dokładnie tak samo jak z tobą, kochanie - wtrącił pan doktor, zwracając swój wzrok w kierunku żony. - Jak już wpadniesz w trans ze swoimi uczniakami, z tymi swoimi pomysłami, którymi sypiesz jak z rękawa, to o bożym świecie i o swoim mężu zapominasz.

Pani Zofia łypnęła zawadiackim spojrzenie w stronę swojej połowicy.

- Oczywiście, że za darmo pracować przy koniach nie będą - uzupełnił Piotr - choć, póki co, wielkie fortuny się przy nas nie dorobią. Młode, dziarskie, z gospodarskich rodzin, pracowite, mało wymagające, żadne tam „fiu-bździu”. Ulokujemy je w gościnnym pokoju, gdzie teraz na parę dni zatrzymali się Joanny bracia.

- To pani bracia są teraz w Ciżemkach u państwa? - pani Zofia nie kryła zaskoczenia.

- Tak, pani Zosiu. Moi braciszkowie przyjechali nam trochę pomóc w obejściu, a przy okazji sprawili, że mogłam się z Piotrem wybrać do kawiarni.

- Złote chłopaki - pochwaliła pani Zofia.

- A, nie narzekam. Widzi pani. My z mężem pochodzimy ze wsi. Z tej samej wsi. Nasze rodziny niedaleko od siebie mieszkają. Moi bracia po szkole rolniczej, pracowici i pomocni, zawsze, i w dzień zwykły, i od święta. Nie powiem, źle im się nie wiedzie. Gospodarstwo spore, potężne nawet, dla obu i ojca pracy starczy. U Piotra też jest jeden brat, który został się na roli. Mnie zamarzyły się konie i kiedyśmy z Piotrem skończyli studia i coraz bliżej nam było do siebie, wyjechaliśmy poszukać własnego chleba. A rodziny nam pomogły, czy to finansowo, czy też przy stawianiu domostwa. Bracia nasi w szczególności. A najważniejsze jest to, że cała trójka - wliczam brata Piotra - w dym za nami pójdzie… a to przecież, pani Zosiu, nie takie częste w dzisiejszych czasach, kiedy człowiekiem rządzi zazdrość i zawiść.

Piotr słowom małżonki przytakiwał, pan doktor Koteńko zamyślił się czule, a pani Zofia aż przyciągnęła za ramię Joannę, dając jej tym gestem znak, że ucieszyła ją ta opowieść.

Pomilczeli sobie.

Wreszcie odezwał się pan doktor Koteńko, ty swoim pełnym onieśmielenia głosem:

- Bardzo miło było to słyszeć, dziecko… ale uważaj na siebie, pamiętaj… a najlepiej przyjdź do mnie w poniedziałek do przychodni - zaoferował się pan doktor.

Zapadła jakaś cisza nieodgadniona, cisza, po której spodziewać się można jedynie przeraźliwie głośnego hałasu, albo….

- Panie doktorze - na twarzy Joanny pojawił się zagmatwany uśmiech - prawdopodobnie będę musiała odwiedzić pańska przychodnie i skorzystać z usług… specjalisty.

Pani Zofia zdumiała się po raz wtóry, lecz pan doktor raz dwa rozszyfrował myśli ciżemkowskiej Joanny.

- Zaraz podam pani telefon do najlepszego w mieście ginekologa - wyszeptał.

- O, mój Boże, pani jest w ciąży?! - wykrzyknęła pani Zofia i właśnie Bóg jeden wie, czy to zawołanie nie dotarło przypadkiem do uszu pozostałych kawiarnianych gości.

- Test wyszedł pozytywnie, a więc obawiam się, że jestem w ciąży - westchnęła Joanna.

- Tu się nie ma czego obawiać - zaoponował pan doktor Koteńko. - Tu się należy cieszyć.

- A widzisz… mówiłem - ten głos należał z kolei do Piotra, którego dłoń, nie wiedzieć czemu (a może jednak wiedząc), uścisnął mocno swoją dłonią pan doktor.

A pani Zofia, tak dla równowagi, ucałowała Joannę w oba policzki. 


[pomysł na napisanie tego fragmentu zaistniał 21.05.2016 roku w Digne les Bains, we Francji]


[12.07.2022, Toruń]


2 komentarze:

  1. Mieszkać w takiej społeczności, gdzie i dobrym słowem i inną pomocą służą, to dar wielki od losu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, pewno tak nie ma na świecie... albo to strasznie daleko od nas...

      Usuń