CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

24 lipca 2022

KAWIARENKA - ROZDZIAŁ 56. NA POHYBEL SAMOTNOŚCI.

 

artysta nieznany


ROZDZIAŁ 56. NA POHYBEL SAMOTNOŚCI

(w którym poznamy spacerową drogę jaką przebyli mający się ku sobie: pani Teresa Trojanowska, bibliotekarka z Różanowa i pan leśniczy Gajowniczek, oboje samotności nielubiący)

Szli najpierw przecinką pomiędzy dumnymi masztami sosnowego lasu, gdzie teraz wyrastał modrzewiowy młodniak, potem przeszli piaszczystą drożyną wzdłuż świerkowego zagajnika - tam, o czym pan leśniczy opowiadał, maślaków zatrzęsienie - tylko z kosą przychodź i tnij; następnie wedle strumyczka (po jednej jego stronie, od zachodu rosły splecione w gromadnym uścisku ramion - gałęzi olchy; wzdłuż drugiego brzegu, nieco wyżej, rozpościerał się młody brzeźniak, z rozmysłem przed kilkunastu laty posadzony dla uzupełnienia liściastego drzewostanu.

Szli jeszcze dalej, na polany rozległe, w miejsce, gdzie spływająca ku miasteczku rzeczka tworzy niedostępne a zuchwale kręte meandry, drążąc je w piaskowych lachach, wcale wysokie i niebezpieczne do przebycia wpław oczka wodne, strome skarpy i mokre jary, w których nawet w najsuchsze lata wody nie brakuje. A były te miejsca wodopojem dla płowej zwierzyny. Prócz tego kaczki wodne, bociany i czaple na pewien czas tu przystawały, czy to przed okresem lęgowym, czy późnym latem, przed odlotem w obce kraje.

Pan leśniczy Gajowniczek był przekonany, że te urokliwe jeziorka karmione są podziemnym źródełkiem - stąd wody kryształowa przejrzystość się bierze, a zimą… zimą niezwykłość tych wód polegała na tym, że niechętnie przywdziewały na się skute lodem ubranka, chyba że najtęższe przychodziły mrozy, lecz ledwie popuściły, a już wstążeczka srebrnej wody wlewała się na twarde lodu tafle i rozpływała po ich powierzchni, podtapiając warstwę zmrożonego jeszcze sypkiego śniegu.

A dalej, powyżej tej pełnej zawirowań marszruty rzeczki odgradzającej ciemną ścianę lasu od terenów rolniczych, zieleniły się pola uprawne leśnictwa.

- Może pani znużona jest tą wycieczką? - pan Gajowniczek zapytał nie bez racji, bo dla niewprawionego w takim marszu, długość drogi mogła męczyć nogi.

- Ależ skąd - zaoponowała pani bibliotekarka Trojanowska. - Pięknie tu, a i pan tak ciekawie opowiada.

Zaiste pani Teresa Trojanowska uciesznie wyglądała w czerwonych kaloszach, jaskrawo kontrastujących z lekką, wiosenną, bawełnianą sukienką, której dominującą barwą był kolor niebieski. Cóż było robić, kiedy poranny deszcz pomieszał szyki spacerowiczom. W pantofelkach do lasu, na łąki, na piaszczyste łachy, na pola, na wyboiste leśne dukty się nie wybierzesz. Tedy pan leśniczy użyczył kobiecie „roboczych, okolicznościowych” gumiaków, które bezwzględnie ochronią wrażliwe stopy pani Tereski.

Doszli więc do pól, może niezbyt urodziwych, bo łagodną stromizną opadających ku rzece, która w tym miejscu ciągnęła się dobre pół kilometra prostym, niezakłóconym terenowymi przeszkodami szlakiem, a była też tutaj szeroka i płytsza.

- A niech mi pan powie, na cóż leśnictwu pola? Cóż pan tam zasiał?

Pana leśniczego wyprostowane ramię posłużyło teraz jako drogowskaz.

- Tutaj, bliżej lasu - mówił - posadziliśmy ziemniaki, dalej na piaseczku owies i żyto. Poniżej koniczyna i kawałek kukurydzy, a przy samej rzece słonecznik. To, droga pani Teresko, wszystko dla zwierząt leśnych. Zbieramy, gromadzimy w stodółce… do tego jeszcze siano z nadrzecznej łąki… zimową porą, jak znalazł do paśników… a ziarna słonecznika, och, zapomniałbym, dla ptaków. A ziemniaki, pani Teresko to zostawiamy na zimę. To mój pomysł. Niech sobie dziki pobobrują. Jeśli okolicznym gospodarzom mają szkody czynić, to niech leśnictwa pyrki jedzą, a nie, jak drzewiej bywało, przechodziły były w bród rzeczkę, o tam, powyżej, gdzie już nie pójdziemy, jest taka płycizna i przez nią właśnie do wiejskich pól się dostawały. Wie pani, zwierzęta przyzwyczają się do miejsca, w którym mogą sobie żerować.

Pan Gajowniczek przystanął nagle i zamyślił się nad swoimi opowieściami o lesie, zwierzętach, rzece i źródełku, a teraz o polach. Poczuł się jakiś nieswój… nie żeby był zasmucony, lecz pełen wahania…

- Ja… pani wybaczy, ja tu o takich prozaicznych sprawach wyrażam się bez ładu i składu, a pani… pani pewnie… pani pomiędzy książkami się obraca i z nich wie więcej, a czyta mądrzej o pięknie tego świata. A ja… cóż… niewiele czasu mam na czytanie… chociaż późną jesienią, najlepiej listopadową porą poczytać lubię. Moja zmarła żona pozostawiła po sobie całkiem sporą biblioteczkę… ale gdzież jej do pani biblioteki…

- Panie Krzysztofie, niech pan tak nie mówi. To ja powinnam panu pozazdrościć życia w tak pięknych okolicach. Życia… ale nie samotności, bo tę znam aż nadto dobrze. I powiem panu, że na tę samotność, to i książki nie pomagają.

- Podobnie ze mną, moja droga. Owszem, człowiek taki jak ja w najgorszą zamieć do domu trafi, zna wszystkie borsucze nory, wie którędy zwykle sarny do wodopoju chodzą, wie nawet, co oznacza kwilenie wilg i nocne sów pohukiwanie w niepogodę… ale samotność i tak skwierczy jak na zbyt duże kawałki pokrojona słonina, gdy ją na patelni przysmażasz.

- Pan już długo jest sam, wiem, nie chcę przysparzać panu dodatkowego bólu wspomnieniami.

- To prawda. Wystarczy, że ja pamiętam. Pogodziłem się z losem, natomiast pani wciąż sama…

- Sama… a i pan zbyt rzadko wychodzi do ludzi.

- Mam robotników leśnych, przełożonych w nadleśnictwie. Spotykam się z ludźmi w sprawach zawodowych. Rodzina daleko. Strzępy pozostały. Bardziej dzwonimy do siebie, aniżeli się spotykamy. A pani codziennie spotyka się z ludźmi, rozmawia z nimi, doradza, jaką książkę wypożyczyć.

- Siostra z mężem i dziećmi czasami przyjeżdża. Rodziców nie mam… kuzyni, kuzynki… też daleko. To nie to samo, panie Krzysztofie, to nie to samo.

- Bym zapomniał. Pad radca Krach mnie często odwiedza. Rozmawiamy sobie. Złoty człowiek. Pełno go wszędzie, a tyle spraw ma na głowie, to o mnie nie zapomina. Interesy też nas łączą, bo najpierw ten domek dla siebie, co nie wiedzieć czemu, do nadleśnictwa należał, zakupił… a teraz jeszcze te wody…

- Lubię pana Kracha, choć nieczęsto się widujemy.

- On teraz jeszcze bardziej niż zwykle zajęty, bo w Ciżemkach, po drugiej stronie rzeczki, tam gdzie te zakola, u jego córki Anny, co z tym syberyjskim Wołodią pożeniona, zaczęli odwierty.

- Słyszałam. Chcą się dowiercić do wód termalnych, czy jak.

- Owszem. I ciepła woda będzie, daje pani słowo. Mówiłem pani o tym niezamarzającym źródełku. A oni jeszcze głębiej sięgną. Mówię pani, jest tam gorąca woda i jeśli im tylko wytrwałości i pieniędzy starczy, dopną swego. I dobrze… bo natura jest po to, aby z niej korzystać, byle rozważnie i z umiarem, ale nie niszczyć jej skarbów.

- Ma pan rację.

- To może pójdźmy już teraz do leśniczówki, bo noc nas tutaj zastanie, a zmrok i poranek to pora największej aktywności naszych zwierzęcych braci. Pozostawmy ich samym sobie.

- Pójdźmy.

- Poczęstuje panią żytnim chlebem, który sam wypiekam… i miodem jaki robią dla mnie pszczoły.

- Spróbuję więc…

- To poczęstuję panią miodowym likierem z nagietkiem, wanilią, różą…

- Chętnie z panem wypiję… na pohybel samotności.


[pisane 31.05.2016 roku w Viviez we Francji]


[24.07.2022, Toruń]




2 komentarze:

  1. Piękne teksty tworzyłeś w trakcie swojej pracy która była jednocześnie podróżowaniem...

    OdpowiedzUsuń