CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

16 lipca 2022

POWROTY (4) TRASY


Wybrałem się w sentymentalną sprzed kilku lat, odczytując notatkę z początku września 2016 roku, która jest reprezentatywna dla moich podróży roboczych po Europie. Nie wszystkie te miejsca pamiętam - najbardziej przypominam sobie pobyt w Echinrolles, Lugrin, Chateau Landon i Valladolid w Hiszpanii, aczkolwiek to ostatnie miasto akurat nie z tej trasy, a innej odbytej któregoś roku w lutym - strasznie wiało.

Przypominam sobie ten francuski żart polegający na zablokowaniu krótszej trasy wiodącej z Gap w stronę Grenoble... oj, musiałem wtedy przycisnąć gaz, aby zdążyć na czas...

 

[Zacznijmy więc: Po rozładunku w Sanremo załadowałem się:

1) w Castelnuovo na południe od Turynu do Echinrolles we Francji [niedaleko Grenoble];

Echinrolles


2) w Robassomero nie opodal Turynu - również do Echinrolles;

3) w Rivoli pod Turynem do Mions

Mions

Następnie załadowałem się:

4) w Allinges niedaleko granicy szwajcarskiej do Torcy na północny wschód od Paryża i...

Allinges



Torcy

5) w Lugrin niedaleko granicy szwajcarskiej nad Jeziorem Genewskim do Chateau Landon [69 km od Torcy].

Lugrin 


Chateau Landon

I w końcu…

6) z Dammarie blisko Chateau Landon zabrałem towar do Valladolid w Hiszpanii.

Valladolid

Wszystkie te kursy utkwią mi w pamięci z racji niedoczasu jaki miałem już opuszczając Włochy. W dodatku zjeżdżając dobrze znana trasą przez Gap w stronę Grenoble czekała na mnie niemiła niespodzianka. Otóż poniżej La Mure (tam jest świetnie działający internet) francuscy drogowcy (specjaliści od robienia kierowcom psikusów) postawili mylący znak zakazujący wjazdu samochodów powyżej 7,5 tony oraz autobusów. Ponieważ renówka numer dwa należy do aut 3,5 - tonowych, zignorowałem to ostrzeżenie i przejechałem ponad 12 kilometrów w stronę Grenoble, aż tu nagle pojawia się bariera ograniczająca dalszą jazdę dla pojazdów przekraczających wysokość 2,6 metra. Moja renówka mająca wysokość około 3,25 nie mogła skorzystać z dalszej drogi. Zmuszony byłem zawrócić i wybrać inną drogą, przez co straciłem około 40 minut i w związku z tym spóźniłem się z rozładunkiem o pięć minut. Gdyby to była Polska, Włochy lub Hiszpania, problemu by nie było. Ale to Francja i zamiast w nocy podjechać do Mions w okolicach Lyonu, musiałem spędzić noc w Echinrolles. Dwie w miarę pozytywne okoliczności tego zdarzenia to: kąpiel w zakładowej łaźni i możliwość skorzystania z internetu, przy czym nie zdołałem zajrzeć we wszystkie miejsca, które chciałem, bo łącze było tak kiepskie, że w końcu dałem sobie spokój.

Wspomnieć też należy jeszcze jedną pozytywna okoliczność. Wreszcie udało mi się sfotografować pomnik alpinisty znajdujący się w Argentires na trasie Briancon - Gap. Wcześniej zawsze to chciałem zrobić, lecz nigdy nie miałem okazji, ba albo pośpiech, albo też przejazd nocą.

Następnego dnia po rozładunku w Echinrolles jadę w stronę Lyonu, do Mions, a później spedytor kieruje mnie nad granicę szwajcarską, bardzo blisko Jeziora Genewskiego. Cóż można powiedzieć o jeziorze? Jest wielkie (takie małe morze, choć oczywiście dużo mniejsze od przepięknego jeziora Garda we Włoszech), wybrzeże świetnie wykorzystane turystycznie. Załadunki mam niedaleko siebie, a jadę w stronę regionu Ille of France, czyli terenów wokół Paryża.

Przebywając nad Jeziorem Genewskim największą niedogodnością jest to, że aby dotrzeć do celu, nawigacja kieruje mnie przez Szwajcarię, a ja nie mogę tamtędy jechać (konieczność opłacenia cła), a w dodatku moja nawigacja nie wykazuje przez jaki kraj się jedzie. I stało się. Nieopatrznie przekroczyłem granicę francusko szwajcarską, choć mówienie o granicy w tym przypadku mija się z prawdą. Nie ma absolutnie żadnego znaku informującego o przekroczeniu granicy. Zjechałem przez wioskę i lasek, a o tym, ze jestem w Szwajcarii poinformowały mnie tablice rejestracyjne zaparkowanymi przed domami samochodów. Zawróciłem i mozolnie, punkt po punkcie wytyczyłem trasę, aby ominąć krainę Wilhelma Tella. Udało mi się, choć poruszałem się teraz bardzo wąskimi, górzystymi i przeraźliwie krętymi trasami, a chociaż uwielbiam jeździć meandrycznymi szlakami, to odbywa to się kosztem czasu, a dokładniej kosztem snu.

Spałem zatem tej nocy zaledwie dwie godziny i po rozładunkach przypadła mi w udziale trasa licząca 1250 kilometrów do Valladolid w Hiszpanii. Jestem wkurzony, bo liczyłem, że rozładunek w Hiszpanii będzie na sobotę, tymczasem ma być w piątek o ósmej rano. Ścinam się z prowadzącymi mnie spedytorami, podając dwa argumenty: pierwszy, że po prostu jest fizycznie niemożliwe dojechać na ósmą rano, skoro nawigacja w trybie jazdy non-stop wskazuje 10-tą. Po drugie, jestem bardzo senny i wiem, że nie jest możliwe dotarcie do celu nawet na godzinę dziesiątą, bo muszę dwukrotnie zatankować renówkę i nie wytrzymam bez krótkich drzemek…]

[pisane dnia 03. września roku 2016 w Daganzo de Arriba w Hiszpanii]


[16.07.2022, Toruń]

2 komentarze:

  1. Przepiękne zdjęcia, znajome nazwy miast, zazdroszczę, że wszędzie tam mogłeś być.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z pewnością była to ciężka praca.... ale korzyści z niej bardzo duże...
    Czekam na ciąg dalszy :-)

    OdpowiedzUsuń