CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

07 lipca 2022

ODKURZONE - REZYDENT (3)

 

Ivan Goriuszkin - Sorokopudow (1873 - 1954)
"Dzień bazarowy w starym mieście"

3. 

Trzeba wyjść i popatrzeć na świat z perspektywy skopanego psa. Wychodzę więc w pełni dnia. Czternasta. Jasno jeszcze i śnieżnie. Dzień ten dzięki białemu puchowi zdaje się być jaśniejszy. Wiotkie, drobniutkie jak kasza manna płatki śniegu zasypują oczy, łaskoczą powieki, kiedy moja noga wstępuje na biały, szklisty chodnik przed frontowym wejściem do kamienicy. Sąsiadka z parteru macha do mnie dłońmi na powitanie. Że też zawsze rozpozna mnie po krokach. Słyszę niewyraźnie: "Jak pan wróci, bierzemy się za odśnieżanie”. Potwierdzam skinieniem głowy. Wychodzę na miasto. Stąpam powoli po zaśnieżonej zmarzlinie chodnika, idąc w kierunku głównego placu miasta. Mijam przechodniów z torbami w rękach, polujących na mięso, wędliny i świąteczne podarunki. Już czuć święta. W tej części miasta witryny sklepowe rozdygotane ledowymi pulsarami żarzą się upstrzonymi światełkami choinek, skrzącą się tandetą zabawek, pluszowymi bałwankami, aniołkami i nakrapianymi białą I złotą farbą bombkami. Mają zadanie przyciągać klientów blichtrem pomady, pod którą zalega prostacki, nieociosany plastyk. Idąc powoli dla bezpieczeństwa przed upadkiem na śliskim zimowym podłożu, zerkam w stronę tych witryn, obserwując wyszukany tłok wewnątrz pomieszczeń handlowych. Drzwi otwierają się i zamykają i przez moment czuję powiew ciepłego powietrza dobywającego się z wnętrza zabudowanych kramów. Na zabawkowe cuda nie spoglądam długo. Przechodzę dalej, omijając kafejki i sklepy z promocyjnymi cenami odkurzaczy i telewizorów. Zaglądam do cukierni, wchodzę po schodkach i otwieram drzwi, lecz nie dostaję się do środka. Patrzę jedynie na półki i szerokie łoża oszklonych chłodni, a stwierdziwszy, że słodkości zgromadzonych w tym miejscu starczy dla mnie, obiecuję sobie, że kiedy będę szedł tędy z powrotem, zaopatrzę się w jakieś ciasto lub ciastka, aby móc poczuć słodycz w nadchodzące, świąteczne dni.

Schodzę powoli na chodnik i znów staję się jednym z przechodniów. Idąc w kierunku centrum, zbaczam w dół uliczką wąską, biegnącą łagodnym zakosem. Wkraczam na targowisko z ponad setką straganów, gdzie handel odbywa się pod zadaszeniem, choć i tutaj wiatr czyni spustoszenie, podwiewając wystawioną dla klientów odzież i całe mnóstwo rozmaitości mniej lub bardziej związanych ze świętami. Prawdę mówiąc na targowisku można kupić wszystko i tego dnia interes kwitnie, i trwał będzie do piątej po południu, kiedy zmrok spotężnieje, a może zgodnie z prognozami meteorologów nad miasteczko wedrze się spore ochłodzenie. Przedzierając się przez tłum, spostrzegam znajome twarze wśród sprzedających, jak i tych, którzy za wszelką cenę postanowili z premedytacją własnoręcznie ograbić swoje przedświąteczne portfele. My zgromadzeni na tym bazarze próżności, stanowczo za mało mamy czasu na zagajenie rozmowy, ot, wypowiadamy sakramentalne powitania i pożegnania, czasami posługujemy się banalnymi pytaniami typu: „jak tam leci” lub też wyrażamy ubolewanie nad faktem, że nie widzieliśmy się tak długo. Szybkie życzenia zawsze zdrowych i wesołych świąt kończą rozmowę, po czym uśmiech na ustach znika, a oczy biegną już w stronę kolejnej postaci, jaka wyłania się zza wiszących kożuchów i kurtek, postaci, która przypomina nam kogoś. Słyszę słowne zachęty do kupna właśnie tych towarów i widzę cierpliwość handlowców, którzy godzą się na przymierzanie kolejnych par butów, koszul, kurtek i spodni przez wybrednych klientów, którzy żądają możliwości przymierzenia kilku następujących po sobie artykułów. Tu i ówdzie ustawiają się kolejki do psiego i kociego żarcia; gdzie indziej zmarznięte dłonie kupujących przebierają wśród jabłek i cebuli. Powodzeniem cieszą się przymulone karpie i surowy bałktycki śledź. W innym miejscu sprawdza się sprawność światełek na choinkę i harmonijny układ gałązek na żywym drzewku świerka. Gdzieś obok głównego szlaku handlu rozsiadają się dostarczyciele jemioły, siana i wymyślnych stroików. Ktoś przystaje popatrzeć tylko; ktoś inny po parominutowych targach odchodzi uszczęśliwiony z trzymanego pod pachą zakupu.

Mnie interesowały śledzie i słodycze. Zaopatrzony, wyszedłem z targowiska, niosąc w jednej torbie starannie oddzielone od siebie zakupy i wkroczyłem na ulicę wiodącą bezpośrednio do głównego placu miasta.

Na tym placu, w feerii lampionów, jakimi udekorowano drzewa wokół placu i frontony budynków publicznych, trwały przygotowania do wigilii w mieście przeznaczonej dla najuboższych. Niebawem miała się rozpocząć msza. Przed pomnikiem bojownika o niepodległość wystawiono kuchnię polową, która serwowała biały barszcz z kiełbasianą wkładką, co miało ukoić ból i zaspokoić na tę chwilę głód potrzebujących. Modlitwa miała natomiast sprawić rychłą poprawę stanu ducha u tych, którzy najbardziej potrzebują poratowania swoich żołądków i ocieplenia mieszkań, tych, którym za długi odłączono ogrzewanie. Modlono się za bezrobotnych, choć było wiadomo, że takie modlitwy to czynność przypominająca zaklinanie węża. Powoli na placu gęstniał tłum. Pod zadaszoną sceną kręcili się już pierwsi oficjele i specjaliści od nagłośnienia. Czekano jeszcze na tych najważniejszych, na burmistrza, przewodniczącego rady i kapłana. Zanim przybyli rozpętała się prawdziwa śnieżna zamieć, aż przymknięto kotły z zupą. Rychło wystartował telebim z kolędą „Bóg się rodzi”. Śpiewał chór dzieciaków z podstawówki. Potem jeszcze jedna kolęda, i jeszcze jedna, aż wreszcie przed proscenium ukazał się biały nissan, z którego wysiedli oczekiwani goście. Po kilku minutach gospodarz miasta przemówił. A mówił składnie, dziękując mieszkańcom za przybycie, za docenienie tego faktu, że wigilijna msza, która nastąpi za chwilę, poświęcona będzie najbiedniejszym. Burmistrz przemawiał w kożuchu wielbłądzim. Zabierający po nim głos kapłan poinformował, że dzisiejsza taca przeznaczona będzie na paczki dla najuboższych i ma nadzieję, że się zapełni, bo wprawdzie święta tuż, tuż, to jednak czas jeszcze na zakup najpotrzebniejszych darów serca na najbardziej potrzebujących. Tłum gęstniał jak śnieżny opad.

Poczułem się źle. Na tyle źle, że nie dosłyszałem, co miał do powiedzenia przewodniczący miejskiej rady. Wydawało mi się (było to bezpośrednio przed utrata przytomności), że przewodniczący rady patrzy w moją stronę.

Ktoś z tłumu mnie wyniósł. Zastrzyk. Kategoryczny brak pozwolenia na odwóz do szpitala - tyle pamiętałem. Po dożylnej iniekcji poczułem się na tyle dobrze, że postanowiłem wrócić do domu o własnych siłach. Jeszcze raz kategorycznie sprzeciwiłem się zabraniu mnie do szpitala, a jak wiadomo, wola pacjenta to rzecz święta. Byłem pod opieką i choć trudno w to uwierzyć, ale moją opiekunką była sąsiadka z parteru, która umawiała się ze mną na odśnieżanie. [...]


[07.07.2022, Toruń]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz