Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

18 czerwca 2017

PRZYDROŻNE MONOLOGI (18) ZJAZDY, ROCZNICOWO


*
Wczoraj wyjechali do kraju Jurek i „mały” Jacek, spóźnieni o dwa dni, ale jednak im się udało. Zabrali się z Olegiem z Połtawy (ten z komicznym śmiechem podczas oglądania filmów), który poprosił o wcześniejszy zjazd, bo żona mu zachorowała (musi opłacić lekarzy) i jego studiujący informatykę syn dostał kartę powołania do wojska. Oleg obawia się, że wyślą syna na wschód na wojnę, więc musi wracać, aby i tę sprawę załatwić (pieniędzmi, rzecz jasna), a do Połtawy z Polski trzeba jechać prawie dwie doby.
Teraz, po wyjeździe „dużego” Jacka do Irlandii w domu pozostało nas dwóch: ja i Sebastian. Obaj czekamy na zjazd. Sebastian musi do Polski zdążyć na swój ślub (z Ukrainką) i najpóźniej we wtorek powinien wyruszyć spod Calais. Mnie z kolei termin zjazdu wypada na poniedziałek lub wtorek; raz, że 21 czerwca, czyli w środę muszę zwrócić do biblioteki książki (w tym nieszczęsnego Vargę), a dwa, że mamy zaplanowane króciutkie wczasy w górach od 23-go (taki niby „prezent” na niedawną „osiemnastkę” córki). A tu tymczasem dostaję kurs do Birmingham z rozładunkiem na wtorek rano i przy bardzo dobrym układzie wystartuję z „domu” pod Calais w nocy z wtorku na środę, albo w środę rano. Warunkiem jest kurs z ładunkiem do kraju, a to nie jest takie pewne.
Istnieje nadzieja, że zabiorę się z Ukraińcem Romanem, z którym w marcu wyruszyliśmy wspólnie w trasę w naszej obecnej firmie, ale pierwszeństwo zjazdu, co zrozumiałe, będzie miał Sebastian.
Inna możliwość to zjazd Citroenem Berlingo, w którym należy wymienić filtr paliwa, a może i przeczyścić zbiornik, bo strasznie nam to autko „przerywa”, i, odpukać, może w pewnej chwili odmówić posłuszeństwa.
A zatem, „na los szczęścia Baltazarze”, należy czekać i liczyć na pomyślny splot okoliczności. O ile na „wczasy” jest szansa zdążyć, to książek z biblioteki nie zwrócę na czas.
Zadzwoniłem więc do znajomego Andrzeja - bibliotekarza, z którym pracowaliśmy jeszcze w szkole, aby wstawił się, za tą moją niezależną ode mnie zwłoką - nienawidzę wprost spóźniania się w sprawach objętych wyznaczonym terminem.

**
Z garści informacji z kraju, o jakie się upominam dominują te najbanalniejsze: o pogodzie, o zdrowiu członkiń i członków rodziny, o perypetiach szkolno- (córka) -zawodowych, jak i też o tym, co w kraju nad Wisłą się najnowszego dzieje i czy jest szansa, że nasza piękna ojczyzna istnieje.
Spośród tychże wieści wybrałem do opowiedzenia taką, która dotyczy „mojej” szkoły, w której „przenauczycielowałem” i przedyrektorowałem parę ładnych lat.
Szkółka ta w bieżącym roku obchodzi 105-tą rocznicę istnienia, z której to okazji zorganizowano uroczysty zjazd. Za „moich” niesłusznych czasów rozsyłano zaproszenia dla nauczycieli - emerytów, także tych, którzy pracowali w szkole przez jakiś czas, dla dawnych dyrektorów, kierowników, których zawodowa kariera otarła się w sposób znaczący o mury naszej sędziwej uczelni. Przypominam sobie ileż to razy dokonywaliśmy operacji polegającej na ustalaniu aktualnych adresów, pod którymi żyły niektóre owoce pedagogicznego grona, boć przecież toć nie honor pamiętać o Iksie, zapominając Igreka. Fakt faktem, że nie każdy z tych „namierzonych” decydował się na odwiedzenie szkoły, w której przepędził szmat swojego żywota, a swój podpis pozostawił czy to w dzienniku lekcyjnym, czy też w protokolarnej księdze zebrań pedagogicznej rady, ale w końcu chodziło nam wszystkim o to, aby dać świadectwo temu, że chociaż żyjemy w jak najbardziej bieżącym zespole powołanym do realizacji szczytnego celu powszechnej edukacji, to jednak pamiętamy o tych, co przed nami trudzili się niemało.
Przypominam sobie, że na okrągłą, setną rocznicę narodzin naszej szkoły, kiedym już nie był pedagogicznym członkiem jej społeczności, napotkałem z żoną (też pedagog) zaproszenia dla nas na rocznicową celebrację na wycieraczce przed naszym mieszkaniem, a przecież na klatce schodowej; otworzysz blokowe wrota i masz zaraz po lewej zestaw skrzyneczek na listy z takim poprzecznym otworkiem na koperty, więc nic trudnego wsunąć weń zgięty na pół kartonik o powierzchni jednej drugiej typowej listownej koperty.
Tym razem władczyni szkoły uznała, że na sto piątą rocznicę nie uchodzi zarzucać wycieraczkę zaproszeniami, skoro znacznie lepiej w ogóle ich nie wypisywać.

[16.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (17) CO TEŻ O POLSCE NAPOTKANI NA ZACHODZIE RODACY PRAWIĄ

*
Do „domu” przyjechał na parę dni jego rzeczywisty właściciel. Przyjechał z kierowcą busem - blaszakiem - volkswagenem. Obaj od ponad dwudziestu lat mieszkają we Francji. Właściciel prowadzi jakieś biznesy w Maroku i Tunezji, a obecnie mieszka w Paryżu. Dom w cichym Campigneulles Les Grandes wynajmuje firmie, w której pracuję. Być może wreszcie podłączą nam internet; pan Andrzej interweniował. Problem zasadza się w tym, że kable należą do francuskiej telekomunikacji a firma SFR dostarcza po nich sygnał internetowy i dopóki telekomunikacja nie zrestartuje łącza, SFR nie zrobi nic. Normalka. W Polsce jest podobnie, także z kolejami (szyny należą do X, dworzec do Y, parowozy z wagonikami do Z).
Rozmawiamy o pracy, a właściwie egzotycznych podróżach właściciela, bo do Maroka i Tunezji dochodzi jeszcze Senegal. Dwa podstawowe tematy to brak tamże wody i afrykańska kuchnia. Pan Andrzej ma dosyć skonkretyzowane poglądy na temat UE, roli w niej Niemiec oraz polskiej polityki, która przez lata, jego zdaniem, polegała na systematycznej wyprzedaży majątku państwowego. Nie jest w swych opiniach odosobniony. Podróżując po Europie, a ostatnio na trasie Francja - Wielka Brytania kwestia wyprzedaży tego, co budowały zeszłe pokolenia bardzo często pojawia się w rozmowach i bez względu na domniemane orientacje polityczne każdy polski kierowca, jak i też Polacy, których w takiej choćby Anglii spotyka się co krok, mają niemal identyczne zdanie: kraj nasz jako niezależny podmiot gospodarczy nie istnieje. Więcej, opinie są takie, że to, czego Hitler nie zrobił przy pomocy podbojów, obecne Niemcy czynią to samo drogą pokojową. Przesada? Nie sądzę. Naprawdę wystarczy trochę pojeździć po Europie z towarami, przypatrzeć się, w jaki sposób funkcjonuje ten europejski organizm gospodarczy i wyciągnąć wnioski, nie opierając się na mediach, które przecież w zdecydowanej większości nie są w polskich rękach. Ludzie bardzo psioczą na PO, Tusk to karierowicz; mniej na PIS, choć ten przegina w kwestii religii i absolutnym nieporozumieniem jest Macierewicz, ale PIS przynajmniej próbuje się Zachodowi postawić. Myślę jednak, że pracując na Zachodzie Europy, Polacy skłonni są bardziej zawierzyć PIS-owi, bo Platformiana elita to… tu padają mocne słowa… lepiej nie przytaczać, a tak w ogóle to „uwierzę, że w Polsce zmieni się na lepsze, jeśli wypuszczą z więzień niepłacących alimenty (powinni na nie zapracować), a znajdą się w nich ci wszyscy „przekręciarze”, którzy jak Polska długa i szeroka pozostają bezkarni”.

[15.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

WYZNANIE

Brakuje mi ciebie
ty która śmiało wkraczasz
w materię oblekającą moje ciało
a jeżeli potrafisz ukłuć boleśnie
to obwiniam o to siebie
że nie potrafię
jestem nieostrożny
moje oczy nie dostrzegają
dotyk moich palców jest niestaranny
i obejmując cię
zagłębiam się tobą bez wyczucia
wyszarpuję niezręcznie
zapętlam się za tobą
albo zrywam więzi
a przecież 
kiedy podążamy z sobą wspólnie
potrafimy uczynić tak wiele
połączyć nierozerwalnie
tak bardzo mi ciebie brakuje 
jak teraz bez twojej pomocy
zszyję swoje znoszone portki
o Igło moja najdroższa.

[15.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

CO MAM CI DO POWIEDZENIA (2)

Kiedy tak z gosposią naprzeciwko siebie siedzieli przy stole, wciąż jeszcze oświetlonym przez jęzor słonecznej jasności, a siedzieli już przy ziołowej herbatce, która dla obojga Romanowa w trymiga przyrządziła, nie zdążył nawet z pytaniem do niej o proboszcza; sama napoczęła śliski temat.
- Ja przecie widzę, proszę księdza, że jego myśli lgną do naszego księdza Mariusza, któremu chyba jeden Pan Bóg ścieżki wyprostować może, nie żaden człowiek, bo to charakter taki, że naprawianie go przez ludzkie gadanie nie pomoże.
- Trzeba ufać, Romanowa, że w końcu się opamięta, a może mnie, starszego wreszcie posłucha, bo przecież tak dalej być nie może.
- Nie może być, a jest, proszę księdza. On już z tego wszystkiego, albo śpi, albo ledwie zakończywszy posługę, w samochód wsiada i Bóg jeden wie, gdzie jedzie. Domyślam się, że do miasta, gdzie jako osoba mniej znana, kupuje sobie wytrawne wina, że niby do mszy, lecz ja wiem, że wypija je w samotności. Jedyna pociecha, że nie pokazuje się ludziom pijany; na to go jeszcze stać, ale jak długo w tym wytrzyma? 
- Nie wytrzyma, Romanowo, nie wytrzyma, bo zabrnął za daleko i w końcu ludzie dowiedzą się, jaką niespodziankę im sprawił.
- A czy to już dzisiaj nie wiedzą? Cała wieś bierze go na języki, choć są takie parafianki, co to we wszystkim, co robi usprawiedliwiają go i mówią, że ksiądz też człowiek, a i mężczyzna przy okazji, więc przymykają oczy.
- Ale większość parafian…?
- Przecież ksiądz się domyśla, jak jest, a są tacy, co gotowi by i do samego biskupa pojechać i poskarżyć się na to, jak się ksiądz Mariusz prowadzi, a ludzkie gadanie ma za nic, no i wstydu, że za grosz nie ma.
Rozdwojony pomiędzy szacunkiem dla osoby, która i jemu szacunek oddała, a gosposią, która samą prawdę mówiła, ksiądz Kazimierz miał nie lada twardy orzech do zgryzienia, ale trwał mocno w swoim zamyśle, że rozwiązać problem musi; nie on to kto? Jego młody proboszcz posłucha, ugnie się przed głosem starszego wiekiem kapłana, tyle że nie wiedział jeszcze, jak tu się do tej sprawy zabrać, aby przy okazji dziecka z kąpielą nie wylać.
- To bardzo prawdopodobne, Romanowo, że biskup się za tę sprawę weźmie, bo też i rozgłos więcej szkody przyniesie, gdy go w porę nie pohamować. Aleć jeszcze do biskupa nie napisali? wizyty mu nie złożyli?
- Jeszcze nie. Przebąkują coś o ostatecznej z księdzem Mariuszem rozmowie: niechże się określi, bo inaczej, choć za porządnych katolików się mają, to gotowi są pójść na całość.
- A że się tak naiwnie zapytam, czy aby to prawda, co ludzie mówią? Może to potwarz?
Romanowa tylko pokiwała głową, a wzrok w księdzu emerycie utkwiła taki, że zdradziła się nim jak Judasz, gdy wydał Chrystusa.
- Toć to pewne. Nie dalej jak przed tygodniem ona przed konfesjonałem u proboszcza klęczała, że to na spowiedź przyszła, a już po niej widać było, że pod sercem nosi to brzemię, które ciąży teraz obojgu. Ale mnie, proszę księdza, najbardziej boli to, że ksiądz Mariusz do czasu jak nie spomknął się z tą kobietą, uchodził za nieprzejednanego w katolickiej moralności kapłana. Jakież on kazania układał? Jak przemożnie zatwardziałym był przeciwnikiem cielesnych uciech i rozpusty, pozamałżeńskich stosunków? Słuchało się go z przejęciem, a całe ciało drżało od tych rzucanych na bezbożników gromów. A na niektóre jego słowa młodzież to nawet głowy odwracała, bo to czasy teraz inne, liberalne, powiadają, a księża, co to uciech życia znać nie powinni, jakież mają prawo do sądzenia, toż od tego jest sam Pan Bóg, który i tak widzi najlepiej, i do osądzenia najpierwszy.
Kiedy gosposia rozprawiała tak o proboszczu, dodając jeszcze pewne wypowiedzi na jego temat posłyszane w sklepie, na głównym placu wioski przed domem weselnym i remizą, ale też przed kościołem, gdy wiernym zaraz po mszy rozsupływały się język, ksiądz Kazimierz pomyślał sobie, że w gruncie rzeczy to on sam, choćby z racji sędziwego wieku powinien był karmić parafian konserwatywnymi poglądami, nie dopuszczając do głosu nowego myślenia bliskiego współczesnemu, zateizowanemu światu, tymczasem nie zauważał u siebie tego wstecznego rygoryzmu, co mogło wynikać z jego charakteru, ale też z tego powodu, że Pismo Święte miał w jednym palcu, czytywał mądre myśli nie tylko świętych i teologów, lecz również pisarzy i filozofów, którzy wypowiadali się na temat wiary. Przypomniał sobie te zażarte dysputy, jakie prowadził chodząc z kolędą. Może nawet bardziej pamiętał te domy, gdzie przyjmowano go, jeśli nie niechętnie bądź z rezerwą, to pośród domowników występowała duszyczka krnąbrna, która widząc katolickiego księdza albo zaszywała się w niedostępną gościom głębię swojej mieszkalnej komory, albo też wchodziła z nim na samym początku w przekorny spór, aby wykazać swą zuchwałą niechęć do wszystkiego, z czym klecha przychodził. Jednakowoż ksiądz Kazimierz będąc osobą bezgranicznie cierpliwą i potrafiącą słuchać argumentów rozmówcy, z którymi nawet jeśli się nie zgadzał, to umiał po ich wysłuchaniu tak pokierować rozmową, aby i jego usłyszano i zrozumiano. Nierzadko taki zaprzysięgły antyklerykał, nienawrócony przecież przez księdza, oczekiwał z niecierpliwością na kolejną rozmowę z osobą duchowną, na kontynuację zaczętej dyskusji, czasami sporu, aby uzbroiwszy się w nowe argumenty stawić czoło temu, kto słuchać potrafił i w pewnym momencie, po wysłuchaniu wywodu zaczynał swoją przemowę z odwiecznym, sakramentalnym „a teraz posłuchaj, co ja mam ci do powiedzenia”. Ale były to czasy, kiedy „po kolędzie” chodziło się nie tylko z wyszeptaną pospiesznie modlitwą dla domowników, z obrazkiem dla dziecka, z oczekiwaniem na kopertę z zawartością, ale także, a może przede wszystkim po to, aby porozmawiać, a w tej rozmowie być i słuchaczem, i opowiadaczem wyjątków z własnego życia. Przynajmniej ksiądz Kazimierz miał taką potrzebę i wcale nie uważał za nieroztropne dzielenie się z domownikami własnymi radościami, ale i smutkami, których nie szczędziło mu życie, choć wydawać by się mogło, że w służbie Bogu nie ma miejsce osobiste problemy. Nic tez dziwnego, że taka wizyta potrafiła się skończyć poczęstunkiem domową nalewką albo przepalanką, której wspólna konsumpcja niedawny spór odkładała do lamusa i dziwnym sposobem łagodziła treści, jakie zawierał. 
Ale było to dawno temu w latach trudniejszych dla religii, lecz z drugiej strony łatwiejszych, bo wiara nie nabrała jeszcze śmiałości do polityki, a ci, którzy ją nosili, przekonywali do niej z apostolską pokorą.
- Tak, zanim parafianie odbędą z księdzem Mariuszem tę ostateczną rozmowę, ja muszę z nim porozmawiać - oświadczył ksiądz emeryt, gdy w jego szklance pozostało jeszcze trochę ziołowej herbatki, akurat tyle, aby popić nią przepisaną przez lekarza tabletkę na rozrzedzenie krwi.
Gosposia z kolei, będąc przekonana, że ksiądz Kazimierz dopnie swego i dołoży starań, aby wyprostować wyboistą drogę, jaką podążał proboszcz, gosposia rozmyślała też o obiedzie, który nie może być ani nazbyt syty, ale też powinien wspomóc rekonwalescencję przywróconemu do życia księdzu.
(…) cdn

[15.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

NA „NAGROBEK Z LASTRYKO” KRZYSZTOFA VARGI

Zabrałem się za „Nagrobek z lastryko” Krzysztofa Vargi, powieść jak najbardziej współczesnego autora. Zaryzykuję wypowiedzieć się na jej temat, chociaż jestem jeszcze w fazie czytania, i to na początku.
Wiem, że nie należy tak czynić, tak jak dnia nie chwali się przed zachodem, ale czasami wystarczy przekartkowanie tekstu, aby domyśleć się, w jaki rodzaj literackiego klimatu wprowadza nas autor.
Po przeczytaniu kilkunastu stron rozpoznaję i doceniam sprawność językową Vargi, jednakowoż odkrywam to, co podane jest na tacy: społeczno-obyczajowo-polityczna publicystyka, nasączona refleksją, szczerą, lecz jednostajną, wrażliwą i krytyczną wobec rzeczywistości, ale pozbawioną idei, opisującą świat jakim jest, ale jest to opis gazet, jałowych dyskusji, w których z jednej strony rozmówca, słuchacz i obserwator odrzuca to, co go razi i odpycha, a mimo wszystko poddaje się temu współczesnemu światu konsumpcji, globalizacji i wolnorynkowej konkurencji…
… Minęło kilka dni i „Nagrobek” w dalszym ciągu nie zachwyca, nadal narracja jałowa, przegadana; monologi Hanki Bielickiej przy tym, co ma do powiedzenia Varga to drobniutka pestka cytryny, z tym że tamte estradowe wystąpienia pani Hanki o czymś jednak były, a ta powieść tak naprawdę jest o niczym, o wszystkim i o niczym, beznamiętna, w rzeczy samej o „pierdołach”, naturalistycznie pikantna, bez wyobraźni, a przede wszystkim razi w niej nadmiar słów, tak jakby autor dogadał się z wydawcą, że wysokość jego tantiem zależeć będzie od obfitości wyrazów zamieszczonych na kartach książki. 
Powiedzmy, że nawet zaakceptowałem pomysł pisarza na umieszczenie narratora w przyszłości (urodził się w roku 2038), który snuje dziwaczną opowieść o swoim dziadku i babce, także o matce w sposób tyleż bezwzględnie naturalistyczno-erotyczny, cyniczny, co i sarkastyczny. Żadnej koncepcji, żadnej idei nie dostrzegam w tym „ble, ble” pisaniu, ot Varga postanowił wygadać się do woli, pośmiać z konsumpcjonistycznego świata przełomu wieków, wydrwić przyzwyczajenia bohaterów, opisać baśń, w której nie ma miejsca już nawet nie na szlachetne uczucia, ale nawet na zwykłą ludzką przyzwoitość. Nadto autor kreśli przed czytelnikiem jakowąś wojnę, która niszczy cały kraj, a znaczne obszary stolicy zrównuje z ziemią; opowiada o wybuchłym w Warszawie powstaniu (skojarzenia i z ostatnią światową wojną i Powstaniem Warszawskim jak najbardziej na miejscu), które trwało 63 godzin (sic!), bo „z powodu głębokiej konspiracji nie wiadomo było, kto dowodzi. Prowadzony od dłuższego czasu otwarty konkurs na dowódcę powstania nie przyniósł wyników ze względu na skomplikowaną procedurę biurokratyczną i masowe odwołania od nieogłoszonego jeszcze wyniku składane przez potencjalnych przegranych. Nie przyniósł też rozstrzygnięcia nieograniczony przetarg na walki w poszczególnych dzielnicach, bo wszyscy chcieli walczyć na Starówce i w Śródmieściu…” i tak dalej i dalej… prawda, że wybitnym poczuciem humoru dysponuje autor książki?
W „Nagrobku z lastryko” pojawiają się też inaczej pachnące słowne kwiatki, jak choćby ten:
„Nikt z przyjaciół Kretyna [Kretyn to postać trzecioplanowa, brat pierwszoplanowej babki] nie przyszedł na pogrzeb [tegoż], nie było nawet jego domniemanej narzeczonej Angeliki, bo domniemana narzeczona i tak komu innemu obciągała, co Kretynowi nigdy do głowy nie przyszło…”
Albo taki kwiatek:
„Kiedy wreszcie umarł [pierwszoplanowy dziadek, mąż babki], po prostu zadzwoniła po firmę pogrzebową, żeby go zabrali jak najprędzej, jakby chciała zamówić pizzę… nie modliła się, bo nie umiała, nie zamknęła mu oczu, niech z obaczy, co narobił… bo dość miała tego zajmowania się nim, tego pielęgniarstwa, kucharstwa, samarytaństwa…”. Śmieszne, prawda?
Albo taki żart:
„Idź w cholerę do lekarza i nie wracaj bez wyroku śmierci, mówiła babcia przewracając się na brzuch i przykrywając głowę poduszką…”.
Tego rodzaju poetyka aż w nadmiarze obecna jest w powieści i pewnie autor w chwili twórczego aktu pomyślał sobie, że czytelnika, w tym mnie, zaciekawi, by nie rzec - zachwyci swoją prozodią. Mnie nie zachwycił, a rozwijając myśl dalej, powiedziałbym, że świat czytelniczy doskonale poradziłby sobie bez „Nagrobka z lastryko”, który tyle wnosi wiedzy i wyobraźni do szarych komórek mózgu czytelnika, ile złodziej złotego kruszcu do sklepu jubilera.
Nie dobrnąłem jeszcze do końca ostatniego rozdziału i zapewne postawiwszy czujnym wzrokiem ostatnią kropkę po zakończeniu finałowego akapitu, nie doczekam się rzucającej na kolana rewelacji. 
Prawdopodobnie zaczytuję się w „dziele” Vargi w myśl zasady, że aby ostatecznie złamać wroga, należy dobrze poznać, kto zacz jest tym pisarzem, którego piśmideł nie warto czytać.

[14.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji


13 czerwca 2017

CO MAM CI DO POWIEDZENIA... (1)

Przywykły do porannego wstawania nie usłyszał tym razem, jak dzwon zadźwięczał pięciokrotnie; nie otworzył też oczu, gdy kolejne, w równych odstępach czasu wymierzane uderzenia, każde o jedno więcej od poprzedniego, budziło wiejską czeredę śpiących twardym snem mieszkańców, wszystkich prócz niego, jak się wydaje; dopiero za dziesiątym wezwaniem usłyszał znajome dźwięki, kiedy to promyk słońca, dostawszy się pomiędzy niedociągnięte okienne story liznął jego przymuszone do snu powieki. Odemknął je i przekonawszy się, że utracił bezpowrotnie przynajmniej cztery godziny życia, z pełną już świadomością wydobył spod kołdry nogi, unosząc jednocześnie tułów od pasa w górę, przysiadł na skraju łóżka, prędko przeżegnał się i wymruczał jakąś powitalną prymę na powitanie dnia, który wkraczał w czas przedpołudniowy. 
Usłyszał jakiś rejwach dochodzący z kuchni i pomyślał, że może to być tylko gospodyni, nie zaś proboszcz, który właśnie o tej porze (przeliczył wcześniej uderzenia dzwonu, doliczając do dziesięciu) zażywał przedpołudniowej drzemki.
- Jak można tak gardzić nowo urodzonym dniem - powiedział do siebie, myśląc o przyzwyczajeniach proboszcza - przesypiając godziny, które można by spożytkować godniej? Małoż to do zrobienia w parafii? Choćby w kancelarii, nie mówiąc już o modlitwach albo o przygotowaniach do niedzielnej homilii? Owszem, z kartki czytać jej nie należy, ale główne tezy, cytaty z Pisma, odwołania - te trzeba chociażby w punktach przedstawić w piśmie, aby pobudzić myśli do działania.
Zaraz jednak spokorniał w ocenianiu zachowania gospodarza parafii, świadom tego, że dzisiaj i on sam nie sprawił się najlepiej, grzesząc zbyt późnym powitaniem dnia. Ale cóż, droga jaką przebył ze szpitala, który mu polecono, zmęczyła go na tyle, aby nie czując się jeszcze najlepiej po operacji, pozwolił sobie zanurzyć się w nadspodziewanie długi sen, zbawienny jak widać, bo po przebudzeniu poczuł w sobie silną energię, jaką właśnie teraz pożytkował, wstając i przechodząc dynamicznie w stronę napełniającego pokój światła, rozsuwając zasłony i otwierając okno.
- O, tak, powietrza, jak najwięcej powietrza - powiedział na głos i w tej chwili usłyszał dochodzące z kuchni człapanie. Zapukano i niemal równocześnie naciśnięto z tamtej strony klamkę; drzwi zostały otwarte.
- Pochwalony… a księdzu to tam nie powiedzieli, że ma leżeć i odpoczywać?
- Powiedziano, Romanowa, wiele cennych rad mi przekazano, ale nie mówiono, że należy leżeć jak najdłużej. Doktor mówił, że potrzeba mi powietrza i stopniowo dojdę do sił po zrobieniu tego obejścia żył… jakoś tak mówił, coś z angielska dodał, ale już zapomniałem.
- Jak by nie było, stanowczo za wcześnie powstał ksiądz na nogi. Jeszcze pewnie blizny się nie zagoiły.
- I tu się Romanowa myli, bo w dzisiejszych czasach lekarze mają takie sposoby na chorego, że zajrzą mu do serca poprzez żyły wziernikiem i pozostawią po tej operacji ranę nie większą, niżby Romanową bąk użądlił.
- Nie chciałabym doświadczyć tego użądlenia, a co dopiero przejść to, co księdza spotkało. Taki to był słabiusieńki, a jak mu oddech zabierało.
- A to, Romanowa, przez te pozatykane żyły, którymi krew nie chciała krążyć, lecz tam mi lekarstwa dali i na krwi rozgęszczenie, a gdzie robił się zator, tedy w te miejsca wstawili mi sztuczną żyłę i krew popłynęła jak dawniej.
- Niechże ksiądz dalej mi nie opowiada, bom raz, że na widok krwi wrażliwa, a dwa, że zaraz u siebie znajdę jakieś zatory, a do szpitala to za nic w świecie bym nie poszła.
- Tak Romanowa mówi? Szpital jej straszny? A przecie dwoje dzieci wydała na świat.
- A ksiądz w tych materiach to widać, że mało obeznany.. Mnie oba dziecka Kowalowa, świeć Panie nad jej duszą, odebrała. Najpierwsza akuszerka była we wsi. Już tam baby ją wolały od lekarza, choć potem pojawił się taki jeden doktor, co wszystkie młodsze napominał, że w szpitalu urodzić lepiej, bo to jak wynikną jakoweś komplikacje, to brzuch rozetną, a do tego baba głupiego jasia dostanie i bez bólu wyda na świat poczętego.
- Różnie tam o tym znieczuleniu gadają, Romanowa…
- A boć to ksiądz lepiej się zna na tym?
Pomyślał, że może i słusznie go obrugała, bo też co może więcej wiedzieć o porodach nad to, co sam usłyszy od kobiet, co rodziły. A słyszał o tych sprawach także siedząc w konfesjonale i dziwił się tym spowiedziom, bo nijak narodzenia z grzesznym postępkiem skojarzyć nie potrafił. Ale, przyznawał w duchu, sam zaczął te medyczne tematy, choć tyle się wyznawał na medycynie jak i znał się na porodach. Owszem, szpitalny doktor zanim kazał mu się kłaść na zabieg, rozmawiał z nim długo i otwarcie, co tam z jego sercem nie tak i jaka na tę przypadłość jest rada, więc mógłby teraz niejednego pouczyć o swojej chorobie, ale wcześniej… wcześniej z medycyną nic wspólnego nie miał, a jeśli z jakiejś przyczyny zaniemógł, zachodził do benedyktynów; już oni ziółka na każdą bolączkę znajdowali i zawsze pomagały.
- Niechże mi teraz ksiądz powie, co księdzu do jedzenia podawać. Mówili chyba przecie?
Przysiedli oboje przy wąskim stoliku pod oknem, a słońce zaznaczyło na jego blacie równiusieńki, jaskrawy szlaczek.
- Tłustego nic, mącznego niewiele, podobnie słodyczy, a jak najwięcej owoców i warzyw - odparł krótko i treściwie.
- A bo to ja inaczej księdzu gotowałam? Jużem myślała, że to przez to jedzenie, którem księdzu warzyła ta boleść się stała.
- Że też Romanowa w ogóle mogła tak pomyśleć. Ze starości to, nie zaś z przejedzenia.
- No, z przejedzenia to na pewno nie, bo ksiądz jako ten gołąbek dzióbie i zawszem do siebie pretensje miała, że może mu nie smakuje moje gotowanie.
- Mnie nie smakuje? Te barszcze i zalewajki to przecież twój rarytas, Romanowo. Ale kiedy na mnie spojrzysz, to widzisz, że ja choćbym nie wiadomo ile zjadł, nie przytyję. Mnie Pan Bóg kazał rosnąć w górę, nie w poprzek.
- To prawda. I przez to nie znać u księdza wieku, tak prosto się trzyma, ale widać i u takich przystojnych duchownych osób serce kruszeje, a gadają, że sercowe kłopoty imają się ino tłuściochów.
Mógłby ciągnąć dalej opowieść o przyczynach swojego nieszczęścia, ale znów powracać do medycznych tematów to igranie z wiatrem, którego nie dosiężesz rozumem. Prawda jest taka, że powinien był na samym początku zapytać o proboszcza, który siedział mu w głowie jeszcze wtedy, gdy w piersiach słabość go dopadła i jadąc do szpitala wcale nie był pewien, że powróci o własnych siłach na plebanię, gdzie wcześniej gospodyni larum podniosła na widok słaniającego się na nogach księdza rezydenta. Zaraz też przywołała syna z synową i kazała im księdza Kazimierza wywieźć do szpitala poleconego przez wiejskiego doktora, który tyle razy napominał duchownego, że im prędzej na operację się uda, tym dłużej pożyje, a jeśli zaniecha, sam Pan Bóg mu nie pomoże.
Nareszcie się zdecydował, nazbyt był słaby, aby się upierać, ale i zapragnął leczenia także po to, aby, jak Bóg da, powróci w zdrowiu, to zajmie się proboszczem, który, jak mu się zdawało, coraz to krętszymi ścieżkami chadzał, zaniedbując tego, do czego był powołany i oczywistym się stało, że się staczał. Żal księdzu rezydentowi było Mariusza, żal jako księdza i jako człowieka. Wszak pamiętał, jak przed rokiem, kiedy mu przyszło wybierać pomiędzy parafiami, gdzie mógłby dożyć w spokoju do śmierci, co każdemu sprawiedliwie pisana, nie wahał się ani chwili i pomyślał o tej, w której przesłużył lat dwadzieścia jeden, a kiedy pojawił się na umiłowanej sercu parafii, kiedy przywitał się z Romanową (wcale się nie postarzała), to proboszcz Mariusz z otwartymi rękami go przyjął i nie pytając o nic, oddał mu na pomieszkanie pokój, w którym miał swoje łóżko. Tak, ksiądz Kazimierz wdzięczny był proboszczowi za tak miłe przyjęcie, bo to z rezydentowaniem po parafiach bardzo różnie bywa i tacy jak on emeryci nie zawsze witani są z szacunkiem, na jaki zasługują, nawet jeśli sama kuria nakazuje przyjąć i otoczyć opieką. Dlatego też pomny tego radosnego przyjęcia z jakim się spotkał w swej starej parafii, ze smutkiem obserwował, jak ksiądz Mariusz podupada na duchu, do kieliszka zagląda, i to wcale nie mszalnego, a i zachowuje się nieobyczajnie, czego ukryć nie sposób, a nawet i nie należy.
(…) cdn,

[10-11.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji

12 czerwca 2017

PRZYDROŻNE MONOLOGI (17) - WYTAPIANIE TŁUSZCZU. WĄTEK UKRAIŃSKI.

*
Sobota 9 czerwca okazała się być jednym z najcieplejszych dni roku. Po częstych w mijającym tygodniu rozjazdach obecny weekend stworzył okazję do pozostania w „domu”, ba, pierwszy raz chyba od lat piętnastu, udało mi się znaleźć w horyzontalnej pozycji na leżaku, wystawiając na słońce przednią część swego tułowia, nóg oraz czaszki. Nadto wytapiałem tłuszcz swego ciała, trzymając w ręku a’25 cl Perlembourga, czyli pięcioprocentowego piwa, wystarczająco schłodzonego, aby nie popaść w depresję spowodowaną trzydziestostopniowym upałem.
Tak i przypiekłem raka, ratując się wsmarowywaniem kremu Nivea w najbardziej zagrożone spaleniem zakątki ciała (nawet pomogło).
W niedzielę tropikalna aura potrwała gdzieś do czternastej, tak jak przewidziałem, bo dnia poprzedniego, w rzeczoną sobotę, na bajecznie błękitnym niebie pojawiły się stratocumulusy wróżące zmianę pogody. Ochłodziło się o stopni minimum dziesięć i trzeba było zwinąć koc i leżak oraz udać się do pomieszczenia, w którym cieplej, choć nie tak parząco jak pod niedawnym słońcem. W każdym bądź razie odcień mojej skóry zmienił się na lekko brązowy i pierwszy raz podczas obecnego kursu zacząłem przypominać istotę, która powróciła właśnie z wywczasów na Majorce.

**
W niedzielę pojawiło się w „domu” dwóch Ukraińców. Najpierw, jeszcze przed południem, przyjechał Oleg z Połtawy, radosny i pogodny mężczyzna w średnim wieku, z wydatnym brzuszkiem, a cechą szczególną tego jegomościa stal się perlisty „sitcomowy” uśmiech, którym komentował komiczne dialogi jakowegoś uciesznego filmu, który oglądał na wyświetlaczu swego urządzenia do dzwonienia.
Później pojawił się Sasza, czyli Aleksander, czyli, jak go nazwałem: Aleksander Siergiejewicz Puszkin, który tryskał humorem kto wie, czy nie większym od Olega.
Sasza ma lat dwadzieścia osiem (kawaler - to informacja dla pań), choć z wyglądu nie posiada tylu lat, ile mu zapisano w paszporcie. Powiem więcej: zdarzało mu się na Ukrainie i zdarzyło się również w Polsce, że zakupując piwo, poproszono go przy kasie o paszport, aby udowodnił nim, że ukończył lat osiemnaście.
Z Saszą przegadaliśmy chyba ze cztery godziny: o jego pracy, o powodach szukania zajęcia w Polsce, o tym, że jakoś żony znaleźć sobie nie może, bo na Ukrainie tak jakoś się ostatnimi laty porobiło, że kandydatki na żony, poszukują mężczyzn na tyle majętnych, aby wydatnie podnieść swój standard życia, zaś miłość wraz z fizycznymi uprzyjemniającymi pożycie małżeńskie dodatkami to sprawy, które nie odkładane są na plan dalszy. Jako osoba cokolwiek bardziej doświadczona życiowo, udzieliłem Aleksandrowi stosownych rad, jakich forteli użyć, aby zaryzykować pozyskanie do partnerskiego związku niewiastę z polskim obywatelstwem. Wprawdzie moje pojęcie o tak zwanym „podrywie” opiera się raczej na teorii, nie zaś na praktyce, Sasza stwierdził, że spróbuje skorzystać z moich rad, a przysięgam, że wybiegają one w moich teoretycznych rozważaniach ponad utarte schematy.

***
Nikt w polskich a i europejskich mediach o tym nie napisze i nie powie. Ten zdeterminowany tłum w Kijowie podczas majdanowej rewolucji dostawał zapłatę za to, aby protestować przeciwko rządowi Janukowicza. Pieniądze za udział w demonstracji dostawali i studenci, i nisko opłacani robotnicy, i bezrobotni. Uczestnikom „majdanu” dostarczano też pożywienie, a wraz z nim narkotyki, które wzmagały determinację. Kiedy już emocje opadły, a światowe media znudziły się obrazkami z wojującego Kijowa, część wspomaganej narkotycznie młodzieży zaczęła mieć problemy, jakie zazwyczaj zaczynają się w chwili, gdy uzależniony od „wspomagaczy” organizm zaczyna się buntować przeciwko nagłemu brakowi we krwi substancji, która wcześniej dodawała mu odwagi. Okazuje się, że w starciach z milicją znacznie mniej było rannych w porównaniu z rzeszą majdanowskich narkomanów. Ci zaludnili kijowskie szpitale.
Na moje pytanie, od jakiego czasu na Ukrainie jest zdecydowanie gorzej, pada odpowiedź: - „Majdan jest tą granicą. Przed majdanem żyło się niepięknie, ale normalnie”.
- To po cholerę wam była ta rewolucja? - pytam Saszę.
- Po cholerę nam była ta rewolucja? - odpowiada zapytany.
Ktoś na tym zyskał. Kto? Obecnie rządzący, wspierani przez Amerykanów.
Sasza nie jest odosobniony w swych poglądach. Nie spotkałem Ukraińca, który popierałby „majdan”, choć nie oznacza to, że popiera politykę Putina.
Wyjścia z sytuacji nie widać.
Sasza nie chce żyć w Ukrainie.
- W sercu, w duszy, kocham swój kraj, ale dzisiaj nie można w nim żyć - mówi.
- A twoja rodzina? Matka?
- Będę przesyłał jej pieniądze, choćby na mieszkanie. To mój obowiązek - odpowiada. 

[10/11.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

WYPOŻYCZALNIA (16) POEZJA W PIOSENCE

WYPOŻYCZALNIA (16) POEZJA W PIOSENCE
Wypożyczyłem sobie dzisiaj dwa teksty, które zakorzeniły się w pamięci jako słowa piosenek. Jeden z nich jest jednocześnie poetyckim przekładem jednej z najpiękniejszych pieśni Bułata Okudżawy.

Ale zacznijmy od kobiety. Od kobiety, bo autorką pierwszego tekstu jest Agnieszka Osiecka, legendarna już poetka epoki PRL-u, uwielbiana przez środowiska studenckie stolicy, poetka współpracująca z piosenkarską elitą estrady, przydająca barwy najpopularniejszym melodiom minionego czasu, skromna, lecz tętniąca życiem i pomysłami, przedstawicielka swoistej cyganerii, zapoczątkowanej gdzieś w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku w teatrach studenckich oraz na deskach zdobywającego z roku na rok coraz większą popularność Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Można śmiało powiedzieć, że poetyckie dokonania pani Agnieszki to swego rodzaju kronika kulturalna czasów odchodzącego w zapomnienie PRL-u, zaś tematyka jej utworów nasycona jest kobiecą wrażliwością, najprostszymi a jednocześnie najcenniejszymi uczuciami miłości, przyjaźni wplecionymi w odwieczne ludzkie tęsknoty i nostalgie.
Do pewnego stopnia tekst, który zamierzam poniżej przedstawić, jest nieco inny, gdyż odnosi się do czasów wojennej grozy i powojennych niepokojów. Tekst wiersza został napisany do muzyki Krzysztofa Komedy (może było na odwrót), a przeuroczo zaśpiewał go Edmund Fetting. Ścieżkę dźwiękową tej piosenki wykorzystano w filmie… nie powiem, a dodam tylko, że film ten uzyskał miano pierwszego polskiego westernu.

„Nim wstanie dzień”
Ze świata czterech stron,
z jarzębinowych dróg,
gdzie las spalony,
wiatr zmęczony,
noc i front,
gdzie nie zebrany plon,
gdzie poczerniały głóg,
wstaje dzień.

Słońce przytuli nas do swych rąk.
I spójrz: ziemia ciężka od krwi,
znowu urodzi nam zboża łan,
złoty kurz.

Przyjmą kobiety nas pod swój dach.
I spójrz: będą śmiać się przez łzy.
Znowu do tańca ktoś zagra nam.
Może już

za dzień, za dwa,
za noc, za trzy,
choć nie dziś.
Za noc, za dzień
doczekasz się
wstanie świt.
Chleby upieką się w piecach nam.
I spójrz: tam gdzie tylko był dym,
kwiatem zabliźni się wojny ślad,
barwą róż.
Dzieci urodzą się nowe nam.
I spójrz: będą śmiać się, że my
znów wspominamy ten podły czas,
porę burz.
Za dzień, za dwa,
za noc, za trzy,
choć nie dziś,
za noc, za dzień,
doczekasz się,
wstanie świt.

Drugi utwór z przykawiarenkowej wypożyczalni jest, jak wspomniałem, interpretacją - tłumaczeniem wiersza Bułata Okudżawy dokonanym przez znakomitego tłumacza literatury rosyjskiej (zwłaszcza poezji) Witolda Dąbrowskiego.
Nie mam wiadomości, czy ten niezwykle popularny w Polsce poeta i bard rosyjski znał i czy oceniał pod względem „duchowej zgodności” z oryginałem tłumaczenie dokonane przez pana Witolda, ale jeśli znał, powinien był być zadowolony z tego przekładu, który oddaje w pełni zarówno słowo jak i „duszę” tej przepięknej pieśni.
Chyląc zatem czoła przed Bułatem Okudżawą, należy też złożyć pokłon interpretacji pana Witolda.
Ciekawe, że znakomitym łącznikiem obu prezentowanych w „wypożyczalni” tekstów jest postać niezmiernie przeze mnie lubianego aktora Edmunda Fettinga, co tylko może być dowodem na to, że znakomitości się przyciągają.

 „A jednak żal”
Co było - nie wróci, i szaty rozdzierać by próżno.
Cóż, każda epoka ma własny porządek i ład...
A przecie mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin -
tak chętnie bym dziś choć na kwadrans na koniak z nim wpadł.
A przecie mi żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin -
tak chętnie bym dziś choć na kwadrans na koniak z nim wpadł.

Dziś już nie musimy piechotą się wlec na spotkanie
i tyle jest aut, i rakiety unoszą nas w dal...
A przecież mi żal, że po Moskwie nie suną już sanie,
i nie ma już sań, i nie będzie już nigdy, a żal!
A przecież mi żal, że po Moskwie nie suną już sanie,
i nie ma już sań, i nie będzie już nigdy, a żal!

Pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza,
pojętny mój wiek, zdolny wiek mój chcę cenić i czcić...
A przecie mi żal, że jak dawniej śnią nam się bożyszcza
i jakoś tak jest, że gotowiśmy czołem im bić.
A przecie mi żal, że jak dawniej śnią nam się bożyszcza
i jakoś tak jest, że gotowiśmy czołem im bić.

No cóż, nie na darmo zwycięstwem nasz szlak się uświetnił
i wszystko już jest - cicha przystań, non-iron i wikt...
A przecie mi żal, że nad naszym zwycięstwem niejednym
górują cokoły, na których nie stoi już nikt.
A przecie mi żal, że nad naszym zwycięstwem niejednym
górują cokoły, na których nie stoi już nikt.

Co było - nie wróci... Wychodzę wieczorem na spacer
i nagle spojrzałem na Arbat i - ach, co za gość! -
rżą konie u sań, Aleksander Siergiejewicz przechadza się,
ach, głowę bym dał, że już jutro wydarzy się coś!
Rżą konie u sań, Aleksander Siergiejewicz przechadza się,
ach, głowę bym dał, że już jutro wydarzy się coś! 

[11.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 2

PRZYDROŻNE MONOLOGI 16 - TRASY. UROKI ANGLII. OKIEM BYŁEGO BELFRA

*
Przez ostatnie kilka dni pojeździła sobie pomiędzy Francją a Wyspami, i tak:
po niedzielnej wizycie w McLarenie w poniedziałek 5 czerwca  miałem załadunek w  „Aristocraft Europe LTD” w Uxbridge (towar do Francji w okolice Bordeaux). Powróciłem z ładunkiem na Marck, przesiadłem się na Berlingo i  w „domu” byłem już po północy.
Następnego dnia też około północy wziąłem towar do „GEFCO” na kodzie TW15 1BL (zapomniałem nazwy miejscowości), skąd po rozładunku udałem się do znajomego Tiverton na Devonie i wyruszyłem z towarem do Włoch. Dojechałem, rzecz jasna, tylko do Calais. Tam, nie dojeżdżając do „domu”, na Marcku zmieniłem busa i wyruszyłem na trzy rozładunki do:
1. Bognor Regis w harabstwie Sussex, („Vaniec” - „Rolls-Royce”)
2. Solihull koło Birmingham - adres znany („Jaguar - Land Rover” 
3. Derby (Toyota Motors).
Stamtąd z kolei jadę pod załadunek do Wolverhampton, skąd biorę towar do Wrocławia. Dojeżdżam z nim do Marck pod Calais o 1.20, 9 czerwca, gdzie się zmieniam z Ukraińcem i w Campingneulles Des Grandes jestem o 2.30 .
Wyliczyłem sobie, że na 58 godzin pracy (jazda, załadunki i rozładunki) udało mi się przespać 2 godziny (na przydrożnych „bujankach”, w pociągu podczas przeprawy tunelem i na promie).
Niewiele tego, ale dzisiaj odrobiłem brak snu z nawiązką - przespałem całe 8 godzin, i to bez „międzyląndowania” w toalecie - jak na mnie to prawdziwe szaleństwo, jeśli chodzi o długość spania.
Po przebudzeniu trzeba było zająć się praniem, przygotowaniem napojów i zawekowanej gęstej zupki na kolejną trasę oraz zażyć kąpieli, która w tej transportowej pracy jest nie do przecenienia.
A zatem… zaczyna się od uzębienia, następnie skok do wanny, golenie się (taka akurat kolejność), po czym potraktowanie twarzy, policzków i innych, mniej ukazywanych przed publicznością zakamarków ciała toaletowym spirytusem marki „Bond” i w końcu nałożenie na rzeczoną twarz plus łysinę konserwującej ondulacji kremem „Nivea”.
Ja wiem, śmiesznie zabrzmiało to opisywanie tak prozaicznej toalety i nigdy bym tego nie czynił mając robotę w kraju, lecz podróżując po świecie kwestia higienicznych powinności nabiera całkiem innego znaczenia. 

**
To, co podoba mi się w Anglii to rozpasana zieleń, soczysta, rozłożysta, pagórkowate pejzaże łąk i pastwisk poprzecinanych żywopłotami, lokalne drogi, wąskie, porośnięte dębiną, grabem i klonem, miasteczka i wioski kipiące parkową zielenią, stare budynki, kościoły i cmentarze okolone starożytnymi kamiennymi murami, prywatne domy ze spadzistymi dachami i z dominującymi na nich wysokimi kominami, podwyższonymi jeszcze o ceglane, rurowate dymniki, a pośród pól i pastwisk, jak i też w przydomowych zagrodach dostrzec można triumfalnie wynoszące się ponad okolicę mocarne stare dęby, buki i wiązy, które powiedziałyby niemało o historii tych urokliwych miejsc. A jedzie się nierzadko krętymi drożynami jakby w tunelach zadaszonych ciemną gęstwą krzewów i drzew - w te miejsca słońce nie dobije się nigdy swymi promieniami; a bywają takie okolice w Sussex, Surrey czy w Derbyshire, gdzie po obu stronach drogi straszą knieje, a w nich jak w prastarej puszczy powalone kręgosłupy zbutwiałych pni, co nosiły na sobie rozłożyste ramiona gałęzi - dzisiaj te poprzetrącane, kalekie, w mchu utytłane; nocą pośród nich sowy łowne siedzą, lisy i borsuki czatują na zdobycz byle jaką.

***
Ilekroć zdarzyło mi się przejeżdżać w Brytanii w pobliżu szkół, zawsze mój wzrok napotykał dzieciarnię i młodzież ubraną w przepisowy strój szkolny. Dziewczęta w granatowych najczęściej spódnicach lub spodniach, w bluzkach, koszulach z emblematem szkoły, a te bluzeczki nierzadko zwieńczone białym kołnierzykiem. Chłopcy w garniturkach, w pulowerach, swetrach wełnianych; czasami zdarzają się w tym ubiorze krawaty. Nie ma jednego wspólnego dla wszystkich szkół ubioru; różnią się one kolorem, wzornictwem i koniecznie indywidualnym dla danej uczelni emblematem. Do angielskiej szkoły uczeń chodzi elegancko, lecz nie ekstrawagancko ubrany i jakoś nikomu ta „urawniłowka” w wyglądzie nie przeszkadza. Nikt ze szkolniaków nie może się czuć szczególnie wyróżniony, choć przecież i tu występują różnice majątkowe pomiędzy rodzinami tak jak u nas w nadwiślańskim kraju.
Przyznam szczerze, że jestem rozczarowany tym, że jednemu z ministrów edukacji w Polsce nie udało się przeforsować szkolnego stroju do naszych jednostek edukacyjnych. Postawiono na wolność wyboru, czyli przychodzenie do szkoły w tym, co ma się najpiękniejszego, „markowego”, na co obecnie stać rodziców. Pamiętam te argumenty rodziców, uczniów, a także i nauczycieli: mamy wolność i demokrację i żadna władza nie będzie nam mówiła, jak obrane ma być dziecko czy młodzian chodzący do szkoły. Niby prawda, ale to „niby” stanowi różnicę. Nie pomyślano nad tym, że od szkolnego stroju bardzo wiele się zaczyna: kosztowny, z wysokiej półki, ponadstandardowy stanowi o dominacji jednych uczniów nad drugimi; zaczyna się w tym miejscu swoista segregacja na biednych i bogatych, na tych pochodzących z domów, w których się nie przelewa i na tych, w których kupno nowego ciucha nie stanowi dla rodziców żadnego problemu. Na stroju się zaczyna, a kończy na… chociażby na tym, że ci bogatsi uczniowie spożywają posiłki w pierwszorzędnych naczyniach, podczas gdy dla biedniejszych przewidziane są plastykowe jednorazówki.
Nie wiem, dlaczego w kraju nad Wisłą nie przyjął się strój szkolny. Być może do pewnego stopnia miała na to wpływ nazwa „mundurki”, kojarząca się nie najlepiej. To trochę dziwne, bo obserwując chociażby „sportowe klimaty”, łatwo dostrzec to, że przywiązujemy się do barw i symboli naszego ulubionego klubu, natomiast nie tolerujemy przynależności do szkoły - miejsca, w którym spędzamy jedną trzecią swojego edukacyjnego żywota.
Pewnie zaskoczę co niektórych, gdy powiem, że wprawdzie ze strojem szkolnym nie wyszło, to jest taki pomysł, który mimo wszystko został podjęty i „wypalił”. Powiem więcej - jest to chyba najistotniejszy pomysł w edukacji, jaki udało się wprowadzić w życie w ostatnich kilkunastu - kilkudziesięciu lat reformowania polskiego szkolnictwa. A jest nim (czy kto zgadnie?)… utworzenie „instytucji” opiekuna dzieci zmierzających do i ze szkoły, a zmuszonych do przechodzenie przez jezdnię w niebezpiecznych miejscach. Tak, mam na myśli te panie (najczęściej to one sprawują opiekę nad dzieciarnią) z lizakami, wstrzymujące ruch pojazdów, aby szkolna dziatwa mogła bezpiecznie do domu powrócić po swej szkolnej pracy… wielki to plus dla pani minister Łybackiej.
No już dobrze… zapędziłem się… ani słowa więcej o szkole!  

[09.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

06 czerwca 2017

WŁÓCZYKIJ (3)

Dziadek Staszek - węglarz powrócił z sanatorium może i nie do końca wyleczony, ale oddech miał teraz głębszy, a i sprawniej poruszać się zaczął na swych starych nogach, których w młodości, gdy jeszcze w żyłach krew krążyła sprawnie, nie szanował, poddając je trudom wędrówek w góry, a też i w pracy przy drzewie były mu potrzebne, jak na robociarza przystało. 
Babunia solennie obiecała sobie, że tym razem to mężowi na ciężką pracę nie pozwoli; dosyć się już na niego naczekała w swojej samotni i ani myślała zgodzić się na to, aby Staszek wybrał się do lasu na jagody, które tego lata pokazały się obficie już po obu stronach szerokiego leśnego traktu, który to w dalsze knieje wprowadzał, a tam, pośród buków, sosen i brzóz, w niewielkich, acz dopuszczających słońce kotlinach granatowego bogactwa jagód zalegało pod twardym, ciemnozielonym listowiem tyle, że tylko przyjść i wykosić to dobro.
Adam, gdy drew już narąbał - jeszcze nie tyle, aby całą zimę przeżyć przy ich radosnym cieple - nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca bez roboty, zaoferował się przy jagód zbieraniu, bo to babunia pierogi przyrządzi ze śmietanką i cukrem posypie, ale też w skupie dobrze za owoce lasu płacono, więc trzy przyjemności naraz znajdował w codziennych wyprawach na jagodowe pola: raz - to radość z leśnych spacerów; dwa - zarobek przy skupie; a trzy - wiadomo - pierogi.
Wyruszał w las wczesnym rankiem, tuż po śniadaniu, po rozmowie z gospodarzami, którzy, obudziwszy się wcześniej od niego, już dojrzeli krasuli i drobiu, a babunia zdążyła przygotować śniadanie dla ich trojga, koniecznie z mlekiem, na słodko, ale też z pomidorami i jajkami na miękko. Adam dostał też do opróżnionego plecaka, aby mu nie ciążył przy zbieraniu, kanapki z szynką, żeby z sił nie opadał, bo też biorąc dwa wiaderka na owoce, musiał je z sobą taszczyć i często przystawać, poodpoczywać po drodze. Wziął się jednak na sposób i pierwszy, większy od kolejnego, zbiór zaplanował podążając w stronę skupu. Tam opróżnił wiaderka i powracał do zbierania, idąc już wolniej w stronę babcinego domu. Zdarzyło się jednak, że w pierwszych dwóch dniach pracy, dwukrotnie pojawiał się w miejscu, gdzie sprzedawał jagody; w trzecim już takich obfitych zbiorów nie miał, bo amatorów owoców leśnego runa napotkał na swej drodze wielu i trzeba mu było głębiej w las zachodzić, w mniej przez zbieraczy uczęszczane szlaki. Do domu powracał także z owocem, choć wiaderka nie były już po same brzegi wypełnione, ale i tak jagód starczało, i na pierogi, i na konfitury, które babunia przyrządzała w wielkim garncu ustawionym na historycznej, kaflowej kuchni, pod którą dziadek Staszek co i rusz zrąbane przez Adama polana podkładał.
Zarobione pieniądze przeznaczał do babcinej portmonetki. Rzecz jasna protestowała, ale Adam nie słuchał, tłumacząc, że jemu aż nadto zostało z ostatnich robót w mieście.
- A do czegóż mi one potrzebne? - wyjaśniał. - Tyle mi ich trzeba, ile na podróże, jedzenie po drodze i noclegi. I jeszcze na opłacenie pokoju z góry w mieście, ale wtedy to już mając umówioną robotę. Wam ciężej we dwoje. Babuniu, tobie trzeba mąki i cukru na zimę, a tym razem to wybierzemy się do miasteczka, aby sprawić wam jakieś odzienie nowe. Niechaj przynajmniej to po mnie pozostanie - i mówiąc te słowa, sięgnął do swojego portfela, wyjął zeń kilka banknotów, tych miejskich, z budowy i położył je przed babunią na stole. - Tak i ziarnko do ziarnka - westchnął czule. - A na niedzielę to sprawimy sobie ucztę prawdziwą.
Cóż było robić? Babunia jedynie głową pokiwała, a pomyślała sobie, że tego wędrowca to już chyba nikt nie oduczy postępowania innego niż to, do którego przywykł, nie troszcząc się nic a nic o siebie, a dziadek Staszek, zamyślony nad zeszłodniową gazetą, pomyślał sobie pewnie o swoim synu i córce, którzy od dawna znaku życia nie dawali, co chyba oznaczało, że mają się dobrze, bo gdyby było inaczej, to by starych powiadomili o tym, jak bardzo źle im się wiedzie.
W sobotę uproszoną od Zawiślaków osobówką (w sumie bardzo prosić nie musieli, bo Zawiślakowa to naprawdę bardzo uczynna kobieta) pojechali do miasta, aby odwiedzić wielkie sklepy i chociaż babunia z dziadkiem upierali się jak te dzieci, które tylko nie i nie wołają, choćby im samego nieba przychylić, upierali się, że za nic w świecie w nowe „mecyje” się nie ubiorą, to Adam w jednej chwili zamienił się we wrednego kaprala, bezczelnie żądając, aby z nim do odzieżowego salonu wstąpili, bo inaczej jego stopy nie postaną w zarzeczowskiej chacie. Rzecz jasna żartował w swym szantażu, bo gdzie jak gdzie, ale u babuni żyło mu się jak najlepiej, którego to nastawienia nawet w myślach zmienić by nie potrafił, ale cel swój osiągnął i staruszkowie po wyjściu ze sklepu pojawili się na ulicy całkiem odmienieni: ona w kwiecistej sukience, co przepięknie ją odmładzała; on zaś w jasnym garniturze w dyskretną jodełkę, akurat do kościoła i na letnio-wczesnojesienne spacery. 
Następnie, zgrabnie podpuszczona przez wędrowca babunia nakupiła jadła oraz porobiła zapasów cukru, soli i mąki (mąka to na te pierogi!), a Adam, choć pijący niewiele, niby drobny ptaszek, próbował zakupić butelczynę koniaczku, który mógłby dopomóc płci męskiej w krążeniu krwi i trawieniu, lecz tym razem uległ niespodziewanym podszeptom dziadka Staszka, który wyrzekł takie oto opozycyjne słowa:
- Na te krążenie krwi, mój Adaśko, to nie ma lepszego koniaczku nad prymuchę Zawiślaka, który ten samorodny trunek sporządza we wsi najlepiej, i to od wielu lat, ba, sam proboszcz, choć podobnie jak ty niebożę, niewiele pijący, prawie nigdy nie odmawia lampeczki, kiedy się zejdą i u Zawiślaków w altanie siedzą. 
Te mądre i zacne słowa dziadka włóczącego się po świecie Adama przekonały, i odstąpił on od swego zamiaru. Tak czy owak osobówka Zawiślaków aż przysiadła, uginając się pod zakupami, a babunia, zanim na powrót wtoczyła się do auta, odciągnęła Adama na bok i na osobności, dbając o dyskrecję, wprost do jego uszu wyszeptała:
- Syneczku, a gdybyśmy tak na tę niedzielną ucztę, jak się wyraziłeś, poprosili do siebie Zawiślaków? 
A wypowiedziała te słowa z niejakim wahaniem, albowiem na tę niedzielę pierwszym gospodarzem miał być gość staruszków, lecz w gruncie rzeczy nieodległą odpowiedź Adama znała.
- Jakże mogłoby być inaczej - odpowiedział obieżyświat z pokorą, wytłumaczoną tym, że sam nie zaproponował wspólnego z Zawiślakami obiadu, zaraz po sumie i aby na tę okoliczność odkupić swój grzech zaniechania, jeszcze nie wsiadłszy do auta, kategorycznie zażądał odwiedzin sąsiadów, wraz z ich synem Marcinem (temu, który świat obejrzał przy pomocy babuni) oraz jego żoną, z którą młodszy Zawiślak dzieci jeszcze nie mieli, ale ważne, że się starają, lecz szkoda, że nie mają, bo na nie, Panie Boże, jak najbardziej zasługują, więc może spojrzałbyś na nich swym łaskawym okiem.
A że już nazajutrz przypadała ta słynna niedziela, chata babuni w sobotnie popołudnie i wieczór popadła w straszliwe do uczty przygotowania. Najsampierw stwierdzono, że w domu wprawdzie z dwóch stołów: kuchennego i tego, co w izbie gościa postawiony, zrobi się większy jeden i pomieści przy nim wszystkich gości, ale krzeseł dwóch zabraknie. Przecież, że do Zawiślaków w tej sprawie się nie udadzą, bo nie wypada, aleć dziadek Staszek odszukał w pamięci, że w stodółce pod sianem dwa archaiczne krzesła stoją, niezbyt może podniszczone, ale z kulejącymi nogami. Nie chciało się dziadkowi ich naprawiać, bo nabył cztery nowe, wygodniejsze, z pluszowymi oparciami i nawet nie spodziewał się, że sobie o tamtych kiedykolwiek przypomni. Ale stało się to szczęście i trzeba było wziąć się do roboty, do której przydał się nasz włóczykij, tak i też nie dość, że nogi naprawiono, ale i siedliska obito jakąś grubą, płócienną materią, aby spaczone siedzenie ud nie przyszczypywało. Babunia z kolei ogarnęła duży pokój, w którym jedynie w wielkie święta wieczerzano, doprasowała obrusy i wykredowała srebrne sztućce i naczynia, o których by pewnie, gdyby nie Zawiślaków gromadka, nikt na świecie się nie dowiedział. Gdy wrócili do dom mężczyźni, wnieśli do największej izby stoły, nakryli je płachtą obrusu, przepisowo ustawili naczynia; nareszcie dostawili parę krzeseł, pozostawiając w kuchni te, na których codziennie siadano do posiłków.
Przyszła teraz kolej na to, co smacznego podać do stołu. Babunia, choć nie było takiej potrawy, z której przygotowaniem by sobie nie poradziła, przemyśliwała nad tym, że jeśli ma być to uczta, to należałoby zrobić coś takiego, czego na co dzień w jej jadłospisie nie ma. Jakowoż zakupione zostało: pręga, wołowe z kością i bez kości - pieczeniowe, toteż umyśliła sobie sporządzić wołowy rosołek i pieczeń właśnie, z piekarnika, niby podgrillowaną. Do tego świeża sałata, ogórki, wczesne spod folii pomidory oraz rozmaitości z piwnicy; poda się to z młodymi kartofelkami, z wiśniowym kompocikiem, bądź z jogurtem własnej roboty. Przypomniała sobie też o dwuletniej, słodziutkiej i pachnącej sadem czereśniówce, którą pożywią się w niewielkiej ilości panie.
Adam z kolei, który pewnie pod wpływem papy Hemingwaya zakochał się w rybim żywiole, myśląc o uczcie, postanowił zakupić kilka pstrągów sprzedawanych w miasteczku przez wytrawnych wędkarzy, a zatem i on dołoży swoją męską dłoń w kobiece, kulinarne przygotowania i, uspokajając babunię, która domyślawszy się, że Zawiślakowie pozostaną u nich do późnego wieczora, rozważała z niepokojem, co też podać na kolację.
- Babuniu - wyrzekł Adam - na babuni masełku, ze szczypiorkiem, natką pietruszki, czosnkiem i sokiem z cytryny, takie pstrągi usmażę, jakich w tych stronach jeszcze nie jadano.

I przeminęła ta niebiańska, niedzielna uczta, i tak jak wszystko na tym bożym świcie, co ma się stać, się stanie, i dopełniły się rozmowy z sąsiadami, i po wieczorze, który nie pójdzie w niepamięć, nastąpiła noc, a po niej nastał nowy dzień, potem drugi i kolejne, i znów najdroższy babuni i Staszkowi włóczykij wybrał się w las na kurki i sitaki, i po raz kolejny targał wiaderka do skupu, i smażyła babunia grzybki, i zasypywała je solą, aż nastał dzień taki, podły i do wszystkich poprzednich niepodobny, że ich syneczek w świat wyruszył, nie bardzo daleki, ale też i niebliski, a zapowiedział się staruszkom na początek września; niedługi to czas, ale i bardzo długi; a w plecaku miał to, co potrafił sobą unieść, babcine smakołyki, a odszedł, po najszczerszym rąk staruszków ucałowaniu tą samą drogą, jaką przyszedł, ale czy doszedł do miasta, gdzie na niego czekano, czy może rozgościł się w przyszkolnym mieszkanku na dłużej, aby samemu nie oglądać gwiazd jaśniejących na pogodnym, nocnym niebie, tego nie wiem, a jeśli się dowiem, to może innym razem o tym opowiem.

[04.06.2017, Woking w Anglii]