Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

29 grudnia 2014

Belgia podpadła

Zaiste, czymś tam Królestwo Belgijskie Stwórcy podpadło, że ilekroć pojawiam się w owym, tedy pada, mży, albo leje bezustannie, bez względu na porę roku, a już w Ardenach napotkać deszcz, albo śnieg grudniowy, nieśmiały to pewne.
Ardeńskich gór akurat nie lubię i nie wiem czemu. Możliwe, że jest to wynik niemiłego doświadczenia z samej francusko-belgijskiej granicy, gdzie dawny budyneczek celny w niespotykanie kloaczną ruinę przemieniono, a może dlatego, że to "niby góry" są, bezkształtne, bez zarysowanych szczytów, jedynie "ciągnące" się nie wiedzieć po co.
Dość o tym. W grudniowej porze miałem sposobność parę razy skosztować belgijskiej wilgoci, więcej - lokalnej powodzi, gdy wiedziony koniecznością zboczenia z głównej drogi, zjechałem w nieznane ścieżyny i musiałem się salwować ucieczką przed wodami rzeczki niewielkiej, która rozlała się po drodze. Wycofałem zatem peżocika, a nie było to całkiem łatwe przedsięwzięcie, bo pobocze żadne, dróżka wąska i niezwykle szybko wody nabierająca.
Innym znów razem belgijska kraina powitała mnie mgłą paskudną, śnieżycą, a rankiem wiatrem z całych sił wiejącym.
Ale zdarzały się też milsze spotkania. Gdzieś tam pojawił się na mojej drodze tubylczy okoliczny Belg, który przywitał się ze mną "dżen dobry" i pożegnał "do widżenia" i "na dżdrowie", gdym pytał o benzynową stację.
Podjeżdżam też razu pewnego do firmy pod załadunek, podjeżdżam w ostatniej chwili (przez te deszcze i wiatry), do biura wpadam jak po ogień, przedstawiam się z nazwy firmy jaką reprezentuję. Pani za okienkiem szybciutko znajduje stosowne "dokumenta" i po wykonaniu telefonicznej rozmowy przekazuje mnie innej kobiecie, która zjawia się jak na zew krwi ostatniej.
Odwracam się. Podchodzi ku mnie.
- Polak? - mówi po polsku z akcentem nie krajowym.
- Polak - mówię, a ona na to:
- Magyar - i ramiona do mnie wyciąga , po czym tak pięknie zwija je, jak do dziecięcia kołysania i kołysze nimi - Lengyel-magyar két jó barát, együtt harcol és issza borát - dodaje tę zgrabną formułkę o braterstwie polsko-węgierskim. Jeszcze chwila, a zrobilibyśmy niedźwiedzia pospolitego, wpadając sobie w ramiona
Zatem ja, aby się bratanków jęzorem pochwalić, powiadam:  
- Jó napot kívánok!
Odpowiada tymże samym "dzień dobry", uśmiechnięta, próbując wydobyć ze mnie jakieś ugrofińskie słowa. Odpowiadam jak nakręcona papuga, a ona coś do mnie, polszczyzna połamaną, że parę lat w Belgii siedzi i pracuje, i Polaków sporo zna, i ich ceni, bo jakże można nie cenić bratanków.
A odesłała mnie do Mustafy, żeby mnie załadował porządnie i wkrótce to zrobił, choć wcale na Mustafę nie wyglądał. I pojechałem sobie do Francji, znów przez Ardeny, ponure, deszczowe i dzikie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz