Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

26 grudnia 2014

Człowiek z tamtej strony [2/4]

[2]
W plastykowej, rozerwanej siateczce były dwie pomarańcze, z których jedną ocenił jako lekko nadgnitą, lecz nie na tyle, aby pozbawić się przyjemności zjedzenia owocu o słodko-kwaśnym posmaku i intensywnym zapachu przy pozbawianiu go skórki. Znalazł też nienaruszone pudełko sardynek i zawinięty w foliową blaszkę kilogramowy walec wędzonego sera. Zbliżył nos, zaciągnął nozdrzami powietrze. Nie mógł uwierzyć, że trafił mu się taki skarb.
Był jeszcze krojony chleb w otwartej, cienkiej folii i tylko na niektórych kromkach pojawiła się smużka pleśni. Chociaż mógł posilić się resztą nie dotkniętych "zarazą" plastrów, pomyślał że znajdzie świeższy chleb na zapleczu piekarni Koryckich. 
Kiedy zmierzchało udał się więc pod piekarnię, gdzie na podwórku właściciel wystawiał zwykle dwa lub trzy pojemniki, przykrywając je workiem po mące. Zajrzał do jednego z pojemników i wydobył zeń dwa bochenki całkiem świeżego chleba i dwie słodkie, lukrowane bułeczki. W sąsiednim pojemniku zobaczył kilka plastykowych butelek z gazowaną, cytrynową wodą. Zabrał jedną i zapakował ją wraz z chlebem do dużej torby, przeznaczonej na żywność. Przed odejściem wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kurtki jedną kartę (dziś była to dama pik) i wsunął ją do pojemnika z chlebem. Za każdym razem, kiedy tu przychodził i brał chleb, zostawiał jedną kartę. Wymyślił sobie taki znak, swój własny, niepowtarzalny podpis. Była to już piętnasta karta zostawiona w czasie blisko pięćdziesięciu dni, w jakich pojawiał się na podwórzu piekarni.
Do opuszczonego domku na działce dotarł po dwudziestej drugiej, taszcząc na ramieniu torbę, która ciążyła zapasami na kilka dobrych dni. Ale nie dlatego szedł tak długo. Lubił obchodzić miasteczko z różnych stron, wałęsać się polnymi dróżkami, docierać do świerkowego zagajnika na wzgórzu  a stamtąd schodzić wzdłuż potoku w stronę starszej części miasteczka, idąc przez park i omijając główne ulic i tymi bocznymi skręcić w stronę ogródków działkowych, gdzie znalazł lokum na kilka dni.
Wizyta u pani psycholog zmieniła jego plany. Mniej więcej do tej godziny, o której przybył do domku miał spać i zacząć przygotowania do nocnej wycieczki po mieście. Tymczasem odbył już swoja podróż i powinien teraz szykować się do snu, posilając się przedtem zdobyczami mijającego dnia.
W domku było ciemno, że oko wykol, więc skorzystał z takiego chińskiego radyjka na dynamo. Jeśli nie chciało się po przekręceniu korbką skorzystać z radia, wystarczyło zmienić ustawienie suwaka na opcję latarki i w ten sposób przez kilka minut można było swobodnie poruszać się w rozjaśnionej sztucznym światłem ciemności nocy. rzadko uruchamiał ten mechanizm, bo kręcenie korbką wydawał dźwięk, który nie uszedłby uwadze komuś, kto znalazłby się w pobliżu, a przecież nie pragnął niczyjej obecności.
Jedząc chleb z wędzonym serem przypomniał sobie jak łatwo dał sie podejść na dworcu, kiedy po raz pierwszy zdarzyło mu się na nim zasnąć w samo południe. Prawdopodobnie wtedy zbyt silnie uruchomił wyobraźnię, chcąc zaplanować kolejny sen i zasnął nadspodziewanie szybko. Obudzili go strażnicy, którzy byli nieubłagani, zapraszając go do samochodu, a stamtąd do ośrodka. Nie protestował. Nauczył się po dobroci odpowiadać na pytania i godzić się na każdą zmianę na jaką napotka w swoim życiu, wiedząc, że i tak powróci do stanu przed zatrzymaniem. Nie było to takie trudne. Przed dwoma miesiącami koczując w innym miasteczku, kiedy oferowano mu pokój w noclegowni, wystarczyło, że nie wyraził zgody na podporządkowanie się regulaminowi.
- Nie wyrażam zgody - oświadczył - będę pił i przynosił z sobą alkohol, który wyżebrzę na ulicy.
W tym mieście wzięto się na sposób kompleksowej walki z jego bezdomnością. Procedura obejmowała pomoc psychologiczną. Zaangażowano więc panią psycholog, której działania miały być pierwszym krokiem w socjalizacji jego osobliwej fizjonomii. 
(...)

5 komentarzy:

  1. Dobrze że można pisać - prawda?

    OdpowiedzUsuń
  2. To prawda, że wielu jest bezdomnych z wyboru, choć nie wyobrażam sobie takiego życia.
    Życzę dużo szczęścia w nowym roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak się teraz zastanowiłem, czy rzeczywiście lub w jakim procencie mamy do czynienia z bezdomnością z wyboru, bo jeśli nawet był taki wybór, to oznacza, że była też na początku alternatywa... odwzajemniam życzenia :-)

      Usuń
  3. Przeczytałam jeszcze raz.
    Domyslam się że w części następnej bezdomny okaże się człowiekiem z dwoma fakultetami, który ma normalną rodzinę ale wybrał z jakichś powodów bezdomność.
    Bardzo sugestywnie piszesz.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-) nie do końca tak będzie... nie chcę uprzedzać, bo cała opowieść już ukończona, a czy poznamy motywy? Może jednak pozostawić to odbiorcy? pozdrawiam ciepło zimową porą

      Usuń