Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

25 grudnia 2014

Postój na odludziu ocieplony

Do Neuenstein zajeżdżam późna nocą. Teraz zresztą noc grudniowa nastaje szybko. Prędko dzień się męczy i zaćma wieczorna kładzie się przepastną czernią na okolicę. Zajeżdżam więc do tej wioski, miejsca na odpoczynek szukam. Znalazłem wolne miejsce, lecz blisko ludzkich siedzib, więc nie najlepiej, bo autko przepalić trzeba, a wiadomo, że taki warkot śpiących na baczność postawi, zwłaszcza, gdy oczy do snu bezpiecznego przywykłe.
I własnie wtedy, gdym stroił się do poszukiwania lepszego miejsca, bardziej odludnego, podchodzi do mnie Niemiec-tubylec. Ja mu pod oczy podtykam adres, a on instruuje mnie jak do samego celu dojechać i jego ręka zatacza obszerny krąg.
Tedy instruktażu usłuchałem, żegnam się, dziękując za wskazówki nieocenione i ruszam w trasę, krótką, lecz nie do samego miejsca przeznaczenia, bo znalazłem połać wolnego miejsca do pospania i tam zległem snem sprawiedliwym.
A rankiem znów tego samego Niemca spotykam, znaczy się on mnie spotyka (traktorem przyjechał) i podpowiada mi, abym zjechał niżej w lewo, bo tam pod laskiem niewielkim tartak właśnie. Tak też i robię, myśląc sobie, że niepodobieństwem było tę drożynę dostrzec w świetle nocy.
Rozładowałem się więc i na nowy kurs czekając, opuszczam Neuenstein, znajdując mało ciekawy parking na wzniesieniu przy główniejszej szosie, w objęciach niewielkich wzniesień, z widokiem na wioskę w dolinie sporej położoną. Jako, że kurs nie wypalił, spędzę w tej odludnej krainie trzy nieciepłe noce, nie inaczej.
Co było robić. Stoję grzecznie, jadam, popijam, czytam, piszę i śpię, i patrzę, żem w krainie rewirowej jakiegoś jastrzębia który szuka zdobyczy na jednej z gałęzi pobliskiego drzewa. Ale sobie w drogę nie wchodzimy, nie wlatujemy. W tej dobrej komitywie przepędzam pierwszy wieczór i pierwszą noc w tej okolicy.
Nazajutrz czeka mnie niespodzianka. Obok mnie przystaje średniej wielkości srebrny samochodzik - najpewniej opel. W okienku kobieta, na tylnym siedzeniu dziecko w foteliku przytroczonym do pasów. Widać że średnio- a może ciut mniej niż średniowiekowa niewiasta ma mi coś do powiedzenia. Opuszczam więc szybę, a ona coś po niemiecku do mnie powiada. Odczekałem więc, a że z niemieckim jestem na bakier od urodzenia, tłumaczę:
- Sorry, I don't understand. I can't speak German, only English.
Wtedy ona, jak gdyby nigdy nic, na angielski przechodzi (uczcie się języków, panowie i panie) i mówi, że widziała mnie wczoraj w tym miejscu i chciała się zapytać, czy wszystko u mnie w porządku, czy czego mi nie potrzeba. Dalej zapytuje, gdzie śpię (wskazuję na kurnik nad głową), bo w poniższej wiosce, gdzie ona zamieszkuję jest "guest house" i czym nie zgłodniał za bardzo.
Co tu gadać, zaskoczony niepomiernie, podziękowałem za zainteresowanie najśliczniej jak umiałem. Jest u mnie i coś do przegryzienia, i miejsce do spania, i wszystko mam, czego mi potrzeba, a że potrzeby mam niewielkie, więc jeszcze raz z uśmiechem podziękowałem... tylko jakoś mi się cieplej, goręcej zrobiło.

[a oto wioska w dolinie, skąd przywiodło do mnie tę sympatyczną panią]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz