Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

25 sierpnia 2014

Patrick

Patrick pochodzi z Tuluzy i jest młodzieńcem dwudziestokilkuletnim. Kolor jego skóry, zdradza kolonijną przeszłość jego przodków. Smukły, zwinny, uśmiechnięty zna kilkanaście słów w języku angielskim, co stanowi lichą bazę do porozumiewania się w tym języku.
Jego życiowa partnerka, niższa, nieco tęższa, czarnowłosa, z pełną, owalną twarzą i oczami kolory palonego piwa jest również istotą żywą i energiczną. Ma polskie pochodzenie. Jej dziadek nazywał się Mucha, z czego podśmiewuje się Patrick. Nie mówi po polsku, a z angielskiego zna słowo "children", co w tej opowiastce jest rzeczą ważną.
Oboje planują otwarcie szkoły, choć ja nazwałbym to przedszkolem gdyż mają do niej uczęszczać na początek sześcioletnie dzieci.
W magazynie, który przede mną otworzyli, dostrzegam mnóstwo paczek, przedmiotów, w których rozpoznaję stoliki, krzesełka, zabawki, edukacyjne plansze i tablice. Niemal cały magazyn jest pełnyt, a tu jeszcze te dziesięć szaf, przywiezionych przeze mnie z Niemiec, z odległości 1300 kilometrów. 
Patrick jest w szoku, bo nie ma widlaka; jedynie pneumatyczny wózek, a szafy metalowe, wysokie, ciężkie na 90 kilogramów każda. I trzeba toto zsunąć delikatnie z paki, przenieść na wózek.
Zapewniam, że damy sobie radę, choć patrząc na wątłą sylwetkę chłopaka można mieć pewne wątpliwości. Przenosimy je jednak jedna po drugiej, a Patrick po każdym razie wypowiada ilość jaka nam jeszcze została. Widać, że jest zmęczony, a dodatkowo za każdym razem kiedy spogląda do wnętrza magazynu, jego sceptycyzm rośnie. Pewnie myśli o tym, że każdy z tych zgromadzonych tam pakunków musi zostać otwarty, złożony, przygotowany do użytku i przewieziony do miejsca, gdzie ma powstać szkoła. Oboje wydają się być nieco przerażeni tymi faktami. Uspokajam ich mówiąc, że są przecież młodzi i na pewno dadzą sobie radę, a pani "Mucha" sprawia wrażenie, że spokojnie da sobie radę z garstką dzieciaków, jakie trafią do ich edukacyjnej placówki. Cóż, ma się to oko i doświadczenie nakazujące przypuszczać, że ta młoda kobieta jest niezłym "materiałem" na przyszłą panią nauczyciel.
Kiedy odjeżdżam, Patrick ze swoją partnerką zaczynają składać jakieś pomoce naukowe.
Powodzenia.


2 komentarze:

  1. Ciągnie Cię wyraźnie do szkolnych klimatów... Choćby przez to szaf dźwiganie! Sentyment pozostaje, nawet gdy końcowe momenty ,,kariery'' budzą tylko złe wspomnienia. Belfrem się JEST, a nie BYWA... Też tak mam, choć już 9 lat poza zawodem!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie da si ę ukryć, że jest tak jak mówisz, choć ten oparty na realiach kawałek tekstu pojawił się przypadkowo, gdyż nie byłem świadomy jakie wiozę szafy i czemu mają służyć. Zachwycił mnie entuzjazm tych młodych połączony z obawą i trochę przypomniały mi się moje młode, zawodowe lata.

    OdpowiedzUsuń