Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

06 lutego 2015

Podróż

Jeżeli chcesz zapomnieć o sprawach przykrych, zneutralizować problemy życiowe, zdobyć się na tę konieczna czasami refleksję nad własnym losem, możesz spróbować wybrać się na spacer do lasu, obserwować zachód słońca nad morzem, wspiąć się na górskie szczyty; wtedy masz możliwość zasmakowania samotności, odzyskując jasność spojrzenia.
Możesz też wybrać się w podróż.
Autostrada numer dziewięć niedaleko Norymbergii. Stacja paliwowa, na której karmie peżocika. Kilka osobówek. Między dystrybutorami przechadza się młody człowiek: szczupły, wysoki ze średniej wielkości rzadką brodą. Na moje stare, doświadczone oczy szuka podwózki. na razie bezskutecznie. Rozgląda się niepewnie, zdradzając swoim zachowaniem skromność nie przystającą do postawy tubylca spod Norymbergii. W końcu podchodzi do mnie w chwili, kiedy zalewam zbiornik paliwa olejem napędowym. Mówi do mnie po niemiecku, może po angielsku, że chciałby się dostać do Berlina. Odpowiadam, że ja do Drezna, ale w końcu to po drodze.
- Może pan mówić po polsku – powiada do mnie.
- Pan jest Niemcem? – pytam przewrotnie, bo ten młodzian od samego początku nie wyglądał mi na Niemca.
- Jestem Białorusinem – odpowiada.
Mówi, że język polski rozumie. Gorzej z mówieniem. Później okaże się, że od czasu do czasu musimy przechodzić na angielski, kiedy polskie słowa przestają wystarczać.
Każe mu zaczekać przed autem, bo muszę zapłacić za paliwo. Czeka. Przychodzę i otwieram drzwi od strony pasażera. Robię mała demolkę w kabinie, aby zrobić mu miejsce. Wsiada. Podjeżdżamy na parking. Patrzymy na mapę dżipieski. Dziewiątka prowadzi do samego Drezna a stamtąd do Berlina niedaleko. Odpowiada mu. Zaznaczam, że najpierw skręcę do Lidla, bo zabrakło mi chleba, a i na colę mam ochotę. Jedziemy zaledwie kilometr, robimy zakupy i wyruszamy w podróż.
Podróż…
Nieznany mi z imienia młody człowiek studiuje technologie informacyjną w Danii. Wybrał się w podróż do Włoch, powiedzielibyśmy, autostopem. Odważny. Zapewnia mnie, że w Europie szybciej „złapie” podwózkę niż na Białorusi. Wraca z Bolonii przez Austrię do Niemiec. Pod Innsbruckiem trafił na pastora, który nie dość, że go podwiózł, to jeszcze w domu parafialnym przenocował. Jestem jednym z ogniw na trasie jego podróży, a jeden z jej etapów kończy się w Berlinie.
Podróż. Jedziemy.
Od niego właśnie dowiaduję się o innym znaczeniu podróży. Dzięki niemu wiem, że bywa ona zapomnieniem, neutralizacja trosk, refleksją nad życiem i ucieczka przed pułapka małżeństwa, w jaka wpadł.
Nieupoważniony, nie będę się rozwodził nad życiowymi problemami młodzieńca. Zrozumiałem jednak, że ta peregrynacja po Europie ma sens i była jest mu potrzebna. Tak samo on był mi potrzebny. Dotąd włączone światełko w kabinie peżocika oznaczało dla mnie wirtualna obecność kogoś bliskiego. Tym razem to światło pozwalało nam obu, jeśli nie spojrzeć sobie w oczy, to przynajmniej i aż – zobaczyć drugiego człowieka.
Kiedy zobaczę w kimś człowieka – otwieram się.
Otworzyłem się. Aż przeprosiłem za swoje ględzenie. On również mówił, opowiadał o swoim życiu, o podróży. Czterysta kilometrów opowieści.
Przejeżdżam nieco dalej niż zamierzałem. Mijamy Drezno i kierujemy się na Berlin. Jest zatem coraz bliżej celu. Przy jednej z paliwowych stacji przystaję. On wysiada z nadzieja pochwycenia kolejnego ogniwa w łańcuchu swojej podróży; ja, aby móc dostać się w objęcia snu.
- Jeśli nikogo nie znajdziesz – mówię – przychodź tutaj. Napijemy się herbaty.
Uścisnęliśmy sobie dłonie.
Zrobiłem sobie trzy kanapki. Zjadłem. Wyszedłem z samochodu i przeszedłem do dystrybutorów. Cisza. Brak pojazdów. Ni żywej duszy. A zatem znalazł kolejne ogniwo? Odjechał? A może to tylko był sen? Przyjazna zjawa? 
Chyba jednak istniał naprawdę ten podróżnik… i żywiąc się ta nadzieją wpadam w wielki, słynny sen na parkingu przy autostradzie numer trzynaście, sto dwadzieścia osiem kilometrów od Berlina. 

2 komentarze:

  1. A zajrzałeś kiedyś do Norymbergi? Warto, to piękne miasto. I zamek wart zwiedzenia. Bardzo mi się podobało, chociaż byłam tam w b.upalny dzień. Nauczyłam się innego sposobu ucieczki od problemów - zanurzam się w robieniu tego co najbardziej lubię, czyli w pracach ręcznych. Projektowanie i wykonanie biżuterii, decoupage, malowanie - to wszystko odwraca uwagę od tego co boli, gryzie dokucza, bo wymaga myślenia, uwagi, staranności wykonania.
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety, Anabell, moje obecne zajęcie nie pozwala mi na tak śmiałe turystyczne harce, a że wakacji nie mam, zostają weekendy w miejscach ode mnie niezależnych, najczęściej we Francji, co akurat sobie chwal. Nie będę oryginalny, gdy powiem, że mnie uspokaja najbardziej pisanie pomieszane z pisaniem, a w drodze muzyka klasyczna, najchętniej dawna i barokowa; pazurki natomiast nie są tak sprawne do prac artystycznych, więc raczej bym przy takich, pracach, które także cierpliwości wymagają, spokój wewnętrzny raz na zawsze postradał :-)

    OdpowiedzUsuń