Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

09 lutego 2015

Telefoniczna rozmowa

- Wojteczku, nie mogłam wcześniej. Jak już ci mówiłam, jesteśmy u Adama całą grupą i pomagamy mu uprzątnąć to, co po nas zostało. Ty mi lepiej powiedz, kiedy wracasz i jak twoje zdrowie, bo my tu wszyscy niepokoimy się bardzo.
- Pani Janeczko, ja kawy zrobię… przyniosę… już koniec bliski, a pani wydaje się być blada - usłyszała za sobą głos doktora Koteńki, który, prawdę powiedziawszy, nie wyglądał świetnie po tych pląsach, jakich sobie nie odmawiał.
- Bardzo proszę o kawę. Z panem zawsze się napiję… Nie do ciebie, kochanie. Doktor Koteńko oferował właśnie kawę. Tak, tak, cały czas się mną opiekował i też o zdrowie twoje pyta. Lepiej, tak? Chwała Bogu. Zatem niebawem wracasz. Doktor Koteńko wprawdzie mówił mi, żebym cię za uszy stamtąd nie ciągnęła, bo pogrypowe powikłania dla serca niebezpieczne, a przy twoim stresie trzeba należy uważać.

Radca Krach z kawiarennikiem czujne między sobą spojrzenia wymienili, zerkając co i rusz na panią Szydełko, która kolejne już telefoniczne podejście do rozmowy z mężem czyniła, jak zawsze i tym razem skutecznie. Przykro panu Adamowi było, że mecenas Szydełko tak nagle, w świecie będąc, nieszczęśliwie zachorował i swoją obecnością uroczystości minionej nie zaszczycił. Ale cóż robić? Choroba tym razem trafiła się jemu. Ważne, że już do siebie dochodzi i ktoś tam o dobrym i mądrym sercu pomyślał, aby mecenasowi kluczyków od auta nie oddawać, natomiast lekarza mu sprowadzić i pokój w hotelu o parę nocy przedłużyć - niech dobrzeje.
- Powiem ci Adamie - rzekł radca Krach - że nasz mecenas ostatnio strasznie był zapracowany, zwłaszcza jak się zaangażował w te stowarzyszenie prawnicze, którego celem jest bezpłatne świadczenie usług na rzecz ludzi ubogich, przez los nieszczęśliwie doświadczonych.
- Nic co tym nie wiedziałem - odparł kawiarennik.
- A tak, bo nie mówił i to sprawa świeża. Od października nasi mecenasi dopiero działają. W tym właśnie celu mecenas Szydełko udał się w Rzeszowskie, aby jakiś spór zakończyć prawny, o jakąś nieuzasadnioną eksmisję chodziło, czy jak, szczegółów nie powtórzę, bo nie znam. 
- Tym bardziej mi przykro, że w szlachetnej intencji się udał i przypłaceniem cennego zdrowia tak to się skończyło.
- Szczęśliwie zdrowieje, a teraz pani mecenasowa, jak na damę przystało, przestronną informację o pańskim ślubie i weselu telefonicznie udziela, i o chrzcinach naszej Róży.
Poweselał Adam na samo wspomnienie o miłej celebracji dzielonej między kościołem, urzędem a kawiarenką pełną stałych i mniej spodziewanych gości. Powoli z radcą Krachem uszedł w kuluary, aby pani mecenasowej dać sposobność kontynuowania napoczętego wątku rozmowy.
Tak też i ona czyniła.
- Nie pytasz się, jak ubrana była młoda? No tak, na biało. Też nowość. Że też wy, mężczyźni tak mało o kobiecych strojach wiecie. Pewnie, że białą suknię miała z tiulowym trenem i koronkowym gorsecikiem z fiszbinami. Suknia nie nazbyt długa, nie wlokła się pod ołtarzem, lecz delikatnie po posadzce sunęła, jak, nie przymierzając, łabędzica na niewzruszonej falą wodzie. Pan młody, a jakże, we fraku. Pierwszy raz pana Adama widziałam w stroju tak bardzo do noszonej przez niego garderoby niepodobnym. Czarny kolor fraka, taka niepełna, bo granatowa czerń, bez połysku, surowa, znacznie podwyższała jego postać, zabierając zbędne, poprzecznie rozłożone kilogramy. Czy ty mnie słuchasz? Coś mi trzeszczy. Na pewno tobie, mój jest zbyt drogi, aby pozwalał sobie na zakłócenia. Piękni byli oboje. Pan Adam może zbyt poważny, co to później wyszło na jaw, że to przez zbyt ciasne buty. Ale doszedł. I do ołtarza, a wcześniej do urzędu. A radca Krach z panią Koteńkową, jak by nie było, drużbowie, choć mniej przepysznie ubrani, sprężyście wokół pary się krzątali, roznosząc po kościele nie tylko uśmiech serdeczny, lecz również starali się swym zachowaniem dodać otuchy nowożeńcom, bo przecież Marysia młodziutka jak wiosenna sarenka, a pan Adam, choć dojrzały, to całkiem z własnym ślubem nieobyty. Cóż, pięknie im zagrano i zaśpiewano. Ksiadz proboszcz ślub im dawał, też pięknie o nich opowiadał, a już na chrzcie, co bezpośrednio po ślubie nastąpił, wzruszyła się ta nasza poczciwina i z młodymi się rozgadała, aż cisza zapadła taka, jakby cały ten strojny a milczący tłum postanowił się dowiedzieć, słuch swój natężając, o czym tak zaciekle przed ołtarzem prawią. Później się okazało, że proboszcz… słuchasz ty mnie… proboszcz pożałował, że do kawiarni wstępować dotychczas nie raczył, choć siostry zakonne go zachęcały. Mówił potem, już na weselisku, że nie chciał krępować gości swą sutanną, a też i że atmosfera w kawiarence nazbyt mu się zadawała być swawolną do korzystania z niej przez duchowną osobę. Ale myślę, Wojteczku, że nasz proboszczunio to się trochę przekomarzał swym gadaniem, bo, ci mówię, nie tylko koniaczku uronił szklaneczkę, ale też mocniejszej domowej śliwowicy pana inżyniera Beka zasmakował, a w rozmowie świętej postaci nie przypominał i całkiem zwyczajny się z niego okazał człowiek. A jakże, i ryż był, i monety i pocałunek, ba nie jeden. Aż w końcu pan Adam pochwycił w swoje mocne ramiona Marię i przeniósł ją do bryczki - dwukółki, bo rzec ci muszę, że nowi, młodzi obywatele Ciżemek, o których ci opowiadałam, sprawili parze niespodziankę w postaci niewielkiej, acz pięknie utrzymanej karocy, którą nowożeńcy, zanim pod kawiarnią się stawili, dwa razy ryneczek objechali, wzbudzając nieziemskie wobec obywateli miasteczka zainteresowanie.
Zatem, kiedy dobrnęli do sali, tam przygotowano im stojącą owację, i młodzi i starzy sto lat im śpiewali, szampańskim winem gardła przepłukując, a małą Różę każdy chciał choć wzrokiem swym dotknąć, choć uśmiechem powitać serdecznym. A ona, tłumem gości nie była porażona i z ciekawością na każde spojrzenie odpowiadała, tak jakby chciała się dowiedzieć, czemu to na niej skupiają się ludzkie oczy, nie zaś na tej parze, która przed chwilą ślubowała sobie miłość dozgonną.
Potem zaczęły się tańce, na przemian z konsumpcją, o którą zadbała kucharka pod czujnym inżyniera Beka okiem. Żałuj, Wojteczku, że ciebie nam brakło do zabawy.
Zamilkła, bo właśnie przy tych słowach, przybył do pani mecenasowej z kawą doktor Koteńko. Ta przepięknie się z mężem pożegnała, obiecując, że przed zaśnięciem jeszcze po raz piąty lub szósty do rekonwalescenta zadzwoni, więc niech się do łóżka nie kładzie i czeka. Atoli zanim pani mecenasowa wpadła w objęcia kawowej z doktorem Koteńko rozmowy, myślała o tym, jakich to informacji o ślubie i chrzcinach swojemu mężowi nie przedstawiła, i z tego myślenia została wyrwana zacnym aromatem kawy, do którego pan doktor dołożył swoją refleksję niebywałą:
- Niechże pani spojrzy, pani Janeczko, jaki to los obrał dla tej pary miłe zakończenie. Któż z nas mógłby się jeszcze przed rokiem spodziewać takiego rozwiązania? 
- Nikt z nas nie mógł tego przewidzieć, to prawda - przytaknęła pani Szydełko - najważniejsze, że są razem i wspólnie cieszyć się będą i sobą, i swoim dzieckiem, które ukochali. Spodziewał się pan, że Adam tak mocno małą Różę zaakceptuje i jako z krwi własnej wydaną kochać będzie?
- Dlaczego nie, pani Janeczko. Sam byłbym… gdyby tak można było czasowi krwi upuścić, sam bym… - i w tym miejscu zamilkł, łykiem kawy się zadowalając.

Pani mecenasowa, aby ukrócić nostalgię pana doktora, zerknęła na stolik, przy którym siedział stary pisarz z jego serdecznym gościem, ową kobietą z obcego kraju, uśmiechniętą blondynką o miłym spojrzeniu zawartym w niebieskich, skromnych acz urodnych oczach. Tak właśnie się stało, że przyjazd pani Aleny zbiegł się z poprawinami i z cząstką tej wczorajszej uroczystości została ona już zapoznana. Teraz siedzieli, rozmawiając bezgłośnie, jakby nieśmiało, jakby otwierali przed sobą jakieś tajemnice. 
- Dość z nostalgią - pomyślała pani mecenasowa - jeszcze dziś jest święto.
Z takim właśnie postanowieniem wstała, podeszła do siedzących obok i nie bez trudu przeciągnęła ich do stolika, który z panam doktorem Koteńko zajmowali. 
Przenieśli się więc tamci z własną kawą, zaś stary pisarz także ze swoim nieodłącznym kajetem. Usiedli zgodnie i wygodnie, a wtedy pani Janeczka zapytała:
- Jakże się pani u nas podoba, pani Aleno?
I znów potoczyła się rozmowa. Stary pisarz coś tam w swoim kajecie skrobał wiecznym piórem, coś skrobał, Alena opowiadała, Janeczka słuchała, a doktor Koteńko pozbywał się myśli z jakich nikomu się dotąd nie zwierzał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz