Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

21 grudnia 2011

Przybliżenie


Rzecz już się toczy, akcja się rozgrywa wolno, by nie rzec, niedbale, tymczasem nie przedstawiono postaci, nie zarysowano tła, nie uściślono miejsca zdarzeń. Jakkolwiek życie toczyć się będzie i jeszcze nie jedną niespodziankę z sobą przyniesie, pora przyłożyć powiększające szkło do wymyślonej scenerii.

Osoby dramaturgiczno-powieściowe, które dotąd pojawiły się na scenie

Literat – niedookreślony artysta słowa, który tymczasem zapewnia, że będzie stałym gościem kawiarni.
Maria Natalia – „ogrodniczka” – kelnerka w kawiarni, osoba o nieokreślonym młodzieńczym wieku i nad swój wiek pracowita.
Strażnik – dorabiający sobie do emerytury poczciwy starszy człowiek, krytyczny wobec swego … i nie tylko … położenia.
Radca Krach – pracujący w magistracie, energiczny i dziarski mężczyzna, spędzający mile czas na politycznych rozprawach z mecenasem Szydełko.
Mecenas Szydełko – adwokat prowadzący własną kancelarię, przyjaciel rozmów serdecznych z radcą Krachem.
Edward – do chwili zamieszkania w jednym z pokojów posiadłości, której częścią jest kawiarnia – osoba bez stałego zajęcia i zamieszkania.
Nauczycielka ogólniaka – samotna emerytka, zadeklarowany wróg samotności, czego wyrazem są jej wizyty w kawiarni.
Inżynier Bek – zawołany zwolennik urywania się spod kurateli małżonki i arcyaktywny dyskutant.
Doktor Koteńko – spokojny, zrównoważony, częściowo małomówny kawaler.
Profesor – postępowy z domieszką utopijnego idealizmu socjolog  
Student – poszukujący rozumienia świata młody człowiek, paskudnie samotny.
Staruszek – ogrodnik, sąsiad kawiarnianego ogrodu, nadzwyczaj lubiący hodować kwiaty, warzywa i owoce; natura refleksyjna
Pani Krysia – kuchmistrzyni, oszlifowany diament kuchni.
Adam – zwany niegramatycznie kawiarennikiem, beneficjent spadku w postaci na poły zrujnowanej posiadłości, z której wydobył dla prowincjonalnego świata kawiarnię. Obecnie bez grosza przy duszy, na dorobku, z nadziejami. Przeszłość jegomościa wielobarwna, z mnogością tych barw odcieni. Przyszłość się okaże.

Osoby i zjawy
Widmo – okazujące się „ogrodniczką”.
Hofmanowe indianie – niegramatyczni przebierańcy.
Chochoły – nieme dotąd przykłady symbiozy hodowlanych róż i kiecek słomianych.

Motyw wędrowny, owiany mgiełka tajemnicy - "Dziady".

Główne miejsce akcji
Kawiarnia wraz z piętrem stająca się w miarę potrzeb oberżą, zajazdem, motelem; urokliwa, obszerna; dwa zestawy okien po dwu przeciwległych stronach pomieszczenia (jedno na ogród, drugie na ulice wychodzące); pod jednym z okiennych witryn kaloryfer; stary piec kaflowy (ważny), połączona z zapleczem kuchennym. Stolików jedenaście, z kwadratowym blatem, cztery krzesła przy każdym ze stołów – siedliska krzeseł wygodne, wyściełane, wysokie oparcia. Ściany, w miarę rozwoju akcji, przyzdabiane oleokrukami, rysunkami, zdjęciami, fragmentami tekstów w antyramach. Cztery tegie filary nie pozwają powale upaść na głowy biesiadujących. Do głównego pomieszczenia trzy drogi prowadzą: od ulicy (właściwie placu) – wejście główne, przez które do wąskiej sieni się przechodzi i dalej, do sali; od ogrodu: drzwi wejściowe tuż przy witrynie; od kuchni prowadzące, omijające z jednej strony bufet. Niedogodnością na chwilę obecną jest brak szatni z prawdziwego zdarzenia; szatnię zastępują wieszaki rozstawione w sali. Z sieni głównego wejścia, tym wąskim korytarzu, wewnętrzne schody, kręte lecz solidne, prowadzą ku pokojom na górze. Pokojów jest sześć; trzy zajęte przez Adama, Edwarda i Marię. Trzy łazienki na piętrze, jedna na dole, za kuchnią, gdzie również zaplecze i miejsce na pralnię czy prasowalnię. Piwniczka obszerna i częściowo tylko zagospodarowana.
Rzecz dzieje się w mieście prowincjonalnym, mniej niż powiatowym.     

18 grudnia 2011

W ogrodzie



Przechadzając się po ogrodzie, czułem na sobie każdy, nawet najdelikatniejszy powiew zimnego wiatru. Podsunąłem zamek kurtki pod szyję i lustrowałem stan przygotowanego do zimowego snu ogrodu. Brzydka, brunatno-zielona trawa osypana była poskręcanymi i mocno zwilgotniałymi liśćmi o barwie zgniłej kory. Skopane grządki straszyły lepkością i resztkami łodyg niedostatecznie przysypanych ziemią. Jedynie otulone zwojami słomy róże, dodawały uroku i tajemniczości ogrodowi, nad którym majaczyły obszerne kiście owocowych drzew, pozbawionych liści i wiosennej energii. W coraz niższym i z minuty na minutę coraz bardziej purpurowym słońcu czarne gałęzie śliw i jabłoni zasmucały samotnością to miejsce, przywykłe do ludzkiego gwaru, ptasich kompozycji i zapachu tlącego się węgla drzewnego podczas pikniku. 
Po drugiej stronie starego, drewnianego, pochylonego na wschód płotu, inny ogród sprawiał wrażenie pielęgnowanego bezustannie. Nie tylko sprawiał wrażenie, ale też był pielęgnowany własnie w tej chwili, gdy zbliżyłem się na odległość paru kroków do granicy działki. 
Staruszek wcisnął szpadel w czarną bryłę przekopywanej ziemi.
- Dzień dobry! Nie za zimno na kopanie? - zapytałem.
Staruszek podszedł kilka kroków w moim kierunku. Zbliżyliśmy się na tyle, aby uścisnąć sobie dłonie.
- Dzień dobry panu! Nie za zimno. Przynajmniej miękko.
- No tak, po ostatnich opadach ziemia nasycona jest wilgocią.
- A pan wie, że ja to lubię. No, nie mogę bez ogródka. Nie mogę zrozumieć, że ludzie mają te trochę ziemi i tak ją zaniedbują.
Jakkolwiek nie przypuszczałem, aby był to przytyk do mojego ogrodu, poczułem się zasłużenie skarcony.
- Panie, ile to już jest ...? Czterdzieści sześć lat pracy w państwowym gospodarstwie. Czterdzieści sześć lat - powłóczył wzrokiem w stronę majaczących na horyzoncie szklarni, szarych, niechętnie odbijających promienie słoneczne. - Tam, te szklarnie, widzi pan, sam je stawiałem. Szkło prosto z huty przychodziło, kleiliśmy je, przytwierdzali, a potem ... . Przedtem była sama tylko mnożarka i taka mała szklarenka. Dopiero później, jak postawiliśmy nowe, rozpoczęła się produkcja.
- Pamiętam, pamiętam pomidory, ogórki, kapustę.
- Ale panie, no niech mi pan powie, czy to musiało upaść?
- Ogrzewanie. Ma pan swój domek, więc wie pan ile to kosztuje. A tam, jaka powierzchnia.
- Oj, kosztuje. U mnie idzie ponad pięćset na ogrzewanie i wodę. Bez prądu, śmieci i gazu. Niewiele zostaje emerytury. A bez pięćdziesięciu złotych do sklepu, to nie ma nawet po co chodzić.
- Oj tak, widzi pan więc.
- Nam to się nic nie opłaca. A ja panu powiem, że mnie to się nawet nie musi opłacać. Widzi pan, mnie słota nie straszna. Ja nawet, jakby pan sobie tego życzył, ja mógłbym ten pana ogród do porządku doprowadzić. Tej panience, co u pana za kelnerkę robi, to powiedziałem, jak ma te chochoły stawiać ...
- Domyśliłem się. Dziewczyna uwinęła się z tymi różami.
- To dobra dziewczyna. Chętna do pracy, ale tu trzeba duszy do pracy w ziemi, a ona przecież ma tyle zajęć.
Zastanowiłem się i nad tym, staruszek mówi, i nad jego szczupłą, filigranową nawet posturą, która gromadziła w sobie tyle zapału i aktywności.
- Rzeczywiście, przy całkiem nieźle kwitnącym interesie Maria ma sporo pracy.
- Pan może ma mi za złe, że o tym mówię - staruszek spuścił wzrok i wydawało się, że za chwilę pożegna się ze mną i powróci do swojej pracy.
- To nie jest głupie, co pan mówi, lecz zawsze myślałem, że pan to już napracował się w życiu i pora odsapnąć.
- I co mam robić w tych swoich czterech ścianach. Śmierci czekać?
- Może i ma pan rację. Proszę wpaść do mnie jutro, porozmawiamy przy kieliszku koniaku.
- Jeśli pan taki łaskaw i zaprasza, dlaczego by nie zajrzeć.
Rozstaliśmy się. Słońce skradało się już na klęczkach, a na południowe niebo nasunęła się niepostrzeżenie zwarta sina chmura.
W kawiarni Maria dyrygowała Edwardem, w jakim miejscu na ścianach ma wieszać Renoir'y, Sisley'e, Cezanne'y i Monet'y. Oleodruki pachniały jeszcze farbą.
- Pan Edward jest nieocenionym majstrem do wszystkiego - Maria zarekomendowała mieszkańca jednego z pokojów na piętrze.
- Bardzo się cieszę, że jest pan z nami, Edwardzie. Kawał dobrej roboty z tymi pokojami. Teraz naprawdę możemy przyjmować gości.



16 grudnia 2011

Uregulować rzekę

- Kolego, przecież nie chodzi tutaj o dosłowne odwrócenie rzeczywistości. Inne myślenie nie polega na uczynieniu, aby rzeka płynęła w górę, pod prąd, lecz o uregulowanie jej w taki sposób, aby nie dochodziło do kataklizmu powodzi, aby nurt rzeki w każdym jej miejscu miał jednakową siłę.
- Profesorze, czy tego się nie robi, czy nie stawia się tam i wałów ...
- ... które sprawdzają się i chronią ludzi i dobytek podczas powodzi. Mnie chodzi o rzekę, która bez względu na jej stan zaspokajała potrzeby człowieka.
- Brzmi to jak utopia.
- Utopią byłoby marzenie o tym, aby unicestwić źródła rzeki, aby wyeliminować jej dopływy. Gdybyśmy potrafili porozumieć się co do tego, że stały przepływ wody jest korzystny dla rozwoju wszystkich terenów znajdujących się w zlewie rzeki, jedynie techniczne problemy zostałyby przed nami.
- Myśli pan, profesorze, że jesteśmy w stanie porozumieć się względem regulacji rzeki?
- Porozumienie jest byłoby możliwe jedynie wtedy, gdy każda nadrzeczna osada, wioska, czy miasto, każdy człowiek mieszkający nad rzeką, wybrałby wspólną sprawę za najważniejszy priorytet.
- Czyli nie jest to możliwie ... stąd tryb przypuszczający?
- Właśnie stąd. Nie jest możliwe, bo od źródeł po ujście, uregulowanie rzeki wiąże się z konkurencją. Konkurencja z samej istoty wiąże się ściśle ze zwycięstwem jednych a porażką innych. W ten sposób silniejsza osada zapewni bezpieczeństwo swoim obywatelom i ich dobytkowi, a czasami wiąże się to ze spiętrzeniem wód rzeki, które zagrozi terenom położonym poniżej.
- Jakie więc pan profesor widzi rozwiązanie?
- Jedynie kooperacja i integracja działań.
- Prawdziwy postęp wynika jednak z konkurencji, panie profesorze.
- Mój drogi, po cóż taki postęp tym, którzy będą zalewani przez postęp tych, co ponad nimi?
- Przemawia przez pana sceptycyzm, profesorze.
- Przemawia przeze mnie i wiek mój, i doświadczenie. najgorsze w tym wszystkim jest to, że najbardziej postępowe, liberalne umysły doskonale wiedzą, że pomysł na  takie globalne uregulowanie nurtu rzeki jest najlepszym z możliwych, najbardziej logicznym i nieocenionym w skutkach.
- Czemu więc nie dołączą się do pańskiego sposobu myślenia?
- Egoizm kolego, naturalne prawo dominacji nad innymi, bezwzględność praw natury.
- I my, jako istoty cokolwiek mądrzejsze od zwierząt powinniśmy, przy całym szacunku dla swoich zwierzęcych braci, przestać myśleć jak zwierzęta.
Rozmowa toczyła się w podobny sposób przez godzinę i w końcu profesor po opróżnieniu drugiej filiżanki kawy, przypomniał sobie o pociągu, który miał odjechać z miasteczka, zabierając na wykłady do wielkiego miasta.
Student, który powróciwszy z uczelni na ślub siostry, wstąpił do kawiarni na kawę i wuzetkę, pozostał tu dłużej, powłócząc wzrokiem za krzątającą się przy stolikach Marię. Kiedy jego spojrzenia ocierały się o niebezpieczne zadurzenie się w oczach młodej kobiety, ta chwyciła w dłoń ulotkę informującą o zbliżającej się premierze "Dziadów" i w ostentacyjny sposób przedłożyła ją przed zauroczone oczy młodzieńca.



13 grudnia 2011

List wypolerowany

I cóż ci mogę powiedzieć. Kolejna noc. Skąpe światło wpełza z jednej strony, podczas gdy po stronie drugiej ciemność i zamróz wszedł na gałęzie, te palczaste ramiona, których i tak nie widać, chyba że gwiazda wychynie zza chmur. Ale nie, jest ciemno, tak bardzo ciemno, że mógłbym się bać duchów nocy.
Wypolerowałem te blaty stołów. W refleksach światełek z kuchni, zza otwartych drzwi, błyszczą jak galaretkowe tafle przyniesione na stół prosto z zamrażarki. 
Maria śpi. Zmęczona poszła na górę. Zasłużyła na sen. Zaczekaj, włączę radio.
http://server3.pianosociety.com/protected/bach-bwv788-szames.mp3
Symfonia nr 2 c-moll BWV 788 - Jan Sebastian Bach
Poznajesz? Nie poznajesz. Posłuchaj.
Usiądę przy piecu. Oprę się. Teraz dobrze. Dlaczego chcesz wiedzieć, dlaczego to robię? Powinnaś sama wiedzieć, że zawsze szukam tego, co najważniejsze. Dla mnie ten wyczyszczony do absurdu blat stolika jest najważniejszy. Tak samo najważniejszy jest pan Edward (nie pisałem ci o nim, jeszcze napiszę) i ta Maria. Skąd ją wydobyłem, już nie pamiętam.
Muszę pisać do ciebie, bo nie potrafię zasnąć. Wiesz, co to znaczy, nie potrafić zasnąć? Przedwczoraj musiałem wziąć prochy. Musiałem. I wiesz ... straciłem pamięć do wszystkiego. Potem przypomniałem sobie, jedząc te jajecznicę. Przypomniałem sobie, że chcę nadać sens temu miejscu i dopiero wtedy, gdy sens taki nadam, wyślę ci zaproszenie.
Dzisiaj chyba zasnę w tym fotelu. A ty, posłuchaj jeszcze raz.

12 grudnia 2011

O naruszeniu rezerwy, która może przyda się Dziadom



Problem rozwiązał się sam i to za sprawą nieznajomego, który przestał być nieznajomym i stał się dla wszystkich Edwardem. Z trzech wolnych pokojów na górze, jedynek w rozmiarze, dwójek według ekonomii, jeden stał się oazą dla niego i jeszcze rankiem dnia następnego spisano umowę, aby sprawie tej nadać bieg prawny. Edward złożył natychmiastowy wniosek o farbę, tudzież inne malarskie atrybuty, aby mógł, choćby zaraz odnowić i oazę i te dwa pozostałe, zdradzając tym samym niejakie udokumentowane onegdaj kwalifikacje zawodowe. Sprawę rozstrzygnięto najprędzej, jak tylko można było sobie wyobrazić, bo to przecież niedziela i tylko w markecie istniała szansa na stosowny zakup.
Przed mszą, korzystając z wymuszonymi względami religijnej posługi, doktor Koteńko z inżynierem Bekiem wpadli na kawę, co w ich wersji znaczyło ni mniej, ni więcej, jak dostarczenie silnym tym organizmom słusznej dawki alkoholu zawartego w whisky.
- Panie Adamie - wykrzyknął niemal inżynier Bek - otóż i nadszedł kres na nasze finansowe kłopoty, a mówiąc o finansowych, proszę o wybaczenie, odnoszę to do pana gospodarczej aktywności.
Adam podszedł do stolika niedzielnie, pod krawatem, ubranych jegomości. Witając się z mężczyznami serdecznie, zajął miejsce przy nich. Zaraz też Maria, po dyskretnym mrugnięciu okiem, jakie niezauważalnie dla gości Adam uczynił w stronę kelnerki, Maria przyniosła trzy szklaneczki trunku wraz z miseczką kremu o konsystencji puddingu oraz szklaneczką wypełnioną słonymi paluszkami.
- Tak pan sądzi, inżynierze. Rad byłbym usłyszeć uzasadnienie dla tych miłych uszom moim spekulacji.
- Bo pan inwestuje, widzę, z dużym impetem i zaangażowaniem - wtrącił Bek.
- O tak, interes kwitnie. Z każdym dniem prosperuje lepiej - dopowiedział Koteńko.
- Nie da się ukryć, że nie ten biznes rozkręca się nieźle, lecz do pełnego sukcesu daleko.
- Bliżej niż panu się wydaje - zapewnił inżynier i obaj goście kawiarenki wybuchnęli naraz radosnym śmiechem. Wydawało się, że powód tego nadzwyczaj pogodnego nastroju nie tkwił jedynie w lekko, dopiero co nabranym ustami alkoholu, lecz narodził się zanim obaj mężczyźni znaleźli się w lokalu. - Czyżby nie dość dokładnie nadsłuchiwał pan wieści ze świata?
- A to możliwe, bo ostatnio coraz mniej mam czasu na zajmowanie się światem i polityką.
- Całkiem niesłusznie, prawda Koteńko - inżynier klepnął doktora w ramię.
- Bardzo niesłusznie - przytaknął Koteńko.
- Oświećcie mnie panowie - Adam wysączył zawartość szklaneczki.
- Niechże pan słucha. Nasz pan premier zapałał ostatnio nie tylko chęcią dowartościowania naszego pięknego na europejskiej arenie, ale też zadeklarował pomoc potrzebującym. Wie pan, że w imię solidarności z Europą naruszy naszą bankowo-narodową rezerwę? Co pan sądzisz o tym?
- Za dużo by o tym mówić, aby wypowiedzieć własne zdanie.
- Ha, niedostatek śmiałości? My tu w swoim własnym gronie. Sami swoi.
- Ja tu, panie inżynierze, własny biznes ciągnę i nie sądzę, żeby mi było po drodze z polityką, która mnie mierzi - odparł Adam, nieco zniechęcony tematem, w który bezwiednie dał się wciągnąć.
- I to jest błąd, prawda, Koteńko?
- A jakże, błąd. Wiem po sobie. Leczę ludzi, tak? A przecież ta polityka i do mnie z łapskami brudnymi włazi.
- Wiadomo, że przymykanie oczu nie spowoduje, że widzieć przestaniemy - skwitował Adam.
- Ale panowie, miało być wesoło i przyjemnie - żachnął się Bek - a przyjemność tę widzę w tym, że skoro pan premier zapałał niesieniem pomocy potrzebującym, to czemu by miał nam nie pomóc. My to mniejsza, Koteńko, prawda? My już ustawieni na lata, lecz pan? Kredycik pan zaciągnął i pewnie zaczął już spłacać ( a mam na dzieję, że nie w obcej walucie), czy się mylę?
- Jak każdy, inżynierze, jak każdy.
- Wobec tego, pisz pan do Rostkowskiego, że potrzebuje pan wsparcia.
- Co też pan! Wiem, że to żart, lecz jeszcze klucza do niego nie dostałem.
- Pisz pan, że jeśli nie dołoży się do pana kredytu, tedy i ja, i pan Koteńko, i ci wszyscy pana klienci pozostaną wysoce nieusatysfakcjonowani. No niechże pan zrozumie, to nasze miasteczko posiada szkół parę, kościołów kilka, urzędy i ten jeden w swoim rodzaju przybytek kawowo-alkoholowej rozkoszy. I jeśli ten przybytek upadnie, jeśli nie będzie gdzie umknąć w niedzielne południe przed naszymi damami, to czy nie zostanie zachwiana równowaga? Czy przez pana upadek nie splajtuje po kolei całe miasteczko?
Śmiech serdeczny rozległ się po sali.
- Widzi więc pan, panie Adamie, że sprawa jest wagi wręcz państwowej, co ja mówię, kulturowej. Panie Koteńko - Bek zwrócił się teraz do doktora - czy przeczytał pan ten plakat, co go do drzwi wejściowych przytroczono?
- Jakżeby nie, czytałem. "Dziady" mają być wystawione, inżynierze.
- Otóż i to. I czy wyobraża sobie pan, panie Adamie, aby z powodu kryzysu miałby pan odwołać to przedstawienie? "Dziady" bez nas? To się nie godzi.
  

11 grudnia 2011

Jajecznica i proszki na sen

- Ten człowiek znowu pojawił się na skwerze.
Adam podszedł do okna. Po porannej szarudze wzmógł się wiatr i nawet nieśmiały brudnożółty krąg słońca prześwitywał przez zwarte dotąd pokłady szarych chmur. 
- Rzeczywiście. Zdaje się, że wczoraj był tutaj o tej samej porze.
- I tak jak niespodziewanie się zjawił, tak i zniknął.
- Nie przyglądałem się.
- Kiedy otworzyłam drzwi, już go nie było.
- Nie sądzi pani, że powinniśmy go zaprosić? Wygląda na to, że nie chciałby być widziany, już po otwarciu  kawiarni.
- Możliwe, ale wie pan, on wygląda nieciekawie. Jest brudny i najprawdopodobniej bezdomny.
- Prawdopodobnie też poranna kawa nie jest jego marzeniem. Kawa, za którą prawdopodobnie i tak by nie zapłacił.
- Nie chciałam tego mówić.
Dziewczyna wydawała się być speszona. Próbowała jednak kontynuować wątek nieznajomego.
- Gdybym spotkała go przed swoim domem, możliwe, że zaprosiłabym go do środka, aby się ogrzał.
- Myślę, że moglibyśmy go zaprosić. Co pani sądzi na ten temat?
- A nasi codzienni goście? Czy byliby z tego zadowoleni? Mówił pan o dbaniu o reputację kawiarni.
- Niewątpliwie należałoby tego pana umyć i ogolić - Adam przetarł szybę, starając się dokładnie zlustrować sylwetkę siedzącego na ławce mężczyzny - coś tam z ubrań znajdzie się dla niego w mojej szafie.
Dziewczyna spojrzała na kawiarennika z nieukrywaną satysfakcją, ukazując głębię swoich zielonoszarych oczu.
- Mario, niech pani się tym zajmie. Proszę przyprowadzić tego mężczyznę i skierować go do mojej łazienki na górze.  W przedpokoju znajdzie pani jakieś spodnie i sweter. W łazience przygotuje pani ręcznik i przybory do golenia dla gościa. Powiem w kuchni, aby przyrządzono jajecznicę na boczku.
Wybiegła.
Adam przeszedł do sieni, będąc ciekaw, kim jest ten człowiek, który za chwilę przekroczy próg kawiarni. Za ladą pojawiła się kucharka, która zdawała się być poinformowana o toczącej się przed chwila rozmowie.
- To już nie będzie kawiarnia, szefie. Przedwczoraj wódeczka z zakąską, dzisiaj jajecznica. Czym pan nas jeszcze zaskoczy?
- Czas pokaże, pani Krysiu, czas pokaże.
W drzwiach ukazał się mężczyzna, nieogolony, ogorzały z mokrą i mocno zniszczoną czapką wciśniętą na głowę i zakrywającą uszy. Spojrzenia Adama i mężczyzny spotkały się i pozostały w tym kontakcie przez dłuższą chwilę. Adam próbował ocenić wiek nieznajomego. Biorąc po uwagę jego wielotygodniowy zarost i zniszczoną zmarszczkami twarz, kawiarennik przypuszczał, że mężczyzna przekroczył sześćdziesiątkę, choć z wyglądu zdawał się być starszy.
- Zapraszam pana - podszedł do mężczyzny i wyciągnął dłoń. Mężczyzna nieśmiało podał swoją drżącą i opuchniętą dłoń. 
- Bardzo proszę, aby słuchał się pan Marii i wrócił z nią tutaj, do sali.
Posłusznie oddalił się z prowadzącą go przed sobą dziewczyną.
- Niech pani zrobi dwie jajecznice, nie żałując boczku. Wie pani, jak bardzo ...
- lubi pan jajecznicę na śniadanie - dodała z uśmiechem.
- Pani jajecznicę, trzeba dodać, pani.
- Dziękuję i cieszę się, że nie żałuje pan tego, że mnie zatrudnił.
Adam wykonał teraz te wszystkie czynności, które zwykła robić Maria bezpośrednio przed otwarciem kawiarni. Czyścił blaty stolików, przykrył je obrusami, wyrównywał położenie serwetek i lichtarzyków na każdym ze stołów. Wyczyścił też dwa okna - witryny, znajdujące się na dwu przeciwległych, dłuższych ścianach kawiarni; jedno wychodziło na skwer, skąd prowadziło też do budynku kawiarni główne wejście, i to drugie patrzące na ogród, pozostający na zapleczu.
Mężczyzna wrócił zmieniony, czysty, suchy i ubrany w spodnie, koszulę i sweter  Adama. Nie wyglądał w nich źle, choć sprawiały wrażenie, że ich obecny właściciel oznacza się mniej solidną budową ciała. Usiedli przy stoliku najbliższym baru, przy którym zwykle siadywał personel kawiarni. Obaj przystąpili po posiłku z tak wielkim entuzjazmem, że spoglądająca na nich z otwartych drzwi prowadzących do kuchni pani Krysia, dumnie uniosła głowę, a jej oczy gorące były od łez szczęścia.
Nie zakończyli jeszcze jeść, kiedy wybiła dziewiąta i po otwarciu lokalu przez Marię, zjawiła się w nim niemal natychmiast, emerytowana nauczycielka ogólniaka. Pozdrowiła siedzących, a kiedy zajęła swój stolik, przynoszącą jej kawę z eklerkiem Marię, zapytała, ściszając tajemniczo swój aksamitny, starannie dopracowany głos.
- Pani Marysiu, słyszałam,że urządzacie "Dziady", czy to prawda?
- Tak, soreczko (Maria była wychowanką nauczycielki). Jeszcze terminu nie znamy.
- Córciu, a nie mogłabyś podsunąć jakieś ciepłe słówko szefowi, abym mogła przyjrzeć się tym przygotowaniom, a może  czum mu pomóc.
- Soreczko, wspomniałam o pani i szef nie wyklucza włączenia pani do tego przedsięwzięcia.
- To dobrze, kochanieńko. Z przyjemnością będę zaglądała tutaj, nie tylko na kawę. - A czy ten pan siedzący obok mistrza, to jakiś umówiony aktor?
- Jeśli aktor, to zapewne uliczny.
- Proszę ciepłe mleko dla panów - usłyszała Maria i siedzący nie opodal mężczyźni.

09 grudnia 2011

Przy czystej

Radca Krach i mecenas Szydełko zamówili czystą. I koniecznie tatara z dużą ilością cebuli. Ten stolik kawiarenki przestał być kawiarniany i trącił zapachem gastronomii. Spojrzenia nielicznych o tej południowej porze gości miały wyraz zaskoczenia. Dobrze powiedziane" "miały wyraz". 
- I niech pani pamięta, że dla nas w każdy dzień roboczy z wyjątkiem czwartku, rumiany, dobrze zmielony i świeży tatar do setki. Na kawę zapraszamy się w sobotnie popołudnie.
Głos radcy Kracha brzmiał rzeczowo i zachęcająco. Dziewczyna dyskretnie oddaliła się od gastronomicznego stolika, podeszła do kawiarennika i powtórzyła wypowiedź radcy. Kawiarennik spojrzał na panów schylając lekko głowę. Uśmiechnął się.
- Panie radco, cóż mamy myśleć o tym. Złe idą czasy, złe.
- Mecenasie, a bo to trudne było do przewidzenia? Wiadomo było, że to kiedyś musi się stać - radca Krach z racji dojrzałego wieku sprawiał wrażenie wiedzącego więcej i patrzącego dalej.
- A było tak dobrze. Zielona wyspa.
- Mecenasie, ja patrzę na sprawę ogólniej. Mam na myśli Europę. Kryzys, panie.
- Biurokracja - westchnął mecenas Szydełko
- To też, ale panie to ten nasz kapitalizm. Czemu się dziwić. Konkurencja panie. Kto pierwszy ten lepszy. Ktoś ma, aby inny nie mógł mieć.
- Tak pan sądzi ... że to nieuniknione?
- Popatrz pan. Państwa sprzedają obligacja. Ktoś je kupuje. Jest kryzys i ktoś je kupuje. Znaczy się niektórzy mają kasę. Ot weźmy na ten przykład ja i pan. Narzekamy? Grzech narzekać.
- O bo to panie radco dla nas roboty wystarczy. Ludzie tłumami do sądów chodzą.
- A pewnie. Mecenasie, ja nie narzekam. Magistrat w wielkim popłochu sprzedaje co się da. Mieszkania przede wszystkim. Bez lokatorów, z lokatorami...byle załatać budżet. Z tego potem sprawy wynikają rozmaite i trzeba rajcom miejskim iść z pomocą. No, wypijmy. Najlepszego!
- Najlepszego! Pan ma swoje sprawy, ja swoje. Jedna pani, na ten przykład, przychodzi do mnie z płaczem, że chce się rozwieść. Zdradza panią, mówię, współczuję i chwytam kobietę za przegub dłoni. A ona zaprzecza. Zakochałam się, mówi, dopiero po rozwodzie, a jaki męski, wziąłby mnie z sobą do Hiszpanii, firmę ma, przystojny i bogaty. Znudził mi się ten mój. Różnica charakterów, rozumie pan, mówi. Chłopaka mam lat osiemnaście, on zrozumie, dorosły jest, dodaje. I błaga o pomoc. Zastanawiam się, kluczę, myślę o jakimś fortelu, i kiedy mam już na końcu języka, rozumie pan, ona podsuwa mi genialną myśl. Panie mecenasie, mówi, a może by tak zrobić go impotentem. Impotentem, myślę, da się to zrobić. Ma pani jedno dziecko i to dorosłe, więc coś takiego mogłoby się zdarzyć. W końcu każdy z wiekiem staje się impotentem.
Radca Krach obruszył się.
- Spróbujmy tatara.
Spróbowali.
- No i żeśmy zrobili z męża tej pani impotenta. Ba, porozumiałem się w tej sprawie z jego adwokatką, aby  jej klient wziął winę na siebie, bo jakoś nie chciał rozgłosu o swojej impotencji.
- Ech te kobiety - żachnął się radca Krach - panie mecenasie, życie niesie z sobą wiele niespodzianek. Weź pan na ten przykład pana posła T. Kojarzy pan?
- A jakże, kto nie zna posła T.
- Otóż, panie mecenasie, skoro pan go zna, to musi też wiedzieć, że pielgrzymuje on po kościołach, po imprezach narodowych, w komisji sejmowej za zabiera głos na rzecz życia od poczęcia. Zbrodnia ciśnie się mu na usta, kiedy mówi o tych zabiegach znieważających poczęcie.
- Znam, znam poglądy tego pana.
- A to powiem panu, że pan doktor Koteńko, w przypływie szczerości wywołanej odrobiną, no może przesadzam, że odrobiną, whisky powiedział, że małżonka pana posła wyskrobała jedno z poczętych dzieciąt.
- No proszę, jakie to smutne żyć pod jednym dachem ze zbrodniarką.
- Co za życie.
- Panie radco, a wie pan co mnie się wydarzyło pozawczoraj? Idę ja chodnikiem obok tego przybytku, gdzie tak mile spędzamy teraz czas i cóż ja widzę? Grupa czerwonoskórych lezie, a właściwie skrada się w moją stronę. Zabiega mi drogę.
- Toż nie pora na przebierańców, mecenasie.
- Tak też i myślałem, że nie pora. Zarechotałem śmiechem, bo też nie wyobrażałem sobie, że kiedykolwiek przyjdzie mi zobaczyć Siuksa albo innego Apacza. Wyraziłem w związku z tym widokiem swoje najgłębsze zdziwienie, gdy wtem jeden z nich wystąpił i rzekł do mnie: "my jesteśmy hofmanowe indianie". Tak powiedział.
- A cóż to, odbiło mu? Zbaraniał, urwawszy się z łańcucha? Droga pani, jeszcze seteczkę dla obu gardeł.
Po chwili przyniosła szkło. Podziękowali.
- A zjawią się panowie u nas na "Dziadach"?- podała ulotkę.
Radca Krach pochwycił w dłoń kartkę. Przeczytał.
- No, no, panie mecenasie, postaramy się, co, nie zawieść oczekiwań naszej miłej pani.

05 grudnia 2011

Cejlońska czarna

- Co tam, panie, za oknem? 
- Deszcz siąpi, wiatr smaga, zimno.
- Z rumem podać?
- Z rumem, arakiem, imbirem, co tam pan ma u siebie.
Podano z rumem. Cejlońska czarna. 
- I gazetka dla pana. Obowiązkowo do przedpołudniowej herbatki.
- Ech, panie, czytać nieskładnie. Już lepiej na te "Dziady" do kawiarenki wpadnę.
- Niech pan wpadnie. Czytać się nie chce wiadomości?
- Pewnie, bo to człowiek wie, co go czeka. Zarabia się niewiele ponad tysiąc do ręki, a pasa mi będą zaciskać. Widział to kto, aby ktoś taki jak ja, w ochronie pracujący za tysiąc sto do ręki, miał się przyczynić do kryzysu na świecie? Ja, panie, z pierwszą grupą, przecież, że nie znajdę roboty za większe pieniądze. 
- Źle się dzieje - kawiarennik skwitował potwierdzając niepokój człowieka w wieku więcej niż średnim. - Kto o to zadba teraz, kiedy globalne problemy na świecie.
- Źle, panie. Człowiek nocki bierze, żeby starczyło na święta, ale ile można. Rano do łóżka i spać, spać, przetrwać to. A dzisiaj to i spać nie mogę, dlategom tu zajrzał. Ale przecież wyniosę się stąd, zupkę sobie zrobię, kiełbasę białą kupiłem i choćby parę godzin snu. I tak sobie myślę, czy jest sposób na to, aby przespać ten nieprzyjemny czas. Ale na "Dziady" przyjdę. 
Dzwonek u drzwi zdradził wejście kolejnego gościa.


04 grudnia 2011

Ciemno wszędzie

Co to będzie? Kiedy już goście zasiedli i raczą się ciepłym napojem i delikatnie słodkim, o posmaku miodu, Coteaux du Lyonnais, cywilizacyjny postęp zdmuchnął światła żarówek. A zdarzyło się to w chwili, gdy na postępowo-plazmowym ekranie telewizora, przemknęła szczupła, dystyngowana i wielce przystojnie skrojona postać mistrza Adama w z muszką przytroczoną do nieskazitelnie białego kołnierzyka koszuli. Mistrz Adam odszedł był od nas, co zdążono zauważyć w kawiarence. Ten i ów wstał nawet, niby z ochotą zbliżenia się do ekranu, lecz kto wie, czy to przypadkiem nie nagła żałość i tęsknota za upływem czasu, za wspomnieniem mistrza, nie odezwała się z pełną a niespodziewaną mocą. A jeden gość to znak krzyża całą dłonią uczynił, lecz zaraz potem nastała ciemność, ciemność z języczkami purpurowego światła, które wyzionęło z otworów żeliwnych drzwiczek pieca.
Właściciel kawiarni pomyślał, że może należało zainstalować kominek, podążając za panującą modą, lecz tylko przez chwilę ta myśl zaprzątnęła jego głowę. Nie zdążył nawet wypowiedzieć słowa, kiedy ogrodniczka weszła ze świecą gromniczną, podchodziła do każdego stolika i niczym Prometeusz udzielała ognia ogarkom nadzianym na szpile drobnych, smukłych świeczników. Rozpromieniało.
Kawiarennik dobył też z zaplecza sztuczny ogień i ustawiając go na bufecie, oświetlił nim powałę.
Rozmowy ucichły i wiatr zaskowytał za oknem. Coś stuknęło w szybę i siedzący najbliżej okna gotów był przysiąc, że za taflą chłodnego szkła ujrzał zatrwożoną twarz Balladyny.

Pierwszy gość

- Czy tu dają kawę? - zbliżył się do bufetu, składając na torsie czarny kapelusz z dużym rondem, atłasowy, pasujący do tego rozłożystego czarnego płaszcza sięgającego łydek.
- Dzisiaj dosłownie dają, bo właśnie dzisiaj jest dzień otwarcia.
- Ponury dzień.
- Jak to bywa w grudniu, kiedy nawet wyż nie potrafi do końca rozproszyć porannych mgieł.
- Pan tu jest właścicielem?
- Zgadł pan. Jestem nim.
- I stoi przy ladzie? Widziałem kogoś w ogrodzie. Może pan się uśmieje. ale widziałem kogoś, czy coś, jakby widmo.
- Widmo? Zdaje się, że widział pan Natalię. Dogląda róż, czy zasłonięte od wiatru.
- Chochoły?
- Pan literat? Czy się mylę?
- Powiedzmy, że jestem literatem. Czy może mi pan podać espresso? Tylko takie podwójne.
- Oczywiście. Będzie aromatyczne espresso i w dodatku ma pan prawo wybrać sobie dowolne miejsce na tej sali. Rzecz jasna, pod warunkiem, że będzie miał pan ochotę przychodzić tutaj częściej.
- Owszem, jeżeli tylko kawa będzie mi smakowała.
Dla pierwszego gościa będzie to najlepsza kawa.
Literat wybiera sobie najodleglejsze miejsce w rogu sali, pod białym kaflowym piecem. Wiesza płaszcz, długi, biały bawełniany szal i kapelusz na wieszaku. Właściciel kawiarni przystępuje do rutynowych, choć pierwszych w tym miejscu czynności związanych z zaparzeniem kawy. Wsypuje ziarna kawy do młynka, miele, łyżeczką przenosi zawartość młynka do pojemnika w ekspresie, zamyka go, uzupełnia wodę w zbiorniczku, przygotowuje filiżankę i w końcu naciska włącznik.
- Naprawdę jestem pierwszym klientem? - słyszy stłumiony głos mężczyzny, który oczekując na kawę, podchodzi do pozostawionego na wieszaku płaszcza, wydobywa z jego wewnętrznej kieszeni notes z wciśniętym w okładkę piórem i wraca do stolika.
- Jest pan pierwszym naszym gościem i cieszę się, że to właśnie pan?
- Dlaczego?
- No cóż, nie będę ukrywał, że lubię ludzi, którzy mają nieco inne spojrzenia, w inny sposób używają wzroku.
- Tak pan sądzi? 
- Widzi pan. Ta dziewczyna, którą wziął pan za widmo, jest ogrodniczką i nie muszę chyba pana przekonywać, że niewiele już dla niej pracy zostało w ogrodzie. Można powiedzieć, że nie ma jej wcale. Ot, dzisiejszy obchód przedwieczorny, zerknięcie na te chochoły... zauważył pan, że liście już zgrabione. Ona, drogi panie, czuje, że stała się niepotrzebna, a ja z kolei, nie chciałbym jej stracić. Gdzie ona pójdzie.
- I pan myśli, że ja ... że będę w stanie ją zatrzymać tutaj.
- Niewykluczone. Pan tam o chocholim tańcu jej powie... a może napisze o niej parę słów. O, i kawa już gotowa.
W drzwiach wejściowych pojawia się obleczone w szarą, banalną kurtkę widmo kobiety.