Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

15 grudnia 2012

Nigdy więcej?


Literat, wciśnięty w najgłębszy zakątek sali, za piecem, rozmawiał z Zofią, która podczas rozmowy, a ściślej, podczas słuchania, przewracała kartki jego rękopisu. Lata pracy spędzone na odczytywaniu prac uczniowskich sprawiły, że "zakręcone" pismo mistrza wiecznego pióra nie stanowiło dla niej tajemnicy, gdy rozszyfrowywała poszczególne, szybko i nerwowo skrojone zdania.
W pewnym momencie Literat zorientował się, że pani Zofia całą swoją czytelniczą energię zużywa na nadawaniu sensu bohomazom, więc przyszedł w sukurs z objaśnieniem stanu rzeczy.
- Szybko pisałem, pani Zofio, bardzo szybko.
- Właśnie widzę i jeśli udaje mi się rozwikłać ten szyfr poprawnie, coraz bardziej podoba mi się styl, choć ledwie w połowie pierwszego rozdziału jestem. O czym ta powieść będzie? - zapytała.
- O upadku człowieka pogrążonego przez żywioł życia - i zaraz dodał - a pisać muszę szybko, bo czasu może mi zabraknąć.
- Czasu? - zapytała.
- A tak, czasu. Da Bóg, że mi go starczy przed  śmiercią.
- O czym pan mówi? O jakiej śmierci.
- Każdemu jest pisana, więc również i mnie.
- Każdemu, lecz o właściwej porze. Pan jeszcze za młody.
- Za młody, lecz już zmęczony. Za bardzo zmęczony.
I wtedy Adam puścił Szczepanika.


Piotr Szczepanik - "Nigdy więcej"

A potem... potem Zofia czytała sprawniej, trzymając w swej dłoni wilgotną dłoń Literata.

14 grudnia 2012

Loteryjka



Vasily Peshkun - "Три подруги"

(zdecydowanie dla poprawy atmosfery w kawiarni wstawiono obraz świetnego, młodego, białoruskiego malarza Wasilija Pieszkuna)


- Aliści, wieści ciekawe - radca Krach dopiero co przymknął komputerkowi ruchomą czapeczkę, zmrużył oczy i zagadał do mecenasa Szydełki - tam napisano, że płace w rolniczym ministerstwie wzrosły najwięcej, circa 2.700, licząc 2011 do 2007-ego.
- Wychodzi radco na to, że wzrost nastąpił niemalże w skali dwóch minimalnych pensji, które na dziś wynoszą po półtora tysiąca.
- A w tym samym czasie, jak podaje ZUS, średnie wynagrodzenie wzrosło o około 460 złotych.
- A urzędników państwowych nam przybyło, ech przybyło - westchnął Szydełko.
- A powiastki o kryzysie od kilku lat są znane, niemal od początku pierwszej kadencji Obamy - wtrącił Krach.
- A płace w budżetówce miały być zamrożone - dodał mecenas.
- Ale roboty przybyło, stąd wzrosło zatrudnienie, a urzędnik państwowy za friko pracować nie będzie - utrzymywał radca Krach.
- To ja teraz widzę, skąd te rządowe zadowolenie na twarzy premiera - zauważył Szydełko.
- A ja z kolei widzę, po rolniczego ministerstwa danych, dlaczego koalicja rozpaść się nie może.

I tak dalej i dalej jegomościowie licytowali się, jak przy grze w loteryjkę (oj znana to była onegdaj losowa gierka, polegająca na zapełnianiu wyczytywanymi numerkami z tymiż, wymalowanymi na planszy). Następnie przemaszerowali do sławnej rocznicy, kiedy to wolność narodowi polityczną odebrano. Jednakowoż przemyślny radca Krach (gdy rocznicę już uczcili śląskim mocnym piwem) ośmielił się zauważyć, że wolność polityczną już mamy i że towarzyszy jej wolność wypowiedzi w kwestii dostępu do rynku pracy, który wolnym nie jest, jak i też dostępu do godziwego wynagrodzenia za pracę, jeśli takową się ma. Ale kto by sobie teraz takimi sprawami głowę zawracał, jak szerzące się po wsiach i miasteczkach ubóstwo. Cieszmy się, że czołgami nas nie rozjeżdżają jeszcze.

13 grudnia 2012

Spleen



Jean-Marc Nattier's oil painting Anne Henriette of France playing a Viol, Viola da Gamba

Jean-Marc Nattier -  "Anne Henriette of France playing a Viol (Viola da Gamba") 

W innych miastach i miasteczkach są dziennikarze, dziennikarze z powołania, na co zwrócił uwagę redaktor Pokorski, który zechciał pośredniczyć w przygotowaniu wywiadu. 
Adam, właściciel kawiarenki, zwany przez okolicznych mieszkańców, tych bliżej zainteresowanych działalnością lokalu i tych mających o nim blade pojęcie, kawiarennikiem, dostąpił był zaszczytu społecznej spowiedzi przed redaktorem z obcego miasta.
Adam nie zwykł opowiadać obcym o swoim przedsięwzięciu, a prawdę mówiąc unikał rozmów o sobie, lecz przymuszony wirtualnych czytelników presją, zgodził się na rozmowę przy truflowej kawie.
Przepędził w ten sposób pół dnia pracy, coraz to do pracy odchodząc od stolika i każąc pytającemu czekać na siebie, lecz kiedy prowadził rozmowę, kiedy opowiadał, nie omieszkał pominąć żadnej kwestii, która, zdaniem czytelników obcego pisma (o czym zapewniał dziennikarz) warta była przytoczenia. Nie wchodząc w szczegóły opowieści, nie będąc upoważnionym do zdawania z niej relacji, na kilka spraw należałoby zwrócić uwagę.
Otóż Adam utrzymywał, że jego nowe życie powstało wskutek utraty poprzedniego, kiedy to stracił już niemal wszystko, a najwięcej przyjaciół. Właściwie, jak się okazało, przyjaciół Adam nie postradał, lecz ich nie miał, bo czy można przyjacielem nazwać tego, kto odwraca się od człowieka w potrzebie?
Nic więcej w tej kwestii dziennikarz nie uzyskał. Nie zdobył informacji, o kim mowa. Lecz czy wielka to strata?
Zabrzmiała wnet puszczona z płyty viola da gamba, w dłoniach mistrza Savalla wydobywająca z niepamięci barokową katalońską nutę.
Po koncercie, w którym słuchacze odpłynęli w nieznane, a tak odmienne od dzisiejszych czasy, do rozmowy o sensie kawiarni już nie powrócono.
Może to i lepiej, bo jakże tu zachować pogodę ducha, kiedy traci się to, o czym myślało się, że było wartościowe ... a nie było.

10 grudnia 2012

Guru uzdrawia służbę zdrowia


Wizyta lekarza

Jan Havickszoon Steen - „Wizyta lekarza” 
http://www.galeria.malarstwa.pl/obraz,3129,Wizyta-lekarza.html

Jeżeli wprowadzi się odpłatność, choćby symboliczną, za wizytę u lekarza - doktor Koteńko podążał myślami guru polskiego liberalizmu, reklamującemu za friko swoją ostatnią książkę, zmniejszą się kolejki do lekarzy.
Doktor Koteńko wzmocniony herbatką z rumem, przeszedł krok dalej:
jeśli wprowadzi się jeszcze większą opłatę za wizytę u lekarza, kolejki do lekarzy jeszcze bardziej się zmniejszą.
Nie dość było tych kroków doktorowi, szedł dalej:
jeśli radykalnie podniesiemy opłaty za wizytę u lekarza, zaprawdę kolejki znikną i w ostateczności nie będzie kogo leczyć, i wreszcie państwo zaoszczędzi cennego grosza na leczeniu chorych.
Doktor Koteńko uwielbiał demagogię starego wiarusa Balcerowicza. Nie wiedzieć czemu pan profesor kojarzył mu się ze starą, ledwie na oczy widzącą szkapą, z klapkami po zewnętrznych stronach tychże oczu, ciągnącą dorożkę prosto przed siebie, gdzie wątłe światełko ulicznej latarni wyznaczało kierunek jazdy.
Koteńko, dopiwszy herbatkę i poprosiwszy o coś mocniejszego z rozrzewnieniem dodał, że ta bezpłatna służba zdrowia, z którą tak wojuje guru liberalizmu, reklamując za friko swoją książkę, to tak do końca bezpłatną nie jest, bo składka chorobowa płacona jest przez każdego ubezpieczonego, zatem przez chorych i zdrowych obywateli, a zadaniem państwa właśnie jest prawidłowe zarządzanie gromadzonymi na służbę zdrowia środkami.
Demagogia guru liberalizmu, który za friko reklamuje swoją książkę posuwa się jeszcze dalej, aniżeli kroki doktora Koteńki, skoro naszemu światłemu profesorowi przeszkadza wzrost płacy minimalnej. Guru liberalizmu dbającemu o swoje interesy za friko reklamując w telewizji swoją książkę swej zapomniał, iż im większa pensja wypłacana legalnie zatrudnionemu pracownikowi, tym większa od niej składka zdrowotna, co zwiększa pulę środków finansowych przeznaczonych na służbę zdrowia.
Doktorowi Koteńce, w jego rozważaniach na temat służby zdrowia i wszechwiedzącego guru polskiego liberalizmu, reklamującego za friko swoją ostatnią książkę, przyszedł z pomocą radca Krach i powoli, ze szwejkowskim rumieńcem na twarzy opróżnili z przyjemnością po dwie szklaneczki whisky.

08 grudnia 2012

Zima

I tak dzień mija za dniem, i zima pobieliła miasto, a w kawiarence ciepło unosi się skromne, choć gdy przybywają gości temperatura wzrasta. Już to czekoladę piją, albo każą sobie piwo imbirowe przygrzać, herbatkę z rumem przyrządzić lub chłodną, acz rozgrzewającą whisky podać.
Kawiarennik ciekawą rzecz obserwuje. Stali bywalcy przyzwyczaili się siadywać przy ulubionych stolikach, gdzie czynią słowne debaty. Nowi przybysze uczą się dzienno-wieczorowego rozkładu zajęć starych gości i wpadają coraz częściej w antraktach, miedzy wizytami starych. 
Niedawno cieszył się popularnością puszczony przez Adama odcinek filmu o artystycznym Paryżu z początku XX wieku, z Gertrudą Stein, Picassem i Fitzgeraldem na czele.
Nie da się ukryć, że powoli spełniać się zaczyna marzenie Adama, marzenie odnośnie właściwego celu, dla którego kawiarenkę stworzył.
Zaś jeden z licealistów, wielce przypominający posturą, rozwichrzonym włosem i ubiorem malarza epoki fin de sciècle pozostawił po sobie uczyniony węglem plakat z napisem "Dla polityków wstęp surowo wzbroniony".
Dziwnym trafem ów plakat znalazł swoje miejsce na jednej ze ścian, przez samego Adama tam umieszczony.

23 listopada 2012

Literata smuteczki



Anthonie Palamedesz - "Guardroom scene"

- I wie pan, co najbardziej mi dokuczało? Ta wszechobecna świadomość tego, że jako jednostka czuję się niepotrzebny, bezwartościowy; że nie produkuje, nie wytwarzam czegoś trwałego, nie buduje domów, nie wydobywam węgla, nie piekę chleba, nie handluję i nie prowadzę lokomotywy. To, co robię jest takie ulotne i właściwie to bawię się słowami i pozostaję dzieckiem. Owszem, ktoś równie, a może nawet bardziej zamknięty we własnym świecie fantazji, dostrzeże, że pomiędzy nabiałowym a rzeźnikiem jest taki dziwny sklep, w którym można kupić książki, a na jednej z półek ujrzy właśnie moją, przypadkiem dotknie jej, otworzy, odczyta tytuł, kilka pierwszych zdań i włoży książkę do koszyka, pójdzie do kasy, gdzie za nią zapłaci; stamtąd przejdzie do domu, przeczyta albo odłoży na półkę. Będzie go korciło zajrzeć do niej, może zdecyduje się na przeczytanie. Ale ten, kto to zrobi, z pewnością jest dziwakiem, bo jak tu porównać kawał zapisanego papieru ze smakowym jogurtem albo schabem bez kości.
Dzisiaj, po trosze, wyzwoliłem się z tych piekielnych obrazów wyobcowania. Cieszę się z każdej setki sprzedanego tytułu, zabieram głos na promocjach i odczytach, mam dzięki protekcji zajęcia z grupą studentów, chałturzę w lokalnej prasie, wymądrzam się na blogu. 
Nie mniej jednak ciągnie się za mną widmo bezwartościowej egzystencji trafiającej jedynie do tych, którzy podobnie jak ja, żyją w zwartej, zamkniętej niszy, do której wstęp mają jedynie szaleńcy.
Literat, przy drugim piwie, nagabywany przez Edwarda, opowiadał dalej o swoich odczuciach związanych z pisaniem.
Edward, którego życie od roku zatoczyło zaczarowany krąg, powoli zbliżał się do tej hermetycznej grupy szaleńców, co zaglądają jeszcze do miejsc, gdzie można kupić słowa.
- I popatrz pan, człowiek potrafi miesiące i lata spędzić na pisaniu, myśląc, że pisze same mądrości, może zginąć na półkach, zasłonięty przez atrakcyjne wydawnictwa albumowe, kuszące oczy obrazem i farbą drukarską, a taki polityk powie byle co i jest komentowany, budzi radość i nienawiść - pełno go wszędzie. Ale niech pan sobie nie myśli, że to jedynie narzekanie. Z wiekiem przychodzi rozwaga i równowaga. Człowiek przyzwyczaja się do swojej pośledniejszej roli w życiu.
- A ja myślę, panie Tomaszu - odezwał się Edward - że prędzej czy później (póki co raczej później) ludziom potrzebne będą słowa. To przychodzi z wiekiem. A tak przy okazji, czy wie pan cokolwiek o tym, co się mówi na mieście w sprawie uniwersytetu trzeciego wieku? 

19 listopada 2012

Pejzaż



Liu Maoshan - pejzaż

Doktora Koteńki nowa twarz nie przypominała tej pierwszej, z której znano go w miasteczku. Nareszcie uległ namowom Adama i w antrakcie przyjmowania pacjentów w ośrodku zdrowia usytuowanym w parterowej części osiedlowego bloku przybył do kawiarni z pokaźnych rozmiarów teką, mieszczącą niespodziankę dla wielu stałych gości. Otworzył ją i wyjął zeń (zachowując nadzwyczajną staranność) pejzaże. 
Kawiarennik poprosił był jakiś czas temu swojego przyjaciela, aby uszczknął rąbka tajemnicy i ujawnił światu swój nieznany talent.
Zatem, skoro tajemnica została odkryta, poczęli z Adamem przebierać w akwarelą pociągniętych kartonach, w których przeglądały się nieznane uliczki miasteczek, parkowe alejki, łąki śródleśne i bagienne uroczyska. Opera omnia doktora Koteńki składała się z obrazków miejsc, do których dostęp posiadali nieliczni, co tylko podkreślało romantyczny walor sztuki nanizanej na białe karty linią smukłą, falistą, rozdzielającą dyskretnie stonowane pastelowe barwy tła wzbogaconego wieczną mgiełką (znać pewien rozpoznawalny styl).
Oczy doktora Koteńki aż śmiały się do obrazków, zaś sam niedzielny, aczkolwiek obdarzony bezspornym talentem, malarz, potrafił tak pięknie i obficie opowiadać o detalach swej pracy, że Adam wertując kolejne malunki czuł jak serce mu rośnie.
Małomówny Koteńko, to było widać, był ożywiony i czuć było, jak unosi się ze szczęścia, że w końcu po przełamaniu lodów nieśmiałości, mógł wydobyć z ukrycia swoje drugie powołanie.
- Czemu pan nie stara się o zrobienie wystawy tych prac? - zapytał Adam i w tym pytaniu nie było za grosz kurtuazji.
- Nigdym poważnie o tym nie myślał. To zbyt tradycyjne w formie i z pewnością niedoskonałe - odparł Koteńko.
- I niesłusznie pan myśli, bo warto się dzielić z innymi tym, co ma się najlepszego w sobie. I, myślę sobie, że znalazłby pan mnóstwo wielbicieli.
- Tak pan sądzi, że to coś warte?
- Swego czasu zawsze powtarzałem, że każdy człowiek winien pielęgnować swoje talenty i zamiłowania, bo nieprawdą jest to, że nie mamy w sobie czegoś, czym zaimponować możemy innym.
Pejzaże wydobyte z teki nie czekały długo na popularyzację. Zaraz po wejściu do lokalu dostąpiły ciekawych i nie pozbawionych podziwu spojrzeń literata, redaktora Pokorskiego, dawno nie widzianej bibliotekarki, strażnika ochrony, Edwarda i, najmocniej może, pani Zofii, która nie żałowała zachwytów i jakimś takim niezwykłym, trudnym do opisania wzrokiem ugodziła wzrok doktora.
Jeszcze tego samego dnia dwa pejzaże doktora Koteńki wpięte w antyramy zawisły na jednej ze ścian kawiarenki.

16 listopada 2012

Uwertura


Wesele w Bronowicach

Włodzimierz Tetmajer - "Wesele w Bronowicach"


- Jak zauważyliście - ciągnął właściciel kawiarni - w tym miejscu nie uświadczycie państwo politycznych kreatur. Spotkacie się z żebrzącą, politowanie lub złość wywołującą cygankę, poznacie bezrobotnego, mnicha, piszących i czytających, młodych i starych, artystów z bożej łaski, przekupki i majętnych kupców, nigdy natomiast polityków. Dla nich zostawiam place i pałace, skwery i ulice do demonstrowania własnych poglądów, jak tu dobrać się do władzy i dzięki komu to uczynić. Prędzej natkniecie się w tym miejscu na duchy, chochoły, wieszczów odprawiających dziady, w półśnie zastygłe czarownice, aniżeli tych, co wypełniają tafle telewizorowego ekranu.
Skończył, zbaczając z tematu rozmowy.
Prym wieść zaczęła Zofia. Ta, zgromadziwszy młodych (wielu ich było i zajęli w tureckim przysiadzie przestrzeń między stolikami), jęła tłumaczyć, dlaczego akurat "Wesele".
- Bo to jest opowieść o tym, jak Polak z Polakiem dogadać się nie może w najważniejszej sprawie; jak własna pycha, ignorancja, zakłóca porozumienie; jak niszczeje na oczach widzów szansa odzyskania niepodległości. To prawda - kontynuowała Zofia - że lat temu sto z odkładem utracona szansa na porozumienie dotyczyła czego innego niż dzisiaj. Obecne "wesele" również stawia zarzuty pod adresem zarówno tych na górze, jak i tych, którzy mając szansę na wspólne działania, obierają bezsensowną drogę walki, zarzucać współpracę. Ta taneczna zabawa okraszona bezładna rozmową prowadzi na manowce. W niej giną atrybuty wspólnej walki o lepsza przyszłość. I to, moi drodzy, musimy grą wykazać. na oczach widzów toczyć się będzie jak w soczewce skupione życie społeczeństwa, które nie dostrzega konieczności zmian. Obłędny taniec będzie trwał, aż znużeni nim weselni goście zasną, jak pijak przy niedopitej butelce samogonu.

13 listopada 2012

Świętowanie po narodowemu



Jacek Malczewski - "Don Kichot i Sancho Pansa"

W domu radcy Kracha zwykło się obchodzić państwowe święta spacerowaniem. Zwłaszcza od czasu, kiedy za miano honoru uważa się demonstrować siłę, w której liczy się szable lub dusze w pochodzie, nie zaś mądrość z powagą i radością połączone.
Spacer radcy Kracha z żoną i przybyłym z dalekiego miasta syna (który nota bene był nader rzadkim, z uwagę na studiowanie, gościem w domu) skończyć się musiał w kawiarence, gdzie czekała na lekko zziębniętych kawa o aromacie czekoladowo-truflowym. 
Takąż kawę wypiła niedawno pani Zofia i poleciła ją radcy, a właściwie jego żonie, która zapalonym smakoszem była palonych ziaren z Arabii.
We czworo więc zasiedli do stolika, pijąc i gaworząc o codziennych, wcale nie podniosłych sprawach. Radca przy okazji uprosił właściciela kawiarni, aby ten, przynajmniej na czas ich bytności w lokalu, przełączył telewizyjne kanały na cokolwiek, byle nie ową procesję przy wtórze krzyków, zapalanych rac i bitwy na narodowe racje, jako się to działo w stolicy.
Nie omieszkał też radca Krach zwrócić się do pani Zofii z retorycznym pytaniem:
- Jak to się dzieje, pani Zofio, że młodzież uczona patriotyzmu w szkole na organizowanych akademiach, wiecach, literacko-historycznych pląsach słowno-muzycznych, dojrzewając, bierze się za kamienie i słucha tych, co maszerować na Lwów i Kijów radzą?
- Sama nie wiem, panie radco, gdzie pogrzebaliśmy tego psa. Myślę, że to z frustracji tak się dzieje, to po pierwsze, a po drugie, jeśli tą frustracją potrafi ktoś manipulować (a potrafi), to efekt nie może być inny niż ten, którego nie chce pan obserwować w telewizji. Zdaje się, że nie umiemy nawet w takim dniu wznieść się ponad polityczne podziały. Nie uczymy historii tylko polityki historycznej, a ta nie może być obiektywna, mądra i ponad podziałami.
-  A sztuka, którą chce pani tutaj wystawić, czy nie świadczy o tym, że bywają nauczyciele, którzy potrafią uczyć inaczej?
- Pewnie wielu jest takich, lecz mówimy o nich niewiele. Za mało pokazujemy dobra i pozytywnych wartości, żywiąc się klęską i przykuwając uwagę do negatywnych postaw i działań. Bo w człowieku, panie radco, niedostatecznie wychowanym, zawsze instynkt zwierzęcej siły brał będzie górę nad rozwagą. Tak sobie myślę, że cały czas w naszym kraju ciągnie się to "wesele" niewykorzystanych szans i wciąż ginie nam złoty róg.

07 listopada 2012

Zagraj to jeszcze raz, Sam.




- A ty mi tu przychodź, bo widzisz, że o tej porze stolik wolny, a pan Adam ani razu ci nie powiedział, że przeszkadzasz.
- Babcia mówiła, że nie wypada dzieciom do knajpy chodzić.
- A to się mylisz słonko, bo siostra Eufemia przychodzi tutaj na kawę, czasami ze swoją rodzoną siostrą. Więc skoro osoba duchowna, to dlaczego nie ty?
Prawdopodobnie chłopca przekonały te słowa, bo wyjął książkę, zeszyt i zabrał się za odrabianie lekcji.
- Pani Zofia ma rację - powiedział mecenas Szydełko, przysłuchując się rozmowie. I to ci tylko powiem, że takiej nauczycielki jaką jest pani Zofia, ze świecą szukać.
Potem stała jeszcze nad malcem i zerkała przez mu ramię na gramatyczne zadania, w których przymiotnikami miał właściwie opisać rzeczowniki i zdania ułożyć
- Pisz ołówkiem, sprawdzę ci.
Podeszła do baru, gdzie Adam mocował się z pilotem, próbując go wskrzesić do pracy z kanałami.
- Zauważam, panie Adamie ciekawą okoliczność. Jak te dzisiejsze dzieciaki zdane są na siebie samych. Rodzice pracują, dorabiają się, a dzieciak przysłowiowy klucz na szyi ma zawieszony, wałęsa się po mieści, harcuje z rówieśnikami, popala sobie, albo, co bardziej ułożony, jak ten tam siedzący, towarzystwa szuka, lecz nie w swoim gronie. Kiedyś inaczej było. Zaprzęgano dzieci do pracy, a kiedy w rodzinie obrodziło potomstwem, to zawsze najstarsi pełnili role nianiek, korepetytorów czy kucharzy. I tak źle, i tak niedobrze.
- Pani z takiego domu? - zapytał Adam i zmiarkował, że może jedno słowo za daleko powiedział, lecz Zofia, najwidoczniej, nie podzieliła obaw kawiarennika.
- Owszem, piątka nas była. Ja wprawdzie nie najstarsza, lecz pod swoją opieką miałam dwóch dużo młodszych braci, którym umilałam życie jak mogłam. I powiem panu, że ta właśnie praktyka doprowadziła mnie do nauczycielskiego stanu. A pan, widzę, Cesárię szuka, zauroczony.
Zofia obserwowała mocowanie się Adama ze sprzętem odtwarzającym obraz i dźwięk.
Skinął głową.
- Słyszałam, słyszałam, zanim jeszcze weszłam tutaj i, przyznam szczerze, że poczułam się jak na "Casablance".
- Miło słyszeć - odparł i w końcu dopadł problemu z odtwarzaniem.
- Zagraj to jeszcze raz, Sam. Zagraj, jak mija czas.
I zagrał.