Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

06 lutego 2015

Radość z Gauguin'a

Wreszcie ukochany Paul Gauguin. "Biały koń" to tytuł obrazu. Kwintesencja późnej twórczości malarza. Jak zwykle u niego zwracam uwagę na doskonałość kompozycyjną, dzięki której każdy zakątek płótna jest wypełniony i żyje własnym życiem. Dostrzegam kilka płaszczyzn poznawczych. W dole - roślina wodna, może storczyk, dalej strumień nasycony ciemnym pigmentem granatu, w którego rozświetlonej w pewnym miejscu wodach (na pomarańczowo sic!) biały koń nurza swój pysk i chłodna zapewne wilgocią się bawi. Jeszcze dalej przedzielona strugą płaszczyzna zielonej łąki, tak miła artyście. I jeszcze jeden koń, w nadnaturalnej czerwieni. W prawym górnym rogu, koń kolejny, tym razem bliższy rzeczywistej prawdzie kształtu. A jeźdźcy? Pewnie kobiety z ich naturalną nagością, obfitymi raczej kształtami ciała; ta druga w nienaturalnym ciała ułożeniu, pewnie schyla się przed gałęzi szlabanem. Perspektywa, jak często u Gauguina, rozmyta. Chodzi mu zapewne o to, aby obserwator także te najodleglejsza postać zauważył. Jest też i drzewo, wygięte konary zasłaniają bliższą postać, kontrastują swą brunatną czernią nawet z granatową, wielokształtną płaszczyzną oczka wodnego. Gauguin plami swój obraz barwą, bardziej jednorodną, niż to czynili impresjoniści, lecz zachowuje tak ważny u niego kolorystyczny kontrast, który nie jest jednak walką barw, lecz harmonijnym przechodzeniem z jednej w drugą.
Cały Gauguin, prekursor niezwykle szczerego w formie i treści prymitywizmu, tej niezwykłej bajeczności, ignorującej zasady realizmu i akademizmu w sztuce.

White Horse - Paul Gauguin - www.paul-gauguin.net

I jeszcze jeden obraz. "Ea Haere La Oe Aka Where Are You Going?"
Czy nie wydaje się, że na trzy pierwotne płaszczyzny piasku, łąki i nieba nałożono jedna po drugiej postaci, nie umieszczono dwu chałup, drzewa za nimi i czy nie ozdobiono górnej części płótna poprzez dodanie przyciemnionych gałązek i listowia? Perspektywa delikatnie zaznaczona. barwa z barwą w harmonii. Czujecie ten urok? Tę baśń? To idylliczne piękno? Arcydzieło.

Ea Haere La Oe Aka Where Are You Going - Paul Gauguin - www.paul-gauguin.net

05 lutego 2015

Plany

Późno było i śnieżnie. W światłach ulicznych lamp kosmate okruszynki białego puchu harcowały na delikatnym wietrze. Państwo Koteńkowie i pan radca Krach z małżonką przybyli punktualnie, po dziewiątej wieczorem, kiedy kawiarenka pozbyła się grzecznie biesiadników i poziewała przed snem, do którego przysposabiano ją o tej zimowej porze.
Na górze przy śpiącej Róży straż trzymała Natalia, przyjaciółka Marii. Tej z kolei od godziny już nie było w mieszkaniu; wybrała się z wizytą przykrą, lecz konieczną do odosobnionego zakładu, gdzie przebywała jej matka.
- Czy może chociaż tym razem mnie rozpozna? – zadała to pytanie w obecności przyjaciółki, lecz twierdzącej odpowiedzi nie oczekiwała. – Z pewnością nie pozna. Ona przecież po drugiej stronie lustra, a może i dalej.
Kawiarennik zasiadłszy z przyjaciółmi milcząc, ważył słowa, które wypowiedzieć musiał. Siedząca przy nim pani Zofia dla dodania otuchy ścisnęła jego dłoń na znak, że dalsza zwłoka między przyjacioły zbędna jest i niepożądana.
- Drodzy moi – zaczął wreszcie Adam – zapewne domyślacie się, że pora najwyższa, aby nasza Róża po chrześcijańsku uświęciła swoją pośród nas obecność. Słowem, o chrzcinach przychodzi mi wam zakomunikować, do których z wielką chęcią się przyłożę.
- Czas najlepszy ku temu – podchwyciła żona radcy Kracha. Zaraz jednak zamilkła, czując, że Adam dopiero napoczął wątek niecodziennej rozmowy.
- Na chrzestną – ciągnął kawiarennik – Maria obrała swoją bliską przyjaciółkę, która teraz pilnuje jej dziecię. Natalia Potulicka – przedstawił ją, na co państwo Koteńkowie zareagowali wyrazem twarzy potwierdzającym znajomość wybranki, gdyż pan doktor rodzinnym był dla tej panny lekarzem, natomiast pani Zofia jeszcze ze szkolnych czasów Potulicką wdzięcznie wspominała.
- Chrzestnym natomiast będzie…
- Andrzej, chłopak, którego dobrze znamy z tańcującego wieczorka i wcześniejszych z młodzieżą kawiarenkowych swawoli – przerwała pani Zofia, dodając, że za młodzieńca ręczy, bo w głowie ma porządnie poukładane, więc się nada.
- W tym miejscu – podążał ze swoim wywodem kawiarennik – szczerze przyznać muszę, że pani Zofia jako jedyna do tej pory poinformowana została o moich planach i jest mi w nich nieocenioną inspirantką. 
Państwo Krachowie pokiwali ze zrozumieniem głowami, tymczasem wyraz twarzy doktora Koteńki przypominał nieziemskie zdziwienie faktem, że oto przed nim samym jego połowica zdołała zachować tajemnicę podejrzanych z Adamem konszachtów.
- Oczywiście wszyscy państwo, wszyscy nasi wspólni przyjaciele jesteście na tę uroczystość zaproszeni, lecz na tym cała sprawa się nie kończy… gdyż… moim zamiarem… naszym wspólnym…
Głos kawiarennika nagle zawisł nad przepaścią i z gruchotem upadł, rozbijając się o nadęte urwistego brzegu skały i pewnie milczenie po samobójczym skoku tegoż głosu trwałoby noc całą, gdyby nie koło ratunkowe ciśnięte straceńcowi przez panią doktorową.
- Oj, Adamie, Adamie. Prędzej ty kawiarenkę zabezpieczysz w smakowite faworki i najprawdziwszą jednorodną whisky spod Edynburga, zanim poprawnie przedstawisz w słowach swoje chytre plany – powiedziała pani Zofia – a powinniście kochani wiedzieć, że dowiedziałam się o nich od pana Adama w czasie jego niespotykanej słownej rozwiązłości, do której właśnie przyczyniła się ta szkocka prymucha. Tak było, panie Adamie? Na honor, nie inaczej. A oczy jak mu błyszczały radośnie? A nosem jak namiętnie pociągał? A rzekł mi tak:
„Pani Zosieńko kochana, wszak tak być nie może, aby naszą Marię tak samą sobie z dzieckiem pozostawić, żeby się z panieństwem swoim obnosiła i kusiła ludzkie oczy do gadania niestworzonych opowieści. Ja wiem, pani Zosieńko, że w dzisiejszych czasach panna z dzieckiem nijaką nowością nie jest, lecz rozważmy Różę, kiedy ona dorośnie… o, tak, Różę trzeba mieć na uwadze… to takie niewinne śliczności ta mała, więc ja już zdecydowałem, wręcz pogroziłem Marii palcem… pod wspólnym dachem panieństwa ukrywać nie chcę… i wyszło na to, że zaproponowałem jej małżeństwo”.
Tak właśnie powiedział i jeszcze przesadnie wypełnioną szklanicę sobie polał. No, no, myślę sobie. Pewnie teraz to ty przepijasz do smutku wielkiego, do tej czarnej polewki jaką cię Maria uraczyła. W jakim ja głębokim błędzie tkwiłam. Ośmieliwszy zapytać się, czy oświadczyny przyjęte zostały, ten do rąk moich dopadł i całować zaczął, nie zaprzeczył, nie zaprzeczył, a pije, powiedział, z tego powodu, że różnicę wieku między nimi wziął sobie za przeszkodę nie do pokonania, lecz oboje, jak widać, tę stacjonatę na dwa metry wysoką przeskoczyli w niezłym tempie i z jakim zapasem.
Stanęło więc na tym, że oboje, z odmiennych powodów uwierzyć nie mogli, że doczekają się sakramentalnego „tak” przed ołtarzem. 
I wtedy, gdyśmy tak rozkosznie gnuśnieli nad stołem (nie powiem, towarzyszyłam Adamowi przy degustacji), pojawiła się z nienagła Maria, groźnie się z nas wyśmiewając.
- No to biorę sobie za męża pijaka – wyrzekła i pociesznym a litującym się nad postacią wybranka spojrzeniem go objęła.
Tak było, panie Adamie? Na honor. Nie zaprzeczy. No, mówże ty teraz.
Adam odetchnął tak mocno i przeciągle, że owym tchnieniem powietrza zaciągniętego z płuc swoich nie byle jaki pożar by ugasił.
-  Tak, proszę państwa. W jednym dniu ślub i chrzciny będą i w takiej właśnie kolejności.
Radca Krach nerwowo przytupujący nogami pod stołem, gdy opowieści pani Zofii słuchał, teraz wstał gwałtownie i do kawiarennika  bezczelnie dopadł swoimi ramiony i szczerze go uściskał. Podobne, choć w łagodniejszej formie uszanowanie uzyskał pan Adam od pani Krachowej i doktora Koteńki.
- Wiedziałem, wiedziałem – krzyczał pan radca – stawiam każdemu po koniaczku.
Zanim jednak butelczynę przedniego francuskiego bimberku opróżniono, kawiarennik poprosił o świadkowanie pana Kracha (o zgodę pani Zofii pytać już nie musiał, gdyż ta sprawa owego gnuśnego wieczoru uzgodniona była).
A doktor Koteńko, jak zwykle skromniutki i wyciszony, lecz przecież radosny jak pozostali, pomyślał sobie:
- A cóż to za kobieta z tej mojej żony? Jakże ona knuć potrafi! Jakie jeszcze dla mnie szykuje tajemnice? Ożeniłeś się poniewczasie i teraz masz za swoje, cierp i dawaj się za nos wodzić. Ale przy tym… przy tym… jaka ona jest kochana…

04 lutego 2015

Fowista Derain

Na dzień dzisiejszy w kawiarence jedyny obrazek, wielce uroczy, autorstwa André Derain'a, francuskiego malarza przełomu XIX i XX wieku, choć jego dorosłe, artystyczne życie przypadło na pierwszą połowę minionego stulecia. 
Derain jest jednym z najbardziej znanych fowistów, którzy zwykli poddawać swoje płótna kolorom dalekim od kreowanej na obrazach rzeczywistości, aczkolwiek w odróżnieniu od Matisse'a, uznanego za przywódcę "ruchu", w obrazach Derain'a mniej można zauważyć stosowania kontrastowej barwy. Z pewnością widać u niego wpływ mistrza nad mistrze, Paula Gauguina, zwłaszcza w odniesieniu do późniejszych płócien autora kawiarenkowej, graficznej sygnatury, występującej pod wdzięczną nazwą "Arearea".
Zatem: w wykonaniu André Derain'a - "Kąpiące się".
Derain_Bathers_1907.jpg (1000×672)

Wstrząśnięty feudalizmem

Ile razy powracam do kraju, tyle razy jestem wstrząśnięty. Ten pierwszy raz ma miejsce tuż po przekroczeniu granicy, gdzie poddawany jestem wstrząsom na słynnych polskich drogach. Ale nie o tym.
Za granicą mówi się wiele o tym ohydnym prawie, jakie wprowadził rząd niemiecki, zmieniając zasady funkcjonowania transportu międzynarodowego na niemieckich autostradach i landówkach. Wprowadzenie obowiązku minimalnej płacy dla pracobiorców na terenie Niemiec to może dobra wiadomość dla rodowitych Niemców, gdyż w tym kraju prawo to rzecz święta, a każdy zdroworozsądkowicz wie, że podwyżka płacy minimalnej do wysokości 8,5 euro brutto za godzinę złą wiadomością nie jest. Przy okazji ta zmiana prawa, jak się wydaje, nie jest podyktowana jedynie troską o portfel pracownika najemnego, lecz przy okazji eliminuje z konkurencji zagraniczne, w tym polskie, podmioty w branży transportowej, gdyż nie będzie ich stać na zapłacenie kierowcom minimalnej, godzinowej, niemieckiej stawki za pracę na terenie Niemiec. 
Cała sprawa jest wielowątkowa. Z jednej strony jednostronne wprowadzenie obowiązkowej stawki za godzinę świadczenia pracy jest względem podmiotów niemieckich niczym innym jak ingerencją w system wynagrodzeń i system podatkowy innych krajów. Przy tej okazji należałoby zwrócić uwagę, że podwyższenie minimalnej godzinowej stawki za pracę nie dotyczy pracodawców niemieckich funkcjonujących poza terenem Niemiec. Oznaczałoby to bowiem automatyczną plajtę wszystkich, ale to dosłownie wszystkich niemieckich firm działających na wschód od Odry, Nysy Łużyckiej i Sudetów. Tam bowiem opłacalność produkcji i usług zależy odwrotnie proporcjonalnie od oferowanych przez firmy wynagrodzeń.
Z drugiej jednak strony (poruszałem już ten temat w jednym z wpisów) zachodzę w głowę dlaczego polskich firm nie stać na podwyżkę wynagrodzenia dla kierowców skoro rodzimi ciężarówkowicze: otrzymują te same kilometrowe stawki za przewóz towarów, kupują paliwo w tych samych cenach, podróżują po tych samych drogach i podlegają tym samym opłatom za korzystanie z autostrad, przewożą te same towary o zbliżonym tonażu, dysponują porównywalną flotą pojazdów o zbliżonych lub identycznych kosztach eksploatacji pojazdów (dajmy na to, że poruszamy się w obrębie jednego tylko państwa UE - Niemiec). Dlaczego więc jednych stać a innych nie stać na wypłatę stawki ninimalnej? Podkreślam: minimalnej. Prawdopodobnie różnica tkwi nie w jakości pracy polskich kierowców, lecz w strukurze polskich firm transportowych, w przeroście administracji, w kosztach osobowych urzędników,  w nie przystających do możliwości finansowych firm, zbyt wysokich zarobków kadry kierowniczej kosztem ludzi, dzięki pracy których w ogóle firma zarabia (patrz - temat aktualny: spółki węglowe).
Na to ostatnie spostrzeżenie polskie władze oczywiście nie zwracały i nie zwracają uwagi. Zawsze, ale to zawsze w tak zwanych słynnych liberalnych restrukturyzacjach od samego początku transformacji ustrojowej to ostatnie ogniwo - robotnik, pracownik najemny traci najbardziej. Jest tym mięsem armatnim czasu pokoju i dobrobytu. Pięciu, dziesięciu takich wyrzuca się na bruk, aby utrzymać jedno stanowisko kierownicze. Oferuje mu się najniższe wynagrodzenie na podstawie obowiązujących śmieciowych umów, którymi w przyszłości, przy obliczaniu emerytury można sobie wytrzeń pewną, wrażliwą część ciała, albo też oferuje się minimalne wynagrodzenie (dzisiaj jest to jakieś 1300 na rękę), przy bezczelnie zwiększonej liczbie godzin, jakie pracownik musi w miesiącu przepracować, aby dostać minimalną  wypłatę.
Nie ma w polskim rządzie, w parlamencie nikogo, kto spróbowałby policzyć, ile to godzin musi przeprowacować taki na przykład pracownik ochrony, aby móc odebrać minimalna zapłatę. Pomogę. Obliczę. Wysokości stawki, rzecz jasna, nie biorę z sufitu, a bezposrdnio z zapisów umowy, śmieciowej, oczywiście.
Obliczamy zatem w  netto, wychodząc od kwoty 1300 złotych, zakładając też, że miesiąc to dni trzydzieści oraz przyjmując stawkę w przerażającej wysokości 2 złotych za godzinę.
1300 : 2 = 650 godzin. Tyle godzin właśnie powinien przepracować pracownik pracy najemnej, aby otrzymać płacę minimalną. Oznacza to, że pracownik musi przepracować ponad 21 godzin dziennie!!! Ciekawe jest również to, że firma ochroniarska otrzymuje od firmy, którego obiektu pilnuje stawki, które nijak się mają do tych, jakie oferują swoim pracownikom. Na przykład z 25 złotych brutto, przekazywanych przez firmę “matkę” na pracownika, pracownik ochrony otrzymuje 5 złotych brutto. Gdzie ta nadwyżka? Do czyjej kieszeni idzie to 80%? W porównaniu z minimalna płacą netto w Niemczech (przyjmuję, że netto to 6,5 euro, a ta podana przeze mnie stawka to 0,5 euro na godzinę, wychodzi na to, że zarobki Polaka to 1/13 pensji Niemca. W życiu nie uwierzę, że różnica ta wynika z niższej wydajności pracy, z zapóźnień rozwojowych, z różnic w systemach podatkowych obu państw. Z czego zatem? Odpowiedź jest prosta. Ponieważ Polska, zdaniem jednego z wysoko postawionych urzędników to “ch.., kupa i kamieni kupa”, przeto nie dziwota, że tak opisywanej Polski obywatele nie mogą być traktowani inaczej niż jak pańszczyźniani chłopi, badź też Murzyni na plantacjach bawełny w Alabamie. Władzy nie tylko odpowiada ta sytuacja, ale wykazując zero zainteresowania dla przedstawionego powyżej problemu, wspomaga ona działanie firm korzystających z niewolniczej pracy poddanych. To tylko władza odpowiada za tę sytuację, za zaniechanie jakichkolwiek działań, za to, że sprzyja niewiolnictwu. Władza jest wobec tego albo głupia, albo ma w tym swój interes.
Władza w Polsce (to kolejny powód mojego wstrząśnięcia) ma natomiast interes w tym, aby udzielać kredytu Ukrainie, aby na wszelkie możliwe sposoby wspierać Ukrainę w wojnie na wschodzie. Polską racją stanu jest finansowa, polityczna i gospodarcza pomoc obcemu państwu i obcemu kapitałowi; nie jest natomiast polską racją stanu, aby najbiedniejszym Polakom ulżyć podwyższając płace minimalną, albo w przypadku stosowanych przez firmy o feudalnych stosunkach pracy niegodziwości, ukrócić praktykę stosowania, głodowych, antyhumanitarnych stawek godzinowych.
Tak, to wina obecnego i przeszłych rządów a w zasadzie nierządów. I wina ludzi, którzy wspierają przy urnach kolonialną politykę wyzysku własnych obywateli, którzy wolą mieć oczy szeroko zamknięte, którzy bezgranicznie ufając władzy, za wszystko co złe obwiniają głupie społeczeństwo; że ludzie ośmielają protestować, strajkować, że ośmielają się w ogóle źle myśleć o prowadzonej przez rząd polityce, że mówią źle o rządzie, który przecież zawsze chce dobrze i zawsze ma rację, zawsze.
Przyznam się szczerze, że do takiego zakłamania jakie obecnie panoszy się po politycznych i medialnych salonach, anim przypuszczał, że dożyję. Całe szczęście, że jestem już bliżej końca niż początku i, nie bez drwiny i szyderstwa powiem: nic tu po mnie.

Kuzyneczka

Kuzyneczko, jak ty dobrze z nim masz. Jaki on przystojny i pewnie całuje, że aż dreszcze przechodzą. Ty musisz mi opowiedzieć, jak to jest z tym całowaniem i czy naprawdę po nim to różne myśli przychodzą do głowy i sny przecudne się marzą, choć jakaś bojaźń w nich jest, i tego się najbardziej boję, co się w takim śnie stanie… a na jawie, już lepiej myśleć o tym.
A mnie kiedyś, gdy go widziałam, kiedy przyszedł z tobą do nas w odwiedziny – mateczka moja zachorowała, pamiętasz – to wpisał mi wierszyk do pamiętnika. - Smarkulo moja kochana - mówił do mnie i trudził się z tym wierszykiem, bo chciał koniecznie z rymem go ułożyć. W końcu pięknie napisał. Przeczytaj:
„Wiktorio, Słowiczku, Ty moje Kochanie,
panienką dziś jesteś, trzpiotką rezolutną.
Nie minie pięć roczków, a damą zostaniesz.
Czasu nie poganiaj i nie bądź mi smutną.
Pozostań na zawsze w kwitnącym humorze,
a swojego szczęścia poszukuj cierpliwie,
bo cierpliwemu wszystko zdarzyć się może.
W tym miejscu Twój Piotruś pozdrawia Cię tkliwie.”
Ach, jak ja się rozkochałam w tym wierszyku! Tylko sobie nie myśl co złego, kuzyneczko, bo ja wierna słowom T w o j e g o Piotrusia pozostanę i będę czekać cierpliwie na swojego tych pięć roczków, a nawet i dłużej, gdy los podwójnie mnie sprawdzić zechce. 
A ty mi musisz powiedzieć, jak to jest z tym czekaniem na niego. Długo czekałaś? A jeśli los okrutny choć na parę dni was rozłączył, to jak wtedy się czujesz? Czy serce cię boli? Czy pragniesz go z całych sił? Czy twoje ciało buntuje się przeciwko oczekiwaniu? Napisz mi, proszę i powiedz, jak to jest.
Mateczka z tatuńkiem wreszcie tego wspólnego urlopu się doczekali i nie ma ich teraz w domu. Dzwonili, że chociaż to połowa września, to letnią pogodę mają i ciebie, kuzyneczko, z całego serca pozdrawiają,  bo wiedzą, jaką przyjaźnią cię darzę, a mniemam, że i dla ciebie nasza zażyła znajomość cenną jest i serdecznie przyjmowaną.
Jeszcze chciałam ci napisać o… nasz Burek straszliwie ujada przed domem. Przeczuwam, że jakiś pies obcy jest za bramą, albo jakiś kocur przydrożny; a ten szczeka na czym świat stoi. Pójdę go uspokoić i uproszę, aby pilnował domu ciszej, a do ciebie napiszę… dokończę ten list rankiem, po przebudzeniu.
Kuzynko, jak mi z nim dobrze było. Przystojny to mało powiedziane. Silne ramiona, tors twardy i gorący, plecy i uda jędrne, umięśnione. Dotykał mnie swoim wzrokiem i już z samego tego dotyku dreszcze owładnęły moim ciałem. Poczułam, że płonę, to znów zimno mną wstrząsało. I wtedy mnie naprawdę dotknął, dotykał, uwolnił moje ciało, aż stanęłam przed nim naga. Och, jak on mnie całował. Nie pomijał żadnego miejsca. Przymknęłam oczy i stojąc, potem leżąc, nie odważyłam się ich otworzyć. Sunął po mnie jak jacht rozrywający morskie fale. Kiedy go czułam na sobie, w sobie, pod sobą niestrudzonego drapieżcę, pochwycił leżący na nocnej szafce pamiętniczek i nie przerywając ostrych ukołysań, otworzył go, odszukał stronicę z jego własnym wpisem i wydarł kartkę. Zmiażdżyliśmy ją w pocałunku swoimi zębami. W tej chwili, co ja mówię, w tej godzinie rozkoszy, gdyby tylko zechciał, połknęłabym ten zwitek papieru, pożarłabym cały swój pamiętniczek, sercu ukochany.
Kuzynko, rok przecież nie minął, a ja doczekałam się szczęścia, o jakim ty możesz tylko marzyć. Nienasycona jestem Piotrusiem M o i m  i gdybyś kiedyś życzyła sobie poznać, co teraz czuję, zawsze możesz zapytać. Odpiszę i po przyjacielsku opowiem, w jakim przebywam raju.
A ty na niego nie czekaj, nie przyjeżdżaj, bo zamierzamy tę naszą miłość sobie zostawić i doskonalić się w uniesieniach, o jakich marzyć ci niepodobna. Nasz pies Burek ostatnio niezwykle hardym stał się domowego miru obrońcą, więc nieproszonego gościa przegoni, a i pokąsać może.
Twoja od serca wierna przyjaciółka, Wiktoria. 

03 lutego 2015

Vermeer - uczta zmysłu wzroku

Jan Vermeer van Delft (1632-1675) –  to jeden z najlepszych malarzy holenderskich, choć jego dorobek twórczy nie jest okazały. Vermeer jest mistrzem scen rodzajowych, w których szczególnie istotną rolę odgrywa staranna kompozycja, ciepłe tło, bliskość światła przedostającego się przez okno do realistycznego wnętrza pomieszczenia, w którym "dzieje się" akcja - codzienne czynności, wykonywana najczęściej przez kobiety.

Johannes (Jan) Vermeer - Christ in the House of Martha and Mary - Google Art Project.jpg
  Wczesny Vermeer - "Chrystus w domu Marty i Marii". Na szczególną uwagę zasługuje kompozycja płótna. Aha, i jeszcze jedno, w tym obrazie nie ma jakiegoś szczególnego wyróżnienia dla postaci Chrystusa, ot przyszedł z wizytą jak "człowiek do człowieka".

Jan_Vermeer "Girl reading a letter by an open window"
Jeden z jego najwspanialszych obrazów: "Dziewczyna czytająca list przy otwartym oknie". Idealne rozłożenie światła padającego przez otwarte okno, odbicie w szybach twarzy i popiersia dziewczyny, fałdy stor i przykrycia łoża - znakomita gra cieni.

Johannes Vermeer (1632-1675) - The Girl With The Pearl Earring
Chyba najbardziej znany obraz Vermeera: "Dziewczyna z perłą". Niezwykła głębia - wypukłość oczu, które podążają za obserwatorem, naturalne, choć rzadko spotykane w malarstwie rozchylenia ust, sprawiające wrażenie, że dziewczyna chce nam coś powiedzieć i ten błysk światła, tytułowej perełki, słowem arcydzieło.
Dla mnie Vermeer jest jednym z kilku najwspanialszych artystów, a oglądanie jego dzieł to nie byle jaka uczta.

Więcej oczywiście tutaj: 
albo w tym miejscu:


Wizyta

[Stukanie do drzwi.]
A: Proszę do środka.
B: Nie pytasz się, kto zacz? Może rozbójnik jaki?
A: A czego szukałby u mnie rozbójnik? Już prędzej ja powinienem zbójować. Mam wszak tyle co on. Wchodź, wchodź. Poznałem cię.
[Wchodzi powoli, lekko kuśtykając. Laskę oddaje A; ten odstawia ją w róg pokoju]
B: Po czym?
A: Po krokach. Po pukaniu. Wraz z wiekiem poprawia mi się słuch.
B: Tak mówisz?
A: Nie inaczej.
B: Gdzie mogę usiąść?
A: Przy piecu, przy kominie. Widzisz te dwa fotele. Jeden z nich dla ciebie przeznaczony.
B: Nie dorobiłeś się zanadto. To stary piec.
A: Kiedy przyłożysz dłoń do kafla, zrozumiesz, że niewiele więcej mi potrzeba.
[Siadają]
B: Zrozumiałem. Masz mleko?
A: Jest tutaj. Przygotowałem dwa gliniane garnuszki. Dla ciebie i dla mnie.
[W kaflowym piecu nad paleniskiem znajduje się wnęka, zamykana posrebrzanymi drzwiczkami – doskonałe miejsce dla podgrzewania potraw.]
B: Nie gniewasz się, że przyszedłem do ciebie?
A: Bóg w dom.
B: Teraz często przede mną drzwi zamykają. Inni z kolei każą mi wchodzić na przygotowany postument, a na nim stawiają tron dla mnie. A ściany pokoju wyłożone są złotem, a wokół kosztowności. Stare moje oczy nie wytrzymują blasku.
A: jeśli mi powiesz, że wobec tego wolisz przychodzić do mnie, nie uwierzę.
B: Niewierny Tomaszu
[A podaje mleko. Obaj piją]
B: Dla tego mleka warto. To dla mnie największa zapłata. Przyznaj się, podejrzewałeś, że przyjdę do ciebie.
A: Niby skąd miałem wiedzieć, kiedy przyjdziesz? Wiem tylko to, że czasami składasz mi wizyty.
B: A te dwa dzbany mleka? Oczekiwałeś kogoś? 
A: Czasami jest to mleko, czasami żur; innym razem kawa albo kakao pachnące wanilią lub cynamonem. Zawsze coś mam dla kogoś, kto może mnie odwiedzić. Czasami dobrze jest nie być samym na świecie.
B: Tak tylko pytałem, choć wiedziałem, że w piecowym wykuszu trzymasz dwa dzbany mleka. Wiesz o tym, że ja wiedziałem.
A: Nie może być inaczej. Z nas dwóch ty wiesz więcej.
B: Z nas dwóch ja jestem stary. Być może zbyt stary. Nawet jak na mnie, wiek ma swoje znaczenie.
A: Nie udała ci się starość.
B: Nie udała. Nie tylko starość. Nie udały mi się choroby, tragedie, wypadki, wojny. Nie udali mi się niektórzy ludzie.
A: Nikt nie jest doskonały.
[u obu uśmiech na twarzach]
B: To błąd. To wielki błąd, że pozwoliłem się nazywać doskonałością.
A: Czy to rozsądne całą winę przypisywać sobie?
B: W końcu odpowiedzialny jestem także za zło. Mleko wyśmienite. 
A: Przesadzasz. Dałeś ludziom wolę. Dziękuję. Dla przyjaciół i dla siebie to samo. Z porannego udoju.
B: A tragedie? Powinienem był przewidzieć, że kara nie dla wszystkich ta sama. Wybacz.
A: Myślisz, że gdyby był ten drugi raz, inaczej byś świat urządził?
B: Tak właśnie myślę i z tą myślą po świecie chodzę, spowiadam się i nauczam i uczę się.
A: Spowiadasz się i uczysz? Czego ty się możesz nauczyć od człowieka?
B: Bardzo wielu rzeczy. Dobrych i złych. Uczę się od nich miłości, ale też poznaje pychę, gniew i nienawiść. 
[A. milczy dłuższa chwilę]
B: Twoje milczenie każe mi słuchać twoich myśli. „Czego uczysz się ode mnie”, prawda? O tym pomyślałeś?
A: I tak wiesz, a zadajesz to pytanie.
B: Do ciebie przychodzę, aby napić się mleka, kawy, czasami czegoś mocniejszego.
A: Tylko tyle?
B: To bardzo dużo. Przypominasz sobie, czego ludziom życzył Franciszek?
A: Dobrego obiadu.
B: Właśnie. On chciałby, aby wszyscy zjedli ten dobry obiad. U ciebie mam mleko. Dobre mleko.
A: Coś mi się wydaje, że wiele razy bywałeś u Franciszka.
B: Nie mylisz się. Widuję go często. Widzisz, jeśli człowiek jest syty, napojony, wtedy ma zdrowe ciało, zdrowego ducha. Wtedy może objąć spojrzeniem cały świat, przypatrzyć mu się, ukochać. Wtedy jego wiara jest silniejsza. Docenia to, co ma. Nie potrzebuje walczyć o każdą kromkę chleba, bo albo przygotowuje ja sam, albo też jest mu ofiarowana ze szczerego serca. Tą kromką chleba jest dla mnie twoje mleko z porannego udoju. Rozumiesz teraz, jak ważną pobieram od ciebie naukę?
A: Ale ja jestem grzesznikiem, być może większym, niż ci się wydaje.
B: Powiedziane było, kto jest bez grzechu, niech rzuci kamieniem.
[Wypili mleko z dzbanów. B. wstaje, kierując się do wyjścia. A podaje laskę]
B: Pokój z tobą.
A: Następnym razem będzie jajecznica. Przybywaj z pokojem.
[B. znika za drzwiami]

02 lutego 2015

Chwila wyjątkowa

Dano więcej światła. Cały dzień jak długi i szeroki: szarość ponura, bezsennie, mglisto; niechże więc kawiarenka zapłonie, źrenice niech nie łakną jasności w usilnej walce z ciężarem mroku, co styczniowo gęstnieje.
Przy jedynym kaflowym piecu, od samego rana dobrym ciepłem nagrzanym pani Zofia, istota ciepłolubna, ze starym pisarzem przy jednym stoliku odpoczywa, drugą już sączy kawę z puszystym ptysiem do pary. Stary pisarz z przystrzyżoną brodą, w grubym wełnianym swetrze, ciepła może i nie potrzebuje, lecz towarzystwa pani Koteńkowej dotrzymuje, racząc się drożdżowym ciastem z kruszonką i ciepłym mlekiem, w półlitrowym kubku, który w kawiarence jedynie jemu jest przeznaczony.
Był to bowiem czas i była to chwila wyjątkowa, w której stary pisarz zapragnął się pani Zofii zwierzyć, w nastroju będąc szczególnym, rzec można, wyjątkowym.
- Zastanawiam się, droga pani Zosieńko, czy świat nasz opisując, nie czynie go nazbyt nieprawdziwym, nazbyt wymyślonym, aczkolwiek on przecież istnieje naprawdę, istnieje realnie we mnie, w pani, w nas, w całej tej gromadzie życzliwych sobie ludzi, którzy przywykli do siebie, a powiedziałbym rzecz wychodzącą w pole dalej – pokochali.
Stary pisarz niezwykle rzadko zapuszczał się w krainę słów wypowiadanych do przyjaciół; tym bardziej pani Koteńkowa wdzięczną była, że właśnie do niej je wypowiada.
- Mówi pan o tej naszej prześwietnej kawiarence, o naszych przyjaciołach serdecznych i kochanych.
- W rzeczy samej, pani Zosiu. Ja już przecież niemal zaniechałem poważnego pisania, a jeżeli, to szufladę nim uzupełniam. Wolę przychodzić tutaj, przysłuchiwać się i przypatrywać światu, który w tym miejscu stworzono.
- To pan go stworzył – w głosie pani Zofii te słowa zabrzmiały dosadnie i kategorycznie.
- Poniekąd ma pani rację.
- Ciekawam, czy wszyscy się domyślają, że kawiarenka podana jest światu przez pana.
- Nie całemu przecież światu. Ot, naszej grupie niewielkiej, która postanowiła i potrafiła być z sobą.
- To też ważne, pisarzu. A jakże ważne dla mnie, że zgodził się pan mnie umieścić w tym świecie.
- Całą swoją postacią pani na to zasługuje. Bo wie pani… ja życzyłbym sobie więcej takich ludzi także w innych światach.
- Szlachetnie powiedziane. Myśli pan, że jeśli kto uważniej przeczyta, jeśli się domyśli, o co tak naprawdę chodzi autorowi…
- Pani Zosiu, ja nie wiem, ja nie mogę być wieszczem w swojej własnej sprawie.
- … jeżeli odrzuci kwestie sentymentalne, jeśli obejdzie formę opowieści z drugiej strony – kontynuowała pani Zofia – to okazać się może, że daje pan ludziom do myślenia, ze tak naprawdę to niewiele ludziom do szczęścia potrzeba. Wystarczy tylko obudzić człowieka w człowieku.
- Pani Zosieńko, interpretuje pani, jak na humanistkę przystało.
- No cóż… całe lata w nauczycielskim, literaturoznawczym fachu wychodzą na wierzch spódnicy.
- Pozwoli więc pani, że jeszcze jeden podrzucę wątek poznawczy. Opisuje się, aby zakrzyczeć rzeczywistość – ponurą, wyobcowaną, odczłowieczoną, skomercjalizowaną, konsumpcyjną, słowem – nieludzką. To takie serum na cywilizacyjne choroby, które nas trawią i często nie jesteśmy ich świadomi.
- To jest równie ważna motywacja – skwitowała pani Koteńkowa.

Nie chcemy głębiej wwiercać się w tę rozmowę, bardzo osobistą, lecz jednocześnie w wielkie egzystencjalne problemy świata uwikłaną. Dość powiedzieć, że trwała ona w tej formie, aż do ostatniego gościa na sali, aż wreszcie światła przygaszono, a na pogodnej kawiarennika twarzy pojawił się ten szczególnie cenny uśmiech przedsennego znużenia.
Przed rozstaniem stary pisarz usłyszał z ust pani Zofii, że niebawem w życiu pana Adama szykują się piękne i istotne zmiany, o których z pewnych względów dziś jeszcze mówić nie może.
Stary pisarz podobnie nie wypowiedział się na temat wizyty tajemniczej Aleny… a zbliżała się ona… była… na wyciągnięcie dłoni.

Pieniądze

- My to właśnie do pani przyszłyśmy…
- Proszę usiąść. Ale mogę panie poczęstować jedynie herbatą.
Samodzielna księgowa i kierowniczka magazynu usiadły przy stole i rozglądały po pokoju. Koniecka przeszła do kuchni. Usłyszały rozmowę.
- Usiądź z paniami. Ja zrobię.
- Zobaczyłabyś, jak się czuje. Dzisiaj ćwiczył więcej niż zwykle.
- Sprawdziłam. Śpi. Idź do nich. Zostało trochę herbatników. Podam je.
- Mamo, to dla Jacka. On tak lubi te z cukrem.
- Dzisiaj jeszcze upiekę domowe. Idź już do nich. Nie zostawiaj gości samych. Podam.
Pokój był obszerny, mieszczący stare ale dobrze utrzymane meblościanki (późny Gierek) w kolorze jasnoorzechowym. Okrągły, rozkładany stół to pamiątka jeszcze z czasów ślubu matki; haftowany obrus na stole i podobnie serwetki to własnoręczna robota matki.
Samodzielna księgowa i kierowniczka magazynu czuły się tak, jakby je wpuszczono do muzealnej sali, w której panuje nieskazitelny porządek, a wszystkie przedmioty i bibeloty zostały umieszczone celowo, gdyż ich zbiór stanowił nierozerwalna całość i pasował do charakteru pomieszczenia. Kierowniczka magazynu skojarzyła widok zadbanego pokoju, w jakim się znalazła z jej pierwszą wizytą u przyszłej teściowej, tyle że wtedy mogła się domyśleć, że tamten porządek wymuszony był jej uroczystym przedstawieniem się w domu rodziców przyszłego męża. Ta wizyta obu kobiet była z kolei niezapowiedziana.
Anna wróciła z kuchni i przysiadła się do gości.
- Miło mi, że panie przyszły – powiedziała z ledwie zauważalną satysfakcją. Była zbyt zmęczona, aby pozwolić sobie na luksus spontanicznej radości.
- Lepiej późno niż wcale – odezwała się kierowniczka, po czym zamilkła jakby żałując wypowiedzianych słów.
- Męża nie ma? – zapytała księgowa.
- Za granicą. Trafiła mu się niezła praca na trzy miesiące. Za dwa tygodnie wraca.
- Cały czas te płytki kładzie? Synowa poszukuje dobrego majstra – księgowa lubiła być pomocna w wynajdywaniu fachowców, speców od rozlicznych robót domowych. – Źle tak samej – dodała spoglądając Annie w oczy, których blask zdawał się być poszarzały a wyraz twarzy obojętny.
- A moja znajoma to się cieszy, gdy jej mąż długo poza krajem przebywa. Wtedy dopiero może sobie pożyć. Nikt jej nad głową nie…- kierowniczka magazynu przerwała nagle, dostrzegając tę paraliżującą obojętność w oczach Anny.
- Co za atmosfera? Że też niczego nie można powiedzieć – pomyślała.
Pomilczały trochę, aż matka przyniosła herbatę i ciastka.
- My tu właściwie w pewnej bardzo ważnej sprawie do pani przyszłyśmy. Domyśla się pani? – zaczęła samodzielna księgowa.
- Prawdę mówiąc, nie bardzo – w oczach Anny, a także w jej głosie nie dało się zauważyć choćby iskierki zainteresowania.
- My wiemy, że duma pani nie pozwała być może… – wtrąciła kierowniczka magazynu, za co natychmiast została skarcona ostrym spojrzeniem ze strony księgowej.
- Miło mi, że panie przyszły mnie odwiedzić, ale naprawdę nie próbuje nawet odgadnąć przyczyn tej wizyty – powiedziała Anna i zachęciła obie panie do posmakowania ciasteczek i wypicia z nią herbaty.
Księgowa najwyraźniej stwierdziła, ze jeszcze nie nadszedł czas na poruszenie właściwego tematu rozmowy, więc jako pierwsza osłodziła herbatę i chwyciła w delikatne paluszki ciasteczko, potem, przegryzając kawałek, wydała z siebie odgłos akceptacji dla walorów smakowych ciasteczka i spróbowała herbaty. Kierowniczka magazynu poszła jej śladem. 
W kuchni matka zajmowała się już szykowaniem produktów do domowych ciasteczek.
- Pani Anno – zaczęła ponownie samodzielna księgowa – przejdźmy do sprawy najistotniejszej, do tej z która przyszłyśmy.
- Proszę bardzo. Przejdźmy – zgodziła się Anna.
- Chyba nie będzie to dla pani zaskoczeniem, że my w zakładzie doskonale znamy pani aktualna sytuację, że jest pani ciężko, syn po udarze wymaga rehabilitacji, drogich leków, być może również specjalnych turnusów rehabilitacyjnych, jak i też prywatnych konsultacji u profesorów.
- Nie myli się pani – odparła Anna – wprawdzie, jak mówią lekarze, najgorsze mamy za sobą, bo nie ma bezpośredniego zagrożenia dla życia syna, ale za to przywracanie go do normalnego stanu, w jakim był przed chorobą, o ile oczywiście można ten stan uzyskać, to proces długotrwały.
- Właśnie dlatego, pani Aniu, w tym przypadku każdego rodzaju pomoc, zwłaszcza finansowa,  jest, naszym zdaniem, niezbędna.
- No, wie pani. Mąż właśnie dlatego wyjechał za granicę, abyśmy nie byli w stu procentach zależni od pomocy innych ludzi.
- I nie jesteście? Doprawdy? Pani przecież nie pracuje – wtrąciła kierowniczka magazynu
I tym razem samodzielna księgowa rzuciła w stronę kompanki surowe spojrzenie.
- W zakładzie zrobiliśmy zbiórkę pieniędzy dla pani… dla pani syna. To taka spontaniczna akcja, a z inicjatywa wyszedł sam szef – powiedziała.
- To naprawdę bardzo miłe – uśmiechnęła się Anna – czy to ten sam szef, który wyrzucił mnie z pracy, kiedy musiała zostać w szpitalu przy dziecku o jeden dzień dłużej niż powinnam?
- Pani Anno – tym razem kierowniczka magazynu postanowiła zawalczyć o swoją wypowiedź i doprowadzić ją do założonego skutku – było nie było, nie ma co zachowywać urazu. Ludzie się zmieniają, także i nasz szef mógł zmienić poglądy. I zmienił. Zapewniam panią. A kiedy pieniądze dają, trzeba brać, zwłaszcza, że to dla dziecka.
- Pani kierowniczko, szef dobrze wiedział dlaczego wtedy nie było mnie w pracy, dlaczego nie miałam głowy do przedłużania urlopu, a wzięłabym nawet bezpłatny… lecz szef nie chciał o tym słyszeć.
- Pani Anno, szef tyle spraw ma wciąż na głowie, zapracowany bardzo… a do tego nikt nie jest ideałem.
- Pani Aniu, to pieniądze nie tylko od szefa – zauważyła samodzielna księgowa – wprawdzie dołożył całkiem pokaźną sumę, ale przecież niemal cała załoga złożyła się dla pani dziecka, proszę zrozumieć.
- Jak panie widzą, do tej pory obywaliśmy się bez pieniędzy składkowych pracowników, a mąż dostał pracę i dobrze zarabia, więc nie widzę potrzeby otrzymywania jałmużny po czasie. Wiedzą panie, ile to już czasu upłynęło?
- Mamy rozumieć, że nie przyjmie pani od nas tych pieniędzy? – spytała księgowa.
- Nie mam najmniejszego zamiaru – głos Anny był więcej niż zdecydowany i towarzyszyły mu te nieobecne dotąd błyski w oczach. Widać było, że odzyskuje siły.
Kobiety pośpiesznie dopijały herbatę, zbierały się do wyjścia.
- Za dwa tygodnie wróci mąż – przypomniała Anna – więc jeśli do tego czasu pani synowa nie znajdzie fachowca, z chęcią powiem mężowi, że szykuje się jakaś robota.
- Dopilnuje tego, aby przez te dwa tygodnie nie znalazła. Sama do pani zadzwonię.
Anna odprowadziła obie panie do drzwi. Z sąsiednim pokoju dobiegały odgłosy budzącego się syna Anny, który tego dnia wykonał u rehabilitantki znacznie większą pracę niż ostatnimi czasy.    

01 lutego 2015

Przy golonce

Przy golonce z kremem chrzanowym, ziemniakami i surówką z kapusty kiszonej, z koniecznym kieliszkiem czystej, najlepiej dawnej wyborowej, opowieści bez chronologii wydarzeń, zasłyszane i zapamiętane.

Szpital
Od samych drzwi doskoczył do niego. Miał szkliste oczy, co zdarzało mu się niezwykle rzadko, by nie powiedzieć nigdy.
- Nie masz raka! Wynik negatywny. Matka już rozmawiała z ordynatorem.
 Objął go i ucałował. Uścisk jakim go przytulił był tak silny, aż przeraził chorego.
Nie odpowiedział, czując jak Coś ścisnęło jego gardło, broniąc przed płaczem. Powstrzymywała go przed nim obecność ojca i to, że był mężczyzną i nie może sobie pozwolić nawet na płacz ze szczęścia.

Po schodkach
To prawda, nie chodził do kościoła. Te pięćdziesiąt minut podarowanej wolności dzielił pomiędzy cotygodniowy zakup czasopism u znajomego kioskarza i spędzenie dwóch kwadransów w restauracji „po schodkach”. Delektował się setką albo piwem. Spotykał tu znajomych, którzy podobnie jak on wątpili w boski początek wszechświata. Kiedy jednak jego syn nieopatrznie wyrażał się źle o religii, on, zdeklarowany ateista mawiał:
- Nie grzesz. Szanuj religię swoich przodków.
Taki był.

Nowe
Nie mógł się przyzwyczaić do nowego mieszkania w mieście. Nie lubił miasta. Przyfabryczne osiedle przytulone do parkowo-wodnych krajobrazów było dla niego wszystkim. Czuł się tutaj wolny i niezależny. Kiedy matka powtarzała, że nareszcie nie muszą palić w piecach a w domu nie unosi się ten nieznośny kurz, odpowiadał krótko:
- Co ty tam wiesz.
Przez pierwszych kilka lat mieszkania na „nowym” brał wędki i każdej niedzieli albo w wolną sobotę wyprowadzał się nad stawy. Później zostawiał je w autobusie przerobionym na stanicę wędkarską, która zresztą sam stawiał. 
W końcu przyzwyczaił się do nowego mieszkania, ale wtedy był już starszy i schorowany. Nie chodził już na ryby. Siedział w kuchni przy stole wpatrując się na przechodniów spacerujących chodnikiem wzdłuż bloku. Czasami patrzył stamtąd na włączony telewizor kiedy drzwi od kuchni i od pokoju były otwarte.

Race
Letnie przesilenie, ta noc najkrótsza, sobótkowa, noc podczas której zakwitał kwiat paproci, płonęła dziesiątkami rac, fajerwerków i pochodni. Pióropusze sztucznych ogni odbijały się w granatowych toniach wody i nieba.
Jako przewodniczący koła Ligi Obrony Kraju przywoził rokrocznie fajerwerki na tę szczególną noc. W dni powszednie zaprojektował, znalazł lokalizację i w końcu zbudował strzelnicę na wolnym powietrzu. W lokalu, pod kluczem, miał co najmniej 8 kbks-ów, w tym te najcelniejsze – czeskie. Nikt w tych czasach nie wyobrażał sobie, aby zgromadzoną broń i amunicję móc spożytkować w inny sposób aniżeli w celach sportowych. Kiedy nastały nowe czasy, musiał zwrócić cały arsenał i nigdy później go nie odtworzył.

Kropelki
Przykucał, wspierając się o ścianę przedpokoju. Wydawał się być mniejszy, niższy, ledwie zauważalny. Nie miał siły wstać; wtedy gdy wypił zbyt dużo (choć niewiele alkoholu wystarczało, aby znaleźć się w takim stanie) i wtedy, gdy objęła go w swoje posiadanie choroba. Choroba musiała go bardzo boleć. Wciąż prosił o te kropelki, które przecież już brał, lecz w podanej ilości przestały mu wystarczać. Jego organizm stopniowo się przyzwyczaił do stosowanych dawek, aż w końcu nawet te zwiększone nie działały. Tracił przytomność, lecz kto to wie, czy będąc nieprzytomnym nie odczuwa się bólu. Z całą pewnością nie zasłużył sobie na taką śmierć.