Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

14 marca 2016

STRÓŻ

- Jeszcze mi nie powiedziałeś, skąd się tu wziąłeś - spojrzał na niego, a ten przestał jeść i odwrócił ku mężczyźnie głowę. Wyglądało na to, że zrozumiał, co się do niego mówi, ale nie odpowiedział, powracając do jedzenia.
- Smakuje ci, widzisz, przygrzane zawsze smakuje lepiej niż zimne. Ja to sobie nawet zwykłą konserwę przygrzewam. Wytapia się tłuszcz i tym tłuszczykiem można posmarować pajdę chleba, a widelcem wybrać z puszki mięsko. A tobie nie przeszkadza, że trochę cię oszukałem, dodając do mięsa pokruszone kawałki chleba? Nie przeszkadza ci, bo ten chlebek przesiąknął smakiem mielonego, wieprzowego mięsa. Ja często tak jem.
Napił się zabielonej mlekiem zbożowej kawy, jedynie lekko osłodzonej, bo samo mleko dodaje już słodyczy.
- Ty wiesz, że jak robię jajecznicę, to do topiących się na patelni skwarek dodaję pocięty na drobne kawałki czerstwy chleb, zapiekam go i dopiero wtedy dodaję cebulki, a na koniec wbijam jajka. Starczą dwa. W ten sposób nie marnuję okruszynki chleba. Taki czerstwy chleb nie smakuje ani z masłem, ani ze smalcem, ale przysmażony z jajecznicą, palce lizać, mówię ci. Ponadto do czerstwego chleba trzeba mieć zdrowe zęby, a ja jestem stary i zęby mam liche, nie to co ty. Tak, ty to masz zęby zdrowe, choć nie jesteś przecież taki młody. To bardzo dobrze, że ci smakuje. Raduje się moje serce. Milczysz. Najadłeś się? Wleję ci mleka. Ja bym nie ryzykował wypicia szklanki mleka po mięsnym posiłku, ale myślę, że tobie nie zaszkodzi.
Wlał mleko do niewielkiej miseczki, którą tak po prostu można chwycić w obie dłonie, przechylić i wypić z niej. Czasami tak właśnie robił. Lepiej smakuje niż z kubka czy szklanki.
- Pij, pij, niech ci pójdzie na zdrowie - powiedział obserwując jak mleko znika z miseczki. - Ty pij, a ja tymczasem ci pościelę. Jak widzisz, nie ma u mnie dużo miejsca, ale na kanapie możesz się przespać. Jak tylko podniesiesz głowę, będziesz miał przed sobą okno. Ja lubię patrzeć w okno, zwłaszcza kiedy pada śnieg. Widzę wtedy, jak w świetle tej latarni wysypuje się worek ze śniegiem, zupełnie jak confetti. No, wypiłeś. Podziękowałeś? Ty się tak na mnie nie patrz. Co z tego, że odstępuję ci kanapę? Ja nie mogę spać w nocy. To znaczy mogę spać. Nie mam kłopotów z zaśnięciem, ale mi nie wolno. W nocy przyjadą dwie ciężarówki i muszę im otworzyć bramę. A wiesz, co to by się stało, gdyby przyjechał ktoś z kontroli i zobaczył, że śpię? Wywaliliby jak psa na zbity pysk. Nie śmiej się, tak by to się skończyło. Pospać mogę trochę wtedy, kiedy samochody odjadą, a są cztery auta. Szkoda, że kierowcy nie wyjeżdżają o tej samej porze. Wtedy miałbym więcej czasu na sen. A kiedy wyjeżdża jeden, potem drugi i tak dalej, to nie ma sensu kłaść się spać.
Rozciągnął na kanapie koc i wyprostował go dłońmi.
- Ziewasz. Zmęczyłeś się, co? Mnie o szóstej minie czterdziesta ósma godzina, odkąd stróżuję. Można się przyzwyczaić. Potem biorę manatki i idę do domu. Niedaleko mam. Ale co to za dom. Sam mieszkam w starej chałupie. Wokół postawili nowe, ale ja nie znam tych ludzi. Ogrodzili się z lewej i z prawej wysokim płotem i tyleś ich widział. Ten jeden to otwiera bramę na pilota i na pilota zamyka, tak jak w dużych firmach. A tutaj u mnie jest po staremu. Wyjść muszę i otwieram szlaban jak dróżnik. Do tego każdego kierowcę znam. Teraz są cztery auta, bo trzy daleko w terenie i wrócą dopiero za dwa tygodnie. Chciałbym się tak kiedyś przejechać gdzieś dalej. Z jednym kierowcą rozmawiałem o tym. Powiedział mi, że jak dostanę kiedyś wolne, to mnie z sobą zabierze. Śpisz? Bo tak jakoś cicho oddychasz. W ogóle cię nie słychać, tak jakbyś nic nie miał do powiedzenia. A jak wczoraj przyszedłeś, to ledwo mogłem cię uciszyć. Dołożę do pieca, poczekaj.
Obserwował go jak przechodzi w stronę pieca, nabiera szufelką węgiel, odsuwa trzymanym w drugiej ręce pogrzebaczem fajerkę i zasypuje żar drobnym gryzem. Potem wsypuje jeszcze jedną szufelkę.
- Będzie nam cieplej. No, jeśli chcesz, to cię przykryję. Tak dobrze? Nie odzywasz się? Nie mów. Twoja sprawa. Ja z kolei lubię sobie pogadać. No co tak patrzysz? Do siebie gadam. Z sobą rozmawiam. Zawsze to przyjemniej. W domu też z sobą, bo niby z kim miałbym? Ci sąsiedzi mają swoje sprawy, swoje rodziny. Ze swoimi rozmawiają. Kiedy tam mieszkali dawni moi znajomi, to, ho, ho, przychodziliśmy do siebie, przy winku, wódeczce gadało się do białego rana, graliśmy w tysiąca albo durnia. Ty pewnie nie masz pojęcia o grze w karty? Ale cóż, pomarli. Najpierw ten jeden, z prawej, ten bliżej strumienia, z żoną mieszkał. Zawinęła się w pół roku po nim, a nie minął rok umarł ten drugi, stary kawaler, tak jak ja. No i potem ci nowi nastali. Zburzyli chałupy i postawili nowe, a do tamtych to często zachodzę na ich groby. Porządkuję, kwiatki sadzę, pielę, bo rodzina to tylko raz w roku na listopadowe święto przyjeżdża, kładzie wiązanki, zapala znicze, postoi, pomodli się i wyjeżdża. A ty po cmentarzu chodzić nie lubisz? Nie ma się czemu dziwić. Co byś tam robił, skoro bliskich na nim nie masz. Tyś pewnie z daleka, co? A śpij, spij. Maruda ze mnie, co? Włączę sobie radio, po cichutku. Niech sobie pogra. Dawniej to sobie koncertu życzeń słuchałem, ale nie w nocy, albo słuchowisk. Teraz tego mniej nadają. Mówię ci, czasami było tak: zima, mróz trzaskający, początek nocy, dziesiąta, no może nawet wcześniej było, ale zima, więc ciemno jak się patrzy, a tu nadają jakiś kryminał, albo jaki inny straszny teatr, a ja siedzę tu sam, wiatr świszczy, sowy pohukują, ja słucham i tak strasznie się robi, że aż ciarki przechodzą. Jednego razu to puścili takie słuchowisko o zimie i u mnie też była zima, i nie wiedziałem, która straszniejsza, czy ta co ją nadają, czy ta za oknem.
Sięgnął ręką do odbiornika stojącego na stole pod oknem, przekręcił gałkę włącznika. Popłynęła muzyka. Przyciszył.
- Zanim uśniesz na dobre, to muszę ci powiedzieć, że jeśli chcesz, to wezmę cię do swego domu. Co będziesz tu ślęczał. Mój zmiennik jest jeszcze większym dziwakiem niż ja. Dużo młodszy ode mnie, ale taki jakiś nieużyty. Miałbyś ty z nim. Założę się, że nie odstąpiłby ci kanapy. Nie powiem, obowiązkowy jest, w nocy nie zaśnie, ale spróbuj się do niego odezwać, to mruknie coś pod nosem i głowę odwróci. A w moim domu to ci niczego nie zabraknie, a jak chcesz, to potem znów postróżujemy razem, jeśli oczywiście będziesz miał na to ochotę. Co ty na to? Ech, z tobą gadać. Jak to ci się szybko zasnęło. Ale śpij, śpij. Ja popatrzę sobie przez okno i posłucham radia.

Ostry, intensywny strumień światła z reflektorów ciężarówki rozświetlił wnętrze stróżówki. Ocknął się, stanął na równe nogi.
Kierowca ciężarówki opuścił kabinę i stał w pobliżu auta, przeciągał się i pewnie myślał, że stary zasnął i trzeba będzie samemu podnieść szlaban
- Idę, idę - krzyknął stary, choć jego głos  ginął w warkocie silnika. Przeszedł parę kroków do drzwi, otworzył je, a ten wręcz zeskoczył z kanapy i wypadł jak szalony na podwórze.
- Panie, panie Machnicki, weź pan te bydle… co za swołocz? Zaraz mnie pożre - wrzasnął kierowca ciężarówki, wycofując się do auta.
- Panie, niech pan nie ubliża mojemu psu! Stróżujemy razem. No chodź, chodź, do nogi. To swój.
Pies zaszczekał jeszcze kilka razy i posłusznie przybiegł na wezwanie starego.
- A miałem cię za takiego niemrawego, co to nie wiedzieć gdzie się uchował, a tu proszę. Postraszyć umiesz. Dobry pies. Dobry pies - potarmosił go po kudłatej głowie.

[13.03.2016, Niort, 14.03.2016, Nantes we Francji]

13 marca 2016

KOLEJNE ODWIEDZINY

- Nie przyniosłeś mi… zapomniałeś? - była zawiedziona. Nigdy nie lubiłem, gdy była zawiedziona. To prawdopodobnie dziedziczne, bo moja córka również cierpi z tego powodu, że może zawieść rodziców, a niesłusznie, bo cokolwiek by nie robiła i tak…
- Przecież dobrze wiesz, że nie wolno ci palić.
- Wiem. Ale tutaj można palić, tylko nie mam skąd wziąć papierosów. Wszystko mogę mieć, ale nie papierosy.
- To inna sprawa. Najgorsze jest to, że ja pamiętam jak przyniosłem ci papierosy, kiedy nie wolno ci było palić.
- Nie miej wyrzutów. Prosiłam cię o to. Zresztą nie zaciągałam się. Chciałam jedynie poczuć smak… nie usiądziesz? Zrobię herbaty. Tak, tak… są i ciasteczka. Kupiłam je w sklepie tuż za rogiem.
- To i tutaj jest sklep za rogiem? - pytam i siadam. W telewizorze błyska jakiś obraz.
- Tutaj może być tak, jak było dawniej, jeśli tylko tego chcesz, jeśli pomyślisz sobie, że tego chcesz, to to masz.
Krząta się po kuchni. Ojciec pewnie śpi w swoim pokoju. Wrócił z nocnej zmiany. To dlatego telewizor nie gra głośno.
Donośny gwizd oznajmia o gotującej się wodzie. Wiem dobrze, że mama będzie przeciągała to wrzenie i czajnik pogwiżdże sobie jeszcze, bo „woda na herbatę musi się dobrze przegotować”.
Tak się właśnie dzieje, a ja jestem znów u siebie i jest tak jak dawniej.
Przynosi w końcu do pokoju dwie szklanki mocnej herbaty, stawia talerz zasypany ciasteczkami. Wprost pożeram je i za każdym razem mówię: - ostatnie, a ona: - jedz, jedz, nie żartuj, mam jeszcze w kuchni. W końcu mówię:
- Mamo, jak się odbić z tego dna?
- Przyszedłeś się wyżalić, syneczku, mów, mów, powiedz, co cię boli.
Tak, przyszedłem się wyżalić. Bo niby do kogo miałbym pójść? Nieważne, że ona jest tam, gdzie ja dopiero będę. Wciąż jest moją matką i tak już pozostanie, a do matki… wiadomo, przychodzi się ze skargą na siebie, na życie, na tych, co te życie czynią nie do zniesienia.
- Kiepsko ze mną - mówię, a ona wyciąga ku mnie swe chłodne, wilgotne dłonie, dotyka nimi moich włosów, głaszcze je, a ja nie czuję chłodu tych dłoni, tylko elektryzujące ciepło.
- Zobaczysz, to się zmieni - mówi do mnie z przekonaniem, lecz ja nie wiem, czy sam jestem przekonany. Nie zawsze wierzy się do końca a to błąd.
- Co teraz robisz? - pyta, przysiadając się do mnie bliżej. Kładzie otwarte dłonie na blacie stołu, ale nie chwyta nimi swojej szklanki. Słucha.
- Jeżdżę po świecie - mówię. - Trochę zarabiam, ale wiesz, zawsze za mało, a to mi córka podrosła. Chora. Boli ją ta jej choroba.
- Domyślałam się, że podrosła. Powinieneś mi kiedyś przynieść jej zdjęcie. Zobaczyłabym. Kiedy przymknę oczy, to ją sobie wyobrażam, że urosła, że jest ładna, ale musisz mi kiedyś przynieść jej zdjęcie. Tak będzie mi łatwiej ją sobie wyobrazić.
- Martwię się o nią, wiesz?
Dotknęła palcami mojej dłoni i znów poczułem ciepło, a patrząc na jej palce, na dłonie, na ręce, na twarz, szyję, stwierdziłem, że nie postarzała się choćby o dzień i wydaje się jakby jakaś młodsza, piękniejsza, po prostu  t a m  ona odmłodniała.
- Wiem, synku. A jak my się o was tutaj z tatą martwimy. To normalne. Widzisz, jaki tu mamy spokój. Wszystko mamy. Ojciec pracuje, ja na emeryturze, jest sklep tuż za rogiem, a ci którzy odeszli przed nami lub po nas, przychodzą, rozmawiamy, gramy w brydża… ale syneczku bardzo się o ciebie, o was… martwimy i tego nic nie zmieni. Takie to już jest ludzkie życie i nawet śmierć nie jest w stanie wyrzucić z nas tych myśli. No jedz, jedz.
Jem i za każdym sprzątniętym z talerza ciasteczka mówię: - ostatnie, a matka oponuje i tak dalej - nic się nie zmieniło.
- Dużo czytam, mamo, a jeszcze więcej piszę - mówię.
- To bardzo dobrze, że piszesz - mówi ona. - Twoja nauczycielka zawsze mówiła, że jesteś w tym dobry, pamiętasz? Aha, odwiedziłeś ją ostatnim razem? - przerywa i po chwili: - No widzisz, zapomniałam, że byłeś u niej. Sama cię zaprowadziłam. A o czym piszesz? - zapytała, unosząc szklankę do ust i może uszczknęła z niej dwa, trzy łyki.
- Różnie. O życiu. Staram się pisać tak, aby… - zawahałem się, bo jak tu w kilku słowach wytłumaczyć - … staram się pisać ładnie… no nie, nie o to mi chodzi… mamo ja nie wiem jak ci to powiedzieć. Piszę tak w zastępstwie, rozumiesz? Jest ciężko, czasami bardzo ciężko, a ja piszę w taki sposób, abym nie odczuwał tego ciężaru. Chce trochę poprawić życie.
- Poprawić?
- Tak, poprawić - mówię i popijam kolejne ciasteczko herbatą. - Ale wiesz, kiedy tak ktoś przeczyta to, co napiszę, to jemu się wydaje, że skoro tyle pozytywnych uczuć wlewam w to pisanie, to pewnie jestem taki wesoły, pogodny, taki uporządkowany jestem, gdy tymczasem jest we mnie ból, prawdziwy i ostateczny ból.
Słucha mnie i słucha dokładnie to, co mówię. Ona rozumie. Każda matka rozumie.
- Mamo, ja przecież oszukuję. Oszukuję samego siebie, bo świat nie jest taki piękny i już nigdy nie będzie piękny… bez ciebie - dodaję i zwilżam oczy.
- Ale ja zawsze będę wiedziała, że nie oszukujesz. Taki po prostu jesteś - mówi i teraz ja słucham, i słucham tak bardzo, jak  t u,  u siebie, nigdy nikogo nie słuchałem. - Tak byłeś nauczony, że chciałeś pamiętać to co dobre, zapominać o złym, pamiętasz, sam tak mówiłeś. Jeśli już chcesz poszukać winnych, to staję tutaj przed tobą i powiadam: zawiniłam.
- Nie przyjmuję twoich słów, mamo! - uniosłem się i przemówił przeze mnie gniew, nie na nią, nie na jej słowa; gniew dotknął jej myśli. - Jak możesz tak myśleć, mamo?
- I jak ja mam ci pomóc, dziecko?
A ja przymknąłem oczy i zobaczyłem, że jestem jej małym synkiem z jasnymi, kędzierzawymi włosami, tak, tak, miałem takie dziewczęce loczki, a ona kąpie mnie w jakiejś misce, balii a może w wannie, namydla mi włosy, a potem schłodzoną ale ciepła wodą z octem spłukuje je, ja czekam z utęsknieniem, aż z dzbanka spłynie ostatnia kropla i potem owija mnie ręcznikiem, osusza wychładzające się ciało, ubiera mnie, przenosi do łóżka, okrywa, całuje w czoło, zostaje przy mnie, opowiada bajkę i zasypiam szczęśliwy, nie wiedząc jeszcze, że to, co przed chwilą się stało, było tak bardzo ważne, że nie sposób tego nie pamiętać.
- Pomogłaś mi - mówię, lecz nie znalazłbym słów, aby objaśnić, na czym ta pomoc polegała.
- Jak tam twoja siostra? - pyta, a w jej oczach rysuje się taki dziwny błysk. Spuszcza wzrok, jakby zrozumiała, że właśnie teraz nie powinna zadawać tego pytania.
- Nie chcę o niej teraz mówić, mamo. Rozumiesz?
Zrozumiała i w milczeniu zabieramy się za ciasteczka. Dowiaduje się przy okazji, że Radwańska wygrała kończący uprzedni sezon turniej tenisowy i jest obecnie trzecią tenisistką świata.
A kiedy zbierałem się do odejścia, powiedziała mi, że gdyby było mi źle, gdyby było mi jeszcze gorzej niż jest, to przecież mam swój pokój, a nawet gdybym go nie miał, to zawsze znajdzie się dla mnie miejsce.

[13.03.2016, Niort we Francji]

12 marca 2016

ORYGINALNY WSPÓLNIK

Pan radca Krach pojawił się w kawiarence nie sam, z młodzieńcem o kruczo-czarnych włosach, spiętych czerwoną, szeroką gumką i rzuconych bezwładnie za kołnierz mysiego koloru marynarki, która niestarannie przykrywała czerwoną, flanelową koszulę w biało-czarne kraty. Na szyi jegomościa, któremu wiek zgromadzona w kawiarni klientela określała na lat dwadzieścia sześć, ni mniej, ni więcej, a właśnie tyle, na tej szyi młodziana luźno zwisał na poły pozbawiony już węzła szal w biało-czarnym kolorze. Spodnie pierwszy raz widzianego w kawiarence obywatela jakiś zdolny krawiec wykonał z grubego, brązowego sztruksu, natomiast jego buty, na niewielkim skośnym obcasiku, podbitym metalową podkówką, kiedy szedł, stukały zabawnie, kiedy siedział i unosił stopę, noga na nogę założywszy, błyskały refleksem odbitego od kawiarnianej latarenki, srebrnego światła.
Pan doktor Koteńko w rogu sali siedział przy pianinie, pogrywał jakąś etiudę Szopena, następnie przeszedł na walca, lecz ten szedł mu niesporo, bo doktor Koteńko miast klawiszy, co i rusz spoglądał za siebie, aby przyjrzeć się tej zjawiskowej postaci, która z panem radcą węgierskie brendy spożywała, zagryzając go słynnymi w powiecie ciasteczkami pani Rybotyckiej, których korzenny smak i zapach działały na zmysły jak narkotyk.
Nie znajdując w sobie natchnienia do gry pan doktor przysiadł się do obu panów i wcale nie z powodu brendy; także nie z powodu korzennych ciasteczek, lecz aby przypatrzeć się młodzieńcowi i posłuchać, co też ta artystyczna, jak z malarskich sztychów początku ubiegłego stulecia fizjonomia miała w rozmowie z panem radcą do powiedzenia.
A rozmawiali oszczędzając słowa, raczej jakimiś żarcikami się raczyli i był to znak, że pan doktor zjawił się w chwili, gdy to co najważniejsze było już pomiędzy panami omówione.
- Panie doktorze kochany - przywitał pana Koteńkę pan radca, a w międzyczasie poprosił kelnerkę, przyjaciółkę Marii o kolejne kieliszki wyśmienitego trunku w liczbie trzech - pragnę panu przedstawić pana Sławomira Brożynę, absolwenta prawa, który od dzisiaj będzie moją pomocną dłonią w biurze i zajmie się sprawami, z którymi nie nadążam. Panie Sławku, otóż przed panem najsłynniejszy w powiecie artysta-doktor, pan Koteńko.
Przedstawieni panowie uścisnęli sobie dłonie, a pan doktor natychmiast poczuł woń perfumowanej tytoniem wody, którą zapewne młodzieniec był oblany.
- Prawda, panie doktorze - uśmiechnął się pan radca - miejcie się na baczności niewiasty napotkawszy tego oto młodziana o artystycznym wyglądzie - rozszerzył swoją myśl radca Krach widząc, że bystre, doktorskie oko pana Koteńki śledzi powierzchowność młodzieńca. - Ale poważnie mówiąc, panie doktorze, pan Brożyna zapowiada się na całkiem zręcznego adwokata,  ale najpewniej radcę, choć on jeszcze nie wie, kim zostanie, a praktykę w kancelarii radcowskiej odbyć musi, więc dowiedziawszy się, że to zdolna bestia, zdolna i wielce oryginalna, zaproponowałem mu współpracę, a ze swojej strony opiekę, która przydać mu się w życiu może.
 - A ja, szanowny panie doktorze, nie mniej od pana radcy jestem zadowolony z tej współpracy, gdyż pan Krach ma znakomitą opinię - wtrącił pan Brożyna, a doktor Koteńko natychmiast stwierdził, że i w głosie młodzieńca wyczuwało się artyzm.
- Tak, my tu o tym wszyscy wiemy - potwierdził pan doktor.
- Przyjacielu, panu Sławkowi przekażę na początek sprawę marketu i kilka drobniejszych, związanych z małymi firmami, jakie obsługuję. Jak pan wie, doktorze, dla mnie ta zagraniczna firma co jakiś czas coś znajduje, a jeszcze do tego te kwestie związane z zakupem ziemi przez Wołodię i te ich projekty. To czasu zabiera tak wiele, ze czasami to i mi na kawiarenkę czasu nie staje - tłumaczył się pan radca Krach.
- Nie dziwię się temu - odparł doktor Koteńko. - Nie dziwię się, bom sam zalatany czasami, a przecież żadnej epidemii, odpukać, nie ma.
Wtedy przyniesiono trunek i panowie w przykładnej zgodności go wypili pogryzając kruchymi, korzennymi ciasteczkami.
- A cóż to za kojący podniebienie wypiek! - zachwycił się nie po raz pierwszy pan Sławek.
- A jedną sprawa zajmiemy się wspólnie - kontynuował pan radca. - Właśnie omawiałem z panem Sławkiem strategię, bo sprawa wprawdzie do wygrania, ale ciężka będzie.
- A cóż to za sprawa? - zaciekawił się pan doktor.
- Otóż przyjacielu, w pewnej miejscowości pod miasteczkiem, marna podleśna dziura, jeszcze za Ciżemkami, Zgorzel się nazywa, jest taka posiadłość z dwoma willami…
- Raczej kamieniczkami - poprawił pan Sławomir.
- Mniejsza o nazwę. Kamieniczki te nie że w stanie opłakanym, ale zaniedbane bardzo, do starszej pani należały. Mąż jej zszedł był zeszłego roku, teraz ona. Spadkobierców żadnych. Więc zrazu gmina, później też i powiat poczęły o tę marną schedę walczyć, aż tu nagle po miesiącu się okazało, że majątek przepisany został, a jakże na gminę, lecz pani starsza postawiła warunek nie do odparcia, że oba zabudowania mają służyć dzieciom autystycznym i chorym na porażenie mózgowe. Panie starsza nie wiedziała, że mała gmina takich specyficznych zadań nie posiada, a i pieniędzy nie ma, już prędzej powiat, lecz te urzędasy tak kluczą, tak paragrafami wywijają, że strach pomyśleć, czym to się może skończyć. Mniemam, że mająteczek chcą najpierw przejąć, a potem dopiero się naradzą, w jaki sposób nim zagospodarzą, a mnie coś podpowiada, że wynajdą jakiś powód, aby woli zmarłej nie spełnić. Trzeba zatem sprawę tak poprowadzić, aby uciąć przydługie ręce tym, którzy na ten mająteczek czyhają. więc spróbujemy po świecie poszukać jakiegoś stowarzyszenia, które mogłoby zgodnie z wolą zmarłej poprowadzić ten ośrodek, a zadaniem pana Sławka będzie takiej organizacji pomóc, aby mogła skorzystać z unijnych funduszy, bo to, panie doktorze, łatwa sprawa wziąć coś takiego w posiadanie, ale utrzymać i sprawić, aby działało sprawnie, z tym niebagatelny problem. 
- Oj, to prawda, prawda - potwierdził pan Koteńko - ale znając pana przedsiębiorczość, teraz wspomożoną tego młodego człowieka zapałem, ufam, że znajdzie pan i w tej kwestii rozwiązanie.
- A znajdę, przyjacielu - powiedział dobitnie i być może zbyt głośno, gdyż siedzący nieopodal obywatele aż głowy unieśli i spojrzeli w stronę pana radcy. - Gdybym nie był przekonany, że da się sprawę poprowadzić po myśli i wygrać, nie podjąłbym się jej… tyle że w tym przypadku nie działam w imieniu instytucji czy osoby prywatnej, lecz tej, która zmarła. A myślę sobie, panie doktorze, że w tym wypadku zależy mi podwójnie, gdyż nieboszczka przez lat trzydzieści miała na utrzymaniu syna chorego na porażenie mózgowe. Ten nie dożył pięknego wieku i zapewne z tego powodu owa pani chciała właśnie w ten sposób zadysponować swoim majątkiem, gdy zejdzie z tego świata.
Kiedy tak posilali się budafokiem, korzennymi ciasteczkami i rozmową, do stolika podeszła pani Teresa, gimnazjalna bibliotekarka. Podeszła z niejaką obawą, nie chcąc zawadzać rozmowie, a była niewiastą nieśmiałą, w okularach ślicznie skrojonych do błękitnych, owianych mgiełką tajemniczej niewinności oczu; podeszła tak dyskretnie i delikatnie, na paluszkach, wręcz płynęła po kawiarnianym parkiecie jak wiotka łabędzica pod prąd, pod niską acz stromą falę… a kiedy dopłynęła wreszcie, kiedy zawitała do portu, wyrzekła głosem matowym jak długo pocierana o mokry piasek przez morskie pływy szklana płytka.
- Przepraszam, panie radco, czy mogę na słowo?
A ileż w jej głosie było zmieszania - niech ten, co w tej przedwieczornej godzinie ma siłę do rozwiązywania matematycznych zadań… niech ten policzy.
- Proszę usiąść i jeśli nie jest to osobista sprawa, proszę śmiało ją przedstawić. Wśród przyjaciół tajemnic nie ma.
Przysiadła się, spoczęła wygodnie i wydawało się, że pierwsze lody nieśmiałości puszczają.
- Panie radco, zna pan pana leśniczego - zaczęła śmielej - na poniedziałek w zastępstwie zrobiono mnie opiekunką dzieciaków, ich wychowawczyni zachorowała, w szpitalu jest, nie chce jej zadręczać rozmową… a wymyśliła sobie wycieczkę do lasu… pan leśniczy ma być naszym przewodnikiem… tam jakąś ekologiczną ścieżkę przygotował… w jakieś miejsca znane tylko jemu… - mówiła śmielej, choć myśli swoje dzieliła na drobniejsze fragmenty.
- Owszem, znam go nieźle. Mniemam, że pani nie tylko o telefon do niego chodzi.
- To prawda, nie tylko o telefon - zawahała się. - Jak by tu panu powiedzieć… on jest jakiś skryty, tajemniczy. Przyznam się, że obawiam się tego kontaktu, zwłaszcza, że odpowiedzialna jestem za dzieci. 
- Informacje o panu leśniczym, jakoby nie znosił obecności ludzi są nieco przesadzone. Przekona się pani. Dam pani jego numer telefonu, a wcześniej zadzwonię do niego i polecę panią jego szczególnej uwadze, czy tak wystarczy?
- Byłabym niezmiernie zobowiązana - ucieszyła się pani Teresa i już miała powstać i od stolika, przy którym panowie siedzieli czym prędzej się oddalić, lecz po dobroci przymuszona została do pozostania, do wypicia malinowej herbatki, którą uwielbiała nie mniej niż panowie węgierskie brendy.
A potem potoczyła się rozmowa, w której pani Teresa uczestniczyła na równych z mężczyznami prawach.

[12.03.2016, Niort we Francji]

SYMBOLISTA I WIZJONER

Niezwykły wizjoner, operujący "szerokim pędzlem" symbolista, czerpiący tematykę do swoich obrazów z mitologii i Biblii, umieszczający w swoich projektach twórczych postaci z najbliżeszgo otoczenia, ale też wyrwane z codziennego życia, piekne, tajemnicze, nieodgadnione. Jego obrazy są swoistą baśniową opowieścią, w której nierzadko umieszcza samego siebie - artystę.
Jego twóczość obfita jest w tematykę patriotyczną, martyrologiczną; mówi eschatologicznie o sprawach wielkich i ostatecznych.
Nade wszystko czuć w każdym niemal jego obrazie rękę mistrza, swobodną, nie pozbawioną fantazji, chętną do przekazania publiczności niekonwencjonalnych zestawień przedstawianych na płótnach postaci.
I jeszcze te nazwy, jakie płótnom nadaje, pełne symboliki, niezwykłości... ale dość na tym... niech przemówią Jacka Malczewskiego obrazy.

słynna "Zatruta studnia I" - co za skojarzenie.

przykład twórczości patriotycznej: "Wigilia na Syberii".

Jeden z kilku obrazów pod tym samym tytułem: "Chrystus i Samarytanka"

oraz niezwykła, rubaszna, ludowa "Śmierć" - zaiste, chyba jedyna taka "śmierć" w malarskiej opera omnia.


[12.03.2016, Begles we Francji]

CIEPLEJ PRZY KFC

No i stało się. Wreszcie mam ciepło i sporo czasu do stracenia. Docelu pod Nantes zostało 365 kilometrów, ale do poniedziałkowego poranka mam sporo czasu, więc delektuję się pogodą - słońce, 15 stopni powyżej zera, stoję nieopodal KFC, mam internet i wszystko gra. KFC ma najlepsze łącze  we Francji, zdecydowanie szybsze niż u Donalda, tyle że tych fast foodów jest zdecydowanie mniej.
Tutaj gdzie stoję, w Begles pod Bordeaux znajduje się ogromny kompleks handlowy plus restauracje i spore kino. Po północy skończył się ostatni seans, miałem trochę ruchu, ale w porządku, przespałem się prawie osiem godzin i nie jestem zmęczony.
Najpierw zabrałem się za Fuksa. Skończyłem czytanie powieści i rzeczywiście przekonałem się, że zakończenie, nieco podobne jak w filmie Chmielewskiego, niezwykle zaskakujące i niejednoznaczne, jak chyba zawsze u Fuksa. Jeśli ktoś lubi być zaskakiwany zakończeniem, powinien koniecznie skonsumować Fuksa.
Przeszedłem się potem do Carrefoura. Przy wejściu dyskretna kontrola. Każdego, nie tylko mnie. A jednak Francuzi się boją. bardzo sie to kłóci z moim wyrobionym już poglądem na temat Francji, że jest to najbezpieczniejszy kraj w Europie. Tu nic ci złego słowa nie powie, jeśli nie zaparkujesz nie tak jak potrzeba, a jeśli jakiś gość zamierza zaparkować swe auto przed tobą i może przez to uniemożliwic ci wyjazd, to najpierw grzecznie zapyta, czy może tak zrobić. Ja jeszcze parę godzin pozostanę w Begles, ale stoję tak, że przede mnie nikt nie wjedzie, a i tyłu mi nie zastawi.
W tym Carrefourze kupuję ze euro siedemdziesiąt sześć dwie małe bagietki, chlebek tostowy (nieodzowny w podróży) i colę. Oczywiście płacę kasą, bo prawdopodobnie jest to zbym mała suma, aby płacic kartą. W Lidlu nie zapłaci się na przykład poniżej pieciu euro.
Takie ogromne centrum handlowe przeraża mnie. Nie żebym nie wiedział jak i gdzie podejść, coś wziąć i zapłacić, ale tyle towaru, że człowiek się gubi i zastanawia, po co to wszystko.
Wróciłem do auta i od razu wziąłem się za "Żeglarza" Szaniawskiego. Mam taki zbiorek jego dramatów. Wcześniej miałem inny, ale w tym, co mam teraz nie było właśnie "Żeglarza", "Adwokata i róże" oraz "Mostu". Szaniawskiego czytałem oczywiście wcześniej, ale dawno temu i lubię sobie wracać do tego, co kiedyś tam polubiłem. A Szaniawskiego lubię, tę przemożną tęsknotę za czymś nieznanym, odległym. Taki klimat z pogranicza rzeczywistości, baśni i snu odpowiada mi, choć pewnie w dzisiejszych czasach nie jest to literatura na "topie". Ale przeciez ja jestem z innych czasów, więc dlaczego nie spróbować Szaniawskiego.
Puściłem muzyczkę. Oczywiście France Musique. Najpierw jakieś francuskie piosenki kabaretowe, potem tańce wegierskie Bhramsa i jeszcze jakiś koncert skrzypcowy. Słucham wybiórczo, bo piszę i czytam "Żeglarza" na zmianę.
A wczoraj w Aire sur L'Adour, gdzie miałem załadunek, tuż przed nim, zobaczyłem w tej wiosce-miasteczku kościół z uchylonymi drzwiami. We Francji to rzecz niezwykła.
No i wszedłem, aby sobie porozmawiać.

[12.03.2016, Begles we Francji]

11 marca 2016

ROSOŁEK (szkic)

Pani Kronbach pojawiła się w drzwiach mieszkania pana Karola w chwili, kiedy opuszczał je jeden z młodych ludzi, którzy pobierali u pisarza naukę z dziedziny literatury. Wydawało się, że to zajęcie korepetytora - choć pan Karol nie lubił mówić o sobie korepetytor - dostarczało mu w przeważającej mierze środków na życie, w tym na utrzymywanie dochodzącej gosposi. Tantiemy z jego ostatniego zbioru nowel spływały w ratach, nieregularnie. Pan Karol dopominał się też, bez wielkich sukcesów, o wynagrodzenie za tłumaczenie dwóch krótkich opracowań krytycznoliterackich, natomiast pieniądze, jakie dostawał z organizowanych z nim sporadycznie wieczorów autorskich pokrywały zaledwie koszty podróży i najdrobniejsze wydatki, do których zaliczał zakup niewielu nowych pozycji książkowych. Każdemu bowiem wyjazdowi na wieczór autorski towarzyszyły wizyty jakie składał w antykwariatach i księgarniach.
- Pamiętaj, młodzieńcze, abyś kolejnym razem przychodząc do pana profesora nie trzaskał drzwiami - powiedziała pani Kronbach, choć oczywiście nie mogła wiedzieć, czy szczupły brunet w okularach zatrzasnąłby drzwi z hukiem, wzbudzając przestrach w oczach pana Karola, czy też zamknąłby je delikatnie; wszakże mijali się w drzwiach i to zadaniem pani Kronbach było przymknąć drzwi, nie robiąc przy tym hałasu, a następnie zaczepić je od wewnątrz łańcuchem. Pani Kronbach miała taki łańcuch przy swoich i nigdy nie wpuszczała ludzi do środka, zanim przez uchylone, lecz będące pod kontrolą drzwi, nie przekonała się, kim jest osoba stojąca na korytarzu.
Pani Kronbach pojawiła się w mieszkaniu pisarza bardzo późnym popołudniem, przynosząc z sobą ćwiartkę kurczaka, z którego zamierzała jeszcze tego wieczoru ugotować rosołek oraz słoiczek domowych, jeżynowych konfitur.
- Pani Kronbach - przywitał kobietę jeszcze w przedpokoju Karol - nareszcie możemy sobie pozwolić na coś więcej.
Kobieta po zawieszeniu palta (popołudnie było mokre, padało), spojrzała na pisarza wzrokiem, w którym pełno było niezrozumienia.
- Proszę pana, ja tam na wiele nie mogę sobie pozwolić. I nie chcę - dodała niemal natychmiast.
Przeszli do kuchni, a w prawej ręce pani Kronbach znajdowała się torba z zakupami.
- Pani Kronbach, od tego sympatycznego młodziana otrzymałem właśnie całe miesięczne wynagrodzenie za udzielane mu nauki. Ponieważ o ile dobrze pamiętam, w tym miesiącu uregulowałem pani wynagrodzenie, to oznacza, że ten dopływ, spodziewany zresztą, gotówki, mogę przeznaczyć na coś, co zadowoli nas oboje.
Kobieta usiadła na taborecie i położyła na stole torbę z zakupami.
- Nie jestem pewna, panie Karolu, czy to, co zadowoli pana, zadowoli również i mnie - odparła oschle. - Może by tak przeznaczył pan te pieniądze awansem na światło - zasugerowała.
- Jesteśmy w połowie miesiąca, droga pani Kronbach, zdążymy. Nie spodziewam się w najbliższym czasie bankructwa, choć nie ukrywam, że od nadmiaru gotówki nie puchnie mi głowa.
Najwyraźniej pan Karol w znakomitym był humorze, ale kto w nim by nie był w czasie, gdy przed chwilą wypełnił portfel banknotami.
- Proszę pana, przyniosłam dzisiaj konfiturę z jeżyn, którą dostałam przed miesiącami od znajomej - pochwaliła się pani Kronbach. - Znajoma sama zbierała jeżyny w lesie i sama przyrządzała konfiturę, dodając do owoców cukier w ilościach, które każdego zadowolą. Kiedy jutro przyjdę do pana z rana, będzie pan mógł ich skosztować ze świeżymi bułeczkami i masłem.
- Pani Kronbach, jest pani nieoceniona.
Kobieta wyjęła z torby półlitrowy słoiczek z konfiturą, szczelnie zamknięty i zwieńczony takim śmiesznym papierowym kapelusikiem przymocowanym do słoiczka przy pomocy gumki, i postawiła go na stole kuchennym
- A tutaj jest kurczaczek - wyjęła również ćwiartkę kurczaka, odwinęła z papieru i ulokowała w misce stojącej w zlewie a następnie nalała do miski wody. - Jak pan widzi, to wprawdzie ćwiartka kurczaka, ale sporej wielkości. Poprosiłam, aby ekspedientka wybrała mi jak największy kawałek.
Pan Karol z podziwem patrzył na tę sztukę drobiowego mięsa, które teraz pławiło się w zimnej wodzie, przeszedł głębiej do kuchni i zasiadł za stołem, mając teraz przed sobą kobietę przygotowującą warzywa do rosołu.
- To bardzo dobrze, pani Kronbach, że zdecydowała się pani zakupić większy kawałek. Rosół będzie dla nas obojga.
Pani Kronbach zaczynała już strugać marchewkę, a jej twarz zdradzała zaniepokojenie, którego nie zauważył siedzący przy stole mężczyzna.
- Dobrze pan wie, Karolu, że nie zwykłam jeść z panem obiadów. herbatkę wypić do ciasteczek… proszę bardzo, ale obiad?
- A cóż takiego złego jest w zjedzeniu wspólnego obiadu. Znamy się przecież tak długo…
- Jeszcze pietruszka, natkę skroję i będzie podana z koperkiem, pan lubi koperek, prawda? - pani Kronbach kontynuowała obieranie warzyw a w międzyczasie postawiła na gazie garnek wypełniony w trzech czwartych wodą. - Jeszcze tylko cebulkę do przypieczenia, aby rosołek był klarowny… no i ćwiartkę małej kapusty… a cóż to, mamy tylko włoską? No cóż, może być włoska. Ja tam lubię z włoską, a pan?
Kobieta kontynuowała swój monolog a pan Karol cierpliwie słuchał, potem przeszedł do pokoju, wyjął z szuflady biurka fajkę, napełnił ja tytoniem i zapalił. Powrócił wolnym krokiem do kuchni, a niebieski dymek z fajki unosił się wąskimi smużkami i rozwiewał. Siadł na poprzednim miejscu.
- A wie pan, że jak nie znoszę dymu tytoniowego, to ten z pana fajki mi nie przeszkadza. Lubię ten aromat.
Pan Karol trzymał fajkę w prawej, wyciągniętej przed siebie dłoni.
- Pani Kronbach, nalegam, aby pani wyraziła zgodę na wspólny obiad - odezwał się po chwili, tuż po pociągnięciu dymu z fajki.
- A pan swoje… już powiedziałam, nie zwykłam jadać z panem obiadu. Czyżby jakieś święto?
Pani Kronbach była najzwyczajniej w świecie zakłopotana, choć w samej propozycji wspólnego zjedzenia obiadu nie dostrzegła niczego zdrożnego.
- Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby mi pan wytłumaczył pana ostatnie zachowanie w stosunku do mnie. Najpierw nazywa mnie pan panią Kronbach, zadaje niedyskretne pytania, a dzisiaj mówi o czymś, na co oboje będziemy mogli sobie pozwolić, a teraz do tego ten obiad.
- Pani Kronbach, to wszystko nie jest tak bardzo skomplikowane, jak się pani wydaje. Mam nadzieję, że przemyślała pani to, o czym rozmawialiśmy wczoraj.
- Ależ jest pan uparty - pani Kronbach wrzuciła właśnie ćwiartkę kurczaka do podgrzanej wody, a następnie włożyła do garnka warzywa. Na garnku położyła pokrywkę, wyregulowała płomień palnika, aby nie był ani zbyt niski, ani za wysoki. - Wprawdzie nic a nic pana nie rozumiem, ale zostanę na obiedzie u pana. W końcu to ja go przyrządzam.
- Cieszę się bardzo - pan Karol aż zaciągnął się fajkowym dymem. - Pani Kronbach, czy pani w swoim wieku wyobraża sobie bycie gosposią do śmierci? Przepraszam, powinienem powiedzieć: do emerytury.
- Nie zastanawiałam się nad tym, panie Karolu, ale jeśli chodzi o ten poważny związek, o który pan mnie pytał, to chyba pan sobie nie wyobraża, że ja mogłabym przez chwilę pomyśleć, że pan… to znaczy, że pan i ja….
Pogubiła się w tym wszystkim.
- Pani Kronbach, proszę źle o mnie nie myśleć. Najlepiej będzie, jak porozmawiamy o tym przy jutrzejszym obiedzie.
Kiedy skończył palić, pani Kronbach na drugim palniku postawiła czajnik z wodą, bo miała ochotę napić się z panem Karolem herbaty.
- Do herbaty znajdą się jakieś ciasteczka - pomyślała. - To pewnie przez ten fajkowy aromat - mówiła do siebie, a woda w garnku z ćwiartka kurczaka i warzywami zaczęła delikatnie bulgotać.

[11.03.2016, Pau i Begles we Francji]

PRZEZ GASKONIĘ

Nareszcie rozpogodziło się. Wracam z Pau pod Nantes niemal tą sama drogą przez gaskoński park narodowy. Trasę tę przemierzyłem dwa dni temu w nocy. Było chłodno i siąpił deszcz, a jadąc przez teren parku napotykałem na drodze pojedyncze i w parach wałęsające się poboczami drogi sarny. Nie będę przekonywał, że taki niespodziewany kontakt z tymi zwierzętami jest niebezpieczny. Wolałbym nie próbować. Za dnia sarny przebywają w leśnej głuszy.
Lasy gaskońskie, dochodzące niemal do samego Atlantyku są pokaźne i swoją powierzchnią pewnie przekraczają te z okolic Gien i Blois w centralnej Francji. W tym miejscu niech wolno mi zauważyć, że polskie lasy na tle francuskich wypadają okazale: dobrze utrzymane, różnorodne, z ogromną ilością nasadzeń są prawdziwym naszym skarbem. We Francji lasy w znacznej mierze są przeeksploatowane. Dotyczy to również tych w Gaskonii. Zwraca uwagę generalnie brak porządku i przynajmniej od drogi wyglądają jak zapuszczone, przypominają niby puszczę, lecz dominuje tu raczej drzewostan młody, niewysoki, a bywa że skarłowaciały.
Południe Gaskonii wydaje się być jednym z najuboższych regionów Francji. Przemysłu niewiele, także mnie turystyki niż w Bretanii czy Normandii. Natomiast im dalej na północ, po Bordeaux, infrastruktura przemysłowa staje się coraz bardziej widoczna. 
Ale Gaskonia to przede wszystkim wina, słynne Bordeaux w tysiącu odmianach, z tysiąca i jednej plantacji zachwycają smakiem ale i ceną. Kilkusetletnia tradycja hodowli winogron priocentuje.
 Pomimo tego, że tegoroczny marzec jest wyjątkowo mokry, południe Gaskonii jest krainą suchą, o czym świadczą liczne tablice informujące o tym, aby nie rozniecać ognisk. Podobne tablice widziałem jedynie jadąc wybrzeżem Morza Śródziemnego. 
Ozdobą krajobrazu tej krainy oprócz winnic są niewątpliwie konie. Przejeżdżałem przez niewielkie stadniny, położone tuż obok drogi. Mam nadzieję, że ta poprawa pogody ma jakiś związek z wyżem azorskim, co by oznaczało, że powoli będziemy się żegnać z zimą, nie tylko we Francji ale w całej Europie.

[11.03.2016, Begles we Francji]

KOLEJNA PEREŁKA LADISLAVA FUKSA

Jestem w trakcie czytania kolejnej powieści Ladislava Fuksa „Śledztwo prowadzi radca Heumann”. Na wątkach tej opowieści Tadeusz Chmielewski nakręcił onegdaj film „Wśród nocnej ciszy”, niezły zresztą, lecz, jak się okazuje, nie jest on wierną ekranizacją książki tego znakomitego czeskiego pisarza.
Powieść Fuksa jest wyborna, powiedziałbym znakomita. Wątek kryminalny opisany z wielką precyzją i starannością (historia trzech morderstw dokonanych na dzieciach) splata się z narastającym konfliktem pomiędzy ojcem - inspektorem Heumannem, prowadzącym śledztwo, a jego synem Vikim. Finał będzie tragiczny (być może taki sam jak w obrazie Chmielewskiego) ale nie zaglądam na ostatnie strony.
Osobiście oprócz zajmującej fabuły (powieść czyta się doskonale - być może wymusza je ciekawy wątek kryminalny) interesuje mnie sposób w jaki autor prowadzi narrację. Fuks jest niezrównanym mistrzem prowadzenia narracji. Fascynuje mnie ten jakże charakterystyczny dla niego środek stylistyczny, jakim się posługuje. Jest nim powtórzenie, powtórzenie pewnego wątku akcji, rozmowy, które pojawia się podczas relacjonowania ich przez poszczególne postaci. Jest też w tej powieści ważna postać kamerdynera pana Heumanna, który często relacjonuje Vikiemu bieg toczącego się postępowania poszukiwawczego sprawcy zbrodni. Kamerdyner objaśnia ponadto niektóre zachowania radcy Heumanna, jak i też na podstawie własnych przemyśleń i doświadczenia życiowego próbuje przestrzec chłopca przed wikłaniem się w konflikt z ojcem. Postać kamerdynera jest dla Fuksa do tego stopnia ważna, że opisując jakąś istotną sytuację, ot choćby służbowe rozmowy radcy z jego podwładnymi, autor przywołuje kamerdynera, który ‘gdyby był uczestnikiem takich rozmów, powiedziałby to i to”…. To bardzo ciekawy zabieg formalny.
Inny przykład, pozornie błahy, ale znamienny dla twórczości autora „Palacza zwłok”. Viki w swoim pokoju za kotarą ma umywalkę. Jest to cytrynowa umywalka i Fuks nigdy o niej nie napisze, nie określając jej - „cytrynowa”.
Albo jeszcze inna zabawa słowna. W powieści występuje inspektor Seibt, most w mieście nosi miano Seibta, jest pomnik Seibta, Seibt to także sławny poeta. Fuks świadomie pisze, że ta nazwa, to nazwisko, znalazło się w świecie przedstawionym opowieści absolutnie przypadkowo. Oczywiście nie jest to przypadkowe, a ma zadanie przykuć uwagę czytelnika, może wprowadzić go w zakłopotanie, a może jest to po prostu swego rodzaju żart, gdyż w powieściach, nawet tych obfitych w występujące w niej postaci, autorzy starają się nie powielać imion i nazwisk, aby ułatwić czytelnikom odbiór literacki.
Od strony czysto warsztatowej podziwiam Fuksa za jego precyzyjną, przemyślaną narrację, prowadzącą w tej i innych powieściach (jak choćby w „Palaczu zwłok”) do niezwykłego, zaskakującego zakończenia powieści, przez co zostaje ona trwalej zapamiętana.

[11.03.2016, Pau we Francji]

WIOSNA ZWLEKA

Nie wiem jak w Europie, ale w całej niemalże Francji, z wyjątkiem może wybrzeża Morza Śródziemnego, wiosna nie może się obudzić. Na przeważającym obszarze kraju, od Lotaryngii, Alzacji i Pikardii po Pireneje deszcze, ciągłe i przelotne, a słońca jak na lekarstwo. Dodatkowo opadom czasami towarzyszy silny wiatr, a temperatura, nawet w najcieplejszej porze dnia, gdy wychyli się słońce, nie przekracza siedmiu-ośmiu stopni. Loara rozlewa się, podtapiając łąki i niżej położone zabudowania. Podobnie z innymi rzekami. To jeszcze nie powódź, ale w niektórych miejscach sytuacja staje się niebezpieczna. W Alpach i Pirenejach, w wyższych partiach - śnieg. Pogoda nużąca, choć powolutku w Normandii i w centralnej części kraju zaczyna się robić zielono, a na plantacjach winogron widać aktywność rolników.
Jadąc z Normandii do Pau, niemal pod granicę z Hiszpanią, sądziłem, że im dalej na południe, tym cieplej, tymczasem w samym kilkanaście kilometrów przed miastem (to już Pireneje Atlantyckie, jeszcze nie góry, niewiele ponad 250 metrów ponad poziom morza) spadł nad ranem śnieg. Oczywiście stopił się zaraz, lecz pozostawił po sobie ślady. Przez większą część dnia pada i nie ma co na postoju wychodzić z auta. Cały niemal dzień spędzam na parkingu z powodu braku kursu. Przypałętał się jakiś brązowej maści, spory pies w czerwonych szelkach. Stoję przed E’Leclerkiem i domyślam się, że pies ma właściciela, który pozwolił sobie zrobić zakupy, zostawiając psa uwiązanego przed marketem. Ten z kolei pozbawił się uprzęży i wybrał, jak widać, moje auto. Zaczął szczekać donośnym barytonem, a ponieważ siedzę na środkowym siedzeniu w kabinie, aby mnie zobaczyć, co i rusz zabawnie podskakuje, podglądając mnie i sygnalizując swoją obecność. Bez trudu odgaduję zamiary psa. Domaga się jedzenia. Chcąc nie chcąc, rzucam mu kawałek wydobytego z puszki pasztetu. Ale to tylko zakąska. Pies nie rezygnuje z dalszych, gorączkowych prób naciągnięcia mnie na darmowy obiad. W końcu smaruję pasztetem dwie kromki chleba i wyrzucam mu je przez okno. Nie pozostawia okruszynki. W końcu po wielu negocjacjach, trudnych, bo prawdopodobnie pies nie rozumie polskiej mowy, sympatyczny głodomór w czerwonych szelkach odchodzi.
Mam internet i wchodzę na fejsbuka, na bloga; szukam informacji o tym, co się dzieje w kraju. A co się miało dziać? Patologia. Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Uciekam z onetu. Wstyd czytać o kraju, który w tak szybkim tempie przestał być moim krajem, choć oczywiście przewidziałem to wszystko, ale marna to dla mnie satysfakcja.
Z Pau widać wysokie, ośnieżone szczyty Pirenejów. Pięknie to wygląda.

[10-11.03.2016, Pau we Francji]



MUZYCZNIE PODCZAS KOLEJNEJ PODRÓŻY

Po raz kolejny będzie muzycznie i przebojowo. Tym razem na bieżąco, z Francji. Znów twardy dla mnie orzech do zgryzienia, bo staram się wybierać z tego, czego akurat słuchałem i co uwagę moją - muzycznie zmysłową przykuło.
Na pierwszy ogień posyłam koncert skrzypcowy na dwoje skrzypiec D-moll [1043] Jana Sebastiana Bacha w wirtuozowskim wydaniu Dawida Ojstracha  i Yehudi Menuhina. 
Juz sama muzyka tego genialnego kompozytora wszechczasów powinna zachwycać swoim kunsztem, harmonią i niezwykłą siło pobudzania nie tylko muzycznej wyobraźni. W zamieszczonym muzycznym obrazku partie solowe skrzypiec wykonują dwaj wspaniali, a może i najwięksi wirtuozi tego instrumentu. Warto posłuchać.


Druga propozycja jest zgoła odmienna i zawiera pewien subtelny wątek biograficzny, zwiazany z postacią ojca piszacego te słowa. Chodzi tu o "arię Nadira" z opery "Poławiacze pereł" Georgesa Bizeta, sławnego kompozytora francuskiego, twórcy "Carmen". 
Przyznam szczerze, że muzyka operowa nie jest moim ulubionym gatunkiem, zwłaszcza w kontekście cokolwiek przestarzałej, moim zdaniem, formy jesli chodzi o całość dzieła. A jednak poszczególne partie operowe w postaci właśnie arii, które każdą z oper wyróżniają i to głównie dla wysłuchania tychże ludzie zaludniaja sale teatrów muzycznych, te partie solowe, wykonywane niejako oddzielnie, potrafią zachwycić. A w jaki sposób "aria Nadira wiąże się z postacia mojego ojca? Otóż mój ojciec nie miał wykształcenia muzycznego, nie miał, jak by to powiedziec muzycznego przygotowania, ani też predyspozycji do gry na jakimkolwiek instrumencie. Lubił jednak od czasu do czasu posłuchać sławnych arii i ta, zamieszczona poniżej, w wykonaniu Wiesława Ochmana (to jego ulubiony wykonawca, oprócz Caruso, Kiepury i Ładysza), była jego ulubioną. Bardzo wzruszająca, tragicznie sentymentalna. Warto posłuchać.



Trzeci utwór, jaki pragnąłbym zaprezentować to monumentalne i chyba najsławniejsze dzieło rozyjskiego kompozytora Modesta Musorgskiego - "Obrazy z wystawy", tutaj w wykonaniu filharmoników wiedeńskich pod dyrekcją niesamowitego Walerego Giergiewa.
To niezwykłe i bardzo różnorodne w tempie, nastroju i obrazowaniu dzieło powstało z inspiracji akwarel i rysunków Wiktora Hartmanna, na zoragnizownej w roku 1874 wystawie. Orkiestrową wersję "Obrazków" zawdzięczamy Maurycemu Ravelowi. 
"Obrazki z wystawy" to przykład impresjonizmu w muzyce. Jest to dzieło na wskroś współczesne, wybiegajace ponad ramy czasowe okresu w jakim powstało, zapewnie trudniejsze nieco w odbiorze niz muzyka Bacha.
Zamieszczony poniżej fragment utworu, wykonywany przez znana na całym świecie orkiestrę w wersji do oglądania ma, moim zdaniem, pewien defekt polegający na umieszczeniu w nagraniu scen baletowych, nie przystajacych ani do muzyki Mousorgskiego, ani też do samych obrazków, jakie ta muzyka opisuje.
Cóż, prawdopodobnie projektantom przedstawienia chodziło o poszerzenie oddziaływania widowiska muzycznego o elementy baletu. Nie jestem co do tego pomysłu przekonany. 




[11.03.2016, Pau we Francji]