Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

10 grudnia 2015

SCHERZO

Raz i dwa,
czy ty jesteś ta,
co w tańcu zakwita
drżącym dzwoneczkiem konwalii?

A może ty,
trzy i cztery
listkiem osiki jesteś,
co wzbudza uśmiech szczery?

A gdyby tak, pięć i sześć,
chciałoby się ciebie zjeść
jak kalafiora biały kwiat,
dumny jak pięść?

Być może osiem albo siedem,
doprawdy nic już nie wiem, nie wiem,
a jeśli to maku czerwień,
tej sukni w tańcu pląs?

A po dziewięciu dziesięć;
ktoś w niemalowane drzewo puka,
oczy otwieram, odwracam się… szukasz już?
szukam, szukam!

Gdzieżeś mi uciekła tancerko, do cholery?
A… tam jesteś… a liczba twoja - czterdzieści cztery.

[Esztergom, na Węgrzech, 07.12.2015]

08 grudnia 2015

COŚ DLA DUSZY I CIAŁA

W kawiarence w te listopadowe i grudniowe popołudnia i wieczory ciepło przytulało się do każdego, kto zechciał przekroczyć jej progi. A to szczególne ciepło miało tę specyficzną cechę, że nawet gdyby w kawiarnianych pokojach nie palono, to i tak nie zaznano by w nich chłodu; ten pozostawał na ulicy, a we wnętrzu letnie powiewy emanowały z każdego ciała i duszy zawsze mile widzianego gościa.
Pani Zofia Koteńko zapraszała na filmowe i teatralne seanse młodzież, którą douczała, ale też i inni z tej przyjemności korzystali. Przy herbacie, kawie, ciasteczkach, ale też poważniejszej dla ciała strawie (wszakże wiadomo było, że obiadowe i kolacyjne dania na równi ze słodyczami oferowano) oglądano to, czego w żadnej telewizji nie zobaczysz.
Razu pewnego po zakończonej sukcesem „Dziadów” prezentacji, pani Zofia wpadła na pomysł taki, że w grudniu w kawiarence „Pan Tadeusz” będzie czytany przez nią, przez młodzież i przez innych gości, którzy głosem dysponują nie od parady. Umyśliła sobie, że na każdy wieczór jedna księga przypadnie, zaś ostatni seans odbędzie się w przeddzień Adamowego święta, aby tym sposobem uczcić wieszcza pamięć. 
Tak i do tych czytań przystąpiono, a każdy z lektorów przed publiczną prelekcją miał zadanie przygotować się należycie, aby nie ubliżyć poematowi jąkaniem albo inną językową herezją. Niektórzy dzielili mickiewiczowskie księgi na dwoje; inni gotowi byli sami zmierzyć się Soplicowem. Doszło do tego, że pani Zofia, autorka pomysłu, ledwie połowę księgi pierwszej na początek odczytała, albowiem chętnych było tak wielu. A ci, nazwijmy ich tak: przypadkowi goście, kiedy do kawiarenki zachodzili, degustując dania, dziwili się przedsięwzięciu, lecz chociaż ową degustację zakończyli, nie omieszkali pozostawać aż do końca księgi, jaką ich tutaj raczono.
Kawiarennik był w kolejności drugi i za panią Zofią pierwszą kończył  księgę; na czytanie całej się nie odważył, bo głos miał nieco podupadły po niedawno przebytym przeziębieniu. A jednak udało mu się nie podpaść za bardzo miłośnikom recytacji i nawet nieśmiałe otrzymał oklaski po swoim wystąpieniu. 
Pan Adam oprócz tego czytania miał jeszcze w zanadrzu inny pomysł, który z nastaniem grudnia począł realizować. Zanim jednak do niego przystąpił, zebrał najbliższych przyjaciół: mecenasa Szydełkę, inżyniera Beka, doktora Koteńkę, redaktora Pokorskiego, starego pisarza i pana radcę Kracha (choć ten z wiadomych powodów ostatnimi dniami rzadziej się pojawiał w kawiarni) i objaśnił miłemu towarzystwu swoją chęć przyjmowania w kawiarence obiadem tych wszystkich obywateli miasteczka, którym się w życiu nie przelewa albo wręcz już im się przelało.
- Panowie - wyrzekł kawiarennik - mnie w końcu nie ubędzie tak wiele, a ile tym sposobem zyskam, tego nikt nie zgadnie.
- Wiedziałem, przyjacielu - odezwał się mecenas Szydełko - że wpadniesz na taki pomysł, lecz nie życzę sobie, abyś odrzucił naszą pomoc. Wszak mamy stowarzyszenie, a redaktor Pokorski w każdym numerze tłustą czcionką podaje numer konta, na który spływają pieniądze od zacnych obywateli miasteczka i okolic. Obraziłbym się ciężko, abyś wzgardził naszą pomocą.
- To prawda, panie Adamie - dostał się do głosu pan redaktor „Naszego Głosu” - paczki świąteczne i bezpośrednia pomoc najuboższym to jedno, ale i na wspomożenie twojej kuchni też zostanie.
Milczący doktor Koteńko przytaknął śmiało głową; inżynier Bek niemal dłońmi przyklasnął, zaś radca Krach ni z tego, ni z owego położył na blacie stolika setkę. 
Kawiarennik nie śmiał nawet dyskutować z przyjaciółmi, poczuł się milej i raźniej, choć zadręczała go jedna myśl, z którą samemu poradzić sobie nie potrafił.
- Wdzięczny jestem za tak obiecujące wsparcie, lecz zastanawiam się nad tym, w jaki sposób ogłosić światu, że kawiarenka zaprasza na sytny posiłek każdego dnia bez konieczności zapłaty. Nie chciałbym urazić ubogich, że usiądą przy stołach z innymi, co za konsumpcję płacić będą.
- Ja ciebie rozumiem, przyjacielu - ozwał się radca Krach - ale to pestka. Wprowadzisz pan bony i tym sposobem korzystający poczują się równouprawnionymi gośćmi. Ale, broń Boże, nie sadzaj ich w jakichś szczególnych miejscach jedynie dla nich przeznaczonych, aby nie czynić ich gorszymi od innych.
- Tak i ja pomyślałem, panie radco.
- A ja to w naszej gazetce tak pięknie opiszę - zapewnił stary pisarz - że każdy obywatel miasteczka zrozumie, iż ubóstwo ciała nie oznacza utraty bogactwa duszy, zaś jaki los oczekuje na naszą przyszłość, trudno dociec, natomiast dzielić się z potrzebującymi to nasz wspólny obowiązek… wszak w gazetce o tym sam napisałeś.
I tym sposobem doszło z nastaniem grudnia do owych obiadów o godzinie piętnastej serwowanych. Początkowo niewiele pojawiało się osób, tych śmielszych, choć wielce zmieszanych, wątpiących, niepewnych, lecz bez dwóch zdań ciekawych, co też się kryje za tą przekazywaną medialnie i z ust do ust ofertą. Na samym progu witała ich kawiarenkowa Maria, witały dwie rodzone siostry zakonne, wtajemniczone w przedsięwzięcie, a że owo powitanie nie różniło się od tych, jakich doświadczają pozostali goście, pierwsi ubodzy ciałem a bogaci duchem poczuli się tak, jakby odwiedzali kawiarenkę nie od dzisiaj.
Stało się zatem tak, jak to sobie kawiarennik wymarzył. Oto wypełniał swój miły obowiązek. Nie dość, że karmił, to i też przysiadał się do nowych biesiadników, słuchając ich gorzkich opowieści, których nie życzyłby nikomu, a osładzał je nie tylko podawanym do obiadu ciastem, lecz również życzliwym słowem, które często więcej znaczy niż wypełniony po brzegi żołądek.
Gości z dnia na dzień przybywało, choć może nie stanowiły sobą tłumu, to jednak ta całkiem spora grupa obywateli miasteczka dawała i kawiarennikowi, i jego przyjaciołom wiele do myślenia. A co niektórzy z nich do późnego wieczora zostawali, przysłuchując się recytacjom „Pana Tadeusza” lub oglądając ruchome obrazy, a pan radca Krach to w pewnej chwili w swoim własnym stylu mówienia przemówił do kawiarennika takimi oto słowy:
- A ja myślę sobie, panie Adamie, jak to by pięknie było, gdyby każde miasteczko zakwitło takimi właśnie kawiarenkami. Dopieroż mielibyśmy do czynienia z prawdziwym ociepleniem klimatu.


[Esztergom, na Węgrzech, 06.12.2015]

PORNOGRAFIA

https://www.facebook.com/tvnszkola/videos/765621583541785/?fref=nf

Może ten powyższy się nie otworzy, bo to z fejsbuka... więc może ten:


choć właściwie to nie powinienem publikować pornograficznych treści.
A pewnie, że celowo użyłem określenia "pornograficznych", aby jednak zachęcić do kliknięcia w zamieszczone linki, bo zakazane czy intrygujące - kusi. Wobec powyższego, jeśli ktoś najpierw czyta to, co piszę,m a dopiero później otwiera linki, jeszcze jedno pokuszenie: tam jest coś gorszego niż pornografia.
A ja obejrzałem ten zwiastun, tylko zwiastun, gdyż obejrzenie całości bez solidnego dopalacza to zbyt wymagające dla mnie wyzwanie.
Zastanawiam się jedynie i aż nad tym (w kontekście tego, co pod linkami się ukrywa) kim jest człowiek, co ów "serial dla milusińskich" stworzył? jakimi względami się kierował? Ba, interesuje mnie też to, w co się w dzieciństwie bawił, kto go piersią karmił i ku człowieczeństwu wychowywał; nadto, jakie mądre księgi czytał, jak dorastał i jak człowiekiem dzień po dniu się stawał, i czy w końcu tym człowiekiem się stworzył?

[Dobrzelin, dn. 08.12.2015]

PRELUDIUM

Oto w żywioną jedynie sennym obrazem
krainę wkroczyłem o bezbarwnym poranku,
doznając uczucia, że znów jesteśmy razem:
ja i ty, domie mój dawny, siadłem na ganku

świątyni mojej - najmilsza i upragniona,
zapraszasz rozwartymi okien ramionami
tego, co w życiu zbłądził, lecz jeszcze nie skonał
i pragnie przepłynąć je raz jeszcze, nie snami

zatruwać wyobraźnię chętną opowieści
o podróży w nieznane kraje - ja powrotu
pragnę i dawne czasy cnym słowem wypieścić
dla tych, co spodziewali się wyższego lotu

po mnie, gdy tymczasem wspiąłem się i upadłem,
i ponownie wdziewałem skrzydła, i znów klęska,
i łańcuch do skały, i kruk karmi się sadłem
moim; usta zaciskam, łza to rzecz niemęska.

Tutaj jestem, w ojczyźnie wczesnego wzrastania.
Poznaję miejsce, gdzie kamień mchem przyprószony,
gdzie jesion w bezwietrzną pogodę się kłania
mojemu powrotowi; choć życiem zmęczony,

a widział wiele i gdyby dano mu mowę,
swoimi opowieści toczyłby wspomnienia,
a każda z nich przenicowana ciepłym słowem,
co złego nie pamięta lub zło w dobro zmienia.

Witajcie mi, których znałem i opuściłem,
w świat daleki, jak syn marnotrawny, bez słowa
brnąc w nieznane, skuszony życia tanim winem,
co rozum mąci i puchnie od niego głowa.

Do tych wszystkich, których w pamięci nie pomieszczę,
którzy mnie znają, lubo nie poznają wcale,
odrzucę podłe myśli i słowa złowieszcze, 
zanucę poemat z marzeń, co tak niedbale

rozrzuciłem po świecie, czyniąc srogi zamęt
w sercu, co ledwie oparło się skurczom mięśni,
pokonując słów miernych rozlany atrament,
aby po raz kolejny narodzić się w pieśni.
(...)

[Esztergom, na Węgrzech, 06.12.2015]

BASIA

Bezśnieżny, mglisty i kapryśny grudzień rozlał się po całym świecie, sięgając również ulicy Słonecznej, gdzie kawiarenka stała niewzruszona chłodem i wilgocią. W Ciżemkach podobnie: biały a poszarzały całun chmur przedzimowych zwisał upiornie nad krainą łąk, pól i lasów, lecz w jednym domostwie tę burą ćmę rozświetlały światła przedwieczoru. Nie mogło być inaczej, skoro w samo południe dotarł był do onego leśnego domku samochód radcy Kracha, którym z małżonką przyjechał, aby pokłonić się dziecięciu, co przed dwoma dniami na świat się dostało, a dzisiaj, tuż przed południową porą przemieściło się wraz z matką i ojcem swoim ze szpitalnego niewielkiego posłania, aby zamieszkać w swojej i rodziców posiadłości.
Anna poród zniosła znakomicie, jakby przywykła do rodzenia, choć przecież powita dziewczynka była pierwszym dzieciątkiem, jakie na świat wydała. Wołodia tłumaczył ową szybkość i nieskomplikowanie rozwiązania tym, że Anna przywyknąwszy wszakże do niewygód syberyjskich wycieczek, do spełnienia się jako matka łatwiej przygotowaną była. Leżąc obok maleństwa, które jej podano, sił miała tyle, że nic tylko ubrać się natychmiast chciała i powędrować z mężem i dzieciątkiem do domu, i ledwie położnej udało się ją przekonać, że za wcześnie dla niej, aby na równe nogi wstać, choć widać, że matka jak sarna zdrowa.
Wołodia cieszył się z dziewczynki i chociaż onegdaj marzył sobie zostać ojcem syna, to przecież natychmiast sobie to marzenie wybił z głowy i nawet żałował tych myśli, gdy tylko córkę zobaczył, pulchniutką, z krągłymi oczkami i perkatym noskiem, który delikatnie ucałował.
Została dziewczynka Barbarą, albowiem o pierwszej w nocy, w dzień świętej Barbary na świat gładko przyszła. Zaraz też w szpitalu się zjawił Wołodia, zły na siebie, że o dwudziestej drugiej dnia poprzedniego do domku leśnego pojechał, gdyż oznajmiono, że na dziecko zaczekać mu przyjdzie jeszcze dobę. A tu masz, pospieszyła się Basia zaczerpnąć swojskiego powietrza, pospieszyła. 
Radca Krach z małżonką napatrzyć się na wnusię nie mogli, a jakie miny do dziecięcia stroili, jakimi słowy komentowali wdzięczną postać Basi, tego opisać nie sposób. Kiedy tak patrzyli z miłością na kontynuatorkę rodu, kiedy się z nią przekomarzali ilekroć miała otwarte oczęta lub buzię skorą do wydawania przemiłych wrzasków, Wołodia po raz kolejny z syberyjską swoją matką rozmawiał przez telefon, a łzy płynęły mu ciurkiem po policzkach, choć był to chłop na schwał, co wzruszenie swoje ukrywał przed światem.
Nie upłynęła godzina, kiedy w leśnym domku pojawili się Joanna z Piotrem, Anny i Wołodii najbliżsi sąsiedzi. Ci również dzieckiem zauroczeni byli, a przynieśli z sobą jakieś kaftaniki i sweterki różowe, jakieś grzechotki do zabawy, kocyk mięciutki, aby uczcić w ten sposób to nowo powstałe życie. Patrzyli na Basię takim ciekawym, poważnym, by nie powiedzieć zazdrosnym wzrokiem, lecz patrząc w ten sposób, nic do siebie nie mówili, choć w ich oczach, jeśli kto uważnym jest obserwatorem, niejedno można było wyczytać.
I tak do późnego wieczora państwo Krachowie i przyjaciele z sąsiedztwa raczyli się rozmową i kolacją, którą pani Krach z Joanną przygotowała, nie chcą trudzić Anny, gdyż ta poświęcała się karmieniu małej Basi… 
- Ech, doprawdy nieziemski apetyt ma ta nasza wnusia - wyrzekł pan radca - po mnie, dalibóg, po mnie go odziedziczyła.

[Esztergom na Węgrzech, 06.12.2015]

SKĄD SIĘ WZIĘŁO JABŁKO?

Najzwyczajniej w świecie siedziałem sobie, a piecyk rozgrzany był do czerwoności, bo kiedy rozżarzony grysik podsypałem miałem, ten drugi odezwał się wybuchem i zaraz zapłonął, a ogień nie miał gdzie uciekać, więc wdarł się do rury i stamtąd do komina, aż podpalił sadze. Wybiegłem na tę słotę, na deszcz ze śniegiem, co zdążył już pokryć mazią asfaltową szosę, aby zobaczyć te płonące iskry, co trysnęły purpurowym snopem… i rzeczywiście rozbłysły fajerwerki jak stada meteorytów rysujące czarny, przydymiony nieboskłon, ociekający srebrzystobiałą pomadką wilgoci. Wybiegłem i od razu zmokłem jak wykopany na powietrze, przymierający głodem kundel, i właśnie wtedy zobaczyłem ostre światła auta mknącego lotem błyskawicy, i usłyszałem potężny plusk, i niemal na sobie poczułem rozbryzgi śniegowego błota, i usłyszałem czyjeś przekleństwo, a  z ciemności wyłoniła się zjawa, która musiała być kobietą; po tembrze głosu poznałem; więc kierowała się w moją stronę, a w obu rękach trzymała torby wypchane, ciężkie pakunki. Słyszałem wciąż złorzeczenia na tego kierowcę, który nie śmiał zwolnić wjeżdżając w najgłębszą z kałuż; a ona… ona teraz przemoknięta, zalana wodą, pewnie brudna, zziębnięta…
- Proszę wejść do środka - zawołałem, a lunęło jeszcze bardziej, rzekłbyś, że rozlał się po świecie potop, że chmury przebiły tamę i runął z wielką mocą wiatr, który rozpętał błyskawicę i zaprosił do tej apokalipsy grzmoty tak potężne, że wszystko, co żyło na świecie, cała natura pochyliła się i w tym skurczu zastygła jak powalony solny głaz, który nie przedstawiał teraz sobą niczego innego tylko rumowisko.
A tam, w tym moim domku, w tej stróżówce, chłostanej wodną zamiecią, palił się ogień, połykając rozgrzane do czerwoności węgle, zamieniając czarny pył w gwiaździste jaskry, a nade wszystko wnętrze tej skromnej budowli kipiało wrzątkiem ciepła, które dzielnie przeciwstawiało się agresywnemu chłodowi nocy.
Przedostawała się przez próg z tym odwiecznym trudem człowieczeństwa, z tym bólem, jakiego okrutny los nie szczędzi człowiekowi, zanim ostatecznie skaże go na śmierć sprawiedliwą. Trzymałem w dłoniach drzwi, podtrzymywałem je całym ciałem, aby nie znalazła się w potrzasku, aby w końcu posmakowała ciepła, aby ogrzała się żarem roztopionego do czerwoności pieca i kiedy weszła nareszcie, kiedy pozwoliłem drzwiom zatrzasnąć się za nami, ujrzałem jej zatroskaną twarz, upiornie potargane na głowie włosy, przemoczone i brudne palto, jakąś niewyżętą sukienkę, buty, z których wypełzała woda po każdym stąpnięciu.
Drżenie jej przemokniętego ciała wtórowało wibracjom wiatru za oknem, pastwiącego się nad rodzajem ludzkim i zwierzęcym. Nie mogłem znieść tego drżenia i wskazałem na koc okrywający tapczan, będący moim jedynym wypoczynkiem. Odwróciłem się i czekałem tak długo, aż poczułem na plecach jej dłoń, zezwalającą na to, abym mógł zasiąść przy stojącym pod oknem biurku. Jej nagie ciało owinięte było w koc, a na sznurze rozciągniętym pomiędzy szerszymi ścianami stróżówki wisiało jej ubranie, z którego opadały na podłogę wielkie krople wody.
- Szłam do swoich dzieci - wyjaśniała - dobrzy ludzie podarowali mi jabłka, pomarańcze, czekoladę i książki… chciałam być takim Świętym Mikołajem - tłumaczyła.
- Wieleż ich masz? - zapytałem, a ona na to, że ma całe stado dzieci, którym co roku przynosi prezenty, nie tylko z okazji świąt, bo dobre wróżki nie dbają o święta, których same nie mają, lecz każdego dnia muszą pamiętać o podarkach dla innych.
Nigdy nie miałem do czynienia z wróżkami, choć wyobrażałem je sobie jako piękne, urodziwe niewiasty, jeśli nawet nie młode, to grzeszące ponadprzeciętną urodą. Ona na taką wróżkę nie wyglądała: twarz miała przeciętną, smagłą, zoraną zmarszczkami, nos nazbyt pulchny, oczy niewielkie, zamglone szarością, podbródek nadmiernie ostry, a włosy bezradnie niezgrabne w kolorze brunatnej, nieco przybrudzonej ziemi.  
- A ty co tutaj robisz? - zapytała i przestawała drżeć, a głos jej był ciepły, matowy, nie lukrowany; głos kobiety ani starej, ani młodej; szeleścił słodko i tak jakoś przymilnie, i mogłem tego głosu słuchać bezustannie, i szczycić się tym, że go poznałem.
- Ja tutaj jestem, żyję, pracuję, trwam, pilnuję - odpowiedziałem - jestem strażnikiem czasu, opłacanym pokarmem, jaki do mnie znoszą, abym jeszcze trochę sobie pożył i z posterunku nie schodził… zresztą i tak nie mam dokąd pójść, nie mam dzieci, które mógłbym obdarowywać a i sam nie mam przez kogo być obdarowanym. Jesteś pierwszym człowiekiem, który przyjął moją gościnę, bo ci, którzy mnie karmią, pozostawiają jedzenie na ławce obok stróżówki; nie widziałaś jej, bo pochłonęła ją ciemność.
- Nie widziałam - przytaknęła - jesteśmy tak bardzo do siebie podobni.
Cieszył mnie jej głos, cieszyła jej obecność. Dotąd przebywałem z własnymi myślami i nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak to jest, gdy można słuchać nie swojego głosu.
- Mogę? - zapytała chwytając palcami kostkę cukru leżącą z innymi na rozłożonej kartce papieru - tylko tę jedną kostkę cukru.
- Ja też przed snem biorę do ust kostkę cukru, aby sny były słodsze - powiedziałem zdumiony tym, że nasze przyzwyczajenia są podobne.
- Bardzo, bardzo chce mi się spać - oznajmiła, a ja wskazałem wzrokiem mój tapczan, którego wklęsłości dopasowane były do mojego ciała - a ty?
- A ja dołożę do pieca, abyśmy budząc się nad ranem, nie czuli zimna.
Obudził mnie chłód. Wstałem z posłania i podszedłem do piecyka, w którym żarzył się jeden jedyny węgielek. Zwinąłem dłonie w trąbkę i z wielką ostrożnością dmuchałem na ten węgielek, a kiedy zabłysnął jęzorek ognia, otoczyłem ten płomyk kilkoma okruchami węgla i cały czas dmuchałem na zarzewie, tak długo, aż ogień liznął kolejne węgielki, i jeszcze inne, które systematycznie dokładałem. W końcu piecyk zaszumiał i błyskał wesoło promykami, a i poranne słońce zajrzało przez okno. Podszedłem do okna i zobaczyłem za nim iskrzący kobierzec śniegu; zobaczyłem lśniące tafle lodu w jaki przemieniły się kałuże. Wiatr już nie dokuczał, a rumiane niskie słońce powoli wznoszące się na błękitnej gładzi wschodniej półkuli niebios, wróżyło, że dzień nastał mroźny i suchy.
Coś zaszumiało w mojej głowie. Słyszałem wrzaski wiatru i ciętą ulewę, i smagające batem pioruny błyskawic, i tęgie grzmoty; słyszałem jakiś matowy, słodki głos, jakąś rozmowę niedokończoną; bolały mnie plecy, jakbym opierał się nimi o klamkę drzwi; zastanowiłem się nad tym, dlaczego z kartki papieru znikły dwie, a nie jedna, kostki cukru; zastanowiło mnie w końcu to pozostawione na biurku jabłko, które nie leżało w tym miejscu poprzedniego dnia. Na podłodze spostrzegłem nie swoje tropy śladów, a w powietrzu unosił się zapach, którego wcześniej nie było. 
Wybiegłem przed stróżówkę w stronę szosy i ujrzałem nadzwyczaj ogromną ściśniętą lodem kałużę. Przeszedłem do swego domku i powróciłem stamtąd z wiaderkiem pełnym popiołu, którym posypałem lód na szosie.
- Skąd wzięło się to jabłko i czemu zawdzięczam tę wilgoć na podłodze, i dlaczego myślę teraz o dzieciach?
I już chwilę później siedziałem sobie, a piecyk rozgrzany był do czerwoności, bo kiedy rozżarzony gryzik podsypałem miałem, ten drugi odezwał się wybuchem i zaraz zapłonął, a ogień nie miał gdzie uciekać, więc wdarł się do rury i stamtąd do komina, aż podpalił sadze.
Jadłem jabłko.

[Esztergom, na Węgrzech, 05.12.2015]

03 grudnia 2015

W TYM TAJEMNICZYM DOMU

A w tym domu nie straszyło, choć schody na strych skrzypiały i gdzieś tam na tym drugim, niewysokim pięterku otwierały się wrota do dwóch symetrycznie położonych pomieszczeń, gdzie notorycznie wieszano tak zwane pranie, a stąpać trzeba było powoli, aby nie wzniecać kurzu, który pałętał się po prehistorycznych deskach.
Dwa razy do roku w tej zachodniej części strychu odbywało się odwirowywanie miodu. Procedura byla taka, że na półtorej godziny wszyscy mieszkańcy kamienicy zamykali okna, bo wiadomo, że przy wirowaniu z wielką ochotą asystowały dziadkowi pszczelke robotnice, które nie były nic a nic zadowolone z podkradania miodu. Dziadek oczywiście  żadnych pszczół sie nie bał, a nawet jak go jakaś ukąsiła, to przyjmował to z pokorą. Nagrodą był ten bursztynowy, gęstawy, o boskim zapachu i smaku płyn, czy jak go tam zwać, którym później "miodziło" się herbatę, nalewano na puszystą bułeczkę pociągniętą prawdziwym masłem, dodawano do spirytusu, a babcia wykorzystywała go do wypieków najlepszych na świecie pierników i mazurków.
Również ta zachodnia część strychu mieściła w sobie, pod deskami podłogi skarb. Któregoś dnia odkryliśmy z chopakami cynowe i srebrne naczynia kuchenne, kielichy i czary. Kto pod podłoga ukrył ten skarb? Zagadka do dzisiaj nie rozwiązana. Ciekawe, że nie pokazywaliśmy tego skarbu nikomu i pozostawiliśmy go w tym samym miejscu, przysypując trocinami tę część podłogi. Być może jeszcze do dzisiaj tam jest.
Na poziomie strychu znajdowało sie jeszcze jedmo pomieszczenie. Była nim niewielka komórka, należąca do nas, a której gromadziliśmy rozmaite rupiecie.
Pewnego dnia wraz z ojcem doszliśmy do ciekawego wniosku, że powierzchnia komórki od wewnątrz, zdaje się być mniejsza o te, jaka się jawi, gdy przypatrzyliśmy się jej z zewnątrz, od strony korytarza. Że też nikt wcześniej tego nie zauważył. Usunęliśmy więc tylną, jak się okazało, tekturową ścianę i oczom naszym ukazał się kolejny skarb w postaci przedwojennych gazet, tygodników, map Polski i Europy oraz, to cos niezwykłego, niezwykle ciężkiej froterki do nadawania połysku podłodze. Kto w czeluściach strychu mógł przechowywać takie skarby? I te naczynie, kielichy i czary, i to, co znaleźliśmy za scianą komórki?
Moje podejrzenie padło na rodzinę aktorki, pani Zofii Merle, która mieszkała w tym "moim" domu przed nami... ale tak naprawdę pozostanie to wielką tajemnicą.

[Esztregom, Wegry, 03.12.2015]

02 grudnia 2015

NADZWYCZAJ MIŁE OKOLICZNOŚCI

W Esztregom na Węgrzech jestem po raz drugi. Zawożę części do fabryki Suzuki. Na Śląsku, w Beskidach i po słowackiej stronie deszcz przy temperaturze od 3 do 7 stopni, ale już na autostradzie w stronę Bratysławy przestaje padać. Jedzie sie dobrze, w miarę szybko.  Jeszcze 50 kilometrów od granicy, w Słowacji słucham jedynki, w której przeważa kabaret konstytucyjny. Przełączam na słowacką Reginę. Tu trochę poważniej ale i wesoło. Stopniowo poznaję język słowacki ale i rusiński (nie rosyjski a rusiński lub ruski, bo trafiam na audycję w języku mniejszości ruskiej). Także na Węgrzech (w sumie 50 kilometrów) słucham Reginy, bo z węgierskim u mnie kiepsko. Przed rozładunkiem czeski "nietoperz" prosi mnie o kawałek chleba. Akurat kupiłem jeszcze w Polsce i daję mu pół bochenka pokrojonego chleba. Czech jedzie pod załadunek gdzieś dalej. Ja ładować się będę jutro i po rozładunku szukam miejsca na nocleg. Niestety parkingi wokół Suzuki są zajęte. Odjeżdżam więc dalej, w stronę trasy. Odnajduję jakąś oświetloną "wnękę" przed jakimś zakładem i tam właśnie parkuję. Nagle woła mnie jakiś chłopak w wieku około 20 lat. Tłumaczy mi po angielsku, że mogę wjechać naprzeciwko na parking. Otwiera bramę i prowadzi mnie  w miejsce, gdzi mam zaparkować. Doliczyłem się szesnastu tirów. Mój peżocik numer jeden będzie siedemnastym autem. 
- Tu jest monitoring - mówi - a i ja chodzę w nocy.
Bierze mnie sobą do hotelu, bo okazuje się, że to parking przyhotelowy, coś w rodzaju internatu. Mówi, że jeśli nie chcę pokoju, to przynajmniej mogę skorzystać z toalety, wziąć prysznic, a jeśli jestem głodny, to mam dać znać. Pytam się, ile to kosztuje.
- Widzisz, że mam dzisiaj spory ruch i nieźle zarobię. Dzisiaj masz wszystko gratis.
- Miła niespodzianka - myślę sobie.
- Jeśli masz laptopa, możesz korzystać z internetu - mówi i wręcza mi karteczkę z loginem i kluczem.
No i wziąłem, korzystam. Z toalety i z kąpieli też.
Takie trzy myśli szybciutko przebiegają mi po głowie. Dwie godziny temu dałem czeskiemu kierowcy pół chleba. Czyżby zatem sprawdzała się pozytywna wersja powiedzenia: "jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie"?
Druga myśl oscyluje z kolei wokół kolejnego przysłowia: "Polak, Węgier dwa bratanki....", a trzecia... ech mieć taki pożyteczny, niedrogi, hotelarski biznes... wprawdzie to marzenie ściętej głowy, ale pomarzyć zawsze można.

[Esztregom, na Wegrzech, 02.12.2015]

30 listopada 2015

Francuscy Łącznicy JEST SUPER

ŻYCIE WYSZŁO Z WODY

Zebrało się na wspomnienia. Jest listopadowo, nostalgicznie. Czy jest prawdą, że takie nagłe zagłębianie się w przeszłość oznacza, że niedługo....?
No może nie... Jak to powiedział Woody Allen? Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach na przyszłość.
A więc dostałem od znajomej w mailu link do dobrzelińskich stawów, poniekąd moich, bo nad nimi się wychowywałem i strasznie gorzkie ziółko ze mnie wyrosło. Na tej stronie było między innymi takie oto zdjęcie:


Dobrzelińskie stawy dzielą się na "górne" i "dolne"; są trzy górne i pięć dolnych. Ten powyżej, pochodzący z kolekcji pani Barbary Marciniak nazywany był "poniemieckim", a z mostkiem po prawej stronie znajdowała się tzw. "rzeka", wąski, podłużny staw o długości około 800 metrów.
Po lewej stronie usytuowany był kolejny staw, a za nim, połączony z "rzeką" tzw. "przerwą" jeszcze jeden, gdzie zwykle się kąpano. Te cztery stawy były (i są) połaczone z sobą. 
Jest jeszcze jeden, niezależny, w kształcie kwadratu, zwany "hodowlanym". Ten wodny akwen "wyrósł" razem ze mną - byłem dziecięcym świadkiem jego "budowy". Charakteryzuje się tym, że jest najgłębszy (do 7 metrów) oraz, co nie jest już powodem do dumy, jego wody przytuliły na zawsze największą liczbę topielców.
A teraz "górne" stawy. 
Wspiąłem się zatem wysoko... bardzo wysoko


Z lotu ptaka dokładnie widać u dołu najmniejszy staw przylegający do cukrowni i powyżej kolejny w kształcie równoległoboku z zaokrąglonym rogiem. Ten drugi nigdy nie był zarybiony, a jego wody wykorzystywane były w procesie technologicznym produkcji cukru. Trzeci staw w kształcie nieforemnego prostokąta sąsiaduje z domem - kamienicą mojego dzieciństwa. Tak, tak, ten obwiedziony czerwoną elipsą budynek to mój dawny dom (obiekt w kółeczku po prawej stronie to cmentarz żołnierzy poległych we wrześniu 1939 roku).
No i proszę, dochodzimy więc do mojego domu, kamienicy, tej niewielkiej cząstki cukrowniczej osady zwanej "Mizerkami" (bo mizerota tu mieszkała, czy jak?)
Dawniej ta budowla z przyległościami wyglądała okazalej. Przed kamienicą od zachodu, całkiem spory ganek przylegał do drzwi wejściowych. Tuż obok rosły dwa jesiony. Jeden z nich przetrwał do dzisiaj; drugiego powaliła burza, niszcząc przy okazji ganek.
Dzisiaj "mój dom" wygląda tak:


i tak


Zdjęcia te, niskiej niestety jakości przedstawiają kamienicę od strony północno zachodniej. Ten wyższy, z cegły pobudowany obiekt należy juz do cukrowni i jest magazynem, gdzie oprócz przechowywania w nim cukru dawnymi czasy składowano truskawki a w lipcu i sierpniu rzepak. 
Niestety na zdjęciach nie widać mojego mieszkanka, które ustytuowane było na piętrze, ale od strony wschodniej. W skałd niego wchodziły trzy "przechodnie" pokoje, przedpokój, toaleta z łazienką (po podłączeniu bieżącej wody) i kuchnia. Z trzech okien i z balkonu mogłem obserwować krótki wschodni horyzont z widokiem na ogródki, fabryką i staw.
O ile stawy dolne zwykle przepięknie były zarybione i ten okaz karpia....


wcale nie należał do wyjątków, to w tym stawie górnym, przylegającym do ogródków łowiło się głównie bąki, karasie i kiełbie. 
Najlepiej oczywiście brały bąki. Do tego stopnia, że w godzinę można było nałapać ich z setkę.
No i się zmęczyłem...a jak odpocznę to napiszę...

[Dobrzelin, 30.11.2014]