Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

12 czerwca 2017

PRZYDROŻNE MONOLOGI 16 - TRASY. UROKI ANGLII. OKIEM BYŁEGO BELFRA

*
Przez ostatnie kilka dni pojeździła sobie pomiędzy Francją a Wyspami, i tak:
po niedzielnej wizycie w McLarenie w poniedziałek 5 czerwca  miałem załadunek w  „Aristocraft Europe LTD” w Uxbridge (towar do Francji w okolice Bordeaux). Powróciłem z ładunkiem na Marck, przesiadłem się na Berlingo i  w „domu” byłem już po północy.
Następnego dnia też około północy wziąłem towar do „GEFCO” na kodzie TW15 1BL (zapomniałem nazwy miejscowości), skąd po rozładunku udałem się do znajomego Tiverton na Devonie i wyruszyłem z towarem do Włoch. Dojechałem, rzecz jasna, tylko do Calais. Tam, nie dojeżdżając do „domu”, na Marcku zmieniłem busa i wyruszyłem na trzy rozładunki do:
1. Bognor Regis w harabstwie Sussex, („Vaniec” - „Rolls-Royce”)
2. Solihull koło Birmingham - adres znany („Jaguar - Land Rover” 
3. Derby (Toyota Motors).
Stamtąd z kolei jadę pod załadunek do Wolverhampton, skąd biorę towar do Wrocławia. Dojeżdżam z nim do Marck pod Calais o 1.20, 9 czerwca, gdzie się zmieniam z Ukraińcem i w Campingneulles Des Grandes jestem o 2.30 .
Wyliczyłem sobie, że na 58 godzin pracy (jazda, załadunki i rozładunki) udało mi się przespać 2 godziny (na przydrożnych „bujankach”, w pociągu podczas przeprawy tunelem i na promie).
Niewiele tego, ale dzisiaj odrobiłem brak snu z nawiązką - przespałem całe 8 godzin, i to bez „międzyląndowania” w toalecie - jak na mnie to prawdziwe szaleństwo, jeśli chodzi o długość spania.
Po przebudzeniu trzeba było zająć się praniem, przygotowaniem napojów i zawekowanej gęstej zupki na kolejną trasę oraz zażyć kąpieli, która w tej transportowej pracy jest nie do przecenienia.
A zatem… zaczyna się od uzębienia, następnie skok do wanny, golenie się (taka akurat kolejność), po czym potraktowanie twarzy, policzków i innych, mniej ukazywanych przed publicznością zakamarków ciała toaletowym spirytusem marki „Bond” i w końcu nałożenie na rzeczoną twarz plus łysinę konserwującej ondulacji kremem „Nivea”.
Ja wiem, śmiesznie zabrzmiało to opisywanie tak prozaicznej toalety i nigdy bym tego nie czynił mając robotę w kraju, lecz podróżując po świecie kwestia higienicznych powinności nabiera całkiem innego znaczenia. 

**
To, co podoba mi się w Anglii to rozpasana zieleń, soczysta, rozłożysta, pagórkowate pejzaże łąk i pastwisk poprzecinanych żywopłotami, lokalne drogi, wąskie, porośnięte dębiną, grabem i klonem, miasteczka i wioski kipiące parkową zielenią, stare budynki, kościoły i cmentarze okolone starożytnymi kamiennymi murami, prywatne domy ze spadzistymi dachami i z dominującymi na nich wysokimi kominami, podwyższonymi jeszcze o ceglane, rurowate dymniki, a pośród pól i pastwisk, jak i też w przydomowych zagrodach dostrzec można triumfalnie wynoszące się ponad okolicę mocarne stare dęby, buki i wiązy, które powiedziałyby niemało o historii tych urokliwych miejsc. A jedzie się nierzadko krętymi drożynami jakby w tunelach zadaszonych ciemną gęstwą krzewów i drzew - w te miejsca słońce nie dobije się nigdy swymi promieniami; a bywają takie okolice w Sussex, Surrey czy w Derbyshire, gdzie po obu stronach drogi straszą knieje, a w nich jak w prastarej puszczy powalone kręgosłupy zbutwiałych pni, co nosiły na sobie rozłożyste ramiona gałęzi - dzisiaj te poprzetrącane, kalekie, w mchu utytłane; nocą pośród nich sowy łowne siedzą, lisy i borsuki czatują na zdobycz byle jaką.

***
Ilekroć zdarzyło mi się przejeżdżać w Brytanii w pobliżu szkół, zawsze mój wzrok napotykał dzieciarnię i młodzież ubraną w przepisowy strój szkolny. Dziewczęta w granatowych najczęściej spódnicach lub spodniach, w bluzkach, koszulach z emblematem szkoły, a te bluzeczki nierzadko zwieńczone białym kołnierzykiem. Chłopcy w garniturkach, w pulowerach, swetrach wełnianych; czasami zdarzają się w tym ubiorze krawaty. Nie ma jednego wspólnego dla wszystkich szkół ubioru; różnią się one kolorem, wzornictwem i koniecznie indywidualnym dla danej uczelni emblematem. Do angielskiej szkoły uczeń chodzi elegancko, lecz nie ekstrawagancko ubrany i jakoś nikomu ta „urawniłowka” w wyglądzie nie przeszkadza. Nikt ze szkolniaków nie może się czuć szczególnie wyróżniony, choć przecież i tu występują różnice majątkowe pomiędzy rodzinami tak jak u nas w nadwiślańskim kraju.
Przyznam szczerze, że jestem rozczarowany tym, że jednemu z ministrów edukacji w Polsce nie udało się przeforsować szkolnego stroju do naszych jednostek edukacyjnych. Postawiono na wolność wyboru, czyli przychodzenie do szkoły w tym, co ma się najpiękniejszego, „markowego”, na co obecnie stać rodziców. Pamiętam te argumenty rodziców, uczniów, a także i nauczycieli: mamy wolność i demokrację i żadna władza nie będzie nam mówiła, jak obrane ma być dziecko czy młodzian chodzący do szkoły. Niby prawda, ale to „niby” stanowi różnicę. Nie pomyślano nad tym, że od szkolnego stroju bardzo wiele się zaczyna: kosztowny, z wysokiej półki, ponadstandardowy stanowi o dominacji jednych uczniów nad drugimi; zaczyna się w tym miejscu swoista segregacja na biednych i bogatych, na tych pochodzących z domów, w których się nie przelewa i na tych, w których kupno nowego ciucha nie stanowi dla rodziców żadnego problemu. Na stroju się zaczyna, a kończy na… chociażby na tym, że ci bogatsi uczniowie spożywają posiłki w pierwszorzędnych naczyniach, podczas gdy dla biedniejszych przewidziane są plastykowe jednorazówki.
Nie wiem, dlaczego w kraju nad Wisłą nie przyjął się strój szkolny. Być może do pewnego stopnia miała na to wpływ nazwa „mundurki”, kojarząca się nie najlepiej. To trochę dziwne, bo obserwując chociażby „sportowe klimaty”, łatwo dostrzec to, że przywiązujemy się do barw i symboli naszego ulubionego klubu, natomiast nie tolerujemy przynależności do szkoły - miejsca, w którym spędzamy jedną trzecią swojego edukacyjnego żywota.
Pewnie zaskoczę co niektórych, gdy powiem, że wprawdzie ze strojem szkolnym nie wyszło, to jest taki pomysł, który mimo wszystko został podjęty i „wypalił”. Powiem więcej - jest to chyba najistotniejszy pomysł w edukacji, jaki udało się wprowadzić w życie w ostatnich kilkunastu - kilkudziesięciu lat reformowania polskiego szkolnictwa. A jest nim (czy kto zgadnie?)… utworzenie „instytucji” opiekuna dzieci zmierzających do i ze szkoły, a zmuszonych do przechodzenie przez jezdnię w niebezpiecznych miejscach. Tak, mam na myśli te panie (najczęściej to one sprawują opiekę nad dzieciarnią) z lizakami, wstrzymujące ruch pojazdów, aby szkolna dziatwa mogła bezpiecznie do domu powrócić po swej szkolnej pracy… wielki to plus dla pani minister Łybackiej.
No już dobrze… zapędziłem się… ani słowa więcej o szkole!  

[09.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

1 komentarz:

  1. W mojej miejscowości przeprowadzanie przez ulicę trwało ze trzy miesiące. Pozostało wspomnienie i tyle.
    Te krajobrazy chciałoby się zobaczyć.
    Serdeczności

    OdpowiedzUsuń