Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

13 czerwca 2017

CO MAM CI DO POWIEDZENIA... (1)

Przywykły do porannego wstawania nie usłyszał tym razem, jak dzwon zadźwięczał pięciokrotnie; nie otworzył też oczu, gdy kolejne, w równych odstępach czasu wymierzane uderzenia, każde o jedno więcej od poprzedniego, budziło wiejską czeredę śpiących twardym snem mieszkańców, wszystkich prócz niego, jak się wydaje; dopiero za dziesiątym wezwaniem usłyszał znajome dźwięki, kiedy to promyk słońca, dostawszy się pomiędzy niedociągnięte okienne story liznął jego przymuszone do snu powieki. Odemknął je i przekonawszy się, że utracił bezpowrotnie przynajmniej cztery godziny życia, z pełną już świadomością wydobył spod kołdry nogi, unosząc jednocześnie tułów od pasa w górę, przysiadł na skraju łóżka, prędko przeżegnał się i wymruczał jakąś powitalną prymę na powitanie dnia, który wkraczał w czas przedpołudniowy. 
Usłyszał jakiś rejwach dochodzący z kuchni i pomyślał, że może to być tylko gospodyni, nie zaś proboszcz, który właśnie o tej porze (przeliczył wcześniej uderzenia dzwonu, doliczając do dziesięciu) zażywał przedpołudniowej drzemki.
- Jak można tak gardzić nowo urodzonym dniem - powiedział do siebie, myśląc o przyzwyczajeniach proboszcza - przesypiając godziny, które można by spożytkować godniej? Małoż to do zrobienia w parafii? Choćby w kancelarii, nie mówiąc już o modlitwach albo o przygotowaniach do niedzielnej homilii? Owszem, z kartki czytać jej nie należy, ale główne tezy, cytaty z Pisma, odwołania - te trzeba chociażby w punktach przedstawić w piśmie, aby pobudzić myśli do działania.
Zaraz jednak spokorniał w ocenianiu zachowania gospodarza parafii, świadom tego, że dzisiaj i on sam nie sprawił się najlepiej, grzesząc zbyt późnym powitaniem dnia. Ale cóż, droga jaką przebył ze szpitala, który mu polecono, zmęczyła go na tyle, aby nie czując się jeszcze najlepiej po operacji, pozwolił sobie zanurzyć się w nadspodziewanie długi sen, zbawienny jak widać, bo po przebudzeniu poczuł w sobie silną energię, jaką właśnie teraz pożytkował, wstając i przechodząc dynamicznie w stronę napełniającego pokój światła, rozsuwając zasłony i otwierając okno.
- O, tak, powietrza, jak najwięcej powietrza - powiedział na głos i w tej chwili usłyszał dochodzące z kuchni człapanie. Zapukano i niemal równocześnie naciśnięto z tamtej strony klamkę; drzwi zostały otwarte.
- Pochwalony… a księdzu to tam nie powiedzieli, że ma leżeć i odpoczywać?
- Powiedziano, Romanowa, wiele cennych rad mi przekazano, ale nie mówiono, że należy leżeć jak najdłużej. Doktor mówił, że potrzeba mi powietrza i stopniowo dojdę do sił po zrobieniu tego obejścia żył… jakoś tak mówił, coś z angielska dodał, ale już zapomniałem.
- Jak by nie było, stanowczo za wcześnie powstał ksiądz na nogi. Jeszcze pewnie blizny się nie zagoiły.
- I tu się Romanowa myli, bo w dzisiejszych czasach lekarze mają takie sposoby na chorego, że zajrzą mu do serca poprzez żyły wziernikiem i pozostawią po tej operacji ranę nie większą, niżby Romanową bąk użądlił.
- Nie chciałabym doświadczyć tego użądlenia, a co dopiero przejść to, co księdza spotkało. Taki to był słabiusieńki, a jak mu oddech zabierało.
- A to, Romanowa, przez te pozatykane żyły, którymi krew nie chciała krążyć, lecz tam mi lekarstwa dali i na krwi rozgęszczenie, a gdzie robił się zator, tedy w te miejsca wstawili mi sztuczną żyłę i krew popłynęła jak dawniej.
- Niechże ksiądz dalej mi nie opowiada, bom raz, że na widok krwi wrażliwa, a dwa, że zaraz u siebie znajdę jakieś zatory, a do szpitala to za nic w świecie bym nie poszła.
- Tak Romanowa mówi? Szpital jej straszny? A przecie dwoje dzieci wydała na świat.
- A ksiądz w tych materiach to widać, że mało obeznany.. Mnie oba dziecka Kowalowa, świeć Panie nad jej duszą, odebrała. Najpierwsza akuszerka była we wsi. Już tam baby ją wolały od lekarza, choć potem pojawił się taki jeden doktor, co wszystkie młodsze napominał, że w szpitalu urodzić lepiej, bo to jak wynikną jakoweś komplikacje, to brzuch rozetną, a do tego baba głupiego jasia dostanie i bez bólu wyda na świat poczętego.
- Różnie tam o tym znieczuleniu gadają, Romanowa…
- A boć to ksiądz lepiej się zna na tym?
Pomyślał, że może i słusznie go obrugała, bo też co może więcej wiedzieć o porodach nad to, co sam usłyszy od kobiet, co rodziły. A słyszał o tych sprawach także siedząc w konfesjonale i dziwił się tym spowiedziom, bo nijak narodzenia z grzesznym postępkiem skojarzyć nie potrafił. Ale, przyznawał w duchu, sam zaczął te medyczne tematy, choć tyle się wyznawał na medycynie jak i znał się na porodach. Owszem, szpitalny doktor zanim kazał mu się kłaść na zabieg, rozmawiał z nim długo i otwarcie, co tam z jego sercem nie tak i jaka na tę przypadłość jest rada, więc mógłby teraz niejednego pouczyć o swojej chorobie, ale wcześniej… wcześniej z medycyną nic wspólnego nie miał, a jeśli z jakiejś przyczyny zaniemógł, zachodził do benedyktynów; już oni ziółka na każdą bolączkę znajdowali i zawsze pomagały.
- Niechże mi teraz ksiądz powie, co księdzu do jedzenia podawać. Mówili chyba przecie?
Przysiedli oboje przy wąskim stoliku pod oknem, a słońce zaznaczyło na jego blacie równiusieńki, jaskrawy szlaczek.
- Tłustego nic, mącznego niewiele, podobnie słodyczy, a jak najwięcej owoców i warzyw - odparł krótko i treściwie.
- A bo to ja inaczej księdzu gotowałam? Jużem myślała, że to przez to jedzenie, którem księdzu warzyła ta boleść się stała.
- Że też Romanowa w ogóle mogła tak pomyśleć. Ze starości to, nie zaś z przejedzenia.
- No, z przejedzenia to na pewno nie, bo ksiądz jako ten gołąbek dzióbie i zawszem do siebie pretensje miała, że może mu nie smakuje moje gotowanie.
- Mnie nie smakuje? Te barszcze i zalewajki to przecież twój rarytas, Romanowo. Ale kiedy na mnie spojrzysz, to widzisz, że ja choćbym nie wiadomo ile zjadł, nie przytyję. Mnie Pan Bóg kazał rosnąć w górę, nie w poprzek.
- To prawda. I przez to nie znać u księdza wieku, tak prosto się trzyma, ale widać i u takich przystojnych duchownych osób serce kruszeje, a gadają, że sercowe kłopoty imają się ino tłuściochów.
Mógłby ciągnąć dalej opowieść o przyczynach swojego nieszczęścia, ale znów powracać do medycznych tematów to igranie z wiatrem, którego nie dosiężesz rozumem. Prawda jest taka, że powinien był na samym początku zapytać o proboszcza, który siedział mu w głowie jeszcze wtedy, gdy w piersiach słabość go dopadła i jadąc do szpitala wcale nie był pewien, że powróci o własnych siłach na plebanię, gdzie wcześniej gospodyni larum podniosła na widok słaniającego się na nogach księdza rezydenta. Zaraz też przywołała syna z synową i kazała im księdza Kazimierza wywieźć do szpitala poleconego przez wiejskiego doktora, który tyle razy napominał duchownego, że im prędzej na operację się uda, tym dłużej pożyje, a jeśli zaniecha, sam Pan Bóg mu nie pomoże.
Nareszcie się zdecydował, nazbyt był słaby, aby się upierać, ale i zapragnął leczenia także po to, aby, jak Bóg da, powróci w zdrowiu, to zajmie się proboszczem, który, jak mu się zdawało, coraz to krętszymi ścieżkami chadzał, zaniedbując tego, do czego był powołany i oczywistym się stało, że się staczał. Żal księdzu rezydentowi było Mariusza, żal jako księdza i jako człowieka. Wszak pamiętał, jak przed rokiem, kiedy mu przyszło wybierać pomiędzy parafiami, gdzie mógłby dożyć w spokoju do śmierci, co każdemu sprawiedliwie pisana, nie wahał się ani chwili i pomyślał o tej, w której przesłużył lat dwadzieścia jeden, a kiedy pojawił się na umiłowanej sercu parafii, kiedy przywitał się z Romanową (wcale się nie postarzała), to proboszcz Mariusz z otwartymi rękami go przyjął i nie pytając o nic, oddał mu na pomieszkanie pokój, w którym miał swoje łóżko. Tak, ksiądz Kazimierz wdzięczny był proboszczowi za tak miłe przyjęcie, bo to z rezydentowaniem po parafiach bardzo różnie bywa i tacy jak on emeryci nie zawsze witani są z szacunkiem, na jaki zasługują, nawet jeśli sama kuria nakazuje przyjąć i otoczyć opieką. Dlatego też pomny tego radosnego przyjęcia z jakim się spotkał w swej starej parafii, ze smutkiem obserwował, jak ksiądz Mariusz podupada na duchu, do kieliszka zagląda, i to wcale nie mszalnego, a i zachowuje się nieobyczajnie, czego ukryć nie sposób, a nawet i nie należy.
(…) cdn,

[10-11.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji

5 komentarzy:

  1. nie wiem czemu, ale dzisiaj jakoś cięzkawo mi to wchodziło jeśli o czytanie chodzi. uffff.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. O, jakiś nowy cykl, fajnie.Ja myślę, że trochę chyba za sprawą kuchni Romanowej te żyły zatkane, bo co proboszcza widuję, to okrąglejszy z roku na rok, a biskupa to nie znam żadnego szczupłego, kiedyś jedynie Wyszyński i Macharski tuszą nie grzeszyli...no ale człowiek istotą grzeszną jest podobno.
    Niektórzy natomiast skłonności genetyczne mają do takich dolegliwości, ale umiarkowanie nikomu nie zaszkodziło.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawa jestem jakiego fotelu użyje ksiądz Kazimierz, by młodszego "kolegę" na drogę cnoty nawrócić. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Różnie to z tymi duchownym osobami bywa...

    OdpowiedzUsuń
  5. Znany mi ksiądz z tyt. prof. ma gospodynię, ale ona nie gotuje, ani nie sprząta. Do tych prac przychodzi najęta kucharko-sprzątaczka i gotuje dla obojga, sprząta, pierze i prasuje. Teraz są takie czasy.
    Zasyłam serdeczności

    OdpowiedzUsuń