Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

03 czerwca 2017

WŁÓCZYKIJ (2)

- A ty, syneczku, cały czas w drodze i jak ten sen niespokojny miejsca sobie znaleźć nie możesz.
Za oknem rumiany bochen słonecznego chleba akurat kładł się do snu na nieodległych świerkach. A dobrze mu było w tych iglastych pieleszach spocząć po wczesnolipcowej podróży po niebie, tak samo jak temu, co przybywszy do domu babuni spoczął naprzeciwko niej nad miseczką twarożku umajonego pociętym szczypiorem.
- A kiedy to ja, babuniu, u ciebie znalazłem to miejsce i jeśli jeszcze tym razem mnie nie odegnasz precz, to do ciebie powracał wciąż będę.
Zatrwożyła się, słuchając tych słów.
- Jakżebym ja mogła cię odegnać precz? Pisałam przecie, że o każdej porze gotowam cię widzieć, a teraz, gdy Staszek „zabolieł”, tym bardziej, bo wieczorem to z nikim prócz Boga nie rozmawiam i ciężko mi zasypiać bez pożegnania z wypalonym dniem.
- Sąsiadki cię nie odwiedzają? Ostatnim razem wszakże zachodziły, choć dziadka miałaś u boku.
- A zachodzą, odwiedzają - uspokoiła go. - One dobre, a ja przecież niczego złego im w życiu nie uczyniłam, więc przychodzą, pytają o zdrowie, ale w końcu do swoich chałup wracają, do mężów i dzieci, i swoich bab starszych ode mnie, a ja zasypiam w samotności, a zasypiam z trudem. Mnie bardziej o ciebie idzie, syneczku, że tak z miejsca w miejsce chadzasz, nie znajdując takiego, gdzie mógłbyś osiąść na stałe, a mnie odwiedzać, proszę bardzo, odwiedzaj jak najczęściej, bylebyś miał ode mnie dokądś powrócić.
Jeszcze raz spojrzał na świetlaną kulę, która coraz to głębiej zanurzała się w gęstwę zrudziałych od tlących się purpurą promieni świerkowych ramion. Zachodnia zapadnia horyzontu na całej swej szerokości płonęła zwiotczałymi ogniami purpury.
- Mnie, widać, taki przypadł los, niestrudzonego włóczykija, co miejsca dla siebie znaleźć nie może, choć w każdym z nich czuje się jak najlepiej.
- Aleć ty przecież że nie jesteś tak młody, aby pozwalać sobie na tak niestabilne życie, które przysługuje tym, którzy wciąż poszukują własnej drogi życia. Ileż to lat ci upłynęło? Pięćdziesiąt? I wciąż w drodze - nie ustępowała babunia, a w jej oczach aż błyszczała troska o syneczka, co to po raz trzeci raczył ją odwiedzić w starej chatce na samym skraju zarzeczowskiej wioski.
- Pięćdziesiąt już minęło, babciu, ale skoro upłynęło już tyle czasu, a ja jeszcze przy siłach, więc i tych lat, co mi pozostały, zmienić może nie chcę, a może i nie potrafię…
- I nigdy nie marzył ci się dom własny, z kobietą, co każdego wieczora czekać na ciebie będzie z kolacją, skoro pracujesz ciężko i wytrwale; z dziećmi, które byś na porządnych ludzi chował, ciesząc się tym, że zapełniają dom twój najpierw niedorosłym szczebiotem, potem zasypują cię pytaniami, każą rozsupływać problemy i oceniać przyszłe wybory, jakie poczynić pragną w życiu?
- Nie jestem ci ja, babuniu, aż tak odmiennym od innych ludzi, abym takich marzeń nie miał, ale mnie pewnie co innego na wodzie pisane.
- Co innego? - zamyśliła się. - Być może, ale gdybyś więcej tych swoich marzeń pragnął, mógłbyś je ku sobie obrócić.
- A kto mnie teraz do siebie przyjmie z tak lichym tobołkiem na plecach?
- Z lichym, powiadasz, a to ci powiem, że taki plecak to wiele miejsca u kogoś tam nie zajmie…
- … ale i nie wniesie sobą wiele.
Posilał się twarożkiem ozdobionym szczypiorkiem - a wszystko to babcine: twaróg z hodowanej na łące krowy; szczypior - z ogrodowej cebuli, musiało być smaczne, bo do tego ta pajda domowego chleba z masłem z mleka też od krasuli. 
- A kiedym tu tym razem do babuni jechał, to przenocowała mnie jedna piękna pani - pochwalił się. - W szkolnym mieszkaniu spałem, a noc była chłodna i gwieździsta, okno uchyliłem, aby się napatrzeć do syta, a w domku naprzeciwko, od budynku szkoły odłączonym, paliło się światło w oknie pani dyrektorki.
- I ona ciebie przygarnęła na noc? Dyrektorka?
- Przygarnęła. A wcześniej kolacją mnie poczęstowała.
- No, no, syneczku, to i kolacją cię uraczyła.
- Tak było. A gdy te gwiazdy błyskały przede mną na niebie, nagle światło u tej pani zgasło i gotowym przysiąc, że w tym oknie, skąd przed chwilą żółta poświata przebijała się przez mrok nocy, pojawiła się kobieta w bielizny bieli i przez uchylone okienne skrzydła spoglądała na tę samą noc, co to i mnie zauroczyła. Czegóż to ona wyglądała, babuniu?
- A jeśli tego samego, co ty, syneczku?
Wstała, zakręciła się po kuchni i powracając do stołu, przy którym oboje siedzieli, podstawiła Adamowi po sam nos czarną herbatę z dodatkiem dwóch łyżek białego rumu, tego samego, którym poczęstowała go, gdy ją odwiedził zeszłym razem. 
- Kto ją tam wie, czego naprawdę szukała - stwierdził z zamiarem zmiany tematu rozmowy.
A lubił rozmawiać z babunią językiem przez nią i przez siebie wymyślonym, tajemniczym, baśniowym, utkanym ze słów, co nie ranią, a głaszczą, słów tak prostych, że w swej prostocie naiwnych i ugrzecznionych, a ktoś, kto nie byłby o tym słownym pejzażu, jaki tych dwoje pochłonął, powiadomiony, pomyślałby, że rozmawiają z sobą dzieci zatopione w swojej szczerości do bólu, a nawet i nierozgarnięte, co przecież najogromniejszy, acz niedostępny dla innych własny świat posiadają.
Babunia z kolei i lubiła tę rozmowę srebrzystą, i przyjemność w jej oczach błyszczała, gdy jadł ze smakiem, co przygotowały jej zasuszone dłonie.
- Nareszcie odpoczniesz po podróży - powiedziała, a on czubkiem języka słoneczną słodycz masła w górnej wargi zlizywał i widać było, że przez te trzy miesiące niebytności u niej upragnął był tego smaku, co łechce podniebienie i aż za gardło chwyta, tocząc strumyczki pogodnej śliny. - Tobie tam pewnie w tej szkole spodobało się i pewnie łazienka w pokoju była jak w mieście… a u mnie bosą stopą  na dwór wyjść trzeba do bani, a i tak dobrze, że letnią porą przyjechałeś, to zimny wiatr cię nie owionie.
- A tak, babuniu, u tej pięknej pani pokój miałem jak w mieście, ale czy może się on równać z twoim? Nie bardzom zmęczony i nie dośpię dzisiejszej nocy. Jutro trzeba mi odwiedzić dziadka. Pojedziemy?
- Toć w przyszłym tygodniu go puszczają, a ja już się przymówiła sąsiadce, aby po niego zajechać w czwartek do odebrania. A dyć znasz Zawiślakową? Ona do mnie, że pewnie się obraziłam na nią, skoro nie poprosiłam dotąd o podwózkę do szpitala, a ja dla węglarzowej to bym nieba uchyliła, a choćby za to, jak to mi z brzucha wytaszczyła pierworodnego, gdy karetka popadła w zaspę.
- I babunia odebrała? I dała życie narodzonemu?
- A jakże miałam nie dopomóc brzemiennej, skoro małe przedwcześnie na świat się pchało, do tego w boleściach matki… a jak nam wtedy drogę zawiało. Zawiślak z bratem końmi wyjechali po doktora w tę zaćmę, ale gdzież tam, zanim powrócili do dom, tak już dzieciątko matczyną pierś ssało i nie powiedziałbyś, syneczku, że dziecina tydzień wcześniej nastała; chłop na schwał ten Zawiślaków pierworodny Marcin. Ale do wójta pójdziemy, jeśli chcesz - zmieniła ton śpiewnego głosu. - Zadzwonimy od niego do Staszka. Wójt rad mojemu Staszkowi, bo w dawniejszych czasach, gdy wypalał z drzewa węgiel, z jego smolnym stosem żaden jeden się nie zrównał, a wójt, tyle przecie lat nam służy, to miał z tego tytułu same przyjemności, bo męża węgle najpierwsze w okolicy i wszyscy brali, wszyscy po Staszkowe podjeżdżali.
Adam kończył posiłek, dopijając herbatkę, co ciepłem rumowego alkoholu przyjemnie łaskotała gardło.
- Skoro zadzwonić mamy, to zadzwonimy, babuniu, tylko mnie obudź na czas, gdybym przespał poranek. Wiesz jak tutejsze powietrze morzy.
- A wiem, syneczku. Ty u mnie sypiasz jak książę, choć ja sądziłam, że zawdzięczasz to głównie ciężkiej pracy, gdy drzewo rąbiesz, albo nawóz z obory usuwasz, bo Staszek, sam wiesz, już nie ten sam, co dawniej, w tartaku albo przy wypalaniu drzewa, a to ci przy tej robocie, jak doktor powiedział, astmatykiem został i na serce słabuje, ale oni już tam go wyleczą, oj wyleczą, tak mi się widzi, że po tak długim sanatoriacie to dostanę go z powrotem młodszego, i będzie taki jak dawniej.
Pewnie ta rozmowa potoczyłaby się żwawo dalej jak te ociosane wodą kamienie w strumieniu podczas burzliwej nawałnicy, gdyby babunia po raz pierwszy nie zerknęła na ikonę, co ją nieopodal okna, w rogu izby na sosnowej komódce stawiała. Spojrzawszy ku niej, myślała sobie, że już najwyższy czas na to, aby sobie z Panem Bogiem porozmawiać i zapytać się Jego, kiedy z zagranicy Waldek z żoną przyjedzie do niej i do Staszka, zapytać się o zdrowie, albo kiedy Halinka z wnusią do Zarzecza zajrzy, bo dotąd jakoś im nie po drodze, choć córeczka dawno już temu obiecała, że jeśli nawet nie zawita często, to wpadnie choć raz z telefonem, co by starzy nie musieli kłopotać wizytami wójta, aby dowiedzieć się, czy czego tam dzieciom nie brakuje, a jeśli brakuje, to niech przyjeżdżają, to ich nakarmi, a i z tych pieniędzy, co to je Staszek na mogiłę raz na miesiąc przeznacza, uszczknie się parę groszy; wszakże jeszcze się oboje na tamtą stronę świata nie wybierają. I o wiele innych spraw chciała się babunia Pana Boga zapytać, nie wykluczając o tego kochanego włóczykija Adama, co to na tym bożym świecie błąka się jak ta czarna, niechciana owca w stadzie; co z nim wypada począć, może Miłosierny podpowie?
Tak i wędrowiec, posiliwszy się, rozpoznał babuni rozterki, domyślił się też tego, że nadeszła odwieczna pora na babciną modlitwę, tak cichą i pogodną, że aż przypominającą szept strumyka w czas posuchy, a zatem pożegnawszy się z gospodynią, która jakby samą matką jego była, zaszedł do swojego pokoju i umościł sobie posłanie.
(…) cdn.

[01.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

5 komentarzy:

  1. Bardzo sympatyczny tekst napisany pięknym językiem.
    Gratuluję.
    Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. fajniutki tekst aż miło się mi czytało.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Moją własną, ukochaną babcię mi przypomniałeś, która gzikę tak dobrą przyrządzała jak mało kto. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pamiętam dobrze moje rozmowy z babcią, z nikim tak dobrze sie nie rozmawiało i choć dorosła już byłam, zawsze miała w szafce coś pysznego...

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja zauroczyłam się tym Wędrowcem, który ludzi rozumie, i problemy babci próbuje zrozumieć,i Pana Boga zastąpić.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń