Petrus Christus - Portret młodej kobiety

Petrus Christus  -  Portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

17 lipca 2016

TU ZASZŁA ZMIANA

Przez tydzień całe miasteczko wyludniło się na czas wyjazdu nad morze autokaru pełnego szacownych pań i panów, którym pan Korfanty zorganizował obiecaną wycieczkę z ramienia funkcji jaką sprawował w mieście.
Rzecz jasna, że dom kultury, którym po wygranym konkursie zawiadował, nie był na czerty spusty zamknięty. Przeciwnie, w każdy wtorek i czwartek w jednej z dwóch największych sal odbywały się próby orkiestry dętej, przywróconej miasteczku i okolicom przez pana dyrektora. Stroiły się instrumenty, a pełni werwy muzykanci wykłócali się pogodnie o repertuar, który zaproponują miastu na początek. Świadkowie zmagań panów (i pań) z dętą muzą powiadali, że jak na początek brzmienie dźwięków wypadało niezgorzej, a starsi, co przechadzali się uliczką na wprost otwartych okien muzycznej sali, przystawali przy niej i z niejakim sentymentem wspominali dawniejsze czasy, kiedy to na głównym placu miasteczka odbywały się koncerty orkiestr dętych poprzedzające swawolne tańce.
W tym samym, uboższym o wycieczkowiczów tygodniu, w kawiarence zabrakło pana Adama, jego żony i wkraczającej w trzeci rok życia królewny Róży. Słowo się rzekło i wymienieni bawili na wywczasach w górach, chcąc poużywać powietrzem zgoła innym niż w miasteczku. Kawiarenką zajmowała się pani kucharka Rybotycka, do pomocy mając dwoje, na stałe pracującej tu młodzieży; wzięła też do pomocy swoją sąsiadkę, która w kuchennej pracy zamiłowana była i nierzadko proszona na wesela.
W kawiarnianych salach rej wodził pan radca Krach z inżynierem Bekiem i doktorem Koteńko (pan mecenas Szydełko wybrał się z żoną do krewnych).
Akurat w miasteczku pojawił się pan akademik - malarz z grupą studentów. Zarekomendowany u pana burmistrza przez pana Korfantego, dyrektora domu kultury, udał się w pierwszym rzędzie do pierwszej osoby w mieście, oznajmiając, że zamierza wykorzystać swoich studentów do stworzenia pokaźnych wielkości wizerunków co piękniejszych fragmentów miasta. Miały być one umieszczone w oszklonych gablotach, pod nimi zaś historyczne wzmianki o zaprezentowanym malarsko obiekcie. Pan profesor oczywiście zamierzał potraktować te prace jako jedno z semestralnych zaliczeń, co sprawiło, że żadnego z przyszłych malarzy nie zabrakło. Z drugiej strony w tej grupie byli też i tacy, którzy zabawiali się podczas zeszłorocznego pleneru, więc wyprawę do miasteczka ci potraktowali nie z obowiązku, ale jako kolejną udaną przygodę.
Pan radca Krach, który spędzał piątkowe popołudnie w towarzystwie inżyniera Beka, doktora Koteńki, pana profesora i koniaczku wcale nie był zdziwiony tym, że pan burmistrz z wielką ochotą przyklasnął zamiarom akademika.
- Pan burmistrz powolutku zaczyna brać naszą stronę - powiedział do przyjaciół. - Najpierw ta jego niezwyczajna otwartość na sprawę oddanego do użycia marketu, później jego własne propozycje odnośnie z utworzenia terenów rekreacyjnych wraz z parkingiem, a teraz…
- Drogi przyjacielu - odezwał się inżynier Bek - mów co chcesz, ale ja widzę w tej odmianie twoją zaczarowaną moc. Nie przyłożyłeś swojej dłoni i autorytetu do tych zmian, kolego?
- Nic mi o tym nie wiadomo, inżynierze - zaprzeczył pan radca. - Pan burmistrz najwidoczniej zmienił punkt widzenia.
- Tak sam z siebie? Nie uwierzę. A może pan doktor raczył zaordynować mu jakiś medykament, zmieniający podejście pana burmistrza do pewnych, ważnych dla miasteczka spraw?
Pan doktor Koteńko poczuł się oczywiście zmuszony do zabrania głosu:
- Nie zdradzę tajemnicy lekarskiej, przyjaciele, jeśli powiem, że pan burmistrz cieszy się zdrowiem znakomitym, choć w urzędniczej pracy miewa się nader często żołądkowo-sercowe dolegliwości. Do mnie osobiście pan burmistrz zagląda nie częściej niż raz na rok, a i tego nie pamiętam, abym go kiedy naraził na zakup w aptece lekarstwa.
Pan inżynier Bek kontynuował swoje spekulacje pogłębione zapewne trzecim już kieliszkiem szlachetnego trunku.
- A mnie się wydaje, że pan burmistrz z całych sił szuka z panem radcą już nie tylko zgody, ale najpewniej spółki.
- Jeśli, drogi panie inżynierze, miałoby to skutkować korzyścią dla naszego miasta, to gotów jestem na taką spółkę przystać - zauważył pan radca.
- A mówiły coś jaskółki o takich spółkach - upierał się inżynier Bek.
- Czas pokaże, przyjacielu. Mam oczy szeroko otwarte, a panowie niech mają otwarte uszy.
W taki oto przepiękny sposób urozmaicano sobie czas w kawiarence podczas nieobecności kawiarennika, który miał powrócić z wywczasów w niedzielę.
Pan profesor, jeszcze do końca nie obeznany z prowadzoną w miasteczku „polityką”, najczęściej przysłuchiwał się tej rozmowie. Rad był jednak z tego, że sprawę w urzędzie załatwił pozytywnie, tym nie mniej nie omieszkał wtrącić kliku słów, powstałych wskutek poczynionych obserwacji.
- Mnie się wydaje, panowie, że istotnie pan burmistrz nie jest już tym, którego przed rokiem poznałem w związku z plenerem. Mniej jakoś mówi, a więcej się przysłuchuje tym, co w jego obecności do powiedzenia mają. Oby wytrwał w tej postawie.

[10.07.2016, w pobliżu Lumdy, na autostradzie nr 5 w Niemczech]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz