Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CUDZE CHWALĘ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CUDZE CHWALĘ. Pokaż wszystkie posty

09 lutego 2023

JEDNA PIOSENKA - SZCZĘŚCIE TRZEBA RWAĆ....


Jedna z najpiękniejszych dawnych przedwojennych piosenek...

Szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie

Słowa: Walery Jastrzębiec - Rudnicki

Muzyka: Zygmunt Białostocki

Wykonanie: Wybrałem tych państwa... szczerych a nieprofesjonalnych


Dlaczego na tym świecie

Czasem tak się dziwnie plecie

Że biedne serce

Jest wciąż w rozterce

I mało tak w miłości

Bywa szczęścia i radości

Lecz za to często spotkać można łzy

Ten pierwszy wzdychał skrycie

Cierpiał kochał ją nad życie

W serdecznej męce

Całował ręce

Lecz serca jej nie skruszył

Litość miała w duszy

Chociaż on często mówił ci

Szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie

Potem przyjdzie mróz

I szczęście pryśnie

Pustka w sercu

W duszy mrok

I tak do końca za rokiem rok

Szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie

Póki jeszcze czas

Niech szczęście błyśnie

Chwycić szczęście co masz sił

Kochać żyć na jawie śnić

Ten sen co się w dzieciństwie śnił

Innego znów poznała

Serce w dani mu oddała

Bez słów bez skargi

Oddała wargi

Myślała często skrycie

Że oddałaby mu życie

I siebie całą gdyby zabrać chciał

Lecz wiem że on żartował

Gdy ją pieścił i całował

Tak była biedna

Tak sama jedna

Przebłagać chciała życie

Więc szeptała skrycie

Gdy ją porwał czasem szał

Szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie

Potem przyjdzie mróz

I szczęście pryśnie

Pustka w sercu

W duszy mrok

I tak do końca za rokiem rok

Szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie

Póki jeszcze czas

Niech szczęście błyśnie

Chwycić szczęście co masz sił

Kochać żyć na jawie śnić

Ten sen co się w dzieciństwie śnił


[08.02.2023, Toruń]

05 lutego 2023

WE FRAGMENTACH - MAREK HŁASKO - LIST

 

Poniżej obszerny fragment jednego z najpiękniejszych opowiadań Marka Hłaski.



Marek Hłasko - List

Oczekiwałem na list. Nikt nie pisał do mnie listów; nie miałem nikogo bliskiego; ani tutaj, ani w kraju, ani na całym świecie; byłem już starym, samotnym człowiekiem.

Ba! — myślałem sobie nieraz. — Przecież nie wszyscy mogą mieć bliskich: to naturalne; a ludzie samotni są także potrzebni, aby inni rozumieli, jak straszną rzeczą jest samotność, i starali się przed nią uchronić”. Lecz mimo to czekałem na list. Wiedziałem, że nie nadejdzie on nigdy, lecz niemożliwe wydawało mi się, aby nikt z żyjących na świecie pewnego dnia nie zechciał napisać do mnie listu. Ludzie najbardziej nawet nieszczęśliwi nie wierzą nigdy w c a ł k o w i t o ś ć swego nieszczęścia, potrzebna im jest maleńka szpareczka, dzięki której mogą oddychać; tak samo jak chyba z samotnymi; zawsze mamy

maleńkie okienko, przez które kogoś wyglądamy. Ja czekałem na list.

Dom, w którym zamieszkiwałem śmiesznie mały pokój, był jednym ze starych domów na przedmieściach naszego miasta. Był to dom o poczerniałych ścianach, wytartych schodach i zielonym od wilgoci podwórku. Na dachu tego domu kilku wyrostków założyło hodowlę gołębi; mniejsi chłopcy biegali po podwórku bawiąc się, odkąd pamiętam, w tę samą zabawę — złodzieja i policjantów; dziewczynki skakały przez sznurek oraz grały w niebo i piekło; latem w słońcu śpią tłuste koty; zawsze pachnie kapusta i mokra bielizna. Od czasu do czasu stróż upija się i gra na harmonii; wtedy dzieci zbiegają się i otoczywszy go kołem, patrzą, jak zręcznie przebiera grubymi palcami po klawiszach, a pewien łysy tapicer wychyla z okna swoją głowę i prosi: “Zagraj «Klaryssę», Franciszku!”; wtedy stróż rzuca mu spojrzenie pełne słodkiej zadumy i gra to smutne i dziwne tango. dzień zaczyna się tu wcześnie; połowa mieszkańców domu pracuje w pobliskiej fabryce odlewów i już od piątej rano tupie po schodach; o siódmej obydwaj krawcy puszczają w ruch swoje maszyny; szewc straszliwym basem wymyśla swemu czeladnikowi, który jest bardzo piegowaty, ma niepokojąco podobne do nietoperza uszy i — jak twierdzi szewc — jest “potomkiem kretyna i sowy”; u tapicera stukają młotki, do warsztatu naprawy samochodów zjeżdżają pierwsze taksówki, a stróż ziewa i podciągając spodnie, wychodzi z miotłą na podwórko. śycie ma tutaj jedną twarz.

Listonosz — pan Gołębiowski — zjawiał się tu około godziny dwunastej; o tej godzinie śpiewały już wszystkie kucharki, wszystkie dywany już przetrzepano i swąd obiadów dolatywał z każdego okna. Już z daleka widziałem, jak listonosz nadjeżdża na swym rozklekotanym rowerze; jedną ręką trzyma za kierownicę, drugą — wyciąga list ze swej ogromnej torby. Wtedy wszyscy schodzą na podwórko, gdyż listonosz — tak jak i ja — jest starym człowiekiem i ciężko mu wspinać się po stromych schodach. Nakłada na nos okulary i odczytuje nazwiska:

Siemiątkowski!

Jaszczyk!

Malinowska!

Wszyscy odbierają swoje listy i odchodzą. Wtedy ja pytam:

Czy nie ma nic dla mnie?

Nie — odpowiada listonosz. — Nic dla pana dzisiaj nie było. Może jutro będzie.

Niech pan zobaczy jeszcze raz — proszę. — Wie pan, jak to jest; czasem się zapomina. Czasem się zdaje, że nie ma już nic, a potem dopiero spostrzega się przypadkowo, że jednak jeszcze coś pozostało. Niech mi pan wierzy, że tak doprawdy bywa. Proszę zobaczyć jeszcze raz.

Listonosz sięgał do torby, lecz twarz jego wyrażała bezgraniczne powątpiewanie. Długo grzebał, potem mówił:

Nie, dzisiaj nie było dla pana listu. Może jutro będzie. Czeka pan?

Tak — odpowiadałem. — Czekam. Oczywiście że czekam. Ma do mnie ktoś napisać, ale on mieszka bardzo daleko stąd. Wie pan, jak się daleko mieszka...

Oczywiście — mówił listonosz. — Moi bliscy także mieszkają bardzo daleko stąd. O, nawet pojęcia pan nie ma, jak daleko. Trudno, musi pan poczekać. Może jutro przyjdzie już ten list.

Będę czekać — mówiłem. — ten list na pewno do mnie przyjdzie; niech pan tylko dobrze uważa na poczcie. Już ja pana o to bardzo proszę! Będę czekać.

Tak trzeba — odpowiadał listonosz. — Przecież zawsze czeka się na jakiś list. […]

[całość opowiadanie w zakładce "Do przeczytania"]


[05.02.2023, Toruń]

21 sierpnia 2022

W CAŁOŚCI - ZYGMUNT ANASTAZY PIETKIEWICZ - NIECO O ISTOCIE KWESTJI KOBIECEJ

 





Zygmunt Anastazy Pietkiewicz

[1959 - 1934] - pisarz, publicysta, działacz socjalistyczny.

[wielce interesujący artykuł omawiający kwestię roli kobiet w końcu XIX i na przełomie XIX i XX wieku z perspektywy pisarza - socjalisty, wrażliwego na sprawy kobiet współczesnych autorowi oraz zarysowanie roli tychże w przyszłości]

NIECO O ISTOCIE KWESTJI KOBIECEJ



    Dużo u nas się mówiło i pisało o tak zwanej „kwestii kobiecej“ i sporo pod jej adresem naplotło się koszałek-opałek, a jednak pomimo, iż źródło jej w ogóle tkwi w rozwoju społecznym okresu dzisiejszego, mało kto dotąd jeszcze rozumie u nas właściwą jej istotę, chociaż i nasze życie jest nieodłączną cząstką tego rozwoju. Zbliżano się do prawdy, łapano ją za ogon, czego rzeczowym dowodem może być niejedna powieść naszych wybitniejszych autorek, budzicielek „samodzielności kobiecej“. I przyznać im trzeba, że dając w ideałach powieściowych wyraz wymaganiom chwili, łapały istotnie prawdę za omyk, ale pomimo ich całej spostrzegawczości, on się wymykał, w palcach zostawało kilka strzępków sierści, z której trudno zgadnąć, co to za zwierzę? Pochodziło to stąd, że albo ręce były za krótkie, albo oko ćmiło się łzą starej sielankowości, albo nareszcie stąd, że chociaż ręka sięgająca kwestii kobiecej była dość długa, ale dłoń krępowała rękawiczka uszyta ze skórki różowo-błękitnych ekonomistów i socjologów. „Kwestję kobiecą“ zacieśniono więc do obrębu saloników drobnoziemiańskich i drobnomieszczańskich, nie wiedząc o tym, że ona w rzeczywistości jest czymś rozleglejszym; daje się porównać do rośliny niepodzielnej, mającej nie tylko kwiat o tak ckliwej woni, jak „feminizm“ z p. Szeligą, jego kielichem, ale i łodygę, bujnie już rozrosłą na gruncie naszego życia, i liście, aż pożółkłe z dojrzałości. Jest rośliną, wijącą się nieprzerwanie po przez wszystkie piętra gmachu społecznego.

     Zrodziła się ona u nas razem z upadkiem pańszczyzny i wtargnięciem w nasz organizm gospodarczy pieniądza, jako jedynego bodźca i kierownika wytwarzania, a maszyny, jako nieodzownego narzędzia produkcji towarowej, obliczonej na szybsze i rozleglejsze zaspokojenie „spożywczości” krajowej i rynków dalej leżących. Od lat trzydziestu, na wszystkich szczeblach społecznych, trwa proces rozkładu naszej „jednostki ekonomicznej“, t. j. rodziny, zarówno chłopskiej, jak rzemieślniczej, małomieszczańskiej itd. Cicha dotychczas i ustronna „komórka“ społeczna, wystawiona na potężne wpływy nowoczesnej gospodarki, przestaje być tym, czym dawniej była: skarbnicą cnót domowych, uprawianych przez niewiastę-kapłankę. Darzono ją — a filisterstwo i obecnie darzy hojnie — zaszczytem kapłaństwa, ale ono miało i dziś jeszcze miewa inny sens życiowy: było zręczną hipnotyzacją mężczyzny-władcy, usiłującego odciągnąć uwagę swojej poddanki od jej właściwej roli. Rola ta zaś polegała na tym, że kobieta między jednym porodem a drugim pielęgnowała dzieci albo na wyłącznie domowy użytek: przędła, tkała, cerowała, szyła, chleb piekła, prała i pilnowała garnków. Dziś jeszcze większość naszych kobiet, zwłaszcza w sferze chłopskiej i małomieszczańskiej, pędzi żywot nałożnic, nianiek i kucharek.

    Pierwotność techniki wytwórczej domowego przemysłu, obliczonego tylko na potrzeby członków rodziny, czyniła pracę kobiet mało wydajną, a więc przewlekłą, żmudną, mozolną. Nic przeto dziwnego, że póki życie kobiety upływało przy kołowrotku, krosnach, stępie, dzieży i w dreptaniu około statków kuchennych, żeby temu wszystkiemu podołać, musiała ona wytężać wszystkie swoje siły. Nic też dziwnego, że całkiem pochłonięta tak pracowitym „kapłaństwem“, tem samem nie mogła swoim bytem nastręczyć realnego wątku do tak zwanej „kwestii kobiecej“.

    Ta „kwestia“ — powtarzam raz jeszcze — zjawia się u nas w związku z dokonaniem reformy włościańskiej i rozkwitem produkcji wielkoprzemysłowej, jest więc z istoty swej najczystszym wytworem stosunków ekonomicznych, podległych ogólnym prawom rozwoju cywilizacji tegoczesnej. To zaś, co o niej mówi się w piśmiennictwie naszym, jest tylko wtórnym, ideowym, lecz, niestety! półświadomym dopiero odbiciem. Przebieg jej dziejowy, przedmiotowo pojęty, odbywa się w następujący sposób: Zniesienie pańszczyźnianej zawisłości chłopa wciągnęło nasze rolnictwo w wir gospodarki pieniężnej i przywróciło setkom tysięcy bezrolnej ludności wiejskiej prawo swobody osobistej. Wraz z tym zapanowała era pracy najemnej i produkcji rolniczo-towarowej. Życie ziemiańsko-chłopskie, skostniałe ongi w powijakach patriarchalnego feudalizmu, zadrgało i potoczyło się szlakiem namiętnych wyścigów i walk zażartych o pieniądz. Pod jego wszechwładną dyktaturą musiały nastąpić głębokie zmiany i w cichej, ustronnej komórce społecznej — w rodzinie.

    Pogoń za pieniądzem, jako jedynym środkiem gromadzenia zasobów na jutro i zaspakajania potrzeb codziennych wysunęła na pierwszy plan (z małymi wyjątkami) u nas prawie wszędzie na produkcję i sprzedaż. Ta zaś wywarła potężny wpływ, na społeczny podział pracy. Domowy przemysł kobiecy, uprawiany za czasów pańszczyźnianych pod strzechą kmiecą dla bezpośredniego spożycia i dziesięciny dworskiej, uległ także ogólnemu prądowi: przedzierzgnął się na równi z chłopskim rolnictwem w wytwarzanie towarowe. Jednocześnie, z początku sztucznie, zawdzięczając bodźcom polityki protekcyjnej, później i organicznie, w następstwie rozpętania mocą aktu prawodawczego milionowej rzeszy bezrolnej, która skutkiem tego stała się cennym zbiorowiskiem siły roboczej, zakwitnął u nas wielki przemysł maszynowy. Jednocześnie też z drugiej strony wysiliła się, również w kierunku produkcji towarowej, wielka i średnia uprawa roli. A punktem zbornym dla wytworów naszego przemysłu i rolnictwa bez różnicy jego kalibru wciąż jest rynek krajowy, wcale nie osamotniony, lecz stanowiący integralną cząstkę wymiany wszechświatowej i wywierającej na nią nacisk bardzo doniosły w następstwa. Kogo raz ten nurt zdradziecki porwie, ten tańczyć musi iście tańcem diabelskim: zręczność i siła przemóc muszą nieudolność i słabość.

     Patrzmyż, co się dzieje.  W starciach współzawodniczych ziarna ziemiańskiego na rynkach krajowych z chłopskim, a z amerykańskim, indyjskim, australijskim itp. na rynkach światowych, nieruchome dotąd majątki zaczęły żywo przebiegać z rąk do rąk. To gospodarcze trzęsienie ziemi zburzyło setki tysięcy „cichych“ komórek rodzinnych i przerzuciło je na bruk miejski, pomnażając nimi szeregi różnych warstw społecznych, najwięcej zaś urzędniczą. Chłopska rodzina zachwiała się także w posadach swoich. Przemysł kobiecy, tak pochłaniający swą wytwórczynię, o ile napotkał przyjazne warunki rozwoju, urósł w zyskowne źródło zarobku, o ile zaś nie mógł sprostać potędze wielkiego przemysłu, zniknął bezpowrotnie. Okazało się chłopu zbyt kosztownym odziewać się w samodział, kożuchy i płótno wyrobu domowego, od kiedy Łódź z Białymstokiem itd., tanimi tkaninami, a wielcy przedsiębiorcy wytworami kuśnierskimi nawodnili jarmarki mało-miasteczkowe. Prastare krosna i kołowrotki ustąpiły miejsca tkalniom i przędzalniom parowym. Żarna i stępa także przestały więzić w domu kobietę, od kiedy przekupki jarmarczne zaczęły sprzedawać po cenach dość przystępnych tzw. „leguminy“ i mąki z młynów parowych lub wiatraków, kierowanych ręką męską.

    Tu i owdzie w okolicach podmiejskich nawet dzieża zamienia się w szaflik na pomyje dla trzody chlewnej i krów, od kiedy tuczenie wieprzów, wyrabianie nabiału i uprawa warzyw na potrzeby miasta rozwinęły się w korzystniejsze gospodarstwo kobiece, niżeli wypiekanie chleba prostackiego, który wybornie dziś zastępują piekarnie parowe pieczywem nierównie delikatniejszym. Zresztą zboże hoduje się także wyłącznie na sprzedaż, dla pokrycia ciężarów publicznych i długów lichwiarskich.

    Ku ostatecznemu utrapieniu sielankowych obrońców starodawnej roli kobiet, maszyna wielkiego przemysłu nie tylko zdruzgotała krosna i kołowrotek, ale ręce obsługujące je dotąd wprzęgła do warsztatów przędzalniano-tkackich. Co gorsza, ręce te, okrzyczane za nieudolniejsze i mniej wydajne od męskich, okazały się dla celów wielkiej produkcji maszynowej daleko bardziej pożądanymi.

    Fabryki Łodzi, Tomaszowa, Pabianic, Żyrardowa i Zgierza zatrudniają obecnie prawie tyle kobiet, co i mężczyzn. Istnieje w kraju naszym prócz tkacko-przędzalnianego, wiele innych jeszcze gałęzi przemysłu, gdzie praca kobiet znalazła lub wciąż znajduje szerokie zastosowanie. Dość nadmienić ceglarstwo, roboty budowlane itp., gdzie siła robocza niespecjalna kobiet, dostarczana przez włościaństwo upadające, jest bardzo poszukiwaną.

    A kobiety klasy średniej niemajętnej, w znacznej swej części stanowiącej żywioł zrujnowanych ziemian i małomieszczan (córek majstrów, średnich kupców)? One także musiały wkroczyć do królestwa mężczyzny, stanąć na jego polach zarobkowych. Pod tym względem dokonały one szerokiego podboju. Telefonia, telegrafia, buchalteria, pedagogia, medycyna, a nawet piśmiennictwo i sztuka należą już u nas do posterunków dawno przez nie zdobytych.

     Ma się rozumieć, że wobec tego nie może już dziś być mowy o powrocie naszych kobiet do dawnego trybu życia, jakkolwiek mocno to byłoby pożądanym przez niejednego filistra. Nowe siły społeczne, raz je wyrwawszy z ciasnoty ogniska domowego, poprowadzą je po drodze dalszego wyzwolenia. Ale ono stanie się całkowitym nie wcześniej, aż kwestia społeczna, której „sprawa kobieca“ jest tylko cząstką organiczną, zostanie rozwiązaną, nie w myśl wstecznictwa, usiłującego odwrócić lub powstrzymać logiczny bieg dziejów, lecz w myśl postępu socjologicznego, który pcha ludzkość ku ideałowi największej sprawiedliwości, zapewniającej jednostce ludzkiej na ziemi najszerszy, najpełniejszy rozwój ducha.


[21.09.2022, Toruń]

04 sierpnia 2022

WE FRAGMENTACH - BOLESŁAW PRUS - „LALKA” - MAJĄTEK W ZASŁAWIU POZYTYWISTYCZNIE

 

Janowiec posłużył reżyserowi serialu "Lalka, Ryszardowi Berowi
do przedstawienia uroczego dworku w Zasławiu prezesowej Zasławskiej



    Bardzo sympatyczny, wartościowy i odpowiadający moim poglądom i wyobrażeniom fragment „Lalki” Bolesława Prusa, fragment być może niedoceniany, gdyż nieco odległy od romansowego wątku tyczącego się stosunku Wokulskiego do panny Łęckiej.

    Zaprawdę powieść tę można przyswajać sobie na różne sposoby.


[...]

„— O, ma pan, jaka to oryginalna kobieta z tej prezesowej! — rzekł Ochocki wskazując na sztachety. — Widzi pan te pałace?… To wszystko czwórniaki, mieszkania parobków. A tamten dom — to ochrona dla parobcząt; bawi się ich ze trzydzieści sztuk, wszystkie umyte i obłatane jak książątka… A ta znowu willa to przytułek dla starców, których w tej chwili jest czworo; uprzyjemniają sobie wakacje czyszcząc włosień na materace do gościnnych pokojów. Tułałem się po rozmaitych okolicach kraju i wszędzie widziałem, że parobcy mieszkają jak świnie, a ich dzieci harcują po błocie jak prosięta… Ale kiedym tu pierwszy raz zajechał, przetarłem oczy. Zdawało mi się, że jestem na wyspie Utopii albo na kartce nudnego a cnotliwego romansu⁷⁷⁸, w którym autor opisuje, jakimi szlachcice być powinni, lecz jakimi nigdy nie będą. Imponuje mi ta staruszka… A gdybyś pan jeszcze wiedział, jaką ona ma bibliotekę, co czyta… Zgłupiałem, kiedy raz zażądała, abym jej objaśnił pewne punkta transformizmu, którym dlatego tylko brzydzi się, że uznał walkę o byt za fundamentalne prawo natury.

    Na końcu alei ukazała się panna Felicja.

Cóż, idziemy, panie Julianie? — zapytała Ochockiego.

Idziemy i pan Wokulski z nami.

Aaa?… — zdziwiła się panienka.

Pani nie życzy sobie? — spytał Wokulski.

Owszem, ale… myślałam, że panu będzie przyjemnie w towarzystwie pani Wąsowskiej.

Moja panno Felicjo! — zawołał Ochocki — tylko proszę nie bawić się w uszczypliwość, bo się to pani nie udaje. Obrażona panna poszła naprzód w stronę sadzawki, panowie za nią. Łowili ryby do piątej wieczorem, na spiekocie, gdyż dzień był gorący. Ochocki złapał dwucalowego kiełbia, a panna Felicja oberwała sobie koronkę u rękawa. Skutkiem czego wybuchnął między nimi spór o to, że młode panny nie mają pojęcia o trzymaniu wędki, a panowie nie mogą jednej chwili usiedzieć bez gadania.

    Pogodził ich dopiero dzwonek wzywający na obiad. Po obiedzie baron oddalił się do swego pokou (o tej godzinie zawsze chorował na migrenę), reszta zaś towarzystwa miała zebrać się w parku, w altanie, gdzie zwykle jadano owoce”. [...]


[…]

    Wokulski teraz dopiero zrozumiał cel wyprawy na folwark, gdy w dziedzińcu wybiegło naprzeciw prezesowej całe stado kur, którym ona rzucała ziarno z kosza. Za kurami ukazała się ich dozorczyni, stara Mateuszowa, donosząc pani, że wszystko jest dobrze, tylko że z rana krążył nad dziedzińcem jastrząb, a po południu jedna z kur trochę udławiła się kamieniem, ale jją minęło.

    Po przeglądzie drobiu, prezesowa obejrzała obory i stajnie, gdzie parobcy, po większej części ludzie dojrzałego wieku, składali jej raporta. Tu o mało nie zdarzył się wypadek. Ze stajni bowiem nagle wybiegło spore źrebię i rzuciło się na prezesową przednimi nogami jak pies, który staje na dwu łapach. Szczęściem, Ochocki pohamował figlarne zwierzę, a prezesowa dała mu zwykłą porcję cukru…

On babcię kiedy skaleczy — odezwał się niezadowolony Starski. — Kto widział przyzwyczajać do takich pieszczot źrebięta, z których później wyrastają konie!

Zawsze mówisz rozsądnie — odpowiedziała mu prezesowa głaszcząc źrebaka, który kładł głowę na jej ramieniu, a później biegł za nią tak, że parobcy musieli go zawracać do stajni.

    Nawet niektóre krowy poznawały swoją panią i witały ją stłumionym rykiem, podobnym do mruczenia.

    Dziwna kobieta” — pomyślał Wokulski patrząc na staruszkę, która umiała budzić miłość dla siebie nie tylko w sercach zwierząt, lecz — nawet ludzi.” [...]


[04.08.2022, Toruń]

02 sierpnia 2022

WE FRAGMENTACH - JAN WŁADYSŁAW DAWID - O DUSZY NAUCZYCIELSTWA

 



    Podczas moich pedagogicznych studiów spotkałem się z psychologią wychowawczą i pedagogiką Jan Władysława Dawida, który należy do najwybitniejszych psychologów i jednocześnie pedagogów, który podejmował i opisywał różnorakie badania nad światem wyobrażeń dziecka, jego myśleniem i inteligencją, tudzież rozwojem umysłowym, wolą i procesami rozwoju umiejętności i działania.

    Zaczynając onegdaj pracę pedagogiczną starałem się wykorzystać wiedzę zaczerpniętą z doświadczeń wybitnego psychologa, nie ograniczając się jedynie do akademickiej konieczności poznania konieczności przynajmniej jego książki „Inteligencja, wola i zdolność do pracy”.

    W jaki sposób dzisiaj kształceni są nauczyciele, trudno powiedzieć. Zapewne sposób komunikowania się Dawida z czytelnikiem, nauczycielami trąci nieco myszką, bo też świat współczesny różni się bardzo od tego, w którym funkcjonował ten wybitny pedagog, jednakowoż przesłanie mistrza jest aktualne do dziś… problem w tym, czy do współczesnych nauczycieli ono dociera…


Jan Władysław Dawid [1859, Lublinie – 1914, Warszawa] – „O duszy nauczycielstwa”, Nasza księgarnia, Warszawa 1932, fragment.


[…]

Kierowniczym czynnikiem wychowania jest to, czem jest nauczyciel, a raczej za co się ma i czem jeszcze chciałby być. Dlatego w żadnym zawodzie c z ł o w i e k nie ma tak wielkiego znaczenia, jak w zawodzie nauczycielskim. Architekt może być złym człowiekiem i zbudować dom ładny i wygodny; inżynier, który przebił tunele, przeprowadził wielkie drogi, pobudował mosty — mógł być człowiekiem lichym. Już mniej to jest możliwe u lekarza; zapewne nie chciałby nikt leczyć się u takiego, o którym w iedziałby napew no, że jest złym człowiekiem

    A już nauczyciel — zły człowiek jest sprzecznością w samem określeniu, niemożliwością. Nauczyciel taki może tego lub innego czasem nauczyć rzeczy oderwanych, przypadkowych, ale pozostanie uczniowi obcym, w życiu jego żadnego wpływu nie odegra. Dlaczegóż tak jest? Co stanowi istotę nauczyciela, co sprawia, że ktoś jest nauczycielem „z urodzenia’’, z powołania? Ażeby nie gubić się w dowolnych wytworach fantazji, zapytajmy raczej: jacy nauczyciele są, jakich spotykamy, i jaki śród nich typ uznać należy za najdoskonalszy, za właściwy typ nauczyciela.

    Jest jeden objaw duchowego życia, u każdego w pewnym stopniu spotykany, w pewnych okolicznościach u niektórych ludzi występujący w wyjątkowym stopniu. Jest to potrzeba i zdolność sympatyzowania, wzajemnego przenikania się, udzielania swoich i uczestniczenia w cudzych stanach duchowych, dążenie do zgodności, harmonji jedności z duchowem życiem innych. [...]

[podkreślenia moje, oryginalną pisownię zachowano]


[02.08.2022, Toruń]

27 lipca 2022

WE FRAGMENTACH - MARIA KONOPNICKA - DYM

 

Maria Konopnicka w roku 1906


Ile razy spojrzała w okno swej izdebki, tyle razy widzieć go mogła, jak z ogromnego komina fabryki walił siwym słupem. Nieraz nawet umyślnie odrywała od roboty stare swoje oczy, aby rzucić na niego choć jedno spojrzenie. W spojrzeniu tym była dziwna błogość i jakby pieszczota. Ludzie szli i przechodzili, śpiesząc w różne strony, rzadko który spojrzał w górę w kierunku komina, jeszcze rzadszy zauważył siną smugę dymu. Ale dla niej dym ten miał szczególne znaczenie, mówił do niej, rozumiała go, był w jej oczach niemal żywą istotą.

Kiedy o wczesnym brzasku na opalowym, mieniącym się barwami jutrzni tle nieba, dym rozkłębiał się nad kominem w krągłych, czarnych runach, roznosząc ostrą, gryzącą woń sadzy, wiedziała ona, że tam jej Marcyś w kotłowni przy palenisku stoi, ognie zanieca, miarkuje, rozkłada, wysoki, smukły, gibki, w granatowej płóciennej bluzie, spiętej skórzanym pasem, w lekkiej furażerce na jasnych włosach, z szeroko odwiniętym u szyi kołnierzem.

 — Oho — szepnęła wtedy, uśmiechając się — Marcyś fasuje...

Istotnie fasował. Z gorliwością nowicjusza sypał na palenisko węgiel, kosz za koszem, za siebie i za palacza pracując, dumny ze swojej świeżej godności kotłowego. A razem z tym wielkim, jasnym płomieniem wybuchały mu w duszy pieśni, którymi się kotłownia rozlegała od świtu do nocy.

Wkrótce jednak czarne kłębiska dymu bielały, rzedły, stawały się lżejsze, aż wskroś pogodnych błękitów wybiły w górę lekkim, równym słupem.

Ten widok wlewał w serce wdowy radość i pogodę.

 — Wszystko dobrze... — szeptała — wszystko dobrze, Bogu Najwyższemu dzięki!

I krzątała się po ubogiej izdebce, zaścielając łóżko swoje i synowski tapczan, zamiatając śmieci starą brzozową miotłą i rozpalając na kominku drewka do południowego posiłku.

Wtedy to wprost wielkiego fabrycznego komina z wspaniałą kitą dymu wznosiło się w błękity cienkie, sinawe pasemko z ponad dachu facjatki, gdzie mieszkała wdowa; pasemko tak wątłe i nikłe, jak tchnienie starych piersi, co je wydobywały z ogniska.

Ale młody kotłowy zawsze to pasemko dostrzegał. A nie tylko je dostrzegał, ale się do niego uśmiechał. Wiedział on dobrze, że tam, u komina, stara jego matka w bieluchnym czepcu na głowie, w tołubku, przepasanym różowym fartuchem, drobna, zwiędła, zgarbiona szykuje dla niego jakiś barszcz wyśmienity lub wyborny krupnik. Zdawało mu się nawet czasem, że wyraźnie czuje smakowitą woń tych specjałów.

Z podwójnym tedy zapałem dorzucał na palenisko świeżą szuflę węgla i podczas kiedy palacz po głowie się drapał, on, stojąc jedną nogą na podmurowaniu, zwinny i giętki, za dwóch nastarczał w robocie.

I tak naprzeciw siebie szły w niebo te dwa oddechy: fabryki i facjatki, niknąc w przejrzystych lazurach, może łącząc się w nich nawet.

Ku południowi dym fabryczny rzedniał nieco; olbrzymie płuca machin zwalniały swą pracę, wypuszczone pary przeszywały raz i drugi powietrze ostrym, przykrym świstem, a chłopak, jak huragan, do izdebki wpadał.

 — Mamo, jeść — wołał już od progu, a cisnąwszy furażerkę na stół, biegł do klatki z kosem, wiszącej w okienku. Kos, jak tylko chłopaka obaczył, wydawał gwizd przeciągły, do fabrycznej świstawki podobny, a potem zaczynał swoje zwykłe kuranty, których go nauczył Marcyś. Chłopak stawał przed klatką, kładł ręce w kieszenie i gwizdał także. Aż się ściany trzęsły od gwizdania tego.

A matka rozpościerała tymczasem na stole piękną, żółtą serwetę, w niebieskie jelenie wyrabianą, i stawiała głęboką fajansową wazkę krupniku, barszczu z rurą, albo grochówki z wędzonką, albo też zacierek, jak tam wypadło. Obok wazki wstępywał na stół chleb w dużym bochnie, główna tego posiłku podstawa.

Znikał on też prawie w połowie, ledwo się chłopak przysunął do niego. Kawał za kawałem krajał, w miseczce z solą maczał, a precz dogadywał:

 — Dobry chleb, mamo!

 — Dobry, synku — odpowiadała za każdym razem wdowa. — Jedz z Bogiem, jedz! Na chwałę Panu Jezusowi i Matce Jego Przenajświętszej...

Chłopak nie dawał się prosić, a razem z chlebem znikała i zawartość misy.

 — Dobry barszcz, mamo — mówił wtedy.

Matka już od kilku chwil jadła coraz wolniej. Mieszała łyżką w talerzu, dmuchała w niego. Ale barszczu nie ubywało jakoś. Kiedy więc chłopak wymiótł, co miał przed sobą, i wąsiki runiejące wierzchem ręki otarł, pytała skwapliwie:

 — A może byś, synku, jeszcze... Mnie dziś coś nie bardzo jakoś...

Chciała mu dać poznać, że jej nie smakuje, ale bała się wyraźnym kłamstwem Boga obrażać, bo barszcz był doskonały.

 — A no — mówił chłopak — kiedy mama nie je...

Podstawiała mu z pośpiechem swój talerz, mówiąc:

 — Jedz, dziecko, jedz! Na chwałę Panu Jezusowi...

Chłopak tedy znów się zabierał do łyżki po swojemu.

 — Co mama chce od tego barszczu? — pytał. — To królewski barszcz!

 — Byłby on, byłby, synku — odpowiadała, mrugając oczami — tylko że mi do niego bobkowego liścia przybrakło...

Zdarzało się, że nie dojadał.

Zlewała wtedy resztę w glinianą ryneczkę i stawiała w kominku, tak aby syn nie spostrzegł tego… [...]


[27.07.2022, Toruń]

22 czerwca 2022

WE FRAGMENTACH - ZOFIA NAŁKOWSKA - MEDALIONY - CZŁOWIEK JEST MOCNY.

 




Medaliony to zbiór opowiadań najwyższej jakości, znacznie przewyższający popularną w latach trzydziestych i powojennych "Granicę". Ten cykl powojennych opowiadań będących efektem pracy autorki w Komisji do Badania Zbrodni Hitlerowskiej w Polsce stanowi zarówno cenny dowód historyczny hitlerowskich zbrodni, jak i też jest ukoronowaniem nowoczesnej behawiorystycznej prozy Zofii Nałkowskiej charakteryzującej się afabularnością, oszczędnością środków wyrazu, dyskretnym zawieszeniem głosu, a tematycznie proza ta poświęcona jest życiu prostych, doświadczonych okrucieństwami wojny ludzi, których autorka charakteryzuje za pomocą kilku wyrazistych cech. W swych miniaturach prozatorskich potrafiła autorka "Domu nad łąkami zrezygnować z pisarskich przyzwyczajeń i stworzyć dzieło krótkie, zwięzłe, lecz niosące rozległą problematykę i dogłębnie poruszające serca i wyobraźnię czytelników.

Człowiek jest mocny

[…] - Pracowałem wtedy, przy rozłożeniu starej stodoły z polecenia Komitetu Żydowskiego w Ugaju, więc nie byłem w spisie, kiedy wywozili Żydów z Koła.

Niektórzy się bali. Wtedy Siuda, żandarm wojskowy z polskich folksdojczów, powiedział im: “Nie bójcie się, zawiozą was na stację Barłogi, a stamtąd pojedziecie dalej na roboty”. Więc się nie bali. Niektórzy nawet sami chcieli jechać.

Żydów z Koła wywozili przez1 pięć dni. Na końcu wywieźli Żydów chorych, ale szoferom kazali jechać z nimi wolno i ostrożnie.

Na początku stycznia 1942 roku zabrali mnie w Ugaju razem z czterdziestoma innymi Żydami na posterunek żandarmerii. Na drugi dzień zajechał samochód ciężarowy z Izbicy i w tym samochodzie było piętnastu Żydów z Izbicy. Załadowali nas razem z nimi i zawieźli do Chełmna. Wszyscy w tym samochodzie to byli ludzie silni, zdolni do najcięższej pracy. [...]

Zabrali nas trzydziestu do samochodu, zawieźli do lasu Żuchowskiego, dali łopaty i kilofy. O ósmej rano przyjechał pierwszy samochód z Chełmna. Kto pracował w rowie, nie wolno było obrócić się do samochodów, nie dali patrzyć. Ale widziałem. Niemcy - jak otworzyli drzwi - odskoczyli od auta. Ze środka szedł ciemny dym. W miejscu, gdzieśmy stali, nie czuć było żadnego zapachu.

Potem weszło do auta trzech Żydów i oni wyrzucali trupy na ziemię. W aucie leżały jedne na drugich prawie do połowy wysokości. Niektóre trzymały się w objęciu. Takim, co jeszcze żyły, Niemcy strzelali w tył głowy. Po wyrzuceniu trupów auto odjeżdżało do Chełmna.

Potem dwóch Żydów podawało trupy dwom Ukraińcom. Oni byli w ubraniu cywilnym. Wyrywali obcęgami złote zęby trupom, z szyi im ściągali woreczki z pieniędzmi, z rąk zegarki, obrączki z palców.

Obszukiwali trupy bardzo, aż do obrzydliwości.

Do tego czasu robili to we trzech. Ale akurat tego dnia jednego Ukraińca przy ładowaniu wepchnęli razem z Żydami do gazowego auta. Krzyczał, ale inni także krzyczeli, tak że się Niemcy nie połapali. I tak udusił się z tymi Żydami, co ich miał rewidować.

Jak auto przyszło do lasu, to tego Ukraińca rozpoznali i bardzo go chcieli odratować. Robili mu sztuczne oddychanie, ale już nie pomogło.

- Niemcy sami nie rewidowali trupów, ale zawsze dobrze patrzyli Ukraińcom na ręce przy tej robocie. A co tamci znaleźli, Niemcy wkładali do osobnej walizki.

Bielizny z trupów już nie kazali zdjąć.

[…] - Jednego dnia - to był wtorek - z trzeciego samochodu, który przyjechał tego dnia z Chełmna, wyrzucili na ziemię zwłoki mojej żony i moich dzieci, chłopiec miał siedem lat, dziewczynka cztery. Wtedy położyłem się na zwłokach mojej żony i powiedziałem, żeby mnie zastrzelili.

Nie chcieli mnie zastrzelić. Niemiec powiedział: “Człowiek jest, mocny, może jeszcze dobrze popracować”. I bił mnie drągiem, dopóki nie wstałem.

Tego wieczora powiesiło się w piwnicy dwóch Żydów. Chciałem się też powiesić, ale odmówił mię człowiek pobożny.

Wtedy ugodziłem się z jednym, żeby razem uciec w drodze. Ale właśnie na ten raz on pojechał drugim samochodem. Więc już powiedziałem sobie, że ucieknę sam.

Gdy wjechaliśmy w las, poprosiłem konwojenta o papieros. Dał. Cofnąłem się, a inni go obiegli też o papierosy. Rozciąłem nożem płachtę przy szoferce i wyskoczyłem z samochodu. Strzelali za mną, ale nie trafili. W lesie strzelał do mnie Ukrainiec na rowerze, też nie trafił. Uciekłem. [...]


[22.06.2022, Toruń]