Zygmunt
Anastazy Pietkiewicz
[1959 - 1934] - pisarz,
publicysta, działacz socjalistyczny.
[wielce interesujący artykuł omawiający kwestię roli kobiet w końcu XIX i na przełomie XIX i XX wieku z perspektywy pisarza - socjalisty, wrażliwego na sprawy kobiet współczesnych autorowi oraz zarysowanie roli tychże w przyszłości]
NIECO
O ISTOCIE KWESTJI KOBIECEJ
Dużo
u nas się mówiło i pisało o tak zwanej „kwestii kobiecej“ i
sporo pod jej adresem naplotło się koszałek-opałek, a jednak
pomimo, iż źródło jej w ogóle tkwi w rozwoju społecznym okresu
dzisiejszego, mało kto dotąd jeszcze rozumie u nas właściwą jej
istotę, chociaż i nasze życie jest nieodłączną cząstką tego
rozwoju. Zbliżano się do prawdy, łapano ją za ogon, czego
rzeczowym dowodem może być niejedna powieść naszych
wybitniejszych autorek, budzicielek „samodzielności kobiecej“. I
przyznać im trzeba, że dając w ideałach powieściowych wyraz
wymaganiom chwili, łapały istotnie prawdę za omyk, ale pomimo ich
całej spostrzegawczości, on się wymykał, w palcach zostawało
kilka strzępków sierści, z której trudno zgadnąć, co to za
zwierzę? Pochodziło to stąd, że albo ręce były za krótkie,
albo oko ćmiło się łzą starej sielankowości, albo nareszcie
stąd, że chociaż ręka sięgająca kwestii kobiecej była dość
długa, ale dłoń krępowała rękawiczka uszyta ze skórki
różowo-błękitnych ekonomistów i socjologów. „Kwestję
kobiecą“ zacieśniono więc do obrębu saloników
drobnoziemiańskich i drobnomieszczańskich, nie wiedząc o tym, że
ona w rzeczywistości jest czymś rozleglejszym; daje się porównać
do rośliny niepodzielnej, mającej nie tylko kwiat o tak ckliwej
woni, jak „feminizm“ z p. Szeligą, jego kielichem, ale i łodygę,
bujnie już rozrosłą na gruncie naszego życia, i liście, aż
pożółkłe z dojrzałości. Jest rośliną, wijącą się
nieprzerwanie po przez wszystkie piętra gmachu społecznego.
Zrodziła
się ona u nas razem z upadkiem pańszczyzny i wtargnięciem w nasz
organizm gospodarczy pieniądza, jako jedynego bodźca i kierownika
wytwarzania, a maszyny, jako nieodzownego narzędzia produkcji
towarowej, obliczonej na szybsze i rozleglejsze zaspokojenie
„spożywczości” krajowej i rynków dalej leżących. Od lat
trzydziestu, na wszystkich szczeblach społecznych, trwa proces
rozkładu naszej „jednostki ekonomicznej“, t. j. rodziny, zarówno
chłopskiej, jak rzemieślniczej, małomieszczańskiej itd. Cicha
dotychczas i ustronna „komórka“ społeczna, wystawiona na
potężne wpływy nowoczesnej gospodarki, przestaje być tym, czym
dawniej była: skarbnicą cnót domowych, uprawianych przez
niewiastę-kapłankę. Darzono ją — a filisterstwo i obecnie darzy
hojnie — zaszczytem kapłaństwa, ale ono miało i dziś jeszcze
miewa inny sens życiowy: było zręczną hipnotyzacją
mężczyzny-władcy, usiłującego odciągnąć uwagę swojej
poddanki od jej właściwej roli. Rola ta zaś polegała na tym, że
kobieta między jednym porodem a drugim pielęgnowała dzieci albo na
wyłącznie domowy użytek: przędła, tkała, cerowała, szyła,
chleb piekła, prała i pilnowała garnków. Dziś jeszcze większość
naszych kobiet, zwłaszcza w sferze chłopskiej i małomieszczańskiej,
pędzi żywot nałożnic, nianiek i kucharek.
Pierwotność
techniki wytwórczej domowego przemysłu, obliczonego tylko na
potrzeby członków rodziny, czyniła pracę kobiet mało wydajną, a
więc przewlekłą, żmudną, mozolną. Nic przeto dziwnego, że póki
życie kobiety upływało przy kołowrotku, krosnach, stępie, dzieży
i w dreptaniu około statków kuchennych, żeby temu wszystkiemu
podołać, musiała ona wytężać wszystkie swoje siły. Nic też
dziwnego, że całkiem pochłonięta tak pracowitym „kapłaństwem“,
tem samem nie mogła swoim bytem nastręczyć realnego wątku do tak
zwanej „kwestii kobiecej“.
Ta
„kwestia“ — powtarzam raz jeszcze — zjawia się u nas w
związku z dokonaniem reformy włościańskiej i rozkwitem produkcji
wielkoprzemysłowej, jest więc z istoty swej najczystszym wytworem
stosunków ekonomicznych, podległych ogólnym prawom rozwoju
cywilizacji tegoczesnej. To zaś, co o niej mówi się w
piśmiennictwie naszym, jest tylko wtórnym, ideowym, lecz, niestety!
półświadomym dopiero odbiciem. Przebieg jej dziejowy, przedmiotowo
pojęty, odbywa się w następujący sposób: Zniesienie
pańszczyźnianej zawisłości chłopa wciągnęło nasze rolnictwo w
wir gospodarki pieniężnej i przywróciło setkom tysięcy bezrolnej
ludności wiejskiej prawo swobody osobistej. Wraz z tym zapanowała
era pracy najemnej i produkcji rolniczo-towarowej. Życie
ziemiańsko-chłopskie, skostniałe ongi w powijakach patriarchalnego
feudalizmu, zadrgało i potoczyło się szlakiem namiętnych wyścigów
i walk zażartych o pieniądz. Pod jego wszechwładną dyktaturą
musiały nastąpić głębokie zmiany i w cichej, ustronnej komórce
społecznej — w rodzinie.
Pogoń
za pieniądzem, jako jedynym środkiem gromadzenia zasobów na jutro
i zaspakajania potrzeb codziennych wysunęła na pierwszy plan (z
małymi wyjątkami) u nas prawie wszędzie na produkcję i sprzedaż.
Ta zaś wywarła potężny wpływ, na społeczny podział pracy.
Domowy przemysł kobiecy, uprawiany za czasów pańszczyźnianych pod
strzechą kmiecą dla bezpośredniego spożycia i dziesięciny
dworskiej, uległ także ogólnemu prądowi: przedzierzgnął się na
równi z chłopskim rolnictwem w wytwarzanie towarowe. Jednocześnie,
z początku sztucznie, zawdzięczając bodźcom polityki
protekcyjnej, później i organicznie, w następstwie rozpętania
mocą aktu prawodawczego milionowej rzeszy bezrolnej, która skutkiem
tego stała się cennym zbiorowiskiem siły roboczej, zakwitnął u
nas wielki przemysł maszynowy. Jednocześnie też z drugiej strony
wysiliła się, również w kierunku produkcji towarowej, wielka i
średnia uprawa roli. A punktem zbornym dla wytworów naszego
przemysłu i rolnictwa bez różnicy jego kalibru wciąż jest rynek
krajowy, wcale nie osamotniony, lecz stanowiący integralną cząstkę
wymiany wszechświatowej i wywierającej na nią nacisk bardzo
doniosły w następstwa. Kogo raz ten nurt zdradziecki porwie, ten
tańczyć musi iście tańcem diabelskim: zręczność i siła
przemóc muszą nieudolność i słabość.
Patrzmyż,
co się dzieje. W starciach współzawodniczych ziarna
ziemiańskiego na rynkach krajowych z chłopskim, a z amerykańskim,
indyjskim, australijskim itp. na rynkach światowych, nieruchome
dotąd majątki zaczęły żywo przebiegać z rąk do rąk. To
gospodarcze trzęsienie ziemi zburzyło setki tysięcy „cichych“
komórek rodzinnych i przerzuciło je na bruk miejski, pomnażając
nimi szeregi różnych warstw społecznych, najwięcej zaś
urzędniczą. Chłopska rodzina zachwiała się także w posadach
swoich. Przemysł kobiecy, tak pochłaniający swą wytwórczynię, o
ile napotkał przyjazne warunki rozwoju, urósł w zyskowne źródło
zarobku, o ile zaś nie mógł sprostać potędze wielkiego
przemysłu, zniknął bezpowrotnie. Okazało się chłopu zbyt
kosztownym odziewać się w samodział, kożuchy i płótno wyrobu
domowego, od kiedy Łódź z Białymstokiem itd., tanimi tkaninami, a
wielcy przedsiębiorcy wytworami kuśnierskimi nawodnili jarmarki
mało-miasteczkowe. Prastare krosna i kołowrotki ustąpiły miejsca
tkalniom i przędzalniom parowym. Żarna i stępa także przestały
więzić w domu kobietę, od kiedy przekupki jarmarczne zaczęły
sprzedawać po cenach dość przystępnych tzw. „leguminy“ i mąki
z młynów parowych lub wiatraków, kierowanych ręką męską.
Tu
i owdzie w okolicach podmiejskich nawet dzieża zamienia się w
szaflik na pomyje dla trzody chlewnej i krów, od kiedy tuczenie
wieprzów, wyrabianie nabiału i uprawa warzyw na potrzeby miasta
rozwinęły się w korzystniejsze gospodarstwo kobiece, niżeli
wypiekanie chleba prostackiego, który wybornie dziś zastępują
piekarnie parowe pieczywem nierównie delikatniejszym. Zresztą zboże
hoduje się także wyłącznie na sprzedaż, dla pokrycia ciężarów
publicznych i długów lichwiarskich.
Ku
ostatecznemu utrapieniu sielankowych obrońców starodawnej roli
kobiet, maszyna wielkiego przemysłu nie tylko zdruzgotała krosna i
kołowrotek, ale ręce obsługujące je dotąd wprzęgła do
warsztatów przędzalniano-tkackich. Co gorsza, ręce te, okrzyczane
za nieudolniejsze i mniej wydajne od męskich, okazały się dla
celów wielkiej produkcji maszynowej daleko bardziej pożądanymi.
Fabryki
Łodzi, Tomaszowa, Pabianic, Żyrardowa i Zgierza zatrudniają
obecnie prawie tyle kobiet, co i mężczyzn. Istnieje w kraju naszym
prócz tkacko-przędzalnianego, wiele innych jeszcze gałęzi
przemysłu, gdzie praca kobiet znalazła lub wciąż znajduje
szerokie zastosowanie. Dość nadmienić ceglarstwo, roboty budowlane
itp., gdzie siła robocza niespecjalna kobiet, dostarczana przez
włościaństwo upadające, jest bardzo poszukiwaną.
A
kobiety klasy średniej niemajętnej, w znacznej swej części
stanowiącej żywioł zrujnowanych ziemian i małomieszczan (córek
majstrów, średnich kupców)? One także musiały wkroczyć do
królestwa mężczyzny, stanąć na jego polach zarobkowych. Pod tym
względem dokonały one szerokiego podboju. Telefonia, telegrafia,
buchalteria, pedagogia, medycyna, a nawet piśmiennictwo i sztuka
należą już u nas do posterunków dawno przez nie zdobytych.
Ma
się rozumieć, że wobec tego nie może już dziś być mowy o
powrocie naszych kobiet do dawnego trybu życia, jakkolwiek mocno to
byłoby pożądanym przez niejednego filistra. Nowe siły społeczne,
raz je wyrwawszy z ciasnoty ogniska domowego, poprowadzą je po
drodze dalszego wyzwolenia. Ale ono stanie się całkowitym nie
wcześniej, aż kwestia społeczna, której „sprawa kobieca“ jest
tylko cząstką organiczną, zostanie rozwiązaną, nie w myśl
wstecznictwa, usiłującego odwrócić lub powstrzymać logiczny bieg
dziejów, lecz w myśl postępu socjologicznego, który pcha ludzkość
ku ideałowi największej sprawiedliwości, zapewniającej jednostce
ludzkiej na ziemi najszerszy, najpełniejszy rozwój ducha.
[21.09.2022, Toruń]