Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRZEDRUKI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRZEDRUKI. Pokaż wszystkie posty

14 kwietnia 2026

ZAPISKI EMIGRANTA (1393) JESZCZE RAZ O PROSTAKU

 

1393.

Myślałem, że w krótkim poście odniosę się do wypowiedzi kretyna z USA na temat papieża Leona XIV, nota bene również Amerykanina. Trump rzekł, że Leon „nie wykonuje dobrej roboty” i „najwyraźniej lubi przestępczość”, wskazując na jego obronę imigrantów. Zarzucił mu, że jest „bardzo liberalny”. Nie przypominam sobie, aby jakikolwiek polityk, także z obozu komunistycznego, wypowiadał się oficjalnie na temat zwierzchnika Watykanu. No cóż, wydaje mi się, że pomarańczowy paranoik stanowi poważny i krytyczny bagaż dla społeczeństwa amerykańskiego. Nie jest wam wstyd, Amerykanie, że macie takiego klauna w Waszyngtonie?

Tymczasem w sieci odnalazłem poniższy tekst, który koresponduje z moim zdaniem na temat tego prostaka


"- Stary. Rządzisz krajem, w którym 600 000 bezdomnych ludzi śpi dziś na ulicy. Krajem, w którym 40% dorosłych nie jest w stanie pokryć nagłego wydatku w wysokości 400 dolarów bez pożyczania pieniędzy. Krajem, w którym insulina kosztuje więcej niż rata za samochód, a ludzie ograniczają jej dawki, by przetrwać. Krajem, w którym zadłużenie medyczne jest główną przyczyną bankructw. Krajem, w którym kobiety umierają na parkingach przy szpitalach, bo lekarze boją się prawa aborcyjnego i nie leczą poronień.

Więzisz więcej swoich obywateli niż jakikolwiek inny naród na ziemi. Więcej niż Chiny. Więcej niż Rosja. Więcej niż Korea Północna. Kraj wolnych ludzi ma 2 miliony ludzi w klatkach, a jedna czwarta z nich nawet nie została skazana, bo są po prostu za biedni, by wpłacić kaucję.

Twoja oczekiwana długość życia cofa się. Jesteś jedynym rozwiniętym narodem, gdzie tak się dzieje. Twoja stopa śmiertelności niemowląt jest gorsza niż na Kubie. Twoje dzieci ćwiczą reakcje na zamachowca między matmą a angielskim, podczas gdy ty sprzedajesz akcje producentów broni swoim kumplom.

Twoja płaca minimalna nie ruszyła się od 15 lat. Masz nauczycieli pracujących na dwa etaty i weteranów śpiących pod mostami, a ty właśnie wydałeś bilion dolarów na zrównanie z ziemią kraju, który cię nie zaatakował.

Jesteś skazanym przestępcą, sąd orzekł o gwałcie, chronisz pedofilów, zdradzasz żonę i podżegasz do insurekcji, prowadząc największą katastrofalną kampanię wojenną od czasu, gdy Talibowie podziękowali wam bardzo za przegraną.

I ty nazywasz Grenlandię źle zarządzaną?

Grenlandia ma powszechną opiekę zdrowotną. Darmową edukację. Jeden z najniższych wskaźników uwięzienia na świecie. Nikt tam nie bankrutuje z powodu choroby. Nikt nie umiera w poczekalni, bo ubezpieczyciel powiedział mu 'nie'.

'NATO nie było tam, kiedy ich potrzebowaliśmy.' – mówisz. A kiedy dokładnie to było, mistrzu? 11 września? Bo NATO po raz pierwszy i jedyny w historii ogłosiło Artykuł 5 DLA CIEBIE. Żołnierze z dziesiątek krajów zostali wysłani, walczyli, krwawili i ginęli w Afganistanie DLA CIEBIE. Australia nawet nie jest w NATO, a i tak się stawiliśmy.

A ty wycofałeś się o 2 w nocy, nie mówiąc nikomu, i zostawiłeś ich z bałaganem.

Więc może zanim zaczniesz nazywać inne kraje źle zarządzanymi, spójrz na swój własny podwórko, ty opalony sprayem sprzedawco okładzin aluminiowych.

Opublikował w sieci Jim Scroggins, zaznaczając „oryginalny autor nieznany”.



[14.04.2026, Toruń]

05 marca 2026

TYMCZASEM PREMIER HISZPANII PEDRO SÁNCHEZ

 

Premier Hiszpanii Pedro Sánchez w telewizyjnym wystąpieniu do narodu odniósł się do presji ze strony USA w sprawie wojny z Iranem:

Stanowisko Hiszpanii jest jasne: nie dla wojny. Konfliktów nie rozwiązuje się bombami. Potępiamy reżim irańskich ajatollahów, ale nie możemy odpowiadać na jedno bezprawie innym. Jedyną drogą jest dyplomacja i prawo międzynarodowe.

Doświadczenie wojny w Iraku pokazało nam, dokąd prowadzą takie decyzje: do wzrostu terroryzmu, kryzysów migracyjnych i ogromnych kosztów gospodarczych.

Wielkie katastrofy w historii zaczynały się właśnie w ten sposób - od błędnych kalkulacji. Nie można grać w rosyjską ruletkę losem milionów ludzi. Hiszpania pozostaje lojalnym partnerem NATO i Unii Europejskiej, ale nie będzie zajmować podporządkowanej pozycji wobec nikogo. Nasza polityka opiera się na wartościach zapisanych w konstytucji Hiszpanii, w prawie Unii Europejskiej i w Karcie Narodów Zjednoczonych. Na wojnach zazwyczaj zyskują tylko producenci broni i najbogatsi. Zwykli ludzie zawsze tracą.”

4 marca 2026



[05.03.2026, Toruń]

21 października 2025

ROMANA




Romana Makówka

Redaktorka serwisu kulinarnego Beszamel.pl, Poradnikzdrowie.pl i MjakMama.pl.

Fotograf, dziennikarz, redaktor i felietonistka. Mistrzyni SEO, miłośniczka kuchni polskiej, fanka norweskiego Black Metalu, zjawisk nadprzyrodzonych i historii Polski. Znana autorka zdjęć koncertowych, specjalizująca się w sesjach perkusyjnych live. Jej zdjęcia ukazywały się w największych polskich i zagranicznych magazynach muzycznych, na okładkach płyt i książek. Zaczynała od współpracy z Polska Press, Redakcji Magazynu Gitarzysta, wydawanego w formie dodatku, Magazynu Basista oraz kwartalnika Lizard. Rozwijała swoje pasje w Magazynie Perkusista. Jej felietony ukazały się regularnie w lifestyle'owym Magazynie T3. Współpracowała z Antyradio.pl i Radiem ZET oraz wydawała serwis wielotematyczny w Agorze.

Obecnie łączy swoje pasje do pisania, poznawania nowych smaków i fotografii w serwisie Beszamel.

Nie oszukujmy się, Pani Romana to współczesny Leonardo da Vinci

Pani Romana, specjalistka od meteorologii podaje, że...

Specjaliści z IMGW alarmują, że nadchodząca zima 2025/2026 może być równie surowa jak słynna zima stulecia z okresu PRL-u. Prognozy sugerują obfite opady śniegu i niskie temperatury, a synoptycy ostrzegają – „jeśli wir polarny się załamie, nad Europę może napłynąć lodowate powietrze”. Jak wpłynie to na nasze zdrowie?

Meteorolodzy IMGW zapowiadają, że zima 2025/2026 może przypominać legendarną zimę stulecia z lat PRL-u. Prognozy wskazują na śnieżyce, mróz i silny wiatr, a eksperci tłumaczą wpływ wiru polarnego, La Niña i oscylacji QBO. Sprawdź, jak taka pogoda może wpłynąć na zdrowie – od hipotermii po choroby serca”.

Oczekujemy potwierdzenia prognozy.



[21.10.2025, Toruń]

22 sierpnia 2025

PRZEDRUKI - NIE ŻYJE NAJSYMPATYCZNIEJSZY SĘDZIA ŚWIATA - FRANK CAPRIO

 


Przedruk artykułu Marcina Paczkowskiego 

opublikowanego w internetowej wersji Radia ESKA.


    Nie żyje sędzia Frank Caprio, znany na całym świecie z programu „Caught in Providence”. Zmarł w wieku 88 lat po walce z chorobą nowotworową. Był określany mianem „najsympatyczniejszego sędziego na świecie”, a jego empatia, humor i życzliwość sprawiły, że zaskarbił sobie sympatię milionów ludzi. Informację o jego śmierci przekazano w poruszającym wpisie na Facebooku.

Frank Caprio, sędzia Sądu Miejskiego w Providence, zyskał popularność dzięki programowi "Caught in Providence", gdzie wykazywał się empatią i życzliwością w rozpatrywaniu spraw.

Jego filozofia łączenia prawa, empatii i zdrowego rozsądku zainspirowała miliony widzów i pokazała, że w systemie sądowniczym jest miejsce na ludzkie emocje.

Zmarł w wieku 88 lat po walce z rakiem trzustki, pozostawiając po sobie dziedzictwo współczucia i wiary w dobroć ludzi, inspirując innych do czynienia dobra. [...]

Caprio wielokrotnie podkreślał, że w zawodzie sędziego nie można ograniczać się jedynie do liter prawa. – W pracy sędziego trzeba łączyć empatię, prawo i zdrowy rozsądek – mówił. Ta filozofia sprawiła, że zyskał opinię człowieka wyjątkowego, który potrafił wnieść element współczucia do systemu sądowniczego.

Jego podejście zainspirowało miliony widzów i pokazało, że nawet w najbardziej formalnych instytucjach można odnaleźć przestrzeń dla ludzkich emocji i zrozumienia. W styczniu 2023 roku Frank Caprio przeszedł na emeryturę, pozostawiając po sobie trwały ślad w historii amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości.

Bliscy i współpracownicy podkreślili, że – kochany za swoje współczucie, pokorę i niezachwianą wiarę w dobroć ludzi, sędzia Caprio wpłynął na życie milionów osób poprzez swoją pracę w sądzie i poza nim. Jego ciepło, humor i życzliwość pozostawiły niezatarty ślad w sercach wszystkich, którzy go znali.

We wzruszającym pożegnaniu zaznaczono również, że Frank Caprio zostanie zapamiętany nie tylko jako ceniony sędzia, ale także jako oddany mąż, ojciec, dziadek, pradziadek i przyjaciel. – Na jego cześć, niech każdy z nas stara się wnieść nieco więcej współczucia do świata — tak jak on robił to każdego dnia – zaapelowano.

Jego dziedzictwo będzie żyło w niezliczonych aktach dobroci, które zainspirował u innych. Dla wielu ludzi pozostanie symbolem tego, że prawo może być nie tylko surowe, lecz także sprawiedliwe i pełne człowieczeństwa.



[22.08.2025, Toruń]

10 marca 2025

O MARKU GRECHUCIE


* na podstawie fragmenttu książki "Ulubieńcy bogów" Sławomir Koper. https://www.gazeta.pl/

[…] Grechuta pochodził z Zamościa, miasta nie bez powodu nazywanego Padwą Północy. Rodzice się rozwiedli, gdy był jeszcze chłopcem. Przeżył to bardzo ciężko i od tej pory odczuwał potrzebę ciągłej akceptacji. Dorastał w otoczeniu kobiet: matki, siostry, babki i ciotki, co wzmagało jego wrodzoną wrażliwość. Już w czasach licealnych marzył o wielkiej miłości i przez kilka lat uważał, że na odpowiednią partnerkę trafił w rodzinnym mieście. Podczas nauki w szkole średniej poznał młodszą o dwa lata Halinę Marmurowską i zakochał się w niej bez pamięci. Halina uchodziła za niezwykle urodziwą dziewczynę, zawsze elegancką, stonowaną, budzącą respekt, a razem tworzyli zjawiskową parę - jasnowłosi, piękni, zawsze przytuleni i wpatrzeni w siebie*.

- To było wszystko urocze, niewinne - wspomina pani Halina w książce Marty Sztokfisz "Chwile, których nie znamy. Opowieść o Marku Grechucie". - Miał we mnie partnerkę, przyjaciółkę. Nie zainteresowałaby go płocha panienka. Lubił grać ze mną na cztery ręce albo on na fortepianie, ja na skrzypcach. Cieszyły nas spacery, brydż, pływanie kajakiem, wycieczki. [...]

Marek rozpoczął studia architektoniczne w Krakowie, natomiast Halina wybrała medycynę w Lublinie. [...] Po pewnym czasie zdecydowała się na rozstanie z Markiem, co dla niego było prawdziwą klęską życiową. - Po naszym rozstaniu - wspomina Halina - rozwiesił w domu na sznurach od bielizny moje zdjęcia. Zajmowały pół pokoju. Oniemiałam. To właśnie wtedy po raz pierwszy ujawniła się u Grechuty choroba afektywna dwubiegunowa, która miała prześladować go do końca życia. […]

- Kraków w latach 60. kipiał artystyczną energią - relacjonował w 2006 r. w rozmowie z "Polityką" Jan Kanty Pawluśkiewicz. - Kantor przywoził z Paryża plastyczne nowości, w klubach grali świetni muzycy jazzowi, Piwnica pod Baranami błyszczała Ewą Demarczyk i Zygmuntem Koniecznym. Z kolegami z architektury stworzyliśmy chaotyczny, nieuporządkowany kabaret Anawa. Nagle wśród nas, facetów skłonnych do wygłupów, nieustających żartów, pojawił się Marek, który zaskoczył nas swoją powagą. Był bardzo nieśmiały, my też byliśmy nieśmiali, a wiadomo, że tacy ludzie, jeśli już coś robią, to z wielkim rumorem. [...]

- Prób mieliśmy mało - komentował Pawluśkiewicz - za to chęć występowania ogromną. Wszystko zgodnie z hasłem: "Najsamprzód do przodu, a potem zobaczymy". [...]

Wydaje się, że podczas prezentacji pierwszego programu twórcy bawili się znacznie lepiej niż publiczność, chociaż już wtedy Grechuta przyciągał uwagę dziewczyn. To było jednak zbyt mało, więc zdarzały się bardzo negatywne reakcje organizatorów: - Po występie w Klubie Inteligencji Technicznej AGH - wspominał Pawluśkiewicz - pani kierowniczka zakomunikowała nam, że nie tylko nie otrzymamy obiecanych pieniędzy, ale nie dostaniemy żadnych, bo ten nasz program "nie dorasta do poziomu klubu inteligencji technicznej...". [..]

W repertuarze kabaretu pojawiało się coraz więcej aranżowanych przez Pawluśkiewicza piosenek w wykonaniu Grechuty. Było to zupełnie nowe zjawisko na polskiej scenie muzycznej - poetyckie teksty wykonywane z "barokowo-jazzowym" zestawem instrumentów. Wprawdzie krytycy narzekali, że taki repertuar jest bardzo odległy od popularnego bigbitu, ale słuchaczom to nie przeszkadzało. Pawluśkiewicz nie zawsze był zachwycony interpretacjami Grechuty i podobno namawiał go nawet na lekcje śpiewu. Inni członkowie grupy też czasem grymasili, twierdząc, że Marek powinien iść "na zajęcia z choreografii, bo teraz króluje bigbit, trzeba się jakoś ruszać". Grechuta był jednak uparty, a jego oszczędne zachowanie sceniczne działało wręcz hipnotyzująco na dziewczyny. [...]

W 1967 roku Marek wystartował w eliminacjach do Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenkarzy Studenckich, ale jego występ nie rzucił jurorów na kolana. Z trudem przebrnął przez eliminacje wewnętrzne na Politechnice (zajął drugie miejsce), a jeszcze większe problemy miał podczas regionalnego etapu rywalizacji. Preferowano wówczas studentów szkół aktorskich, a wyjątkowo oszczędna interpretacja Grechuty nie zrobiła na nikim większego wrażenia. O jego losach zadecydowała Ewa Demarczyk, która przekonała jury, że Grechuta zasługuje na występ w finale.

Koncert galowy odbył się w październiku 1967 roku w sali Filharmonii Krakowskiej. Transmitowała go telewizja, a że były to czasy jednego jedynego programu, to Marka zobaczyła cała Polska. Wykonał trzy piosenki: "Serce", "Tango Anawa" oraz "Pomarańcze i mandarynki". To w zupełności wystarczyło, by na jego punkcie oszalały wszystkie słuchaczki i to bez względu na ich wiek. [...] Grechuta zajął drugie miejsce (pierwszą nagrodę zdobyła Maryla Rodowicz), ale "Serce" zdobyło Grand Prix. Marek z dnia na dzień stał się gwiazdą, a to był dopiero początek jego drogi na szczyt. Laureatów przeglądu studenckiego zapraszano bowiem na festiwal w Opolu, co oznaczało, że drzwi do wielkiej kariery stoją przed nim otworem.

Grechuta chyba nie był przygotowany na tak wielki sukces. Nigdy nie lubił zamieszania i szumu wokół swojej osoby, chciał być artystą, a nie celebrytą. Tymczasem jego popularność rosła w zawrotnym tempie. Dodatkowym problemem było rozstanie z Haliną. Prawdopodobnie jeszcze sylwestra 1967 roku spędzili razem, ale później przyszły dla Marka ciężkie dni - załamanie nerwowe, pobyt w szpitalu, zwątpienie w siebie. [...]

[…] Życie z artystą nigdy nie jest łatwe, o czym pani Grechuta miała się szybko przekonać. Po latach żona Marka – Danuta przyznawała, że było to wyjątkowo trudne zadanie: - Przez myśl mi nie przeszło, że zwiążę się dozgonnie z artystą. Wychodziłam za mąż za architekta, a nie za twórcę, mającego całe lata spędzić na estradzie. Kariera sceniczna Marka mogła się przecież skończyć tak szybko, jak prędko się zaczęła (wiadomo, ilu artystów było jedynie efemerydami). Ale los zdecydował inaczej, więc rolę małżonki artysty należało zagrać najlepiej, jak można.

Prowadzili dom otwarty, co nie zawsze spotykało się ze zrozumieniem sąsiadów. Ale pani Danuta nie uważa, by specjalnie uprzykrzali życie swojemu otoczeniu: - Otwartość wynikała również ze specyfiki życia zawodowego Marka. Często odbywały się u nas próby z zespołem. Do tego spotkania towarzyskie oraz brydże do rana, szczególnie w letnie wieczory przy otwartych oknach, co mogło czasami przeszkadzać sąsiadom. Ale nie byliśmy - chyba! - złymi lokatorami, albowiem po dziś dzień dostaję na święta życzenia od sąsiadów ze Szlaku.[...]

Wydawało się, że Marek Grechuta jeszcze przez długie lata będzie jedną z najważniejszych postaci polskiego świata muzycznego, ale niestety - wszystko przekreśliła choroba. Po kraju rozchodziły się plotki o nadużywaniu alkoholu przez artystę, czasami widziano go, jak podczas koncertów zataczał się lub miał problemy z własnymi tekstami. Jednak opinie osób, które go znały, jednoznacznie przeczą tym pogłoskom. Grechuta praktycznie w ogóle nie pił alkoholu [...]. Przyczyną większości problemów Grechuty była nękająca go przez wiele lat choroba afektywna dwubiegunowa. Cyklicznie pojawiały się u niego stany depresyjne, nad którymi nie potrafił zapanować. Schorzenie to w znacznym stopniu utrudniało jego karierę artystyczną, nie pomagały mu w niej również silne środki farmakologiczne, które regularnie zażywał. Artysta potrafił przerwać występ lub próbę bez słowa wyjaśnienia [...].

- Kiedy następował rzut - wspomina Magda Umer w książce Marty Sztokfisz "Chwile, których nie znamy. Opowieść o Marku Grechucie" - trudno było z Markiem współpracować [...]. Niebywałą siłę dającą mu nadzieję powrotu do normalności czerpał od żony, zawsze mógł liczyć na jej pomoc. I tak naprawdę nikt poza Danusią nie wytrzymywał jego lęków, trudnych okresów.

Negatywny wpływ na stan zdrowia artysty miały trasy koncertowe. Początkowo bez problemów akceptował duże audytoria (np. na festiwalu w Opolu), potem zdecydowanie preferował mniejsze sale. Występ w amfiteatrze, przed wielotysięczną publicznością, stanowił dla niego poważne ryzyko.

Z upływem czasu stawał się też coraz bardziej wrażliwy na negatywne opinie na swój temat. Chociaż nawroty choroby w sposób oczywisty dezorganizowały jego życie artystyczne, nie potrafił zrozumieć osób wygłaszających negatywne opinie. Często zresztą przerzucał się z jednej skrajności w drugą - albo uważał się za wielkiego artystę, albo dyskredytował swoją twórczość.

Przemiany ustrojowe po 1989 roku nie zagroziły pozycji Grechuty. W nowej rzeczywistości jego menedżerem została żona, która tę rolę nieformalnie spełniała już wcześniej. Marek nadal regularnie wydawał płyty, jednak po premierze "Dziesięciu ważnych słów" w 1994 roku nastąpiła kilkuletnia przerwa. Choroba coraz bardziej dawała znać o sobie.

- Był już ciężko chory - wspominała Magda Umer - drżał z lęku, nie mógł śpiewać. Pomyślałam, że nie wezmę go już do żadnego koncertu, bo wiem, jak dużo go to kosztuje. A jednak w 2000 roku Marek wystąpił na jubileuszowej FAMIE. Krzysiek Jasiński musiał mu zasznurować buty, sam nie był w stanie ich włożyć. I Marek wtedy nie zaśpiewał. Śpiewała za niego cała publiczność. W tej chorobie czuł jakąś niezwykłą potrzebę bycia kochanym. (...)

Znajomi, którzy nie widzieli go przez ostatnich kilka lat, byli przerażeni jego wyglądem i zachowaniem. - Marek nie był już cherubinkiem i nie wyglądał na ucznia gimnazjum - relacjonował Bogusław Kaczyński. - Bardzo utył, twarz mu się zmieniła. [...] Nic nie wiedziałem o jego chorobie aż do momentu, gdy w rozmowie pojawiły się niepokojące sformułowania. Powiedział:

- Wiesz, mam syna.

- Tak, słyszałem.

- Ale on ma kwadratową głowę.

Oniemiałem. Żeby poważny człowiek, którego darzę sympatią.

- Jak to? - pytam.

- Kiedy spał, usiadłem przy łóżku i patrzę, a głowa kwadratowa.

Mówił to z największą powagą. Krew odpłynęła mi do stóp. Wiedziałem, że z Markiem jest niedobrze, jeśli opowiada takie rzeczy. Ze względu na stan zdrowia Marek nie nagrywał nowych płyt, na rynku pojawiały się jednak albumy kompilacyjne i koncertowe. Na nowy materiał trzeba było poczekać aż do 2003 roku, kiedy ukazała się płyta "Niezwykłe miejsca", poświęcona jego ulubionym miastom. Album zawierał wspaniałą muzykę, ale od strony wokalnej okazał się klęską i właściwie można go uznać za zapis postępującej choroby artysty, który nie chciał się poddać i walczył do końca. [...]

Marek Grechuta zmarł 9 października 2006 roku w Krakowie. Bezpośrednią przyczyną śmierci była niewydolność krążenia.


[10.03.2025, Toruń]

31 grudnia 2024

SZTUKA EPISTOLARNA - STAFF DO ORKANA

 

Sztuka epistolarna jest dzisiaj w zaniku, a szkoda. Dzisiejszy, jakże szybki i niedoskonały sposób komunikacji redukuje do minimum znaczenie słów i ogranicza też myślenie.

Poniżej przedstawiam list poety Leopolda Staffa [Leopold Henryk Staff ur. 14 listopada 1878 we Lwowie, zm. 31 maja 1957 w Skarżysku-Kamiennej] do pisarza Władysława Orkana [Franciszek Ksawery Smreczyński vel Władysław Orkan ur. 27 listopada 1875 w Porębie Wielkiej, zm. 14 maja 1930 w Krakowie] zawarty w publikacji pani Ireny Maciejewskiej [Pamiętnik Literacki, rok 1962, nr 4]


Lwów, d. 14 czerwca 1903

Kochany Władku

Jestem we Lwowie po kotłującym kołowrocie paryskim i jednego tylko chcę teraz: wsi, wsi! Poręby! Poręby! Jestem pełny, napęczniały jak wrzód przed pęknięciem, nabrany różną treścią i pragnę tylko robić. Cieszę się bardzo, że mnie chętnie widzieć będziesz obok siebie. Jestem wprawdzie goły jak turecki święty, ale wierzę, że do piętnastego (15) lipca grosze jakieś zdobędę. Chciałbym spędzić czas w Porębie od 15 lipca do 30 sierpnia. Klimek zapewne mieć będzie pokój dla mnie. Wobec pustej kabzy chciałbym się też od razu upewnić co do kosztu. Tamtego roku płaciłem 28 złr za miesiąc — co za 6 tygodni (od 15/7—30/8) wyniosło 42 złr. Czy i tego roku tak można? Jest u mnie dziś kruszej niż łońskiego, bom się na Paryż do cna wyekspensował. — Druga rzecz co do towarzystwa. Nie śmiem naturalnie zastrzegać sobie Klimka dla siebie samego, bo to może byłaby krzywda dla Klimka. Ale Ernest Łuniński6 to literat w tym przykrym znaczeniu — a wyjeżdżając na Święto spoczynku trudno oswoić się z myślą, by właśnie na uroczystość musieć obcować z tymi, których się unika nawet na codzień. Zresztą wszystko zdaję Twojemu zdaniu i rozsądzeniu.

6 Ernest Łuniński (1870—1931) — ukończył prawo i filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim, napisał szereg prac historycznych (m. in. o Berku Joselewiczu) i publicystycznych. W dwudziestoleciu był dyrektorem Wyższej Szkoły Dziennikarskiej w Warszawie, gdzie wykładał historię w. XIX w Polsce. W okresie, o którym mowa, był dziennikarzem we Lwowie.

Co do tego, czy przyjadę sam: otóż sam. Ostap7 nie może, Müller8 nie może. Zostaje tylko Ruffer9. Są zaś powody, dla których bym z Rufferem wakacji spędzać nie chciał. Primo: był chory, jak Ci wiadomo, na obłęd umysłowy. Teraz jest mu lepiej, ale całkiem normalny nie jest. Więc: nie chcę brać absolutnie odpowiedzialności, którą bym musiał wziąć na siebie podejmując się jechać z chorym. Drugie i trzecie powody to już te, które Ci może wiadome ze Lwowa — a jeśli nie, to Ci je aż ustnie zwierzę, nie chcąc rzeczy zbyt poufnych powierzać listowi. Ogólnie mówiąc, pewna emulacja i lekka literacka zazdrość (zresztą wcale nie na złośliwym podkładzie), których on się w stosunku do mnie obronić nie mógł i z czym się zdradził w chorobie, majacząc ciągle o rywalizacji ze mną, wymagają pewnej ostrożności, krępowania się z każdym słowem i gestem, co jest strasznie uciążliwym w stosunku, zaś w codziennej ciągłej styczności byłoby wprost nie do zniesienia, zwłaszcza tam, gdzie się po swobodę i niekrępowanie się przyjechało. Dlatego też z nim jechać nie chcę. Zresztą czekam na wiadomość od Ciebie, choćby na kartce. List ten ze względu na poufne wiadomości o Józku, z których się tylko Tobie zwierzam, spal lub zniszcz, by się przypadkiem w ręce czyje nie dostał. Ściskam Cię serdecznie Twój Leopold

Mamie ucałowanie rąk. Klimków pozdrawiam.

PS. Nota bene, jeśli zechcesz dać Łunińskiemu przychylną odpowiedź — zgodzę się i na niego, byle się obowiązał do absolutnego niekrępowania współmieszkańca. Naturalnie nie w jednej izbie!!

7 Ostap Ortwin (właściwe nazwisko: Katzenellenbogen) — ur. w r. 1877, zamordowany przez Niemców w 1942 roku. Wybitny krytyk, m. in. autor studiów o dramatach Ibsena, Wyspianskiego, Staffa oraz o liryce Staffa, Ruffera, Leśmiana, Tuwima, Pawlikowskiej. Staffa łączyła z Ortwinem od czasów studenckich bardzo serdeczna przyjaźń, której dzieje poświadczają przywiezione przez Jadwigę Czachowską ze Lwowa odpisy listów Staffa do Ortwina.

8 Stanisław Antoni Mueller — poeta, autor wydanej w r. 1908 dwu tomowej powieści Henryk Flis. Był serdecznym przyjacielem Staffa w latach uniwersyteckich, pochodził z Drohobycza, gdzie odwiedzał go Staff.

9 Józef Ruffer (1878—1940) — poeta, rówieśnik Staffa i przyjaciel z lat uniwersyteckich. Ogłosił w r. 1903 tom poezji Posłanie do dusz; następnie tłumaczył d’Annunzia i Leopardiego; twórczość własną, podobnie jak Mueller, zarzucił. Oprócz Posłania do dusz wydał w Paryżu kilka okolicznościowych utworów zebranych w tomikach: Trzy psalmy i Hejnał (1917) oraz Wtóra litania pielgrzymów (1918)



[31.12.2024, Toruń]

23 sierpnia 2024

PRZEDRUKI - LUDZIE FILMU I TEATRU - ANNA POLONY

 


Jedna z najznakomitszych polskich aktorek, uwielbiana przeze mnie między innymi za kreacje w „Z biegiem lat, z biegiem dni”, „Dziadach” Swinarskiego; później Laco Adamika, w „Domu kobiet” czy filmie „Dwa księżyce”

W wywiadzie jaki udzieliła „Twojemu Stylowi” wypowiada szereg ważnych słów, które jednocześnie są przykre dla dzisiejszego świata.

Na podstawie wywiadu w "Twoim Stylu."

Wielka dama polskiego teatru. Właśnie świętowała 65-lecie pracy artystycznej. Nam mówi: - Umówiłam się na ten wywiad tylko po to, żeby powiedzieć: - Wystarczy, odchodzę bez żalu. Mamy nadzieję, że to jednak nieprawda!

Anna Polony: - Starość jest dla wszystkich utrapieniem . Zawsze istniał konflikt pokoleń, ale tego nowego pokolenia to ja nie rozumiem. Mam tyle lat, że teraz mogę smakować i opowiadać. Mówiłam pani przez telefon, że nienawidzę udzielać wywiadów. Nie mam zaufania do dziennikarzy. Już kilkakrotnie zdarzyło mi się, że włożono w moje usta słowa, których nie powiedziałam. Często w żartach, kiedy jestem zła, używam cytatu ze sztuki Gombrowicza: „Małgorzato, jak cię palnę, a palnąć cię mogę, bo grzechy mam”. Jeden z dziennikarzy napisał, że lubię lutnąć, a ja nawet nie znałam tego słowa! Jest w nim przemoc, której nienawidzę. Owszem, czasem zdarzało mi się uderzyć studenta, jak się garbił albo nie wiedział, co zrobić z rękami. Pytałam: „Boli?”. „Boli”. „To teraz zrób coś z tym bólem”. Ale to wszystko było, proszę pani…

- Jan Nowicki powiedział mi w ostatnim wywiadzie: „Starość nie jest dla mięczaków”.

- Starość jest dla wszystkich utrapieniem, Beatko. Janek walczył ze starością. Ja także walczę. On czuł, że jest potrzebny kobiecie, z którą się ożenił, ja czuję, że jestem potrzebna mojej rodzinie. Gdybym nie miała dla kogo żyć, to… No, lepiej nie dywagujmy, co by było. Dla mnie Janek, Jurek, który dzisiaj odszedł (chodzi o Jerzego Stuhra - przyp. red.), wszystkie moje koleżanki - byli uosobieniem życia. Cudownym wspomnieniem naszej młodości, naszego wspaniałego teatru, w którym razem pracowaliśmy. Wokół mnie coraz mniej bliskich ludzi, poumierali, poodchodzili. Czasami nie mam już sił, żeby walczyć, bo tak mnie męczą dolegliwości, które niesie ze sobą starość: choroby, brak sprawności, brak pamięci i niemożność przystosowania się do współczesnego świata. Starość jest po to, żeby lżej się odchodziło, żeby człowiek tak strasznie nie żałował, że zbliża się koniec. Powiedziałam ci przez telefon: „Odchodzę bez żalu”. To będzie tytuł naszego wywiadu. Mam już dość tego świata, który tak się śpieszy, że po drodze gubi wszystkie wartości.

- A chciałaby pani za nim nadążyć?

- Nie, bo nie podoba mi się to, co widzę. Wszystko się mechanizuje, staje się elektroniczne, dalekie od natury. Często jeżdżę tramwajami, bo nie prowadzę samochodu, a w tych tramwajach patrzę na młodzież, która tonie w telefonach. Internet zawładnął ich wyobraźnią, ich sposobem myślenia, ich życiem. Młodzi przestają być ludźmi, stają się robotami. I nawet tego nie zauważają. Ja takiego świata nie chcę! Kocham naturę, kocham człowieka z jego psychiką, cielesnością, odmiennością, oryginalnością. „I bóstwo i zwierzęctwo na świat mnie wywiodło” - jak napisała w swoim wierszu pewna prawosławna zakonnica. Jestem już zmęczona tym, co się dzieje. Również wiszącym nad nami widmem wojny, która jest dla mnie czymś makabrycznym. Raz ją przeżyłam i zbyt dobrze pamiętam. Zawsze istniał konflikt pokoleń, ale tego nowego pokolenia to ja nie rozumiem.

- Wielka dama polskiego teatru – tak o pani mówią. Role u największych: Jarockiego, Wajdy, Lupy i przede wszystkim Konrada Swinarskiego. Parafrazując tytuł filmu „I Bóg stworzył kobietę”, który zrobił gwiazdę z Brigitte Bardot, zapytam: i Konrad Swinarski stworzył Annę Polony?

- Tylko nie rób z Kondzia Boga! On był mistrzem, przyjacielem, aniołem mojego aktorskiego życia. Zakochałam się w nim wielką, duchową – i nie tylko - miłością. Śmiało mogę powiedzieć, że ukształtował mnie jako aktorkę i jako kobietę: moją świadomość, psychikę, mój gust, osobowość. Konrad chodził ze mną i na nowo pokazywał mi Kraków, miejsca, których ja nie zauważałam, choć się tutaj urodziłam, a on znał, bo jego guwernantka zakochana w Krakowie mu pokazywała. „Patrz jakie to jest piękne miasto i pełne tajemnic”, mówił i objaśniał mi Wawel. Uważał, że aktorowi bardzo potrzebna jest wyobraźnia, a równocześnie musi być świetnym obserwatorem. Godzinami siedzieliśmy w kawiarniach i nie odzywaliśmy się do siebie, tylko uprawialiśmy podglądactwo. Dopiero potem wymienialiśmy się wrażeniami. Konrad nauczył mnie patrzeć na ludzi, na świat. Miał niezwykłą umiejętność poruszania takich strun w aktorze, o których sam aktor nie wiedział, że je posiada.

- Zagrała pani w 12 przedstawieniach Swinarskiego, część z nich przeszła do legendy teatru, m.in. „Nie-Boska komedia”, gdzie stworzyła pani genialnego Orcia.

- Konrad powtarzał: „Nie opowiadaj ludziom o swoich przeżyciach, doznaniach, dramatach. Zawrzyj je w rolach, które tworzysz”. Ale teraz się zwierzam i opowiadam, bo nie mam już szansy zawrzeć tego w nowych rolach. Współcześni reżyserzy, realizując klasykę, nie liczą się z tym, o czym pisze autor. Dla mnie i mojego pokolenia literatura była fundamentem, na którym wspiera się istota spektaklu. Konrad był teatralnym rewolucjonistą. Często przekraczał granice, ale jego awangardowe rozwiązania zawsze wynikały z głębokiej analizy tekstu dramatycznego i z doświadczeń człowieka XX wieku, ze znajomości historii. To był teatr nowoczesny w formie, ale zrozumiały w treści. Przemawiający do widza prawdą psychologiczną. Dzisiejsze pokolenia, które weszły do teatru, są potwornie zarozumiałe, pewne siebie, roszczeniowe. Wydaje im się, że posiedli wszystkie mądrości świata. Z lubością pastwią się nad literaturą, a nie przeczytali porządnie Platona. A niechby przeczytali przynajmniej św. Augustyna i zobaczyli, jak się poszukuje punktu odniesienia. Bo św. Augustyn, szukając Boga, szukał punktu odniesienia do sensu życia. Zawsze istniał konflikt pokoleń, ale tego nowego pokolenia to ja nie rozumiem. Dla młodych liczy się efekciarstwo. Im większe dziwactwo w teatrze, im większa brutalność w postępowaniu z wielkimi dramatami, im większa bezczelność, im bardziej szokujące środki, tym lepiej. A mnie się to nie podoba, bo jest powierzchowne i głupie.

- Jako profesor krakowskiej szkoły teatralnej wychowała pani plejadę wspaniałych aktorów: m.in. Cielecką, Bohosiewicz, Globisza. Co dzisiaj powiedziałaby pani młodym?

- Jesteście zakleszczeni w myśleniu o sobie, skupieni na sobie i na telefonie. W gruncie rzeczy jesteście przerażeni. I dopóki będziecie dalej w taki sposób skupieni na swoich sprawach, krzywdach, doznaniach, bólu, nie będziecie mogli wyjść naprzeciw światu. Nie będziecie umieli walczyć, pokonywać przeciwności, które przyniesie wam życie, bo nie ma wątpliwości, że przyniesie. Świat nie jest po to, żeby go zniszczyć. Świat trzeba zrozumieć i próbować go przebudować w dobrym sensie, zgodnie z naturą, a nie dziwactwami, które będą wam podsuwać reżyserzy. Nie ufajcie reżyserom. Ani krytykom teatralnym, bo oni są nastawieni na tę pogoń za oryginalnością, która szokuje, i oczekują podziwu. Nie słuchajcie tych, którzy wam mówią, że psychologia w teatrze jest niepotrzebna i głupia. Głupi jest ten, kto ją odrzuca!

- Przyjaciel Józef Żuk Opalski powiedział o pani: „Hania jest aktorką szalenie nowoczesną. Ekscentryczną w tym sensie, że potrafi tak zanalizować zdanie tekstu, tak je powiedzieć, że otwiera się przed nami inny świat. Precyzja słowa i niezwykły diapazon emocji. Czym zapełniła pani pustkę po teatrze?

- Wspomnieniami. Cieszę się z tego, co udało mi się zrobić, nie myślę o tym, czego już nie zrobię. Mam tyle lat, że teraz mogę smakować i opowiadać. Ponieważ mieszkam sama, czasami – nie mając interlokutora - dyskutuję sama ze sobą. Opowiadam sobie o swojej przeszłości, która była tak barwna, tak urozmaicona, tak dramatyczna, a równocześnie tak wspaniała, że samo wspomnienie jest spełnieniem. No i widzisz, Beatko, umówiłam się z tobą na ten wywiad tylko po to, żeby powiedzieć: „Wystarczy, odchodzę bez żalu”.


Anna Polony - Urodziła się 21 stycznia 1939 r. w Krakowie. Aktorka teatralna i filmowa, reżyserka, profesor krakowskiej Akademii Teatralnej. Absolwentka wydziału aktorskiego oraz wydziału reżyserii dramatu PWST w Krakowie. Zadebiutowała rolą Małej Polikseny w przedstawieniu „Wojny trojańskiej nie będzie” J. Giradoux w reż. J. Kaliszewskiego na deskach Starego Teatru. Przez ponad 50 lat na tej scenie stworzyła genialne role u najlepszych: Grzegorzewskiego, Jarockiego, Wajdy i przede wszystkim Konrada Swinarskiego. Grała w serialach i filmach. Niezapomnianą rolę stworzyła w „Rewersie” B. Lankosza.



[23.08.2024, Toruń]

30 lipca 2024

MILLER - IMAGINE - LENNON

 

W całości przytaczam wypowiedź Leszka Millera w odpowiedzi na zawieszenie babiarza z komentowania Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. Mała uwaga – Przemek babiarz został zawieszony, nie zaś zwolniony w pracy w TVP.

John Lennon

"Dla mnie, podobnie jak dla milionów ludzi na całym świecie, piosenka „Imagine” jest jednym z najpiękniejszych utworów, jakie powstały po II wojnie światowej. W swoim tekście, John Lennon wyobraża sobie świat bez granic, religii, własności i konfliktów, co można interpretować jako utopijną wizję pokoju, jedności i harmonii. Sam autor widział w niej bardziej wyraz nieziszczalnych marzeń niż rzeczywisty manifest polityczny. W jednym z wywiadów przyznał, że piosenka ta jest raczej o nadziei na lepszy świat niż o promowaniu konkretnej ideologii, jak np. komunizm. Lennon był świadkiem i aktywnym uczestnikiem rewolucji kulturalnej i społecznej, która miała miejsce w latach 60. i 70. XX wieku. Ruchy takie jak prawa obywatelskie, antywojenne protesty, ruchy feministyczne i ekologiczne miały na niego duży wpływ. Jego własne doświadczenia jak i zespołu, który stał się ikoną epoki, również odgrywały rolę w jego zaangażowaniu w kwestie społeczne.

Imagine” zawiera uniwersalne przesłanie dotyczące różnych filozofii społecznych i politycznych, podkreślając znaczenie pokoju i zrozumienia między ludźmi. Nie był to jedyny utwór tego typu w dorobku Lennona, który jako artysta i działacz społeczny często wyrażał swoje poglądy na temat pokoju, równości i sprawiedliwości społecznej. Był krytyczny wobec wojen, skorumpowanej władzy, nierówności i ucisku, co można dostrzec w jego twórczości, w utworach takich jak "Working Class Hero", "Give Peace a Chance", "Power to the People", "Revolution", "Gimme Some Truth". Reakcje na polityczne utwory Johna Lennona były zróżnicowane — od entuzjastycznych po krytyczne, w zależności od kontekstu społecznego i politycznego, oraz od indywidualnych poglądów słuchaczy.

"Give Peace a Chance" szybko stał się hymnem ruchu przeciwko wojnie w Wietnamie, śpiewanym na każdej antywojennej demonstracji. "Gimme Some Truth" wyraża frustrację z powodu kłamstw i dezinformacji szerzonych przez polityków i media, będąc ostrą krytyką hipokryzji i niesprawiedliwości w polityce. "Power to the People" jest wyrazem poparcia dla ruchów społecznych i politycznych walczących o prawa ludzi. "Working Class Hero" krytykuje klasową strukturę społeczeństwa, co jest związane z pochodzeniem członków The Beatles.

Członkowie zespołu dorastali w rodzinach z klasy robotniczej w przemysłowym Liverpoolu, co miało wpływ na ich twórczość i postawę. To pochodzenie uczyniło ich bliskimi dla wielu fanów, którzy widzieli w nich autentycznych reprezentantów swojej klasy społecznej. Krzysztof Teodor Toeplitz w książce „Akyrema” nazywa Beatlesów "proletariackimi aniołami", analizując ich twórczość w kontekście kultury masowej i podkreślając ich wpływ na młode pokolenie. Beatlesi, według Toeplitza, symbolizowali zmiany społeczne i kulturowe, które przyniosły nowe wartości i postawy, szczególnie wśród młodzieży z niższych warstw społecznych. Toeplitz opisuje Beatlesów jako przedstawicieli młodej generacji, którzy osiągnęli globalny sukces i stali się ikonami kultury popularnej. Ich muzyka, teksty i styl bycia były wyrazem dążenia do wolności i wyrażania siebie, co Toeplitz postrzegał jako istotny element rewolucji kulturalnej lat 60.

Pamiętam, jakie wrażenie wywarł na mnie utwór „A Hard Day's Night", wydany w Wielkiej Brytanii latem 1964 roku. Jako szczęśliwy posiadacz magnetofonu „Tonette”, nagrałem tę wspaniałą kompozycję z radiowej Trójki i powtarzałem ją, aż nauczyłem się jej niemal na pamięć. Piosenka zaczyna się charakterystycznym akordem o jasnym, dynamicznym brzmieniu, które doskonale wprowadza w energię całej kompozycji. Tekst opowiada o trudach codziennej pracy i radości z powrotu do domu, gdzie czeka ukochana osoba. W przeciwieństwie do ckliwych banałów lat 50., Beatlesi śpiewają o skrajnym wyczerpaniu po intensywnym dniu pracy, używając idiomu porównującego zmęczenie do ciężkiej pracy psa.

Na koniec, kilka słów o Przemysławie Babiarzu. W czasach Jacka Kurskiego był on członkiem dworu prezesa i jako propagandysta powinien już dawno zostać zwolniony. Wiedząc, że to nieuchronne, czekał na okazję, aby odejść z hukiem i dymem, co ostatecznie mu się udało. Wykorzystał moment, a teraz śmieje się w kułak. Tak to jest, kiedy zwleka się z decyzjami, które już dawno powinny być podjęte".


[30.07.2024, Toruń]

18 stycznia 2024

ZAPISKI Z CZASÓW PO OBALENIU PISOWSKIEJ DYKTATURY (17 / 1004) KASIORA


17 / 1004

Prokurator Ewa Wrzosek niszczona przez reżim pisowski ujawnia zarobki prokuratorów z nadania ziobry.


"Kiedy nie wiadomo o co chodzi, jak zwykle - idzie o pieniądze, gigantyczne  pieniądze. 

Wynagrodzenia, nagrody i dodatki specjalne w  @PK_GOV_PL  za okres 2022/2023. 

Zapnijcie pasy‼️


B. prokurator krajowy 𝗗𝗮𝗿𝗶𝘂𝘀𝘇 𝗕𝗮𝗿𝘀𝗸𝗶:

wynagrodzenie: 974 639 zł

nagrody: 32 900 zł 


Z-ca prokuratora generalnego 𝗥𝗼𝗯𝗲𝗿𝘁 𝗛𝗲𝗿𝗻𝗮𝗻𝗱 

wynagrodzenie: 996 638 zł

nagrody: 26 900 zł 


Z-ca prokuratora generalnego 𝗞𝗿𝘇𝘆𝘀𝘇𝘁𝗼𝗳 𝗦𝗶𝗲𝗿𝗮𝗸 

wynagrodzenie: 997 579 zł

nagrody: 26 900 zł 


Z-ca prokuratora generalnego 𝗠𝗶𝗰𝗵𝗮ł 𝗢𝘀𝘁𝗿𝗼𝘄𝘀𝗸𝗶 za okres 21 listopada - 31 grudnia 2023r.) 

wynagrodzenie: 48 321 zł


Z-ca prokuratora generalnego 𝗕𝗲𝗮𝘁𝗮 𝗠𝗮𝗿𝗰𝘇𝗮𝗸  

wynagrodzenie: 884 371 zł

nagrody: 26 900 zł 


Z-ca prokuratora generalnego 𝗧𝗼𝗺𝗮𝘀𝘇 𝗝𝗮𝗻𝗲𝗰𝘇𝗲𝗸 za okres 21 listopada - 31 grudnia 2023r.) 

wynagrodzenie: 48 321 zł

- a jego poprzednik 𝗣𝗿𝘇𝗲𝗺𝘆𝘀ł𝗮𝘄 𝗙𝘂𝗻𝗶𝗼𝗸 

wynagrodzenie: 885 560 zł 

nagrody: 26 900 zł 


Z-ca prokuratora generalnego 𝗞𝗿𝘇𝘆𝘀𝘇𝘁𝗼𝗳 𝗨𝗿𝗯𝗮𝗻𝗶𝗮𝗸 

wynagrodzenie: 714 387 zł

nagrody: 19 400 zł 

Do tego każdy z wyżej wymienionych - otrzymuje comiesięczny ryczałt mieszkaniowy, diety, zwrot kosztów przejazdów itp w wysokości ok 5 000 zł czyli jakieś dodatkowe 60 000 zł rocznie.

Ale to nadal nie koniec. 

W okresie 2022/2023 w  @PK_GOV_PL

 wypłacono prokuratorom łącznie 𝟒 𝟏𝟕𝟐 𝟑𝟏𝟖 𝐳ł tytułem tzw. dodatków specjalnych, w wysokości do 40% wynagrodzenia.

𝐃𝐥𝐚 𝐩𝐨𝐫𝐨́𝐰𝐧𝐚𝐧𝐢𝐚 𝐬́𝐫𝐞𝐝𝐧𝐢𝐚 𝐩ł𝐚𝐜𝐚 𝐮𝐫𝐳𝐞̨𝐝𝐧𝐢𝐤𝐚 𝐩𝐫𝐚𝐜𝐮𝐣𝐚̨𝐜𝐞𝐠𝐨 𝐰 𝐩𝐫𝐨𝐤𝐮𝐫𝐚𝐭𝐮𝐫𝐳𝐞 𝐰𝐲𝐧𝐨𝐬𝐢 𝗼𝗸. 𝟒𝟓𝟎𝟎 𝐳ł. 𝐦𝐢𝐞𝐬𝐢𝐞̨𝐜𝐳𝐧𝐢𝐞 𝐛𝐫𝐮𝐭𝐭𝐨.

Nie wierzcie więc, że prokuratorzy Barski, Hernand, Ostrowski i tych pozostałych 44 prokuratorów krajowych kwestionujących uprawnienia prokuratura generalnego - walczy o prokuraturę.

Ich motywacja jest dużo prostsza - wręcz banalna - „Kasa misiu, kasa”...


[Źródło - post pani prokurator Ewy Wrzosek na portalu X.]


[18.01.2024, Toruń]

04 października 2023

BOHUMIL HRABAL - PIEŚŃ DZIADOWSKA, KTÓRĄ NAPISALI CZYTELNICY

     


    Zbiór opowiadań Bohumila Hrabala pod tytułem „Pieśni dziadowskie i legendy” rozpoczyna opowiadanie „Pieśń dziadowska, którą napisali czytelnicy”, a jest to tekst osobliwy, gdyż autor przytacza w tym miejscu treści fragmentów listów, jakie dostawał, po oddaniu do druku swoich opowiadań, bądź też po wieczorach autorskich, w których uczestniczył jako gość-pisarz.

    Zamieszczam poniżej obszerne fragmenty tego opowiadania, nie zmieniając ani jednego słowa, lecz dla lepszego zrozumienia wykropkowuję opinie będące oceną twórczości autora „Święta przebiśniegu” jak i też samego pisarza. Te opinie są skrajne i występują naprzemiennie.

  Jeśli kto myśli, że tak zwany hejt to wymysł Internetu i portali społecznościowych – myli się. Podobnie myślenie, że ostre słowa nienawiści to pomysł moich rodaków – Polaków na życie, również jest w błędzie.

Znaliście, nie znaliście - przeczytajcie


Pieśń dziadowska, którą napisali czytelnicy

  • Proszę mi wierzyć, mistrzu, po przeczytaniu Pańskich książek nie mam już spokoju, nieustannie męczy mnie i prześladuje niewymowne piękno, subtelność, żartobliwość, smutek, mądrość, o rany, a niech to licho.

  • Ten wieprz wynajduje takie sytuacje, by dać wyraz swoim seksualnym perwersjom. Od chwili, kiedy to przeczytałem, nie mam spokoju, nie mogę przestać myśleć nie bez lęku, ileż to szkód wyrządzi wśród dojrzewającej młodzieży.

  • Uważałam pana za jednego z profesorów pobliskiej szkoły budowlanej. Zastanawiałam się tylko, jaki przedmiot Pan wykłada. To, co w Panu miłe, a więc i piękne, to te błękitne jak przetacznik, dociekliwe oczy, których blask z latami nie wybladł. Wie pan, przetacznik to taki mały kwiatuszek, wyrastający spośród kamieni, mający w błękicie kwiatu takie białe żyłki.

  • Ty obrzydliwy typie, ty zboczony staruchu o szczeniackich skłonnościach, ty obleśny wieprzu, twoje miejsce w kryminale, policja obyczajowa powinna z tobą porozmawiać, trzeba cię zamknąć w więzieniu albo w domu wariatów.

  • Mam tu przed sobą udzielony przez Pana wywiad, wszystkie Pańskie książki, fotografię z gazety z niezmierzoną siecią zmarszczek na czole, po których powinny jeździć wszystkie pociągi pod specjalnym nadzorem aż do królestwa stryjaszka Pepi, do królestwa bezwzględnego zrozumienia.

  • Wygląda Pan jak zgrzybiały staruch, który z nudów dłubie w nosie, a mnie po prostu szlag trafia, że też ktoś taki może reprezentować brneńskich rodaków. Dlatego napisałam do Pana prosto z mostu, w cztery oczy: że też się Pan nie wstydzi, piwoszu ty jeden nienachlany!

  • Dusza rzeczywiście napiła się czystej, niezmąconej wody. Cieszyłem się jak dziecko, czytając. Już dawno nie było mi tak ciepło na sercu. Wie Pan, człowiek jest z natury dobry i taka książeczka jak „Bawidułki" wywodzi dźwięki z tych najlepszych strun, z jakich utkany jest ten najdoskonalszy instrument muzyczny - ludzka dusza.

  • A co ma znaczyć ten obleśny symboliczny rysunek w „Bawidułkach"? Kim jest taki bawidułek, ty ośle? Czy ty myślisz, że nikt nie odgadnie, że ta gitara z gryfem to właściwie męski członek wyłaniający się z kobiecego łona? Chciałbym, żebyś zjawił się na spotkaniu autorskim z przyzwoitymi młodymi ludźmi, przede wszystkim dziewczętami. Rozerwałyby cię na strzępy za to, jak piszesz o tym najświętszym, co ma każda dziewczyna!

  • Proszę Pana, po raz pierwszy w życiu piszę do autora. Wczoraj po przeczytaniu książki „Cóż za pomysł, tato?" myślałam, że napiszę do Saroyana, ale komuż by się chciało szukać go gdzieś po świecie. Pan jest bliżej...

  • To ciebie obciąża, że młodzież od trzynastu do piętnastu lat kurwi się w mieszkaniach swoich pracujących rodziców. Jak za to odpowiesz?

  • U nas w szkole często podczas lekcji języka ojczystego czy też na przerwach dyskutuje się o Pańskich książkach. Ilekroć słyszymy wyraz, słowo, które przypomina jakiś epizod z Pańskich książek, wystarczy powiedzieć: Hrabal i już wszyscy ryczymy ze śmiechu.

  • Ktoś stworzył wokół niego aureolę i teraz mówi się tylko o tym, jaki to wspaniały pisarz itp. A to łajdak, szalbierz, może pedał albo impotent. Przecież wszystkie te jego tak zwane ludowe wyrazy są karalne, ale tym zająć się powinni z jednej strony neurologowie, z drugiej zaś policja obyczajowa.

  • Niech mnie Bóg broni przed porównaniami, ale naprawdę jest Pan z rodu Vanczurów, z rodu Ladislava Klimy, z rodu Jarosława Haszka, z rodu Kubina. Ma Pan wspaniały słownik, pełen poezji, nic przesłodzonego i łzawego, ale krwiste, zwierzęce. I coś jeszcze: był Pan ponoć komiwojażerem. I ja byłem kiedyś domokrążcą sprzedającym grzebienie, żyletki, kamyczki do zapalniczki, zimne ognie, lepy na muchy i podobną galanterię.

  • Ty wstrętny wieprzu, którego dziś wszyscy wynoszą pod niebo, kiedy wreszcie przestaniesz zatruwać ludzkie dusze swoimi niesmacznymi perwersjami? Ile przechlałeś ze swoimi „krytykami" i recenzentami w burdelach, że tak cię wychwalają?

  • Jak Pan wie z całą pewnością, w dniu dwudziestego ósmego marca obchodzony jest corocznie Dzień Nauczyciela, a także Pańskie urodziny. Byłbym wprost niewiarygodnie szczęśliwy, gdyby, mistrzu, napisał Pan, że miałby Pan w maju ochotę porozmawiać z nami, jest tu wiele pięknych dziewcząt i wszystkie Pana ubóstwiają, a także młoda nauczycielka języka ojczystego.

  • Dość Hrabala! - oto hasło przyzwoitych ludzi. Niech ci się nie wydaje, że twoja sława sięgnie nieba. Ty gnoju, wieprzu zwichrowany! Niech cię diabli wezmą!

  • Oto właśnie teraz miliony haczyków wbiły się w rdzeń w moich kościach. Złowią szpik i wyciągną jak rybak wędką. Śmiertelny, dojmujący ból. Ale jeśli ktoś skinie mi ręką jak Pan, łatwiej ten ból znieść, gdy czuje się, że ktoś rozumie. I za to współczucie z nieznajomymi niechże się wszystko Panu w życiu udaje.

  • Żałuję, że nie mam czasu, aby ci jeszcze dziś wieczór plunąć z radością w tę twoją obleśną gębę, ty gorszycielu młodzieży. […]


[04.10.2023, Toruń]

24 sierpnia 2023

HISTORIA LITERATURY I KRYTYKA LITERACKA [1] - EWA FRĄCKOWIAK - O POSZUKIWANIU ŚWIATOPOGLĄDU - INTERPRETACJA GRANICY NAŁKOWSKIEJ

 


Ewa Frąckowiak - „O poszukiwaniu światopoglądu:

interpretacja "Granicy" Zofii Nałkowskiej

[fragment tekstu zawartego w Pamiętniku Literackim, 1973, zeszyt 1]

[...]

Pora na podsumowanie dotychczasowych wywodów. „Granica” to dzieło sprzeczności. Między psychologistyczną konstrukcją a antypsychologistyczną ideą, między rodzajem budowy postaci a funkcjami, jakie im się narzuca, między poszukującą wartości autorką a arbitralnym narratorem, między ujawnionymi w różnej formie pisarskimi zamierzeniami a ich realizacją artystyczną. Sprzeczności te tłumaczą z jednej strony znamienną dwoistość recepcji powieści, z drugiej wskazują na kierunki ewolucji formy powieściowej w dwudziestoleciu i miejsce w nich autorki.

Granica” zawiera niewątpliwie nowe elementy ideowe, jak i nowe próby ich artystycznych rozwiązań. Nowe wnioski — to odejście od wyłącznie psychologicznego wyjaśnienia ludzkiego losu. Ludwik Fryde w cytowanym szkicu o Granicy pisze wręcz: [powieść ta stanowi] próbę świadomego zamknięcia kręgu rozwojowego powieści psychologicznej. Dokonywa się tu bowiem ostateczne przezwyciężenie indywidualizmu, zdemaskowanie wewnętrznego świata jednostki i przekreślenie go jako fałszu i złudzenia.

Ażeby uczynić utwór pojemnym dla problematyki społecznego radykalizmu, autorka nawiązała do stereotypów powieściowych, jakie problematyce tej służyły. Nawiązanie to stanowi jednocześnie ich rewizję, dokonaną z odmiennej perspektywy historycznej, i w odmiennej sytuacji gatunku powieściowego. Nałkowska wystrzega się uproszczeń, zachowuje całość wykształconej już wiedzy o psychologicznych konsekwencjach stosunków międzyludzkich i wykształconą przez powieść umiejętność ich podania. Że z tej tezy i antytezy nie powstało nowe syntetyzujące piętro, próbowaliśmy udowodnić w powyższej analizie.

Natomiast wysunięcie na pierwszy plan w strukturze powieści, choć w sposób zakamuflowany i wewnętrznie sprzeczny, osobowości autora, położenie nacisku na wszechstronną interpretację rzeczywistości, obecność intelektualnego komentarza, który rozbija fikcję powieściową i uniwersalizuje jednostkowy przypadek opowiadanej anegdoty — wszystkie te tendencje pozwalają umieścić „Granicę” w określonym kierunku XX-wiecznych przemian powieściowych. Kierunek ten to intelektualizacja powieści, coraz śmielsze przenikanie do niej elementów dyskursywnych i pierwiastków heterogenicznych, przy zachowaniu konstrukcyjnych ram powieści klasycznej, traktowanych jednak pretekstowo.

Między ekstremami tradycji i nowatorstwa, XIX-wiecznego realizmu i XX-wiecznego kreacjonizmu, było miejsce na całą różnorodność stanowisk pośrednich, form nieostrych i pogranicznych. Nigdy więc nie brakowało okazji do wiecznych sporów o powieść, do wyrzekania na jej amorficzność, do głoszenia jej upadku, do ścierania się poglądów liberalnych z normatywnymi. Tendencja, którą nazywamy tu umownie intelektualizacją powieści, również znajdowała tak zwolenników jak i przeciwników, jej istnienie uświadamiali sobie zarówno twórcy jak i szeroka publiczność.

W artykule zamieszczonym w „Świecie Kobiecym” z r. 1931, a przeciwstawiającym literaturę europejską amerykańskiej, znajdujemy taki oto znamienny passus:

Wielkie i zastanawiające powodzenie należy dzisiaj do tych pisarzy, w których twórczości przeważa pierwiastek intelektualny. [...] Autorzy ukazują nam niemal przy każdej sposobności swoją bystrość, zdolność spostrzegawczą i inteligencję wyostrzoną jak zimny lancet chirurga. Nie chcą być oni tak jak dawniej tajemniczymi reżyserami, ukrytymi za kulisami, reżyserami, którzy kierowali faktem i losami swoich bohaterów. Występują raczej na jaskrawo oświetloną widownię, by wygłosić do publiczności długie i mądre monologi. Sytuacja i wydarzenia stały się w powieści współczesnej nieraz czymś bardzo podrzędnym, czymś niegodnym wysiłku twórczego.

[…]

Trzeba przyznać, że autorka Granicy wykazała dużo większą przenikliwość w osądzie stosunków między jednostką a społeczeństwem, jakie wytwarzała totalizacja życia społeczno-politycznego. Daleko tu już odeszliśmy od szlachetnych złudzeń Żeromskiego na temat bezpośredniości związków jednostki i społeczeństwa. Uciekanie od odpowiedzialności, bierność bohatera Granicy — to bierność człowieka, który odczuwa przemożny nacisk grupy i wie już, że działają nań siły zupełnie od jegp jednostkowej woli niezależne. Jednakże jeszcze nie wie, że są one historycznie określonym wytworem człowieka, a nie właściwością życia w ogóle. Na komunizm odpowiada ideologią państwa, zwalniającą jakoby od indywidualnej odpowiedzialności, na nierówność społeczną powrotem do ogólnohumanistycznych prawd elementarnych — „drugi człowiek”, „cudza krzywda”.

Natomiast autorka nie chce się zdecydować ani na akceptację, ani na skompromitowanie swego bohatera. Adaptując do swych różnoźródłowych teorii psychospołecznych także tezy marksistowskie, wzbogaca nimi tylko „sferę poznania”, nie przenosząc ich w „sferę postulatów”. A niewątpliwie zrealizowanie utajonego w utworze spostrzeżenia o alienacyjnym charakterze stosunków społecznych nadałoby powieści dużo ciekawszą perspektywę intelektualną.

[…]


[24.08.2023, Toruń]