Jedna z
najznakomitszych polskich aktorek, uwielbiana przeze mnie między innymi za
kreacje w „Z biegiem lat, z biegiem dni”, „Dziadach”
Swinarskiego; później Laco Adamika, w „Domu kobiet” czy filmie
„Dwa księżyce”
W wywiadzie
jaki udzieliła „Twojemu Stylowi” wypowiada szereg ważnych słów,
które jednocześnie są przykre dla dzisiejszego świata.
Na podstawie wywiadu w "Twoim Stylu."
Wielka dama polskiego teatru. Właśnie
świętowała 65-lecie pracy artystycznej. Nam mówi: - Umówiłam
się na ten wywiad tylko po to, żeby powiedzieć: - Wystarczy,
odchodzę bez żalu. Mamy nadzieję, że to jednak nieprawda!
Anna Polony: - Starość jest dla
wszystkich utrapieniem . Zawsze istniał konflikt pokoleń, ale tego
nowego pokolenia to ja nie rozumiem. Mam tyle lat, że teraz mogę
smakować i opowiadać. Mówiłam pani przez telefon, że nienawidzę
udzielać wywiadów. Nie mam zaufania do dziennikarzy. Już
kilkakrotnie zdarzyło mi się, że włożono w moje usta słowa,
których nie powiedziałam. Często w żartach, kiedy jestem zła,
używam cytatu ze sztuki Gombrowicza: „Małgorzato, jak cię palnę,
a palnąć cię mogę, bo grzechy mam”. Jeden z dziennikarzy
napisał, że lubię lutnąć, a ja nawet nie znałam tego słowa!
Jest w nim przemoc, której nienawidzę. Owszem, czasem zdarzało mi
się uderzyć studenta, jak się garbił albo nie wiedział, co
zrobić z rękami. Pytałam: „Boli?”. „Boli”. „To teraz
zrób coś z tym bólem”. Ale to wszystko było, proszę pani…
- Jan Nowicki powiedział mi w
ostatnim wywiadzie: „Starość nie jest dla mięczaków”.
- Starość jest dla wszystkich
utrapieniem, Beatko. Janek walczył ze starością. Ja także walczę.
On czuł, że jest potrzebny kobiecie, z którą się ożenił, ja
czuję, że jestem potrzebna mojej rodzinie. Gdybym nie miała dla
kogo żyć, to… No, lepiej nie dywagujmy, co by było. Dla mnie
Janek, Jurek, który dzisiaj odszedł (chodzi o Jerzego Stuhra -
przyp. red.), wszystkie moje koleżanki - byli uosobieniem życia.
Cudownym wspomnieniem naszej młodości, naszego wspaniałego teatru,
w którym razem pracowaliśmy. Wokół mnie coraz mniej bliskich
ludzi, poumierali, poodchodzili. Czasami nie mam już sił, żeby
walczyć, bo tak mnie męczą dolegliwości, które niesie ze sobą
starość: choroby, brak sprawności, brak pamięci i niemożność
przystosowania się do współczesnego świata. Starość jest po to,
żeby lżej się odchodziło, żeby człowiek tak strasznie nie
żałował, że zbliża się koniec. Powiedziałam ci przez telefon:
„Odchodzę bez żalu”. To będzie tytuł naszego wywiadu. Mam już
dość tego świata, który tak się śpieszy, że po drodze gubi
wszystkie wartości.
- A chciałaby pani za nim nadążyć?
- Nie, bo nie podoba mi się to, co
widzę. Wszystko się mechanizuje, staje się elektroniczne, dalekie
od natury. Często jeżdżę tramwajami, bo nie prowadzę samochodu,
a w tych tramwajach patrzę na młodzież, która tonie w telefonach.
Internet zawładnął ich wyobraźnią, ich sposobem myślenia, ich
życiem. Młodzi przestają być ludźmi, stają się robotami. I
nawet tego nie zauważają. Ja takiego świata nie chcę! Kocham
naturę, kocham człowieka z jego psychiką, cielesnością,
odmiennością, oryginalnością. „I bóstwo i zwierzęctwo na
świat mnie wywiodło” - jak napisała w swoim wierszu pewna
prawosławna zakonnica. Jestem już zmęczona tym, co się dzieje.
Również wiszącym nad nami widmem wojny, która jest dla mnie czymś
makabrycznym. Raz ją przeżyłam i zbyt dobrze pamiętam. Zawsze
istniał konflikt pokoleń, ale tego nowego pokolenia to ja nie
rozumiem.
- Wielka dama polskiego teatru – tak
o pani mówią. Role u największych: Jarockiego, Wajdy, Lupy i
przede wszystkim Konrada Swinarskiego. Parafrazując tytuł filmu „I
Bóg stworzył kobietę”, który zrobił gwiazdę z Brigitte
Bardot, zapytam: i Konrad Swinarski stworzył Annę Polony?
- Tylko nie rób z Kondzia Boga! On
był mistrzem, przyjacielem, aniołem mojego aktorskiego życia.
Zakochałam się w nim wielką, duchową – i nie tylko - miłością.
Śmiało mogę powiedzieć, że ukształtował mnie jako aktorkę i
jako kobietę: moją świadomość, psychikę, mój gust, osobowość.
Konrad chodził ze mną i na nowo pokazywał mi Kraków, miejsca,
których ja nie zauważałam, choć się tutaj urodziłam, a on znał,
bo jego guwernantka zakochana w Krakowie mu pokazywała. „Patrz
jakie to jest piękne miasto i pełne tajemnic”, mówił i
objaśniał mi Wawel. Uważał, że aktorowi bardzo potrzebna jest
wyobraźnia, a równocześnie musi być świetnym obserwatorem.
Godzinami siedzieliśmy w kawiarniach i nie odzywaliśmy się do
siebie, tylko uprawialiśmy podglądactwo. Dopiero potem
wymienialiśmy się wrażeniami. Konrad nauczył mnie patrzeć na
ludzi, na świat. Miał niezwykłą umiejętność poruszania takich
strun w aktorze, o których sam aktor nie wiedział, że je posiada.
- Zagrała pani w 12 przedstawieniach
Swinarskiego, część z nich przeszła do legendy teatru, m.in.
„Nie-Boska komedia”, gdzie stworzyła pani genialnego Orcia.
- Konrad powtarzał: „Nie opowiadaj
ludziom o swoich przeżyciach, doznaniach, dramatach. Zawrzyj je w
rolach, które tworzysz”. Ale teraz się zwierzam i opowiadam, bo
nie mam już szansy zawrzeć tego w nowych rolach. Współcześni
reżyserzy, realizując klasykę, nie liczą się z tym, o czym pisze
autor. Dla mnie i mojego pokolenia literatura była fundamentem, na
którym wspiera się istota spektaklu. Konrad był teatralnym
rewolucjonistą. Często przekraczał granice, ale jego awangardowe
rozwiązania zawsze wynikały z głębokiej analizy tekstu
dramatycznego i z doświadczeń człowieka XX wieku, ze znajomości
historii. To był teatr nowoczesny w formie, ale zrozumiały w
treści. Przemawiający do widza prawdą psychologiczną. Dzisiejsze
pokolenia, które weszły do teatru, są potwornie zarozumiałe,
pewne siebie, roszczeniowe. Wydaje im się, że posiedli wszystkie
mądrości świata. Z lubością pastwią się nad literaturą, a nie
przeczytali porządnie Platona. A niechby przeczytali przynajmniej
św. Augustyna i zobaczyli, jak się poszukuje punktu odniesienia. Bo
św. Augustyn, szukając Boga, szukał punktu odniesienia do sensu
życia. Zawsze istniał konflikt pokoleń, ale tego nowego pokolenia
to ja nie rozumiem. Dla młodych liczy się efekciarstwo. Im większe
dziwactwo w teatrze, im większa brutalność w postępowaniu z
wielkimi dramatami, im większa bezczelność, im bardziej szokujące
środki, tym lepiej. A mnie się to nie podoba, bo jest powierzchowne
i głupie.
- Jako profesor krakowskiej szkoły
teatralnej wychowała pani plejadę wspaniałych aktorów: m.in.
Cielecką, Bohosiewicz, Globisza. Co dzisiaj powiedziałaby pani
młodym?
- Jesteście zakleszczeni w myśleniu
o sobie, skupieni na sobie i na telefonie. W gruncie rzeczy jesteście
przerażeni. I dopóki będziecie dalej w taki sposób skupieni na
swoich sprawach, krzywdach, doznaniach, bólu, nie będziecie mogli
wyjść naprzeciw światu. Nie będziecie umieli walczyć, pokonywać
przeciwności, które przyniesie wam życie, bo nie ma wątpliwości,
że przyniesie. Świat nie jest po to, żeby go zniszczyć. Świat
trzeba zrozumieć i próbować go przebudować w dobrym sensie,
zgodnie z naturą, a nie dziwactwami, które będą wam podsuwać
reżyserzy. Nie ufajcie reżyserom. Ani krytykom teatralnym, bo oni
są nastawieni na tę pogoń za oryginalnością, która szokuje, i
oczekują podziwu. Nie słuchajcie tych, którzy wam mówią, że
psychologia w teatrze jest niepotrzebna i głupia. Głupi jest ten,
kto ją odrzuca!
- Przyjaciel Józef Żuk Opalski
powiedział o pani: „Hania jest aktorką szalenie nowoczesną.
Ekscentryczną w tym sensie, że potrafi tak zanalizować zdanie
tekstu, tak je powiedzieć, że otwiera się przed nami inny świat.
Precyzja słowa i niezwykły diapazon emocji. Czym zapełniła pani
pustkę po teatrze?
- Wspomnieniami. Cieszę się z tego,
co udało mi się zrobić, nie myślę o tym, czego już nie zrobię.
Mam tyle lat, że teraz mogę smakować i opowiadać. Ponieważ
mieszkam sama, czasami – nie mając interlokutora - dyskutuję sama
ze sobą. Opowiadam sobie o swojej przeszłości, która była tak
barwna, tak urozmaicona, tak dramatyczna, a równocześnie tak
wspaniała, że samo wspomnienie jest spełnieniem. No i widzisz,
Beatko, umówiłam się z tobą na ten wywiad tylko po to, żeby
powiedzieć: „Wystarczy, odchodzę bez żalu”.
Anna Polony - Urodziła się 21
stycznia 1939 r. w Krakowie. Aktorka teatralna i filmowa, reżyserka,
profesor krakowskiej Akademii Teatralnej. Absolwentka wydziału
aktorskiego oraz wydziału reżyserii dramatu PWST w Krakowie.
Zadebiutowała rolą Małej Polikseny w przedstawieniu „Wojny
trojańskiej nie będzie” J. Giradoux w reż. J. Kaliszewskiego na
deskach Starego Teatru. Przez ponad 50 lat na tej scenie stworzyła
genialne role u najlepszych: Grzegorzewskiego, Jarockiego,
Wajdy i przede wszystkim Konrada Swinarskiego. Grała w serialach i
filmach. Niezapomnianą rolę stworzyła w „Rewersie” B.
Lankosza.
[23.08.2024, Toruń]