Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

10 marca 2016

JEST O CZYM PISAĆ

I znów minął dzień, dwa, a może nawet trzy. Czas płynął wartkim nurtem jak spadły, zeszłoroczny liść, rzucony z mostku do strumyka przez jakiegoś chłopca będącego z matką na spacerze. 
Świętowanie należnego kobietom dnia potężnym susem przeskoczyło północ i nastał raj dla niewielu miasteczkowych taksówkarzy. Oczy kawiarennika poczynały coraz częściej zasłaniać się powiekami, głowa niebezpiecznie wytracała pion, a nogi… te najbardziej odmawiały posłuszeństwa i chyba po raz pierwszy nie doprowadziły pana Adama do drzwi wejściowych, a miał przecież jedynie przekręcić klucz w zamku. Róża zmęczona zabawą i prezentami (wszak w przeddzień kobiecego święta obchodziła imieniny), zasnęła snem długim i spokojnym. Pani Rybotycka, kucharka, westchnęła z ulgą i z niedowierzaniem, że tym razem nie musi zajmować się sprzątaniem kuchni, bo panowie spisali się na medal. Maria natomiast tej nocy wyjątkowo zamknęła kawiarenkę, zgasiła światło i wbiegła na górę, aby sprawdzić, czy jej mąż jest już w łóżku tak jak Pan Bóg przykazał, czy też uwiesił się na drzwiach otwartej lodówki, co nie byłoby tak bardzo niezwykłe.
I nastał dzień, kiedy to pan redaktor Pokorski kolejny numer „Naszego Głosu” składał, wybierając zdjęcia z imprezy, w której nie dość, że uczestniczył, ale i był jej organizatorem. Zanim właściwego, jak sądził, dokonał wyboru, przysiadł do bieżących publikacji a wśród nich: pani Zofii cenne wskazówki do matury, pana inżyniera Beka opowieść o akrylowym malarstwie, porady sercowe przyjaciółki Marii, artykuł pani Szydełko o tym, co w tym roku latem koniecznie kobiety nosić na sobie powinny, kolejny odcinek powieści autorstwa starego pisarza, rodzonych sióstr zakonnych opowiadanie o tradycji Zielonych Świąt oraz dwa własne reportaże pana redaktora - jeden o postępach w budowie marketu, drugi zaś o rozkwitającym właśnie zakładzie szkółkarskim pewnej pani, która powróciła do podmiasteczkowych włości swego dziadka, aby z niemałym trudem kontynuować hodowlę drzew, krzewów i kwiatów. A jednak tym razem sporo miejsca pan Pokorski przeznaczył na wypowiedzi czytelników pisma, którzy do redakcji napisali, zamieszczając w swych tekstach zapytania takiej między innymi treści: dlaczegóż to ślicznie odnowiony dworzec kolejowy w mieście ma przez pół dnia kasy biletowe na klucz zamknięte? Kiedyż wreszcie miasto wykona punkt podłączenia wody do budującego się marketu, a jest to sprawa magistratu? Czy w końcu miasto zostanie ukwiecone, czy tak jak dotąd ogołocone z darni place i alejki szpecić będą i zniechęcać mieszkańców do spacerów? Dlaczego w tak nierozsądnych godzinach autobus numer dwa kursuje? Kiedy wreszcie szalet publiczny zostanie wyremontowany? Co mają z sobą począć najstarsi obywatele miasteczka? Ani żadnego klubu, ani miejsca do schadzek… czyżby i tę kwestię trzeba będzie rozwiązać przez grono miłośników kawiarenki? No, proszę, tak właśnie napisano. 
Ale, rzecz ważna, w tych tekstach przez zwykłych obywateli pisanych (także anonimowo), nie zadawano jedynie pytań, ale i sugerowano konkretne rozwiązania. Ot, choćby w kwestii ukwiecania miasta wskazywano na to, że wokół miasteczka znajdują się dwie prężnie działające szkółki ogrodnicze, więc czemuż by nie skorzystać z ich usług i towaru. Albo w przypadku tego braku atrakcji dla osób starszych postulowano, aby przed nowo wybranym dyrektorem Miejskiego Domu Kultury postawić takie właśnie zadanie, aby znalazło się w tym przybytku miejsce dla seniorów. Temat ten bowiem przez cale lata leżał jak mierny zapaśnik na łopatkach, a tu w wielu miejscach słychać i słychać przyjemnie o otwieranych uniwersytetach trzeciego wieku. Czemu więc nie u nas?
Pan redaktor Pokorski zadumał się srodze i nie mniej intensywnie uśmiechnął, a był to uśmiech, w którym bystry obserwator dopatrzyłby się wcale nie odrobiny sarkazmu.
- Już widzę minę pana burmistrza, kiedy to przeczyta - przemówił do siebie pan redaktor. - Zadzwoni do mnie i zapyta: „Panie, a skąd ja na to wszystko pieniądze wezmę”, a wtedy ja odpowiem, że po to jest burmistrzem, aby wiedział, skąd brać.
Kiedy już zdjęcia, przy wydatnej pomocy swojej połowicy wybrał, kiedy numer złożył i wysłał pocztą do drukarni, zapuścił silnik auta i jeszcze przed wieczorem udał się do Ciżemek.
Tam pracowała wynajęta koparka; prócz niej Piotr weterynarz, bracia Piotra i Joanny oraz Wołodia stawiali wały. Nie była to robota ponad ich siły, gdyż największa praca przypadała operatorowi ciężkiego sprzętu. Zresztą pomogła też i natura. Tworzący się zalew instalowany był w niecce, do której w czasie większego wód wezbrania czy okresowych mocnych opadów spływał nadmiar wody. Ta nie rozlewała się jednak dalej po terenie, gdyż od zachodniej strony, dokąd ciek wodny zmierzał, brzegi niecki wznosiły się o kilka metrów powyżej lustra wody, gdyby nią do tego zagłębienia terenu wpuszczono. Główne prace polegały więc na tym, aby zewsząd brzegi niecki umocnić, nie dopuszczając do przelewania się wody. W ten sposób, jak obliczono, po napełnieniu sztucznego zbiornika rzeczną wodą, powstanie co najmniej trzyhektarowy zalew o głębokości do czterech metrów. Nadto, po zainstalowaniu niewielkiej tamy w przypadku nadmiaru opadów, można będzie uzupełnić poziom wody w zalewie, zwiększając wysokość lustra wody nawet do sześciu i pół metra, a następnie dbać o to, aby spuszczać wodę stopniowo i regularnie w taki sposób, aby położonemu nieco niżej miasteczku, zwłaszcza jego peryferiom, nie zagrażała już nigdy powódź, która nie jeden już raz czyniła w okolicy niemałe spustoszenie.
Pan redaktor Pokorski z przyjemnością przyglądał się pracującym i pewnie gdyby nie to, że po długim dniu edytorskiej pracy odczuwał zmęczenie i najchętniej to by się spać położył wcześniej niż zwykle, pospieszyłby do tych młodych ludzi z własną łopatą.
Nie byłby jednak dziennikarzem, gdyby kilku zdjęć z „budowy” nie zrobił. Miał też już tytuł kolejnego artykułu: „Miastu powódź nie zagrozi”.

[08.03.2016, Le Mans we Francji]

LETNIE DNI

A myśmy chodzili tam, Rob, za te tory, gdzie krzaczaste łąki roiły się od motyli, od pszczół, tam po zachodniej stronie nasypu rosły wczesne czereśnie, dzikie były, ale ich owoce miały soczysty miąższ i walczyliśmy ze szpakami, podsadzałeś mnie, bo byłeś wyższy a ja znacznie lżejszy od ciebie, może sprawniejszy, wdrapywałem się wysoko, nachylałem gałęzie, a stado szpaków zawładnęło czwartym drzewem w rzędzie, to ostrożne ptaki, towarzyszyły nam, lecz obserwowały nas zawsze z oddali, to czwarte drzewo pozbawione już było owoców i tymi resztkami słodkiego nektaru karmiły się osy, innym razem przylatywały pszczoły, pamiętasz, pewnego razu się wyroiły, szara, wrzeszcząca kula z ogonem, z warkoczem jak u komety, ale to było na początku sierpnia i żar lał się z błękitnego nieba strumieniami, a czereśni już nie było, tylko te grusze, które rwaliśmy garściami, robiło się z nich marmoladę, były słodkie, lubiłem te nieco przypalone, miały miodowy smak, potrafiłem na raz zjeść pół słoika, ciebie też bolał po nich brzuch, siadaliśmy na werandzie, jedliśmy zeszklone, dobrze osłodzone gruszki, a wokół nas krążyły osy, nie powiem gdzie cię jedna ugryzła, do dzisiaj nie wiem, czy osa żądli tak samo jak pszczoła, bo pszczoła umiera, wiesz, jak użądli to umiera, z osami jest chyba inaczej, czytałem gdzieś o tym, ale nie pamiętam, czytaliśmy takie małe książeczki, wojenne i przygodowe, bo przecież nie można było tylko jeść, potem zachodziliśmy do swoich domów i dziwiono się nam, że nie zjadamy obiadu, ale przecież byliśmy już nasyceni i tak mijało lato, każdy dzień był taki sam i jednocześnie niepodobny do drugiego, nie wydaje ci się, że zawsze mieliśmy ładną pogodę, co to znaczy ładną, widziałeś jak rozgrzane powietrze drży, jak wzbija się ponad wilgotne jeszcze garnitury traw, czasami też wznosił się kurz, ale miało to miejsce bliżej południa, innym razem po porannym lub wieczornym deszczu czuło się ten czarowny zapach wczesnego lata, wilgoć, która wyparowuje i gdzieś tam wysoko ta niewidoczna para łączy się z chmurami tuż przed zenitem słońca, czy zastanawiałeś się, dlaczego podczas upalnego lata, zawsze przed południem pojawiają się na niebie śnieżnobiałe obłoki i pozostają na nim, no powiedzmy do czwartej popołudniu, aby wraz z pochylającym się nisko ku wieczorowi późnemu popołudniu zniknąć gdzieś w nieokreślonej dali wszechświata, czysta, powleczona coraz to głębszą farbą błękitu przestrzeń nad naszymi głowami zwiastowała schyłek kolejnego dnia, ale zanim słoneczny okrąg przybrał rozpaloną, zrudziałą postać miedzianego pieniążka, braliśmy z sobą koce i ręczniki i wyruszali nad staw, oddając się pod przyjazne dla nas skrzydła fal, któreśmy sami wzniecali silnymi ramionami, płynąc w poprzek i wzdłuż kwadratowego akwenu, nie męcząc się, lecz delektując kąpielą, a nasze ciała pozbywały się gorączki upału i w końcu wydostawaliśmy się na ląd, strzepywaliśmy krople wody z włosów, ocieraliśmy twarze ręcznikiem i kładliśmy się na kocach, pozwalając wiatrowi osuszać nasze ciała przylegające brzuchem, torsem lub plecami do ciepłej i miękkiej płaszczyzny naszego posłania, milczeliśmy długo, a może też zasypiali, być może też zatroszczył się o nas sen, a krąg słoneczny schylał się coraz niżej, niżej, ognisko gasło, a kiedyśmy wstali, niemal na komendę, wspólnie, patrzyliśmy jak po ścieżce otaczającej staw, ten najgłębszy ze stawów, szły dziewczęta, które przechodziły tamtędy pewnie po to, aby popatrzeć się, co wyczyniają w wodzie pływający w niej chłopcy, a każdy z nich, także i my, bo zdarzało się, że wskakiwaliśmy jeszcze raz do wody, także i my mieliśmy ochotę popisać się przed dziewczętami naszymi umiejętnościami, a one nie patrzyły na nas z podziwem, lecz ledwie zerkały w naszym kierunku, zerkały nieśmiało, zresztą, kto to wie, Rob, jak one na nas patrzyły, dopiero później, na pewno nie tego lata a następnego, kiedy dorośliśmy do tego, aby nie przechwalać się swoimi pływackimi umiejętnościami, wtedy spacerowaliśmy razem z dziewczętami, a one wciąż były nieśmiałe, kto to zresztą wie, czy były nieśmiałe, może kokietowały nas tą nieśmiałością, one wtedy częściej patrzyły na nas, my oczywiście patrzyliśmy na nie, bo te dziewczyny warte były tego, aby na nie patrzeć, na razie tylko patrzeć i nic więcej, i wracaliśmy, do gier, do piłki, do tenisa, do domu, do ogródka, a dzień tlił się jeszcze niewinnie, w końcu zasypiał, ale przecież nie każdy wakacyjny dzień tak wyglądał, bo mieliśmy też swoje obowiązki, Rob, mnie się zdarzało często gotować obiad, twoja matka nie pracowała, więc sama przygotowywała posiłki, ja musiałem przede wszystkim pilnować ognia i wiedzieć, o której godzinie wstawić zupę a o której ziemniaki, czasami zapominałem i trzeba było czekać na obiad, ale w takie dni popołudnie należało dla nas i znów coś ciągnęło na łąki, braliśmy z sobą książki, herbatę w butelkach, kanapki, bo czuliśmy już przesyt gruszek i papierówek, tam za torami rosły też papierówki, też były dzikie, miały soczysty ale kwaśny miąższ, rzadko je jedliśmy, raczej zrywaliśmy je na kompot i później braliśmy go z sobą wlany do butelek zamiast herbaty, kompot był słodki, dobrze osłodzony, więc zlatywały do niego osy, pamiętasz, gdzie jedna z os mnie ugryzła, odczułem boleśnie to ukąszenie, a swoją drogą wcale nie jestem pewien, czy osy po ukąszeniu pozostawiają w ciele żądło, może one nie żądlą, albo żądlą inaczej niż pszczoły, bo pszczoły żądlą może mniej boleśnie, ale umierają, tak, one umierają i nie należy mówić, że pszczoła zdycha, a kiedyśmy już porozmawiali z sobą i przeczytaliśmy kilkanaście kartek naszych książek wojennych i przygodowych, wracaliśmy do domu na podwieczorek, ja jadłem naleśniki, Rob, ja strasznie lubię naleśniki, nawet te nie posypane cukrem, nie powleczone dżemem czy marmoladą, zjedliśmy więc to, co przygotowano nam na podwieczorek i okazywało się, że jeszcze przed nami sporo dnia, widzieliśmy to po słońcu i znów braliśmy koce, ręczniki i szliśmy nad staw, tym razem później niż poprzedniego dnia, bo wtedy można było spotkać dziewczęta, one przechadzały się po ścieżce wokół stawu z dziwną regularnością i podejrzewam, że spacerowały sobie, aby zobaczyć, jak chłopcy popisują się pływając w tym najgłębszym ze stawów, zapewne szeptały coś, uśmiechały się do siebie, powiedziałbym znacząco się uśmiechały, może nawet żartowały sobie, z kogo, pewnie, że z nas, i ja któregoś dnia, pamiętasz to Rob, postanowiłem sobie pożartować z tych dziewcząt, na które bardzo przyjemnie się patrzyło, ty to pamiętasz, bo wtedy umówiliśmy się, że coś zrobimy i twoje zadanie było niemal tak samo odpowiedzialne jak moje, ja nabrałem powietrza do płuc, oho, ile ja go nabrałem, a dziewczyny przechadzały się wydeptaną ścieżką wokół stawu i zerkały na nas, patrzyły na nas nieśmiałym wzrokiem, zresztą, kto to wie, może tylko chciały, aby wyglądało na to, że patrzą nieśmiało, może jedynie kokietowały nas, szepcząc sobie do ucha, a o czym szeptały, ty ani ty ani ja nie mogliśmy wiedzieć, i kiedy tak na nas zerkały a ja nabrałem do płuc powietrza, zanurzyłem się, zanurkowałem głęboko, myśląc przez cały czas, że muszę wytrzymać jak najdłużej, wtedy to nie było dla mnie takie trudne, tym bardziej, że uparłem się i liczyłem na ciebie, że w pewnej chwili zareagujesz w taki sposób, w jaki się umówiliśmy, i Rob, ty to zrobiłeś, podniosłeś wrzask, że nie wypłynąłem, że pewnie ugrzęzłem w mule na samym głębokim dnie stawu i że już nigdy nie wypłynę i wezwałeś pomocy, co to znaczy wezwałeś pomocy, krzyczałeś ratunku, on się utopił, tak właśnie, nie wrzeszczałeś, że się topię, ale że już utonąłem, a dziewczęta przerwały spacer, ja tego nie widziałem, bo wciąż tkwiłem całym ciałem pod wodą, dowiedziałem się od ciebie o tym, że dziewczęta nagle przystanęły, podbiegły do ostrej i wysokiej krawędzi stawu i zaczęły wrzeszczeć znacznie głośniej niż ty, a w ich oczach dostrzegłeś przerażenie, one drżały, a jedna z nich, może najrozsądniejsza, pobiegła w stronę wędkarza łowiącego ryby w sąsiednim stawie i wołała pomocy, ale on już wcześniej zorientował się, że potrzebna jest pomoc, a wtedy ja wypłynąłem, wypłynąłem blisko brzegu i udawałem zdziwienie z tego hałasu, wiesz Rob, to bardzo dobrze, że wtedy nie roześmialiśmy się z tego kawału uczynionego dziewczętom, bo by było już po nas, one pewnie do dzisiejszego dnia myślą, że przeżyły prawdziwą przygodę, że to nie był żart, przypominasz sobie, że kiedy wyszliśmy na brzeg i skierowali się do leżących na trawie koców, dziewczęta podeszły do nas i zapytały jak się czuję, a ja wtedy powiedziałem, że nic mi nie jest i tylko chciałem podnieś z dna butelkę, którą ktoś tam kiedyś bezmyślnie rzucił, ale nie zdołałem tego zrobić, bo woda w tym miejscu była bardzo zmącona i w końcu jej nie znalazłem, one mówiły, że miałem głupi pomysł ale najważniejsze, że nic mi się nie stało, i poszły sobie, aby okrążyć staw, a my uśmiechając się do siebie otrzepaliśmy włosy z kropel wody, wytarliśmy twarze ręcznikiem i położyli się na kocu na plecach, spoglądając za odchodzącymi dziewczętami, i wróciliśmy do gier, do piłki, do tenisa, do domu, do ogródka, a dzień tlił się jeszcze niewinnie i w końcu zasnął.

[07-08.03.2016, Mitry-Mory we Francji]

PRZED IMPREZĄ

Wiosna jak ta niezdecydowana pannica, kokietka, co to pstro i buro ma w głowie, jeszcze nie nadchodziła, jeszcze czekała aż południowo-zachodni wiatr pogłaszcze ją po policzku, a może i frywolną sukienkę, kwiecistą, lekką jak jedwab, uniesie do kolan, a słońce przypali jej zielone rzęsy. Dni cieplejsze mijały się z chłodnymi, a nocą, bywało, że mróz szklił wystygłe kałuże po deszczu, co siąpał beztrosko, bratając się czasami z drobnym śniegiem.
A przecież zbliżał się ten piękny w kalendarzu dzień marcowy, dzień tulipanów, które miały dostać panie na ich radosne, choć ubogie w ciepło święto. Przygotowania ruszyły pełną parą, a czuwali nad nimi kawiarennik, inżynier Bek i redaktor Pokorski. Pan inżynier, który poza znajomością swego fachu udzielał się, o czym w całym powiecie wiedziano, w sztuce malarskiej, był też domorosłym kucharzem i cukiernikiem i z okazji kobiecego święta, jak wieść niosła, dwie wielkie brytfanny nie byle jakiego ciasta upiekł: zapewne sernik i toffiowo-czekoladowe kulinarne arcydzieło. Obie te znakomitości przebywały obecnie w kawiarnianej spiżarni, oczekując godziny osiemnastej, kiedy to miała się rozpocząć feta na cześć zacnych obywatelek miasteczka, które (aż żal, że nie wszystkie) specjalne zaproszenia dostały. Zadaniem redaktora Pokorskiego z kolei było pilne ściągnięcie do kawiarenki tulipanów. Te z kolei w podpiwniczonej izbie w dwóch wiadrach źródlanej wody moczyły swoje jędrne łodyżki. Pan Adam zapewnił trunki i napoje, do gustu pań przygotowane. Nadto ci trzej królowie ósmego marca wymogli na przyjaciołach, aby ci, towarzysząc swoim damom, bądź też bez nich, jak stary pisarz, czy pan Laskowski - prezes nowo założonej fundacji, przynieśli cokolwiek z domu, lubo też jakieś przyjemności zakupili, aby tym sposobem dołożyć i od siebie garść szacunku i uśmiechu dla piękniejszej połowy ludzkości.
Kogóż tam zabraknąć nie mogło? Oprócz małżonek czcigodnych przyjaciół były na liście urzędniczki, nauczycielki, pielęgniarki, panie za sklepów i apteki, pracownice, szwaczki, florystki, sprzątaczki, panie z miasta i okolicznych wiosek, słowem prawdziwa armia młodych, starszych i w wieku należytym pań, głównie tych, co to nie po raz pierwszy przekraczały kawiarniane progi. Istniała uzasadniona obawa, że jeśli frekwencja dopisze, stołów i krzeseł zabraknie, lecz na podorędziu były jeszcze ławy skrzętnie i przezornie w szopie w oczekiwaniu na swoje pięć minut radości pozostawione. Planowano, że już od godziny szesnastej należy kawiarenkę na trzy spusty pozamykać, aby stosowne przemeblowanie w obu kawiarnianych pomieszczeniach dokonać. Rzecz jasna, że męska część obywateli miała przybyć właśnie na godzinę czwartą po południu, aby skierować prace na właściwe tory. Wyznaczono już tych, którzy będą wręczać paniom kwiaty - w tej roli doktor Koteńko  i mecenas Szydełko oraz panów do stołowej posługi paniom - tutaj wyznaczono pana Adama, radcę Kracha, inżyniera Beka i pana Laskowskiego.
Słowem, przygotowania do imprezy ruszyły galopem z kopyta, a doszły do tego sytuacje niespodziewane. Któżby bowiem przypuszczał, że szlachetny ksiądz Kącki zapisze się do zmywania naczyń po imprezie i to z kim? Z Wołodią z Ciżemek. A to, że dwie rodzone siostry zakonne strucle upieką, choć to przecie, było nie było, ich święto? Nadto złożyły te panie ślubowanie, że jeśli jakaś niewiasta z pacholęciem przybędzie, to one rade byłyby te pociechy dopilnować podczas trwania uczty. A Ciżemkowska Joanna z Piotrem? Czy kto spodziewał się, że na dzień przed imprezą przywiozą domowego wyrobu sery? Jakże one współgrać będą z prowansalskim wytrawnym winem, o które postarał się pan Adam.
Cieszyli się więc przyjaciele, że sprawy w słuszną biegną stronę. W przeddzień imprezy wpadali jeden po drugim do kawiarenki, aby uzgodnić szczegóły i wybiegali stamtąd w przeświadczeniu, że tylko niecne zrządzenie losu mogłoby spłatać im figla, lecz przecież panowie nie wierzą w zabobony.
A kiedy kawiarenka dnia siódmego mrużyła już senne oczy, w kawiarence znajdowały się trzy panie: pani Zofia Koteńko, pani mecenasowa Szydełko oraz mniej nam znana pani Jakubowska, licealna bibliotekarka. W wielkiej tajemnicy te trzy panie, zapraszając do stolika panią Marię, donośnym, cichym szeptem o czymś tam rozprawiały.
Gdyby tak pan Adam - kawiarennik natężył słuch ciekawie, pewnie usłyszałby o tym, że piękne niewiasty zmawiają się co do kwestii urządzenia panom poetyckiego podziękowania za ich żmudne starania, aby Dzień Kobiet uczcić tak pięknie jak należy.
Pani Zofia, rzecz jasna, wyznaczyła przyjaciółkom role, nic nie szkodzi, że większość słów z przygotowanym ksiąg popłynie, nie z pamięci, ale aby dykcję właściwą uchwycić, aby celna deklamacją się pochwalić, trzebaż było oną poezję przećwiczyć, co właśnie niewiasty czyniły.

[07.03.2016, Mitry-Mory we Francji]

07 marca 2016

ZAGADKA

"Château de Chambord" czyli zamek Chambord jest największym tego typu obiektem w dolinie Loary. To cacko (byłem, widziałem) wygląda tak:

 image
Stąd, wzorem Stokrotki, zadaję pytanie: jaki jest związek tego przepięknego zamku-pałacu z Polską? 




06 marca 2016

SZARADA [szkic]

- Pani Grubach…, nie, nie to za daleko idące zapożyczenie, wobec tego, pani Kronbach, już lepiej, miałem sen, który wykorzystam, pani wie do czego. Ona przyszła do mnie. Umówiliśmy się na randkę, pierwszą naszą randkę - jego głos był ożywiony, ani śladu snu, ani szczątków przemęczenia brunatnym, dżdżystym dniem, który oddał go w opiekę nocy.
- A pan to jeszcze śni, czy wypowiada się poważnie? - zapytała dźwięcznym głosem zapracowanej kobiety. - Nie jestem, ani jedną ani drugą. Skąd panu biorą się pomysły na nazywanie mnie w ten sposób?
Nie odpowiedział. Stał przed zamkniętym i zasłoniętym kotarami oknem, przeciągnął się, unosząc ramiona wysoko w górę a potem mocno do tyłu, za siebie. Następnie wykonał kilka przysiadów z rękoma wyciągniętymi przed siebie, lecz była to namiastka gimnastyki.
- Niech pan przejdzie do łazienki a mnie da zrobić porządek z pościelą - rozkazała. - Wyrzucę ją na balkon i otworzę szeroko okno. Jak można przebywać w tak dusznym pomieszczeniu, w dodatku spać w nim przez całą noc? Nic dziwnego, że śnią się panu koszmary.
- Nic podobnego, pani Kronbach. Kiedy śni mi się Ona, nie ma mowy o koszmarach.
Nazwana panią Kronbach wzruszyła ramionami, podeszła do okna i zsunęła symetrycznie, na lewą i na prawą stronę okna zasłony, wpuszczając żonkilowy strumień porannego słońca. On tymczasem przeszedł do łazienki, której jak zwykle nie zamknął, puścił prysznic i jeszcze spod tego prysznicu kilkukrotnie powtórzył „pani Kronbach” wraz z następującymi potem nieociosanymi fragmentami zdań. Wyglądało to tak, jakby uczył się na pamięć nazwiska, jakim obdarzył swoją gosposię. Ta oczywiście miała mu za złe, że nie zamyka łazienki podczas kąpieli. Tyle razy mu powtarzała, że nie godzi się tego robić, choćby mając na względzie jej obecność w domu. Wprawdzie pani Kronbach (cóż, pozostaje zgodzić się na ten szczególny kaprys odnośnie nazwiska, jakim ją obdarzono) nie miała zainteresowania ciałem mężczyzny nie tak młodego, powiedzmy w sile wieku i na swój sposób przystojnego, jednakowoż świadomość tego, że mogłaby przypadkiem dostąpić wątpliwego zaszczytu stanięcia twarzą w twarz ze swoim chlebodawcą, w sytuacji gdy ten oddaje się błogiej czynności kąpieli, bądź też jest tuż po niej, wydawał się jej nie do zniesienia. 
Aby zagłuszyć odgłos cieknącej wody i niewyraźnie artykułowanych zdań kierowanych do niej włączyła odkurzacz i przeciągnęła nim po dywanie i parkiecie. Później starła kurz ze stolika, biurka i półek z książkami. Trwało to akurat tyle czasu, ile Karol potrzebował na doprowadzenie do porządku swego ciała, umycie zębów i skasowaniu zarostu na policzkach i podbródku.
- Teraz to mogę, pani Kronbach, zająć się tym, co mi pani przygotowała na śniadanie. Czy aby drożdżówki są świeże? A dżem truskawkowy? Czy widać w nim owoce, czy też ich imitację, zmiażdżoną przez maszynę i zalaną żelatyną z konserwantami?
- Przecież wie pan nie od dziś - odpowiadała już z kuchni. Woda w czajniczku zaczynała bulgotać - że dzisiaj nie robi się już takich dżemów. Obecne jedzenie oparte jest na chemii. Jedynie własnej produkcji dżem lub konfitury czy powidła mają jakąś wartość. Ale może pan być pewien, że drożdżówki są wyśmienite a masełko kupione na targu od tej samej pani co zawsze. 
- Pani Kronbach, ja tylko tak pytam. Wiem, że i tak będzie mi smakować. Zanim jednak spróbuję pani kawy i drożdżówek, napiszę parę słów.
Wiedziała, że zasiada teraz przy biurku, wyciąga ten wielki zeszyt, w którym maciupeńkim druczkiem notuje wszystko to, co przychodzi mu na myśl, zwłaszcza po nocy, która jak widać, przysparzała mu coraz to nowych pomysłów.
- W żadnym wypadku - wykrzyknęła, a gwizdek czajniczka zaczynał nieśmiało piszczeć. - Najpierw posiłek a potem praca.
Aż uśmiechnęła się do siebie po nazwaniu tego, co robił przed śniadaniem pracą. Miała to po nim. To on powiedział, że pisanie nie jest pracą. Czasami jest bólem, innym razem przyjemnością, ale na pewno nie pracą. Pracą było to, co wykonywał w kuźni u kowala, który wprawdzie nie podkuwał już koni, natomiast bawił się w metaloplastykę. Tam właśnie Karol obracał pięcio- i siedmiokilowym młotem, nadawał rozmaite kształty rozgrzanym do czerwoności metalowym prętom.
- Pani Kronbach, dlaczego się pani upiera, wiedząc, że i tak nie odwiedzie mnie pani od wykonywania codziennych, porannych czynności? - mówiąc to Karol otworzył już swój zeszyt na właściwej stronie.
- Co ja mam z tymi ludźmi! - użaliła się nad sobą kobieta. - Kiedym się zgodziła u księdza, ten również odstawiał talerzyk z kanapkami i herbatę, aby się pomodlić, poczytać, cały różaniec wyklepać.
- Dostała pani bardzo dobre referencje od księdza - przypomniał jej Karol i już zastruganym ołówkiem kreślił w zeszycie nowe zdania. - Dlaczego odeszła pani od niego?
Kawa była już nalana i przyniesiona na tacy wraz z drożdżówkami, mleczkiem, masłem i dżemem.
- Nie odeszłam, tylko ksiądz mi się zmienił. Ten pobożny wyjechał do innej parafii.
- Nie rozumiem, jak może być ksiądz niepobożny. 
- Może być mniej pobożny na przykład, albo taki młody, co to niby ksiądz, ale tak jeszcze nie całkiem.
- Co też pani opowiada, pani Kronbach? 
- Opowiadam akurat tyle ile wiem i ile potrzeba. Nastał nowy ksiądz, któremu przyjemności świata, jak sądzę, nie były obce. Wolałam więc odejść.
- Nie chciałbym być uszczypliwy i niedelikatny, pani Kronbach, ale myślę sobie, że ten nowy ksiądz nie pogardziłby przyjemnościami, których mogłaby mu dać kobieta, prawda?
Karol cały czas prowadził notatki. Pani Kronbach, która wyszła z pokoju do kuchni a potem wróciła z własną kawą i przysiadła sobie przy stoliku, a stał on w samym rogu pokoju, tuż przy drzwiach, dziwiła się, jak można pisać i udzielać się rozmowie.
- Rzadko przyznaję panu całkowitą rację, ale tym razem zgodzę się z panem.
- Kolejny raz proszę o wyrozumiałość, pani Kronbach. Jest pani bardzo atrakcyjną kobietą i jeżeli zdawała sobie pani sprawę z tego, że ten nowy ksiądz mógłby wykorzystać sposobność…
- Proszę nie kończyć - weszła mu w słowo, choć w głębi duszy podziękowała mu za ten komplement. 
Ale żeby aż do tego stopnia? Co sobie pan Karol wyobraża? Godziłam się na gosposię, ale na nic więcej… a może powinnam z nim zostać? A ludzie? Oni zawsze gadają. Tak samo teraz mogą gadać o mnie i o panu Karolu.
- Pani Kronbach, ile sobie pani liczy lat? - zapytał śmiało, cały czas notując coś w tym wielkim zeszycie zapisanym drobnym druczkiem.
- Pięćdziesiąt trzy - odpowiedziała, dziwiąc się, że w ogóle odpowiada na tak obcesowe pytanie.
Sam ma niewiele więcej, a może i nie ma, kto to wie i niby taki kształcony, wiec powinien wiedzieć, że kobiet o wiek się nie pyta. Ale też kobieta nie powinna odpowiadać. Zassała łyczek kawy, słodkiej, prawie ulepek. Lubiła słodką kawę, innej by nie przełknęła. A ten pisze. Pewnie sen swój opisuje o jakiejś Jej. To jego miłość. Ach tak, o pierwszej swojej miłości pisze. Pisze, że przyszła do niego w śnie i umówiła się w nim na randkę. Ja nie pamiętam już swojej pierwszej randki. Wymazałam ją z pamięci, podobnie jak jego. Kawał łobuza był z niego, bo mnie zostawił z małą w brzuchu i nawet nie odwiedził, chodź przecież wiedział, że to jego, bo ja z nikim innym. On dobrze o tym wiedział.
- Pani Kronbach - zaczął śmiało - czy nie miałaby pani ochoty na poważny związek?
Spojrzała na niego i spostrzegła, że przestał pisać. Wsunął ołówek pomiędzy kartki zeszytu w miejscu, gdzie skończył pisać. Jeszcze nie miała pewności, czy wypowiedział to zapytanie poważnie. Nie wiedziała, jak ma odpowiedzieć i czy w ogóle musi odpowiadać.
- Co też pan? 
On wtedy zaczął kluczyć, mówiąc o tym, że każdy, kto zajmuje się pisaniem jest odrobinę, o nie, nie odrobinę, szalony, więc on nie ukrywa, że gdyby on miał ochotę na taki związek, jego partnerka musiałaby zaakceptować jego szaleństwo.
- Pani Kronbach, zadałem pani pytanie - powiedział kierując wzrok w jej stronę, co z pewnością peszyło ją, bo takie pytania nie były objęte klauzulą umowy o pracę.
- Kiedy jest mi dobrze, tak jak jest. Córka zamężna, szczęśliwa, niezależna od matki, ani ja od niej. Nigdy o tym nie myślałam. 
- A mnie się wydaje, że właśnie dlatego powinna pani pomyśleć o prawdziwym związku.
A jednak nie pomyślała. Nie to, że nie chciała, że ani przez ułamek sekundy o tym nie myślała, ale żeby tak poważnie? Dlaczego zadaje mi tak dziwne pytania? Zupełnie bez związku z tym, co dzieje się w niej samej, we wnętrzu kobiety, która pogodziła się z rola gosposi, może nawet nie pogodziła się, a polubiła swoją pracę. Chyba, że ta dociekliwość Karola ma coś wspólnego z jego snem, który najwyraźniej wpłynął na te jego zachowanie.
- Zmyję teraz naczynia i sobie pójdę - oświadczyła. - Kupić panu co na mieście? 

[04.03.2016, Noisiel we Francji]

DWA DNI

To prawda, te dwie doby nie wstrząsnęły wprawdzie światem, ale nie należały do najmilszych, aczkolwiek właśnie po takich dniach i nocach najwięcej ciepłych wspomnień pozostaje.
Po wyczerpującej trasie z okolic Calais w rejon Limoges, dostaję kurs do Tourrettes-sur-Loup, niedaleko Nicei. Po rozładunku o ósmej rano zatrzymuję się przy autostradzie na parkingu, gdzie jem śniadanie, czytam i zamierzam trochę dospać. Nie udaje się. Otrzymuję sms-a z trasą pod załadunek. Ruszając z parkingu obserwuję, że przemieszczają się po nim w korowodzie tiry, jeden za drugim. Początkowo myślę, że na wysokości parkingu zdarzył się wypadek i policja kieruje samochody przez parking. A jednak się myliłem. Francuskie „krokodylki” (ci od sprawdzania ładunków) zrobiły sobie obławę dwieście metrów dalej i sprawdzają dokumenty przewozowe - CMR. W tym miejscu trzeba powiedzieć, że na terenie Francji możliwe są jedynie trzy maximum przejazdy z ładunkiem krajowym, tzw. kabotaż. Jeżeli złapią cię z czwartą CMR-ką mówiącą o tym, że przemieszczasz się wewnątrz Francji, możesz zapłacić nawet tysiąc euro kary. Ja mam akurat jeden kabotaż, bo wcześniej podróżowałem z Brukseli do Lille, więc była to trasa międzynarodowa. Z tego też powodu kontrola mojego pojazdu i dokumentów przebiegła sprawnie i bez przykrych konsekwencji. 
Podjeżdżam pod załadunek i biorę na pakę jakąś metalową konstrukcję właśnie do Tourrettes-sur-Loup. Trasa piękna. Najpierw przebiega w stronę Tuluzy, potem wkraczam do Owernii, by w końcu zjechać prowansalskimi Alpami pod samą Niceę. Okazuje się jednak, że za Clermont Ferrand w Owernii dościga mnie policyjny motocykl i skierowuje na parking. A jakże, tu badanie trzeźwości, ważenie auta oraz te CMR-ki (mam już dwa kabotaże, jeden w rezerwie). Badanie trzeźwości wyszło na zero, bo ja dużo nie piję podczas jazdy. Waga, o dziwo, nie przekroczyła limitu, choć tego obawiałem się najbardziej, no i z tymi CMR-kami się udało. Ruszam w dalszą drogę i informuję spedytora o tym, że z CMR-kami to do 3 razy sztuka i wolałbym, aby po rozładunku rzucił mnie teraz na trasę do Włoch albo do Hiszpanii, bo te sympatyczne francuskie krokodyle, jak widać, nabierają ochoty na kontrolowanie ciężarówek.
Jadę dalej. Coraz bardziej wieje. Podjeżdżając pod Niceę, a jest już grubo po północy, wiatr dosłownie szaleje. Omijam zwalone drzewa, a czasami przystaję, aby usunąć jakieś drzewo lub (co zdarzało się częściej) połamane gałęzie albo wyrzucone na środek jezdni kontenery na śmieci. Udało mi się też uniknąć kontaktu z zerwanym przewodem elektrycznym lub telefonicznym. Podjeżdżam pod osławione Tourrettes-sur-Loup, a tam dżipieska gubi się. Początkowo jadę za jej wskazaniem i trafiam na taką wąską, wijącą się pod górę drogę i docierając dosłownie w próżnię, mam kłopoty z nawróceniem auta, a tu dodatkowo promień skrętu renówki jest dużo mniejszy niż u peżocika, więc męczę się srodze. Docieram w końcu do centrum miasteczka, lokuję na parkingu, coś tam zjadam, a wieje tak, że cała kabina się trzęsie.
Następnego dnia dogaduję się ze spedytorem i napotkanym pracownikiem warsztatu samochodowego, aby klient zjechał do mnie, bo za diabła nie trafię do celu. No i tak się stało. Rozładowujemy autko ręcznie w miejscu, do którego naprawdę bym nie trafił - ciągle pod górę, na jakieś tarasy, okolica piękna, widać stamtąd Morze Śródziemne. A wiem, że mam już na pusto lecieć na Włochy do Mondovii, a tu trzeba jeszcze przejechać przez przedmieścia Nicei, Monako, a potem jeszcze wspinać się wysoko przez Alpy i w okolicy Tande przekroczyć granicę.
Jadę sobie przez tę Niceę i okolice i myślę, że trafiłem do raju - takie krajobrazy. Przy okazji mój akumulator do aparatu padł raz na zawsze. Nie będzie więc zdjęć z tego diabelskiego raju, z tego cholernego słońca, co kłuje w oczy, z tym przeklętych korków, tych świateł, tego mnóstwa aut, ludzi, robót drogowych i tak dalej. A  w Monte Carlo, tym mieście snobów, ludzi, którzy nie wiedzą, co robić z kasą (nie cierpię takiego raju), w tym sławnym mieście, kiedy wjeżdżam wyżej, „montecarlanie” urządzili sobie na mnie zasadzkę: nie oznaczyli drogi, która po paru kilometrach, jak się okaże, jest kompletnie zablokowana. Muszę więc się wycofać, co wcale nie jest takie proste, wracam do centrum Monte Carlo i tracę czas, a ładunek mam na określoną godzinę. Jadąc pod górę w Alpach nadganiam, wyprzedzając maruderów, ale na parę kilometrów od granicy muszę przystanąć przed czerwonym światłem. I znów czekanie - bagatela - 20 minut. Po włoskiej stronie znów nadganiam, tyle ile mogę i tylko trochę żałuję, że czekając na zielone przed granicą, nie zjadłem śniadanio-obiadu. Nic to, ładunek jest najważniejszy. 
Ładuję się wreszcie i natychmiast kieruję z powrotem do Francji, a kiedy wyruszam, to już wiem, że na ósmą rano nie zdążę. Oświadczam to spedytorowi i mówię, że z uwagi na marną  pogodę w centralnych, wyższych Alpach, najlepiej będzie, jak powrócę do Francji tą samą trasą, gdzie góry niższe, a potem skieruję się na północ przez Owernię, w stronę Valence i Lyonu, bo moja trasa osiąga swój cel w Noisiel, na północny-wschód od Paryża. Spedytor odpowiada, że to dłuższa trasa i powinienem pojechać przez Briancon. To prawda, przez Briancon jest bliżej; tam są właściwie dwie trasy: pierwsza - krótka, ale przez najwyższe góry, idąca bezpośrednio na zachód do Grenoble; druga z kolei nieco łatwiejsza, przez Briancon i Gap, ale 60 kilometrów dłuższa. Tłumaczę spedytorowi, że w Alpach zima w pełni, zwłaszcza w tych wyższych i prawdopodobnie ta najkrótsza trasa będzie nie do przejechania. Tam przed rokiem lawina zniosła jeden z tuneli i przez pół roku nikt z tej drogi nie korzystał. W końcu przymuszony do tych opcji przez Briancon, jadę tą krótszą trasą i tuż przed Sestierre, jeszcze po włoskiej stronie, śniegu na trasie jak w styczniu, minus dziewięć, a więc posypywanie solą nic nie da. Wlokę się więc na dwójce, a bywa, że i na jedynce, ślizgam się, tracę czas, ale w końcu dostaję się do Sestierre. Teraz czeka mnie paręnaście kilometrów do granicy, pod Montegenevre. I tu niespodzianka. Wyślizgany śnieg, błoto, uruchamiają nie tylko moje auto przed wzniesieniem. Stoję wraz z innymi. Przede mną sześć „nietoperzy”. Decydujemy się założyć łańcuchy i powolutku, powolutku wjeżdżamy do Francji, tracąc całe godziny cennego czasu. Później zdejmujemy łańcuchy i kierujemy się wszyscy przez Gap, czyli na objazd, bo jeden z nietoperzy otrzymał wiadomość, że ta najkrótsza trasa jest jednak nieprzejezdna. Jadę więc dalej, a jest już sporo po północy. Do Gap droga w miarę czysta, choć śliska i trzeba uważać. Dalej z kolei, w stronę Grenoble, choć tutaj góry niższe, znów śnieg na drodze, znów szklanka, więc zwalniam ponownie. Za Grenoble muli mnie senność. Zatrzymuję się. Śpię półtorej godziny. Oczywiście nic nie jem. Nie ma na to czasu - sen lepszy. I w dalszą drogę, na wschód od Lyonu. I dzień już wstaje. Kolejny postój. Tym razem dwie godziny snu, po którym wreszcie czuję się lepiej i mogę coś przekąsić.
Zmaltretowany dojeżdżam z diabelnym opóźnieniem do Noisiel, gdzie na towar, który przewożę (książki i podręczniki kucharskie) czeka już kolejny samochód. Ale klient jest poinformowany o przyczynach mojego opóźnienia i nie robi z tego powodu ceregieli.
W końcu podjeżdżam do Lidla, tankuję się, odnajduję internetowe łącze i podjeżdżam pod którąś ze stref ekonomicznych, gdzie jem kolację i zasypiam.

[06.03.2016, Noisiel we Francji]

UROKI KAMIENNEJ FRANCJI

Często zastanawiałem się nad tym, czemu akurat Francja jest miejscem szczególnie mi bliskim. Mówię, rzecz jasna o tym w kontekście podróży. Być może na ten mój pogląd ma wpływ niezwykła różnorodność krajobrazów. Przyznajmy, że chyba nie ma takiego drugiego kraju w Europie, który posiadał jednocześnie przestronne równiny od Bourges po Orlean i Le Mans, wybrzeże oceaniczne, śródziemnomorskie, wysokie Alpy, Pireneje, leśne ostępy wokół Blois, uroczą, niewysoką, lecz pokrytą również lasami Jurę, wielkie rzeki z najpiękniejszym Rodanem, Loarą, ale też równie urokliwymi jak La Lot, Izerą czy Arpache. Te wszystkie góry, wyżyny, od Normandii po prowansalskie Alpy, od Wogezów po Gaskonię, wreszcie Paryż i kilka jeszcze innym dużych miast, ale i tych niewielkich, przypominających większe wioski… a te wioski….
Dla mnie osobiście najpiękniejsza Francja rozciąga się na południe i południowy zachód od Paryża. Drugim wyznacznikiem urody tego kraju jest kamień jako podstawowy budulec domów, szczególnie na prowincji. A i ten kamień jest różny. Od Le Mans, przez Orlean do Bordeaux; przez Jurę, Lyon, Valence i dalej w stronę Tuluzy jest to kamień biały, najczęściej wapienny, lecz zdarza się i piaskowiec; w Owernii natomiast dominuje ciemniejszy, wulkaniczny. Nie tylko stare domy są w kamieniu. Nowsze również buduje się jeśli nie z bezpośrednio ciosanej skały, to z płyt kamiennych, uformowanych w myśl nowej technologii.
Charakterystyczne dla Francji jest to, że jej obywatele pozostają wierni tradycji budowlanej - prędzej unowocześnią i zrestaurują stary obiekt, aniżeli postawią nowy. Stąd, szczególnie na prowincji, nie widać przepychu, mniej jest nowoczesności - więcej historii. 
Co dzieje się zwykle, kiedy na jakiejś wiosce dom mieszkalny albo gospodarczy znajduje się w stanie uniemożliwiającym dalszą eksploatację? Otóż burzy się stare - buduje nowe. We Francji spotkałem się niejednokrotnie z taką sytuacją, że wprawdzie na jakiejś posiadłości wybudowano nowy obiekt, to pozostawiono przynajmniej sporą część starego i ta ściana jaka się ostała, jakiś ganek, piwniczka stanowią ważny element architektoniczny - są ruiną na wzór starożytnych lub średniowiecznych zamków, świątyń, murów obronnych.
Dodać do tego należy niezwykle fakt, iż tysiące domów na prowincji, w miastach i miasteczkach obleczone jest winną latoroślą, co podkreśla urodę tych najstarszych, nawet najbiedniej wyglądających domostw.
W pejzażu wiejskim, zwłaszcza w średnich Pirenejach, w Owernii, w rejonie Limoges, w Gaskonii, Bretanii i Normandii pola uprawne, a właściwie pastwiska, oddzielone są od siebie żywopłotem szatkującym na mniejsze części rozległe rolnicze obszary. Czasami tym żywopłotem są wręcz dorodne drzewa; innym razem, w rejonie Nicei budulcem tych swoistych miedz jest znów kamień.
Wiele by jeszcze pisać o urodzie tego kraju, w którym czuję się jak u siebie, a można by mówić o rzekach wkomponowanych w życie każdego miasteczka, o zamkach i pałacach wokół Paryża i nad Loarą, o masywnych bryłach kamiennych kościołów, o opuszczonych przez mnichów klasztorach, o wioskach, niewielkich, wręcz siołach, w których urządzono park, parking i w których społeczność lokalna cieszy się z najdrobniejszego pomnika historii, z byle jakiej ruiny. Dość na tym. Czasu braknie. 

[06.03.2016, Noisiel we Francji]

05 marca 2016

NA DZIEŃ KOBIET

Już teraz, bo różnie zdarzyć się może od właściciela kawiarenki, tudzież pana radcy Kracha i wszystkich niepięknych przyjaciół z okolicy, gdzie kawiarnię postawiono, w miasteczku, co to nie opodal ciżemkowskich włości się rozpostarło i wiosnę o zmiłowanie prosi, od tych wszystkich męskoosobowych postaci wysyłam na Dzień Kobiet pogodne (akurat słońce twarz swą pokazało) życzenia, tyle że te wszelkiej maści pomyślności i zdrowotności, i marzeń się spełnianie, nie będą tą razą goździkowym kwiatem (łodyżką w dół) okraszne, lecz takim oto w błękicie unurzonym przez pana Albrechta Dürera kwieciem.
Albrecht Durer - #Iris:
Poniżej z kolei młoda wenecka dama, przez pana Dürera prześlicznie sportretowana. Miałaż by ona tym storczykowym kwieciem ubogacić i tak już krasny swój wizerunek?
Albrecht Durër :  young lady of Venice 1505:
Zatem wszystkiego najpiękniejszego, drogie Panie!!!

[05.03.2015, Noisiel we Francji]

UKŁADY


Przenikliwie chłodny i kapryśny był to dzień, kiedy pan profesor pojawił się w kawiarence razem z mężczyzną po czterdziestce, brodatym, nadto w czarnym kapeluszu i tegoż samego koloru płaszczu za kolana. Zaprawdę częstujący się ciepłą herbatką i kawą, jak i też procentowymi trunkami goście, chcąc nie chcąc, zwrócili na tajemniczego jegomościa uwagę. Zanim panowie zasiedli przy jednym z wolnych stolików, pan profesor artystycznie przywitał się z panem Adamem, tudzież Marią, która z miejsca zaproponowała strudzonym i zmokniętym coś do przekąszenia i nie były to ciasteczka z kawą, lecz najprawdziwszy obiad: pęczakowy krupniczek z wcale pokaźną mięsną wkładką; na drugie zaś placki ziemniaczane z surowych i gotowanych kartofli z cebulką lub na słodko, do wyboru. Pan profesor z kolei rzucił okiem na plenerowe obrazy swoich studentów, które prezentowały się całkiem nieźle, przypominając mu cieplejsze chwile minionego września.
Panowie zaledwie kilka słów z sobą zamienili, gdyż z pierwszym daniem (w sumie trzy talerze) na tacy pojawiła się Maria. Ten trzeci był dla księdza, który zajął był stolik obok, a teraz odpowiadał na ukłony pana profesora i mężczyzny w ciemnobrązowym surducie, który teraz zdobił jego szczupłą acz przystojną sylwetkę po zdjęciu czarnego wierzchniego odzienia. A kiedy przyszło do drugiego dania, pan profesor uprosił Marię, aby swego męża co rychlej do stolika sprowadziła, choć wcale niekonieczna to była fatyga, gdyż kawiarennik na chwilkę dłuższą w kuchni przez panią kucharkę Rybotycką zatrzymany, wiedział, że przysiąść się do pana profesora powinien, co zresztą zrobił, gdy panowie placki połykali.
- Niech pan pozwoli, panie Adamie, że mu przedstawię mego przyjaciela, pana Rafała Korfantego - wyrzekł pan profesor na powitanie. - A to nasz gospodarz znamienity, pan Adam Karski - dodał wkrótce. - Prawda, panie Adamie, jak bardzo historycznie brzmi nazwisko mojego przyjaciela? Ale przecież nie dla samego nazwiska sprowadziłem go do pana.
Kawiarennik z panem Rafałem uścisnęli sobie dłonie i zaraz rozpoczęła się rozmowa. Akademik, choć artysta, lubował się w konkretnym i zwięzłym przedstawianiu sprawy i może z tego powodu wyśmienicie z panem Adamem się dogadywali, bo ten również do rzeczy gadał i pełen był zapału, gdy tylko temat dyskusji go zainteresował.
W rozmowie szło o to, że w miasteczku zwalniało się stanowisko dyrektora Miejskiego Domu Kultury i ogłoszono konkurs, do którego pan Korfanty zamierzał przystąpić. Znając powszechnie panujące na naszym, nie zawsze bożym świecie zwyczaje, pan profesor forsując kandydaturę przyjaciela, chciał dyskretnie wywiedzieć się, czy miasteczkowe układy pozwolą na to, aby nominację mógł otrzymać ktoś z zewnątrz.
- Otóż panie Adamie, ja oczywiście mogę ręczyć za fachowość i inteligencję mojego przyjaciela, lecz nie oszukujmy się, w dzisiejszych czasach merytoryczne względy nawet na konkursach ustępują znajomościom i w związku z tym moja prośba ogromna: czy mógłby pan z pomocą swoich przyjaciół dowiedzieć się, czy pan Rafał ma jakiekolwiek szanse na to, aby został potraktowany tak jak pozostali kandydaci? Broń Boże, nie chodzi mi o protekcję, jakiekolwiek sugestie skierowane do władz miejskich. Byłoby to sprzeczne z moimi poglądami, a jestem bogaty w takie niekoniecznie miłe doświadczenia. Jedyne o co proszę, to uzyskanie odpowiedzi na pytanie: czy miasto ma już upatrzonego kandydata i wspierać go będzie do krwi ostatniej, czy pozostawi komisji konkursowej niełatwy wybór?
- Ja, panie profesorze, nie jestem z tematem obeznany, ale, jak sądzę pani Zofia Koteńko, pani mecenasowa Szydełko a wreszcie pan radca Krach mógłby się podpytać kogoś z magistratu.
- A słyszałem, słyszałem wiele dobrego o panu radcy.
- Trudno o panu radcy nie słyszeć. Znany jest z tego, że zna wszystkich w miejskiej radzie i swego czasu w dobrej komitywie był z samym burmistrzem, ale muszę zaznaczyć, że pan Krach nie jest zaciekłym wielbicielem wszystkich pomysłów miejskich włodarzy. Potrafi mocno uszczypnąć lub pobóść, gdy potrzeba, ale z pewnością i oczy i uszy ma otwarte, więc niechybnie się czegoś dowie.
 Milczący dotąd pan Korfanty sprawiał wrażenie zafrasowanego i w końcu przyznał szczerze, że w takiej sytuacji znalazł się po raz pierwszy i nie chciałby, aby pomyślano, że choćby i po trupach na stanowisko się garnie.
- Ty mi tutaj nie odwracaj kota ogonem - skarcił go akademik. - Przecież wiem, że za żadne skarby nie wkroczyłbyś na kumoterską ścieżkę awansu, ale z drugiej strony przykro by było, gdyby ktoś z takimi pomysłami miał odpaść w przedbiegach tylko dlatego, że miasto, nie zważając na reguły konkursu, już zadecydowało. Ja, panie Adamie, przeczytałem jego koncepcję i wiem, że warto w człowieka zainwestować.
- Jeśli chodzi o pana plany - kawiarennik zwrócił się do Korfantego - to może warto by z nimi zapoznać panią Zofię. Ta kobieta ma dar zjednywania sobie ludzi, że tak powiem, kultury. Zresztą, śmiem twierdzić, że gdyby się panu udało, miałby pan w pani Koteńko silną sojuszniczkę.
- No cóż, chciałbym spróbować czegoś więcej w swoim życiu. Pracowałem dotąd w klubie studenckim, w szkole, w bibliotece i wydaje mi się, że przyszedł czas na coś więcej, na bardziej niezależną pracę. Ale te układy, o których słyszę… to mnie mierzi i zniechęca - westchnął Korfanty.
- Nie pana jednego - przyznał kawiarennik. - Właściwie jedynym człowiekiem, który mógłby, gdyby chciał, rozbić te miejskie układy jest pan Krach… tyle że on do władzy się nie sposobi i nad wyraz ceni sobie niezależność.
Na te i wcześniejsze słowa zareagował siedzący przy stoliku obok ksiądz emeryt Kącki.
- Przepraszam panów, że nieskromnie przysłuchiwałem się prowadzonej przez was rozmowie, ale jakoś trudno mi uwierzyć i pogodzić się z tym, że w naszym publicznym życiu dominują układy.
Żeby sprawdzać przed konkursem, czy ma się w nim szanse wygrać i czy przypadkiem stanowisko nie jest już z góry „zaklepane”? To niepodobna i nie po chrześcijańsku.
- Ani nie po chrześcijańsku, ani nie po bożemu, proszę księdza - odezwał się pan profesor - ale dzisiaj tak właśnie przedstawiają się sprawy. Czy ksiądz nie doświadczył podobnych sytuacji wśród osób duchownych i instytucji kościelnych?
- Miły panie, to prawda. Ale powiem panu, że kościół katolicki jest instytucją hierarchiczną z ograniczoną bardzo demokracją, więc w tym wypadku sugestie dotyczące obsady stanowisk mieszczą się w charakterze kościoła. Nie chce przez to powiedzieć, że w pełni aprobuję ten stan rzeczy. Przeciwnie - zawsze opowiadałem się za większą czytelnością decyzji zwierzchników. Natomiast w przypadku rządu, samorządu, o ile mnie starcza pamięć nie zawodzi, mamy demokrację, a ta wymusza przejrzystość wyboru na poszczególne stanowiska.
- Procedury mamy piękne - przyznał z uśmiechem akademik - ale ksiądz pewnie potwierdzi, że diabeł tkwi w szczegółach.
- Zapewne… zapewne, ale diabeł sam z siebie nie zaszkodzi, jeśli nie ma pożywki, a tą są ludzkie słabości, te wielkie i te z pozoru niewinne.
- Jak się przed nimi uchronić? - zapytał kawiarennik.
- Słabości wpisane są w naturę każdego człowieka. Nikt nie jest doskonały, bo gdyby nim był, to jaki sens miałoby istnienie Boga? Najważniejsze, moi panowie, to poznać swoje słabości, a jeżeli poznasz, jeżeli je porządnie ułapisz, to zwalczyć je łatwiej, nie dziś to jutro, ale trzeba się starać… i trzeba dawać przykład swoim życiem, bo na tym padole jedno życie mamy, a Pan Bóg widzi i jeśli nawet w swoim miłosierdziu na tamtym jego świecie do raju nas zaprowadzi, to różnej trudności drogi do niego wskaże. Wybaczcie, panowie, że może w pierwszej chwili, kiedy się odezwałem, usłyszeliście moją naiwność, ale była to raczej moja niezgoda. Ja przecież wiem, że tak jest na tym świecie. Moje stare uszy słyszały o takich niesprawiedliwościach, że pewnie nikt z was… tak, tak… w konfesjonale… muszę milczeć, lecz to milczenie czasami nie pozwala mi zasnąć. Człowiek tworzy wiele dobrego, ulepsza świat, unowocześnia, ale czy staje się lepszy, sprawiedliwszy? No cóż, panie Korfanty, jeśli i ja mogę i chcę być pana sojusznikiem, to życząc panu sukcesu, spróbuję pomóc panu modlitwą, bo tylko to mnie, staremu księdzu zostało.
Zrobiło się po tym przemówieniu jakoś nostalgicznie i poważnie. Zatriumfowało złote milczenie i pewnie tak by zostało, gdyby w kawiarence nie pojawił się pan radca Krach z małżonką. Oboje dziwiąc się ciężkiej, zadumanej atmosferze, przysiedli się do stolika księdza Kąckiego.
- A cóż to panowie takie nietęgie miny mają? - napoczął rozmowę radca Krach, po czym znacząco chrząknął, zerkając w stronę księdza. - Niniejszym pragnę państwu zakomunikować, że zgodnie z projektem pana redaktora Pokorskiego składamy pojutrze wniosek o założenie fundacji dobroczynnej. Pan redaktor i ja proponujemy na prezesa pana Laskowskiego z branży mięsnej, zaangażowanego w budowę korporacyjnego marketu. Co państwo na to? Aha, zgodnie z deklaracją, panie Adamie, widzielibyśmy pana jako jednego z nadrzędnych założycieli. Ostrzegam, że odmowy nie zniosę - roześmiał się pan radca. - A ponieważ nasz wielebny ksiądz Kącki zapałał chęcią przyłączenia się do naszej gromady, to życzyłbym sobie, aby i on, jako duchowna osoba wszedł do naszej spółki, przez co mielibyśmy ułatwiony kontakt z Opatrznością… a ci wciąż milczą…. z szampanem zaczekajmy do rejestracji. Dzisiaj natomiast stawiam wszystkim po kieliszeczku koniaku. Co wy na to? 

[01.03.2016, Lille we Francji]

04 marca 2016

URLOP NA KÓŁKACH

- Wiesz, Jean, najpierw to sobie pomyślałam, że wybierać się na urlop z początkiem marca to gruba przesada, ale w końcu jedziemy na południe, prawda?
- Na razie to stoimy a nie jedziemy, Matyldo.
- Bo akurat musiałeś wybrać się tą podrzędną drogą. Już jak po raz pierwszy złapaliśmy gumę, powinieneś to przemyśleć i skierować się na autostradę.
- Ależ Matyldo, zawsze podobała ci się jazda bocznymi drogami. W dodatku cały czas przypominasz, że nie stać nas na autostrady.
- To prawda. Z mojej emerytury nie zwojujemy zbyt wiele, a o tobie jakoś szef nie pomyślał przy planowaniu podwyżek.
- Nikt nie dostał podwyżki. W każdym bądź razie ja o tym nic nie wiem.
- Do tego dostałeś urlop wcześniej niż w zeszłym roku.
- Nie narzekaj, Matyldo. Pamiętasz, rok temu cały czas lało jak z cebra, a ty zapomniałaś przypomnieć mi, abym wziął rowery i nie zabrałaś telewizora.
- A ty zapomniałeś o moim czerwonym neseserze, do którego zapakowałam swoje nowiutkie wdzianko.
- Ty z kolei wsadziłaś mopa do pokrowca zamiast wędki.
- Jean, było minęło. Mamy słońce i cieszmy się z tego. Byleby tylko ta pomoc drogowa przyjechała.
- Już godzina minęła… mieli zadzwonić i nic.
- Kiedy dzwoniłam, odezwał się jakiś sympatyczny pan i powiedział, że zorganizuje pomoc najszybciej jak to tylko możliwe.
- I to jest to najszybciej, Matyldo? Przecież czekamy już godzinę na tym odludziu.
- Tak sobie myślę, Jean, że jeszcze nie ma czternastej, więc na pewno mają obiadową przerwę i dlatego czekamy.
- Ech, ci nasi rodacy.
- Zdziwiony jesteś? U ciebie w pracy też jest przerwa i choćby klient padał przed tobą na kolana, nie obsłużysz go pomiędzy dwunastą a czternastą.
- To prawda, ale w sytuacji w jakiej się znaleźliśmy, mamy do czynienia z wypadkiem losowym, Matyldo.
- Oj, coś los ci nie sprzyja tym razem, Jean. Najpierw poszło to pierwsze koło. To prawda, wymieniłeś oponę, ale czasu zeszło się przy tym. Potem uzupełniając płyn w chłodnicy, parzysz dłonie. Kto to dolewa płynu, kiedy silnik rozgrzany jest do białości.
- Spieszyłem się. Swoją drogą zdumiewa mnie twoja wiedza na temat obchodzenia się z silnikiem.
- O tym chyba każde dziecko wie, że w chłodnicy wytwarza się ciśnienie… zaczekaj… dostałam sms-a… aha… wyruszają kwadrans po czternastej… czyli za piętnaście trzecia będą. Ale wiesz, Jean, polać ropą spodnie przy tankowaniu to chyba tylko ty potrafisz. Czy wiesz, że tego się nie spierze? A jeśli nawet, to pozostanie odór.
- Matyldo, to stare spodnie.
- Ale wyglądały jak nowe i kosztowały ponad pięćdziesiąt euro.
- Podarowała mi je Paulina.
- Tym bardziej powinieneś uważać. I co teraz zrobisz? Do czego się będą nadawały?
- Matyldo, w tym roku miałem sobie kupić nowe ogrodniczki do pracy w ogrodzie. Wykorzystam więc te, które zalałem olejem. Zaoszczędzimy. Co masz taką kwaśną minę?
- Zaoszczędzimy. Pewnie. Znowu boli mnie wątroba.
- Jadłaś coś? Mówiłem, żebyś się nie objadała przed podróżą.
- Nie objadałam się, Jean. Zjadłam trochę szynki oraz surówkę z rzodkiewki, świeżych ogórków i sałaty.
- Matyldo, ty tę całą zieleninę kupiłaś w markecie?
- No przecież własnych warzyw w ogródku jeszcze nie mamy.
- Chcę powiedzieć, że ta wczesna sałata, rzodkiewka i ogórki, to wszystko razem wzięte nafaszerowane jest chemią. Nic dziwnego, że boli cię wątroba.
- Nie dość, że boli, to chyba będę musiała się załatwić, a ty stanąłeś w takim miejscu, że do pierwszego krzaczka mam z dwieście metrów.
- No przecież nie będę jechał na felgach, Matyldo. Lepiej weź coś na tę wątrobę.
- Wzięłam, Jean. I to dwie te duże, podłużne, niebieskie tabletki.
- Matyldo, czy ty chcesz powiedzieć, że wydobyłaś z tej małej buteleczki dwie niebieskie tabletki i połknęłaś je?
- Tak, Jean. Nie zauważyłeś tego, bo prowadziłeś auto i słuchałeś radiowej relacji z meczu Paris Saint Germaine - Bordeaux. Zażyłam je, popijając kawą z termosu.
- Nie powinnaś tego robić, Matyldo.
- Ja ciebie nie rozumiem, Jean. Najpierw mi mówisz, że powinnam coś wziąć na wątrobę, a potem…
- Nie powinnaś brać tych niebieskich tabletek, bo to są moje lekarstwa. Twoje mają kolor różowy.
- Co za różnica. Jeśli je nawet wzięłam, to chyba nic złego się nie stanie. Wiem, że bierzesz lekarstwa na uspokojenie nerwów. Może i mnie się przyda.
- Matyldo, ja nie wziąłem z sobą tabletek na uspokojenie nerwów. Podczas urlopu - tych naszych wczesnych wakacji - nie są mi one potrzebne. Kupiłem je na wszelki wypadek, gdyby Joanna z Patrickiem przyjechali do nas na święta ze swymi uroczymi bachorami.
- Jak ty się wyrażasz, Jean. Proszę, nie mów tak. To urocze dzieci.
- Dopóki nie zażądają, abym pozwolił im wskoczyć na swój grzbiet i udawał konia. Że też, Matyldo, te nasze wnuki nie bawią się w ten sposób z tobą.
- Oj tam. Trzeba mieć podejście do dzieci. Jean… jakie więc tabletki wziąłeś z sobą? Czy ja o czymś nie wiem?
- Po prostu są mi one potrzebne.
- Zaraz, zaraz, Jean… one nie na darmo mają kolor niebieski. Czy te tabletki, Jean są… no wiesz. Mogłam się tego domyśleć… ostatnio jesteś taki wyrywny… ale wybacz, Jean, w twoim wieku? Słuchaj… teraz ja wszystko wiem, dlaczego w ostatniej chwili zamieniłeś miesiące urlopu z czerwca na marzec z tą, jak jej tam, Nathalie. I do tego były ci potrzebne te tabletki?
- Co ty mówisz, Matyldo? Nathalie jest moją koleżanką z pracy, znacznie młodszą ode mnie… prosiła mnie…
- No właśnie, znacznie młodszą… jak mogłeś mi to zrobić, Jean?
- Matyldo to nieporozumienie!
- Nieporozumienie? A te ciągłe dyskusje w pracy przeciągające się aż do osiemnastej, o których mi opowiadałeś? Czy one naprawdę dotyczyły różnic w poglądach politycznych. Ty - zatwardziały konserwatysta i ona - socjalistka. I ty mi chcesz wmówić, że rozmawialiście o polityce? W takim razie… powiem ci, choć miałam tego nie robić… ja, Jean, głosowałam na partię pani Le Pen, bo jestem pod ogromnym urokiem tej pani… tak, kochanie.
- Jak mogłaś to zrobić, Matyldo? Przecież ona jest zręczną intrygantką.
- Nie mów w ten sposób o kobietach, których nie jesteś w stanie zrozumieć.
- Matyldo? Co ci dolega? Ty się krzywisz? Boli cię bardzo?
- Jean, daj spokój, ja muszę do toalety… ta wątroba… i w ogóle kiepsko się czuję po tym twoim męskim lekarstwie.
- Matyldo, kochanie, wiesz, że jestem już w pewnym wieku i muszę.. rozumiesz… dbać o swoje nerki. Nie udaj, przecież wiesz, że mam tendencje do odkładania się piasku w nerkach i to lekarstwo, Matyldo, jak by ci to wytłumaczyć, nie pozwala na tworzenie się złogów… jest moczopędne…
- Och, Jean… więc to nie jest to lekarstwo, o którym myślałam?
- Absolutnie nie, kochanie.
- Podprowadzisz mnie do tych krzaczków, Jean. No patrz, co narobiłeś. A tej cholernej pomocy drogowej jeszcze nie ma. Zaraz zadzwonię, a teraz… powolutku, Jean. Ja cię bardzo przepraszam, kochanie, za te moje podejrzenia, ale wiesz, ja już bym chyba wolała, żeby to były tamte tabletki, o których wcześniej myślałam.
- Naprawdę, kochanie?
- Naprawdę. A teraz mnie już zostaw. Dam sobie radę. Widzisz, gdybyśmy jechali autostradą, zapewne zatrzymalibyśmy się w takim miejscu, w którym jest toaleta. Jesteś bardzo pechowy, Jean. 

[28.02.2016, na granicy belgijsko-holenderskiej koło Bredy]