Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

03 czerwca 2018

KRAJOWE ZAPISKI - W CZYM WYRAŻA SIĘ ARTYZM FUKSA


Temat, który właśnie napoczynam, pojawił się w kawiarence już parę razy, ilekroć wspominałem o książkach Ladislava Fuksa. Powiem więcej, zanosi się na to, że jeszcze nie raz poruszę wątek stylistycznego kunsztu tego pisarza.
Ostatnimi czasy, po powrocie do kraju z podróży, podczas której przeczytałem kilka książek, sięgam po „Wariacje na najniższej strunie” Fuksa. Nie czytam tekstu w całości - otwieram książkę na dowolnej stronie, czytam fragment, zachwycam się nim i zazdroszczę autorowi. Podobnie rzecz się miała i tym razem. Zanim spróbuję wyjaśnić, czemu akurat Fuks i jego „Wariacje” przytoczę fragmencik tej powieści i wprowadzę w cytowany wątek. Fuks w poniższym fragmencie wyznaczył na narratora małego chłopca, który na prośbę dziadka udał się rodzicami do Wiednia, gdzie uczestniczy w ceremonii pogrzebowej dostojnika państwowego - zacnego generała.
Oto ten fragment:
„Jednocześnie znowu zagrzmiały organy, sklepienie zadrżało i jakby się zupełnie otworzyło, w powietrzu zalśnił deszcz kropelek. Spadły na czapkę dziadka i na pierś i błyszczały tam jak małe tęczowe kropelki. Dziadek uśmiechnął się i jedną kroplę, która przylgnęła mu do policzka nieznacznie otarł. Potem rozległ się krótki śpiew, śpiew złotych ornatów, a potem ciężka, poważna muzyka, to mógł być tylko Beethoven. Była tak wstrząsająca, że wiele ludzi za naszymi plecami płakało. Mama trzymała chusteczkę przy oczach i była bardzo blada, brat mamy zasłaniał sobie oczy dłonią. Wydawało mi się, że i sam Gini ma łzy w oczach, ale z pewnością było to złudzenie, muzyka nie tak łatwo wzrusza Giniego, chociaż bardzo ją lubi. Ojciec był lodowato spokojny, dostojny i poważny. Ta za nami głośno wciągała ślinę przez zęby, chociaż się wcale nie odzywała. Nie odwróciłem się, ale mógłbym przysiąc, że jej łzy z oczu nie ciekły… Nagle grono w ornatach poruszyło się w niszy, czarno-złota czapa z laską zrobiła krok w stronę dziadkowego fotela i powoli, nieznacznie skinęła chudą pożółkłą twarzą. Wyglądało to, jakby chciała dziadkowi taktownie przypomnieć, że już czas…”
Ot, urywek tekstu opisującego wrażenia bohatera - obserwatora tej smutnej, lecz jakże dostojnej uroczystości. Opis jej nie jest do końca realistyczny, zawiera elementy wydobyte z wyobraźni obserwującego. Cóż my tu mamy? Po wybrzmieniu organów pojawił się pod niby otwartym sklepieniem świątyni „deszcz kropelek”, zaczyna się „śpiew złotych ornatów” (nie księży ubranych w ornaty), rozlega się  wstrząsająca, „poważna, ciężka muzyka” i jest to muzyka koniecznie "Beethovena".
Chłopiec obserwuje reakcje najbliższych mu osób: matka trzyma chusteczkę przy oczach i płacze, brat mamy też łka, choć zasłania sobie oczy dłonią, kuzyn Gini też ma łzy w oczach, ale chyba z powodu słyszenia tej ciężkiej muzyki, choć jest to dziwne, bo Giniego muzyka nie wzrusza, ojciec chłopca jest „lodowato spokojny, dostojny i poważny” (zwięzła, acz w całej rozciągłości prawdziwa charakterystyka ojca chłopca), jakaś pani z tyłu, zdaniem głównego bohatera książki z pewnością nie płacze. Po chwili ornaty poruszyły się (nie księża w ornatach a ornaty), zaś „czarno-złota czapa z laską” (nie biskup czy kardynał, a właśnie „czarno-złota czapa z laską”) kieruje się w stronę dziadka."
Gdyby mi przyszło cytować dalej, opis ceremonii pogrzebowej zawierałby dziesiątki podobnych niuansów - przedstawiałby połączenie realnego opisu rzeczywistości z wyobrażeniami na jej temat dziecka.
W innym miejscu, nieco dalej, Fuks włoży w usta bohatera następujące słowa: „Czułem, jak kostucha za mną nadyma się, chyba z dumy, i nie wiedziałem dlaczego.” Wbrew pozorom tą „kostuchą” nie jest śmierć, lecz pewna dystyngowana dama, ta, która nie uroniła łzy i która po uroczystości żałobnej, podczas konsolacji zasiądzie przy stole naprzeciwko chłopca.
Artyzm stylistyki Ladislava Fuksa polega na tym, że pisarz nie ogranicza się do zdawania relacji z doniosłego acz przykrego wydarzenia, jakim jest pogrzeb sławnego i zasłużonego dla Cesarstwa człowieka, ale pogłębia ten opis o zapis wydobyty z wyobraźni tego, kto o uroczystości opowiada. Często skojarzenia chłopca są zdumiewające, ocierające się o surrealistyczne spostrzeżenia czy wizje podszyte zawoalowanym humorem, jakże niepasującym do powagi sytuacji. I właśnie w tej poetyce opisywania świata i ludzkich przeżyć, w połączeniu tych dwu elementów zawiera się pełnia prawdy o życiu przeniesiona na język literacki.
Spróbujmy sobie przypomnieć jakąś ważną uroczystość, w której uczestniczyliśmy (nie mam na myśli jedynie pogrzebu) - czy będąc jej świadkiem, a może i podmiotem, nasze myśli podążały jedynie za pojedynczymi faktami, które obiektywnie mogliśmy potwierdzić i zapisać we własnej pamięci, czy może myśli nasze rozbiegały się w różne strony, dążąc ku wspomnieniom, ku innym wydarzeniom, w których braliśmy udział, czy wreszcie może zdarzyło nam się ulecieć z myślami w krainę ułudy, niemającej bezpośredniego wniosku z wydarzeniem dziejącym się tu i teraz?
Wydaje mi się, że w taki właśnie sposób funkcjonuje ludzki umysł. Nie jest on puszczoną w ruch kamerą, rejestrującą jedynie bieżący obraz i dźwięk, a działa wielotorowo, wydeptuje nowe ścieżki w zgoła nieoczekiwanych miejscach, gubi główny wątek, zbliża się do niego, to znów oddala i w efekcie zamiast precyzyjnego skopiowania rzeczywistości mamy do czynienia z obrazem podmalowanym przez naszą wyobraźnię.
Pisarstwo Fuksa, choć pozornie klasycznie realistyczne i dbające o detale, zdaje się być takim wyobrażeniem rzeczywistości stworzonej przez tego, który ma w sobie tyle siły, umiejętności i talentu, aby wyobrażenie to przelać z myśli na papier.
Ale to nie jedyna pozytywna cecha literatury autorstwa tego niesłusznie tak mało w Polsce znanego czeskiego pisarza.

[03.06.2018, „Dobrzelin”]

KRAJOWE ZAPISKI - JUŻ W CHAŁUPIE


A/
Ostatni kurs: Dusseldorf - Pruszków.
Wściekły byłem na korki pod Dortmundem i później za Magdeburgiem. Straciłem przez nie prawie 3 godziny. Zmuliło mnie i zamiast pokonać te ponad 1100 kilometrów za jednym skokiem, przystanąłem na parkingu. Nastawiłem 3 dźwięki budzika na około pół godziny. Obudziłem się po pięciu godzinach (sic!). Nie miało to żadnego wpływu na terminowość dostawy, bo w Boże Ciało firma w Polsce nie pracuje. Chodziło mi raczej o to, aby dostać się do chałupy jak najprędzej.
Po przebudzeniu się kontynuuję jazdę - tym razem znacznie przyspieszam. Około 50 km od granicy natykam się na kolumnę wojskową - Amerykańce zmierzają do Polski. Kolejna kolumna jankeskich żołdaków z przerażająco wolną prędkością, jadąc po jednopasmowej 92-ce tamuje ruch. Z wielkim mozołem mijam wszystkie te ponure i brudne wozy. Na obwodnicy Poznania wyłania się kolejna kolumna - tym razem przemknąłem szybciutko przed nią. Fatalnie wygląda taka masa przejeżdżającymi po polskich drogach amerykańskiego wojska. Co więcej na ten temat? Jest to jedyny przypadek, w którym zgadzam się z hasłem „Polska dla Polaków”. Gdyby to ode mnie zależało, dałbym jankesom dwa tygodnie na opuszczenie Polski. Niech sobie jadą do tego swojego Missouri, Oregonu, czy innego Miami. Nic tu po tych żandarmach światowego imperium. Jako umiarkowanie radykalny pacyfista nie życzę sobie kolesi w obcych mundurach, natowskich również, a najbardziej amerykańskich. Nie życzę sobie dyktatu jastrzębi z Pantagonu, jestem zniesmaczony tym, że polscy politycy nie wyciągnęli żadnych wniosków z zaprzeszłych czasów i zafundowali Polakom kraj wasalsko uległy zachodniemu suwerenowi.
To wszystko dzieje się w dzień Bożego Ciała. Włączam na chwilę radio i z wiadomości dowiaduję się, że w jakiejś wiosce pod Uniejowem tradycja nakazuje zrywać z łąk kwiaty, z potem układane są z nich kwiatowe dywany… uściślijmy - dywany z martwych kwiatów. To barbarzyństwo, choć może w mniejszej intensywności występuje właściwie w całym kraju, a najgorsze jest to, że do tych przypadków wandalizmu - niszczenia przyrody (w końcu boskiej natury) angażowane są dzieci rozrzucające po ulicach płatki kwiatków z koszyczków.
Wiem, ranię uczucia religijne i przynajmniej symbolicznie spłonę za to na stosie, ale chyba trzeba być cymbałem, aby nie zauważyć, że naprawdę w imię katolickiej tradycji niszczona jest przyroda. A przecież jest alternatywa - można chyba sobie wyobrazić, że w ramach uczczenia dnia Bożego Ciała zwolennicy tej tradycji wczesną wiosną lub jesienią sadzą kwiaty, które przepięknie na przełomie maja i czerwca zakwitają. Czy to nie honor dla katolików ucieszyć naród i Boga pachnącym kobiercem żywych roślin, które ukwiecą place, skwery i ulice miast i wiosek nie na ten jeden dzień, lecz również na pozostałe? Dlaczego nikt o tym nie pomyśli?
Do chałupy docieram o czternastej… obiad, pranie, gruntowne sprzątanie szoferki. Chociaż gruntownie wyspany, odczuwam jednak zmęczenie podróżą.
B/
Jakże mogło być inaczej - Adelka zrobiła mi powitanie z pompą: doskakiwała co całowania, przebierała nóżkami, szczekała wniebogłosy, słowem - radość niesłychana. Po chorobie i operacji nie ma już znaku.
Ta druga, Masza o pyszczku jeżyka, z ciemniejszymi, kręconymi włoskami na grzbiecie, taka kuleczka przypominająca kłębek potarganej wełnianej włóczki, zadziwiona tym, co wyczynia Adelka, wkrótce przyłączyła się do jej radości.
Od razu widać różnicę w psich charakterach - Adelka przy Maszy to dostojna pani profesor, poza tym wybuchem radości przy powitaniu jest stonowana, spokojna i ugrzeczniona. Masza z kolei to żywe srebro: targa z sobą jakieś szmatki, w zabawie przyszczypuje ostrymi ząbkami dłoń, jadłaby co popadnie, przeszczekuje się ze mną, gdy próbując skłonić ją do spokojniejszej zabawy, udaję groźnego psa. Oprócz tego obie suczki ganiają się, zabierają sobie zabawki; Adelka nie jest zadowolona, bo właściwie większość pluszaków to jej własność, ale co ma robić, skoro żywiołowa Masza różnymi sposobami próbuje podkraść koleżance a to krówkę, a to hipopotamka, to znów ośmiorniczkę. Masza na szczęście nie wskoczy na wersalkę, a właściwie na jedną z nich wdrapuje się po schodku zrobionego z koca. Śpi z kolei w dziecięcym łóżeczku, gdzie jest miejsce i na toaletę i na jedzenie. Kiedy nadchodzi pora karmienia, wokół córki ustawiają się obie - każda z nich dostaje po groszku suchej karmy - śmiesznie to wygląda, a oprócz tego taki wspólny popas obu suczek wychodzi z korzyścią dla niejadka Adeli.
Oczywiście są o siebie zazdrosne. Jeśli jedną weźmie się na rękę, trzeba sięgnąć po drugą. Adelka jest oczywiście bardziej „usłuchana”, reaguje właściwie na każde zawołanie i polecenie, charakterna Masza często się „stawia”, ale powolutku nabiera ogłady naśladując zachowanie Adelki.
Najważniejsze, że obie są zdrowe i zaakceptowały się nawzajem, choć przed Adelką sporo jeszcze pracy, aby nauczyć młodszą koleżankę psiej kultury.

[01.06.2018, „Dobrzelin”]


02 czerwca 2018

KOLEJNOŚĆ LOSÓW SPOTKANIE PIĘTNASTE - WIZJONER


- I znów kręcisz się po kuchni w nocy, spać nie możesz.
To nie było pytanie. Rozwadowska potwierdziła znany i oczywisty fakt: jej mąż ma kłopoty z zaśnięciem, a jak prawie każdy mężczyzna woli nie zaprzątać głowy lekarzom swoją przypadłością. Jedynym dla niego ratunkiem byłby nocny spacer z suką Ledą, brązowym mieszańcem owczarka i jakiegoś posturnego kundla, ale pies, choć lubiący chodzić ze swym panem na łąki i nad rzekę, nocą nie miał ochoty opuszczać swego kojca stawianego o tej porze w przedpokoju przed wejściowymi drzwiami.
Rozwadowski siedział przy kuchennym stole i palił papierosa, czego nie wolno mu było robić, ale nie mógł pozbyć się nałogu, choć prawdę powiedziawszy, bardzo ograniczył palenie - dwie paczki na tydzień mu wystarczały.
- Melisy ci naparzę - zaproponowała, włączając gaz i stawiając czajnik z wodą na kuchence.
- Myślisz, że pomoże? Do tego melisa obrzydliwie smakuje.
- To choćby kropelki na uspokojenie?
- Kiedy sobie przypomnę, szlag człowieka trafia, a na to nie ma żadnego lekarstwa.
- A mówiłam ci, abyś tam nie chodził. Zawsze potem jesteś bez życia. Choćbyś nie wiem jak długo się zamartwiał, nic nie zmienisz. Było, minęło. Nie masz już wpływu na przyszłość zakładu.
- Tobie łatwo tak mówić, bo zawsze byłaś z boku. To prawda, ja cię odstawiłem na boczny tor, źle mówię, nie boczny tor - inny, równie ważny dla nas obojga. Wychowałaś w pocie trójkę dzieci. Dobrze mówię - ty wychowałaś, bo ja nigdy nie miałem dla nich tyle czasu, ile powinien mieć ojciec dla swych pociech. Dla mnie i dla dzieci zrezygnowałaś z pracy w szkole, zostawiając sobie tłumaczenia i korepetycje, co mogłaś robić w domu. Chcę powiedzieć, że jestem ci tak po ludzku wdzięczny za to wszystko co robiłaś, jak dobrą byłaś i jesteś dla mnie żoną, ale o zakładzie najwięcej powiedzieć mogę tylko ja.
- Wiem i rozumiem, że serce cię boli patrząc, jak popadł w ruinę, ale był czas, aby się z tym pogodzić. Sam mówiłeś, że jeśli wspominać, to tylko dobre czasy - o tych złych czym prędzej zapomnieć.
- Kiedy ja od podstaw stawiałem ten zakład. Nie osobiście, ale doglądałem budowy już od dnia, kiedy sekretarz wojewódzki na egzekutywie postawił sprawę jasno: - Rozwadowski będzie dyrektorem. Zapewniam towarzyszy, że nas nie zawiedzie.
Przyklasnęli, bo sekretarz był swoistym guru, nie przez każdego lubiany, ale tak prowadził polityczną robotę, że nikt nie śmiał mu się sprzeciwić.
A było to tak, że z ministerstwa dostali cynk, że dla województwa szykuje się niezła gratka - wybuduje się nowoczesny zakład bawełniany o trzech liniach produkcyjnych, uproszczając - będzie się w nim produkować ręczniki, odzież i bieliznę dla niemowląt i dzieci oraz konfekcję damską. Nowoczesne maszyny dostarczą na kredyt Francuzi, a dla województwa budowa nowego zakładu stanie się jednym z priorytetów. W ministerstwie mówiło się tak: - Towarzysze, my mamy świadomość, że w powiatach K. i Z. współczynnik występowania kobiet w stosunku do mężczyzn wynosi 112 do 88 i trzeba by zagospodarować tę przestrzeń. Jednym słowem, towarzysze, należą się wam miejsca pracy dla kobiet, miejsca nowoczesne, aby, rozumiecie, kobiety nie odstawały, bo partia ma na względzie dobro piękniejszej części narodu, a bez pracy, rozumiecie towarzysze, nie ma, jak to mówią, kołaczy. Pobudzimy zatem aktywność waszych kobiet, a i naszej socjalistycznej ojczyźnie to się opłaci - nasz bratni naród radziecki przyjmie każdą ilość waszego asortymentu, a i przysporzymy dla kraju cennych dewiz, bo, towarzysze, my w ministerstwie jesteśmy rozeznani w zachodnich rynkach i jeśli weźmiecie się do roboty szybko, przeszkolicie załogę i będziecie dawać produkcję najwyższej jakości - inna w grę nie wchodzi przy tak nowoczesnych technologiach - to inwestycja zwróci się po czterech - pięciu latach.
Sekretarz wojewódzki Banaszek wziął na siebie ciężar odpowiedzialności za lokalizację i logistyczną stronę przedsięwzięcia. Wyszukano mu strategicznego inwestora, zabezpieczono dostawy materiałów budowlanych i robota ruszyła z kopyta. Zanim jeszcze budowa nabrała rozpędu, wynaleziono człowieka odpowiedzialnego za zakład. Mówiono, że dobry gospodarz to ten, który od samego początku ma pieczę nad każdą stawianą ścianą, każdym dachem, który oglądnąwszy maszyny, jakie wstawi się do produkcyjnych hal, oczami wyobraźni ulokuje je w taki sposób, aby usprawnić przyszłą współzależność stanowisk pracy. Dyrektor nowego zakładu winien też porozumieć się z radą miejską i wpłynąć na to, aby miasto właściwie wykorzystało dotowane środki na inwestycje w trzy, może cztery bloki mieszkalne, które pomieściłyby chętne do pracy kobiety wraz z ich rodzinami. Sądzono bowiem, że wieść o otwarciu zakładu rozleje się szerokim echem po okolicznych powiatach, miasteczkach i wioskach, a oprócz oferty ciekawej, dobrze płatnej pracy, najbardziej przyciąga ludzi mieszkanie. W Jaroszewie nie będzie się czekało na nie dziesięć czy więcej lat, a co najwyżej dwa.
W takich to okolicznościach sekretarz Banaszek postawił na Rozwadowskiego. Mówiono, że się znali od powojnia. Jako młodych aktywistów partia rzuciła na ziemie odzyskane, aby zaprowadzili tam porządek i pilnowali tworzącej się infrastruktury mieszkaniowej i przemysłowej. Banaszka wyniosło potem w politykę społeczną; Rozwadowski kierował przez parę ładnych lat jakąś spółdzielnią wielobranżową, później szefował znaną, choć niewielką firmą włókniarską.
- Ja wtedy jeszcze się z dziećmi nie wprowadziłam - przypomniała Rozwadowska. - Zresztą nie było gdzie. Dostałeś jakieś służbowe jednopokojowe mieszkanko w starej kamienicy - wszystkiego 35 metrów kwadratowych. W tym mieszkaniu byłeś jedynie nocnym gościem. Gdzieżbyśmy się pomieścili z dziećmi? Mówiłeś, abym się nie martwiła, bo wraz z firmą buduje się obok kilka zakładowych domków i w jednym z nich zamieszkamy. A jak pytałam się ciebie, dlaczego stawiają akurat blisko przy zakładzie, odpowiadałeś, że tak być musi, aby dyrektor miał na oku cały zakład, bo jeśli ludzie wiedzą, że w każdej chwili może zajrzeć, sprawdzić ochrzanić lub pochwalić, gdy taka potrzeba, to ludzie bardziej człowieka szanują, ale i się go boją, bo żadna fuszerka czy kradzież nie umknie jego uwadze. Uspokajałeś mnie, że domki mają być zlokalizowane pośród starego sadu i drzew na naszej posesji nie zabraknie, bo starają się ich nie wycinać.
- Z tymi drzewami to było tak, że musiałem się o nie upomnieć, bo w planach zabudowy ich nie było. Opieprzyłem architekta, że nie zauważył tych drzew. Można przecież stawiać fundamenty w miejscach niezadrzewionych, nawet kosztem zabudowy po sznureczku, w jednej linii - będzie ciekawiej, mówiłem, ciekawiej i przyjemniej dla oka. Z niechęcią, ale przystał na moje sugestie, bo wtedy, choć w głównej mierze powierzono mi czuwanie nad budową zakładu, to jednak liczono się z moją opinią w innych zagadnieniach.
- A o tym to nigdy mi nie mówiłeś. Dodam ci do melisy plasterek cytryny, będzie smaczniejsza.
- A zatem przyjdzie mi skosztować tego napitku rodem z diabelskiej kuchni - pomyślał, wiedząc, że gdyby nawet żona porządnie pocukrzyła napar z melisy i tak mu nie pomoże, ale wypije i jeszcze pochwali, bo robi to w dobrej wierze. On sam uważa, że leki działają jedynie wtedy, kiedy wierzy się w ich zbawczą moc; zresztą nie jest to szczególna specjalność relacji: medykament - chory człowiek, ale w ogóle w życiu należy w coś wierzyć, wtedy łatwiej i niejednokrotnie skuteczniej się na tym wychodzi.
On wierzył w te lata, które miał już poza sobą. Wierzył w ten czas powojennych przemian, które wprawdzie wielu niesprawiedliwie wyniosło na ołtarze, ale też dla mnóstwa innych okazały się szansą, którą godnie wykorzystali. To prawda, że spotykał takich, którzy z ostentacyjnym ostracyzmem unikali go, kpili z jego ZMP-owskiej przeszłości, z należenia do partii. Zarzucano mu, że jedynie legitymacji partyjnej zawdzięcza swoje sukcesy i awanse. Ale czy mieli wtedy rację jego oponenci? Owszem, z powodzeniem można przeżyć życie, będąc wrogo nastawionym do politycznych i społecznych zmian, jakie niosły z sobą nowe czasy, ale żeby tak potępiać w czambuł wszystko, co z tymi przemianami się rodzi, nawet jeśli w bólach i nie zawsze sprawiedliwie? Nie będzie się na ten temat wypowiadał za innych, on sam starał się zaświadczyć swoim życiem, że tworzące się nowe nie musi jednocześnie pogrążać w niepamięci stare, a gdyby przyszło co do czego, to on pierwszy wyciągnie rękę do tych, którzy go ignorowali, by nie powiedzieć rozpowiadali o nim niestworzone rzeczy.
W zakładzie, którym zarządzał przylgnęło do niego miano wizjonera, jako że wybiegał myślami dalej i głębiej niźli inni z kierownictwa. Zaczęło to się jeszcze w fazie budowy przedsiębiorstwa. Aby zachęcić budowlańców do szybszej i wydajniejszej pracy, odbywał z nimi rozmowy, nie na zebraniach partyjnych - wśród robotników przeważali bezpartyjni - a bezpośrednio na budowie. - Ten zakład - mówił im - da pracę kobietom, wśród których będą wasze żony i siostry, pracujecie więc dla nich, czyli również dla siebie. Pomyślcie o tym zawsze z samego rana, gdy wchodzicie na teren budowy. Niby rozumieli, ale w bursie miejskiej, w hotelu robotniczym, gdzie kwaterowali żywiono ich podle, w niedzielę rozrywek nie mieli i nie mieli się gdzie podziać, gdy przyjeżdżały do nich żony z dziećmi. I mieli rację. Ale od ręki tego nie zmieni. Wyżywienie - owszem, to można zmienić na lepsze z dnia na dzień, ale ten ścisk w kwaterunkach? Co robić? Przyspieszył zatem budowę pierwszego z bloków. Najpierw stanowczo upomniał się za przyspieszenie prac, w końcu niemal na klęczkach błagał. Pomogło. Przerzucono środki i ludzi na tamtą kulejącą budowę, a gdy tak się stało, z województwa wysłali monit, potem sam sekretarz Banaszek przyjechał ze skargą i zapytaniem: - A co to, towarzyszu, zapominacie, co jest priorytetem? Odpowiedział, że aby robota na budowie szła sprawnie, ludzie muszą mieć czas i miejsce na odpoczynek po pracy, ojcowie powinni częściej oglądać własne dzieci, mężowie - żony, a więc pomyślał o tym, że ci z budowlańców, którzy zdecydują się pozostać w Jaroszowie na stałe, zwłaszcza ci, których żony i siostry staną się nie za długo pracownicami wybudowanej firmy, niech ci właśnie jako pierwsi dostaną na miejscu mieszkania. Tak i też się stało, choć nie natychmiast. Pierwszy blok stanął szybciej aniżeli zakład, a drugi kończono w czasie, gdy zaczęto w zakładzie instalować pierwsze maszyny. Tempo iście mistrzowskie, lecz wokół obu budów powstał bajzel nie z tej ziemi: tu gruz, tam sterty kruszywa, gdzie indziej hałdy ziemi, porzucone fragmenty rusztowań, cegły i deski pozostawione w nieładzie, a na prowizorycznych dróżkach prowadzących z terenu budowy zakładu do dwóch bloków i dalej do miasta gliniane błoto najeżone kamieniami i metalowymi odpadami.  - Tak być nie może - tłumaczył miejskiej radzie i kierownictwu budowy. - To osiedle, które tutaj powstanie ma być chlubą miasta. Chcemy pozyskać kobiety do zakładu, czy tak? Ale czy te, które do nas zawitają, gdy rozejrzą się wokół nie zauważą tego księżycowego krajobrazu, w którym przyjdzie im żyć i pracować? Czy zostaną u nas, w naszym mieście? Ja, towarzysze, na ich miejscu uciekałbym stąd, gdzie pieprz rośnie, to wam powiadam.
A kiedy dziamali, że „mocy produkcyjnych” nie mają, ludzi brak i pieniędzy, obruszył się na nich, że cała sprawa nie może się rozbijać o brak pieniędzy, a ludźmi trzeba pokierować tak, aby mieli też chęci i czas na te inne prace, aby to nowe, co powstało, cieszyło oczy tych, co tu żyją i mieszkają, a także przyjezdnych. Ze sceptycyzmem podeszli do sugestii Rozwadowskiego, ale gdy ten wybrał się razu pewnego do leśnictwa i szkoły rolniczej, gdy udało mu się pozyskać sadzonki drzew i kwiatów, gdy wreszcie wystąpił oficjalnie na miejskiej radzie z pomysłem, aby ludzie czynem społecznym dopomogli budowlańcom, aby dokonali nasadzeń, posiali trawę, ułożyli choćby kilka chodnikowych linii, wtedy wizjonerskie zapędy Rozwadowskiego zyskały niejaki poklask. I stało się. W trzy kolejne niedziele na obrzeżach zakładu i na osiedlu zaroiło się od ludzi, a pracowali nie tylko partyjni, ale i młodzież, i starzy mieszkańcy miasta, którzy chcieli przyłożyć swoje ręce do upiększania terenów wydartych naturze na potrzeby wielkiego przedsięwzięcia. Czy ci, którzy z ogromną nieufnością śledzili losy kariery dyrektora - wizjonera w ramach protestu wobec ludowej władzy siedzieli wówczas w domach zgorzkniali? Trudno to orzec.
Ale nie na tym koniec. Rozwadowski na kolejnym zebraniu upomniał się o to, aby osiedle nie ograniczało się li tylko do pełnienia funkcji noclegowni. Potrzebne są sklepy, przedszkole, tereny rekreacyjne, kawiarnia, a może i kino. Tego było już za wiele dla radnych, ale akurat w tym przypadku pomógł sam towarzysz sekretarz Banaszek, który wraz z notablami z ministerstwa obecny był na otwarciu pierwszej linii produkcyjnej nowego zakładu.
- Towarzysze widzą doskonale - głos Banaszka skierowany do urzędników ministerstwa - jak wielkiej pracy dokonał nasz gospodarz Rozwadowski. Myślę, towarzysze, że należałoby dodatkowymi środkami wesprzeć dyrektora i miasto w kwestii tej infrastruktury wokół zakładu. I przedszkole, a nawet żłobek są potrzebne miastu i zakładowi, kino też by się przydało, a sklepy bliskie miejsca zamieszkania - o tym chyba towarzyszy przekonywać nie muszę.
I stało się. Popłynęły z ministerstwa i województwa pieniądze, a zanim ruszyła ostatnia linia produkcyjna - ta, w której zatrudniano najwięcej kobiet - na osiedlu stały już w stanie surowym i żłobek, i przedszkole, nie mówiąc już o pokaźnym pawilonie handlowym, a Rozwadowski teraz już na poważnie mógł się zająć tym, do czego został powołany - dyrektorowaniem nowoczesnego bawełnianego zakładu.
Popijał wywar z melisy bez entuzjazmu, ale i nie grymasząc na przykry zapach i mdły smak sporządzonego przez żonę napoju. Wiedział, że musi nastąpić taka chwila, w której, aby uspokoić swą małżonkę i aby uwierzyła w zasadność jej próby przeciwdziałania jego bezsenności powie, że czuje się senny, ale chwila ta jeszcze nie nastąpiła. Nie wiedzieć czemu oderwał się na chwilę od tych trudnych, acz dających mu wtedy w przeszłości sporo osobistej satysfakcji wspomnień i zawędrował w swych myślach w inne okolice, również realne, ale nie pozbawione baśniowych elementów. Na jego twarz wstąpił nieobecny dotąd uśmiech.
- Przypomniałem sobie pewne wydarzenie - wyrzekł z nutką nostalgii w głosie. - Pamiętasz, opowiadałem ci o tej zabawnej historii, kiedyśmy to ze Śmigielskim zboczyli z trasy, bo ten zaplanował sobie odwiedzić kuzynkę w domu starców. Brudzew ta wieś się nazywała.
- Pamiętam, mówiłeś mi o tym nie raz - odpowiedziała żona przygotowana na to, że i tej nocy przyjdzie jej wysłuchać fragmentów tych wspomnień jej męża.
- Wzięliśmy wtedy z sobą do auta młodego chłopaka, któregośmy podwieźli na tę wieś. Chłopak, jak się okazało, zasuwał do dziewczyny pieszo. Śmigielski przystanął obok jej domu, sam wybrał się kawałeczek dalej do dworku, w którym siostry prowadziły ten dom pogodnej starości, a mnie akurat zachciało się mleka - wiesz, jak ja lubię mleko. Wtedy to, jeszcze zanim wszedłem do gospodarzy, byłem świadkiem rozrzewniającej sceny powitania się chłopaka i dziewczyny. Ech, powiadam ci, radości w tym powitaniu było tyleż co i płaczu, a przypomniałem sobie wtedy nasze wspólne młodzieńcze czasy, gdyśmy się tak witali i żegnali, by w końcu udowodnić sobie naszą miłość przed ołtarzem. Kiedy dziewczyna otarła już z łez swoje ślepka, a młodzieniec napomknął coś o mnie i Śmigielskim, że niby skorzystał z okazji i zabrał się na łebka, za co jest nam wdzięczny, wtedy ja zapytałem się grzecznie, czy w tym domu mógłbym dostać mleko prosto od krowy. Natenczas ta dziewczyna, Ania jej było, tak jakbym był ojcem tego młodziana, ba, jakbym był królem a on królewiczem, zaprosiła mną „na pokoje”, tam przedstawiła mnie swoim rodzicom, którzy przyjęli mnie po hetmańsku, nakarmili, napoili swojską wiśniówką na spirytusie, a mleko - to było jedynie sympatycznym dodatkiem do uczty. Młodzi początkowo brali udział w tej biesiadzie, kawalera jakiegośmy z sobą przywieźli, nakarmiono, dziewczyna latała wokół nas jako ta pszczółka śród lipowego kwiecia, a kiedy pojawił się Śmigielski, również i on został ugoszczony (trochę mu było w niesmak, że wypić nie może). Potem młodzi odeszli załatwiając swoje sprawy, a ja ze Śmigielskim przegadaliśmy z gospodarzami resztę popołudnia, wieczór cały i zatrzymaliśmy się na późnej nocy. I wcale wtedy nie irytowałem się na siebie, że na jakieś tam spotkanie nie zdążyłem, a może i nie to, że nie zdążyłem na spotkanie, ale z niepokojem czekano na mnie w jakimś prowincjonalnym hotelu, gdzieśmy się wybierali, aby spędzić noc przed ważnym spotkaniem. Rodzina, mówię ci, kochanie, przesympatyczna i pomyślałem sobie wtedy, że miał szczęście ten młodzian, że jak ten kogut trafił na ziarno bez plewy, jeśli poprzez córkę gospodarzy wejdzie w tę rodzinę. A czy nie miałem racji? Pamiętasz te dwa listy, któreśmy od tej Ani dostali?
- A pewnie, że pamiętam. Raz, że nadeszły niespodziewanie, a dwa, że tak staranną polszczyzna napisane… no i powód, dla którego zdecydowała się skreślić tych kilkanaście słów - odparła Rozwadowska.
- Owszem. A czym tam pisała? O swojej wdzięczności za to, że przywieźliśmy jej ukochanego, że ze Śmigielskim staliśmy się dobrymi posłami ich miłości.
- Tak, było w tym liście coś tak naiwnie dziecięcego, ale mądrego zarazem, coś, co poruszało do głębi.
- Ten drugi przyszedł po dwóch latach, a w kopercie było również zaproszenie na ślub i wesele - westchnął.
- Tak oto przyczyniłeś się do tego związku.
- Bo ja wiem? Jeśli czuł coś do niej, doszedłby i pieszo.
- Kto to wie, może by się zniechęcił - Rozwadowski podtrzymywał zdanie, w sens którego nie wierzył. Przypadkiem, bo przypadkiem, zbliżył tych dwoje do siebie. - Aleśmy na ślubnie pojechali.
- Byłeś wtedy w delegacji. Załatwiałeś jakieś interesy w Szwecji. Zajęty jak zwykle.
- W Szwecji byłem w sprawie tych kaftaników i bielizny damskiej… ale już po weselu ty sama napisałaś do tej Ani przepraszający list, a potem jeszcze wykonaliśmy ten przekaz pieniężny jako formę prezentu dla młodych.
- Tak było. Ciekawa jestem, jak tam im się teraz powodzi, bo od tego czasu jedynie kartki świąteczne i imieninowe krążą pomiędzy nami.
- Tak… no cóż, żyją szczęśliwie, mam nadzieję… wiesz kochanie, chyba się położę. Pora na sen.
- A mówiłam ci, że melisa pomoże.
Uśmiechnął się do żony. Wcale nie chciało mu się jeszcze spać, ale spowodował to, że żona uwierzyła bardziej w moc swoich ziółek.
Kładąc się do łóżka myślał o tej młodej parze, która teraz ma zapewne swoje dorosłe już dzieci, ale też nie wiedzieć czemu odszukał w pamięci inną parę - dwie kobiety, które spotkał przypadkiem w zakładzie, w pokoju personalnego. Obie starały się o przyjęcie do firmy.   

[24.05.2015, Brignoles, Var, i 27.05.2018 Lannemezan, Hautes Pyrenees, we Francji]


IMPROMPTU - TEATR WYOBRAŹNI (2) LUDMIŁA, KTÓRA OKRĘCIŁA LUDWIKA WOKÓŁ PALCA


Po dobrej godzinie ciszy i spokoju, za wyjątkiem rozmów natury, magister Chojnacki zdecydował się napocząć temat, który od jakiegoś czasu zagościł w jego zamyślonej głowie.
- Ludmiła okręciła Ludwika wokół palca.
Na tę wieść kioskarz Wnuk zmiął na pół gazetę, w której się zaczytywał.
- Życzycie sobie panowie co przeczytać? - zapytał nieśmiało.
- A o czymże to w naszej lokalnej prasie mogą pisać? - oburzył się pan pułkownik. - O tym, że po raz kolejny opozycja złożyła wniosek o głosowanie o wotum zaufania dla przewodniczącego rady?. Są w mniejszości, a zatem to nic innego jak śmiech na sali albo ubijanie piany.
Emerytowany urzędnik bankowy Liskowacki ocknął się nagle z drzemki, w jaką popadł był niespodziewanie prędko i która pozostawiła jeszcze po sobie ślad niewyspania oraz krople potu na czole i skroniach.
- Aby ubić szybko pianę na kogel-mogel, ewentualnie na ciasto, należy do białek wsypać szczyptę soli, przy czym ważne jest to, aby jedynie szczyptę, by nie przesolić.
- Pan pułkownik nie taką pianę miał na myśli - zaśmiał się magister Chojnacki. - Dzień dobry panu. Niestety nie jest pan w temacie.
Skłonność do zażywania popołudniowej drzemki prócz spożywania pokarmów w nadmiernej obfitości była to jedna z najbardziej rozpoznawalnych na odległość cech pana Franciszka. Bankowca nie oburzyła jednak kąśliwa uwaga przyjaciela, przeciwnie, pogodzony ze słabościami jakie posiadał, przetarł czoło chusteczką i głosem bardziej już wolnym od naleciałości sennych obrazów wyrzekł:
- Oświećcie mnie zatem, o czym w świecie grają.
- Pan pułkownik utrzymuje - wtrącił się do rozmowy kioskarz Wnuk - że bezcelowym jest czytanie naszej lokalnej gazety, w której na pierwszej stronie opozycja ku uciesze koalicji bije pianę w sprawie kolejnego głosowania o odwołanie pana przewodniczącego rady, Franciszku.
- Ale my czekamy na tę przypowieść o Ludmile i Ludwiku - raczył zauważyć pan pułkownik Antczak.
Wywołany do kontynuowania opowieści, którą obdarzył ledwie tytułem, magister Chojnacki mentorskim tonem podjął naruszony przez siebie wątek.
- Ludmiła okręciła Ludwika wokół palca. To było widać od samego początku ich znajomości. Najpierw wymusiła na nim zgolenie wąsów oraz obcięcie włosów na jeża, następnie wskazała na fakt, iż zabierając ją z jej domu na randkę, powinien uprzednio założyć jasny garnitur, do tego krawat. Jako dyspensę z jej strony było to, że pozwoliła Ludwikowi ubierać koszule z krótkimi rękawami, ale koniecznie białe. Pochodząc z bardzo dobrej i zacnej rodziny, nie zaryzykowała zgorszenia, jakiego niechybnie doświadczyliby jej rodzice, widząc Ludwika wystrojonego w dżinsy i polówkę. Dopiero z młodzieńcem w tak przystojnym stroju Ludmiła mogła wyjść na miasto, sama ubrana nienagannie w błękitną sukienkę zakrywająca kolana, z odpowiednim dekoltem, w pantofelkach dobranych kolorem do sukni, we włosach spiętych w niewyzywający koczek.
- O tak, Ludmiła, ilekroć ją spotykałem w parku czy na starym mieście, zawsze ubrana była jak dama z zamierzchłej epoki - przyznał pan pułkownik.
- Dla mnie z kolei - wtrącił pan Franciszek - aby być postrzeganą jako dama, Ludmiła powinna deczko utyć, albowiem jeśli kobieta nie ma tu czy tam stosownej obfitości, tracą na tym jej kobiece kształty.
- Ależ panie Franciszku, toż Ludmiła ledwie osiągnęła pełnoletność. Czasu potrzeba, aby dokumentną kobietą się stała, a to nastąpi niechybnie po zamążpójściu, a już z całą pewnością po pierwszym dziecku - zaoponował kioskarz Wnuk.
Emerytowany nauczyciel Chojnacki nie miał nic przeciwko komentarzom jakie usłyszał, świadczyło to bowiem dobitnie o tym, że zapodany temat ucieszył się zainteresowaniem przyjaciół.
- Kiedy sprawy nabrały obrót bardziej intymny, a narzeczonym nie wystarczyły już wspólne spacery, chodzenie do kina czy na potańcówki, Ludwik zaczął bywać nader częstym gościem w domu Ludmiły. I niech panowie nie myślą sobie, że Ludmiła pozwalała sobie na coś, na co z aprobatą przystają kobiety o swawolniejszych obyczajach, jakie panują teraz pośród kwiateczków naszej współczesnej, żeńskiej młodzieży - nic podobnego. Ludmiła przebywała z Ludwikiem w pokoju, obszernym i po kobiecemu urządzonym, który wszelako wymagał odnowienia. Zatem Ludwik spędzał swój randkowy czas w roboczym przebraniu i po wystawieniu mebli, imał się trudów kładzenia gipsowych tynków, szlifowania tychże, a w końcu malowania ścian i sufitu na kolor najbardziej odpowiadający estetycznej wrażliwości Ludmiły. Ona z kolei, w czasie nielicznych przerw w pracy, na jakie Ludwikowi pozwalała, częstowała narzeczonego czekoladowymi pomadkami tudzież upieczonym przez jej matkę ciastem, które popijał słabiusieńką herbatą lub schłodzoną wodą z cytryną, ale bez cukru. Oczywiście nie obeszło się podczas tych przerw lekkich jak motylki i krótkotrwałych pocałunków, jakie składała na policzkach Ludwika, jednakowoż zaraz po nich następowały rozsądne uwagi odnośnie jakości Ludwikowej pracy, staranności w wygładzaniu tynku czy też niepozostawiania śladów po włosiu pędzla, którym zamalowywał ściany.
- Nie wiem jak wy, panowie - zauważył pan Franciszek - ale ja czułbym się nie najlepiej, gdyby nie poczęstowano mnie obiadem.
- Ja z kolei uważam - odezwał się kioskarz, pan Andrzej - że wysłuchiwanie uwag odnośnie pracy, na jakiej kobiety zwykle się nie znają potrzeba wielkiej cierpliwości. Sam nie wiem, czy na miejscu Ludwika byłbym w stanie to wytrzymać.
- A ja sądzę, że panów uwagi dobitnie świadczą o tym, żeście nie zaznali trudów żołnierskiego życia, które polega na wypełnianiu rozkazów przełożonych. A to, że karmią nas podle - przyjdzie czas na biesiadowanie.
Słowa te nie mogły być wypowiedziane przez nikogo innego niż przez pana pułkownika w stanie rezerwy Antczaka.
Magister Chojnacki ciągnął swą opowieść dalej.
- A kiedy mebelki zostały ponownie wstawione do pokoju, Ludmiła zarządziła, aby w pobliżu okna, choć nie przy samym oknie, zostawić trochę pustej przestrzeni. Tłumaczyła to faktem, iż w tym właśnie miejscu postawione będzie łóżeczko dla niemowlęcia, które niechybnie spłodzą w noc poślubną z Ludwikiem. Ludwik był tym postanowieniem mniej niż delikatnie ucieszony, a jeszcze mniej tym, że z inicjatywy Ludmiły narzeczeni odbywali teraz wędrówki po sklepach z niemowlęcą odzieżą, wybierając przezornie fatałaszki tak dla płci żeńskiej, jak i dla męskiej niepoczętego jeszcze robaczka. Obstalowali też łóżeczko dla swojego skarba i zamówili wózek lekki i akuratny w obsłudze.
- Zadziwiająca zapobiegliwość przypominająca precyzyjny plan szturmu na nieprzyjacielskie wojska - stwierdził pan pułkownik.
- A zatem, panowie, wystarczało teraz dać na zapowiedzi, ustalić termin ślubu i omówić w gronie przyszłych teściów wszelkie niuanse weselnej uroczystości - kwitował opowiadający.
- No cóż - westchnął pan kioskarz Wnuk - tak właśnie sprawy mieć się powinny.
- Niechże pan da panu magistrowi doprowadzić historię do szczęśliwego finału - upomniał pana Andrzeja bankowiec - choć wydaje mi się ona dotąd zbyt prozaiczna, aby wiodła do pomyślnego zakończenia.
- W końcu uzgodniono wszelkie detale, sproszono gości, zbliżył się termin i godzina stanięcia młodych przed ołtarzem - ciągnął pan Wojciech. - Zgodnie z obyczajem u wejścia do świątyni ojcowie obu stron podprowadzili ku sobie narzeczonych, ci wzięli się pod rękę i ku głównemu miejscu w kościele podążyli, już, już, wysunęli się przed kościelne nawy, organy zagrzmiały, ksiądz z ministrantami o czymś jeszcze na boku rozmawiał, gdy nagle Ludwik pozbywa się uścisku Ludmiły dłoni, nie przeżegnawszy się odwraca się na pięcie i kieruje ku otwartym wrotom świątyni. Obrzucony zadziwionymi spojrzeniami, lecz niezatrzymany przez nikogo, opuszcza boski majestat i znika.
- Tegom się, do diaska, spodziewał! - wykrzyknął nieopacznie pan kioskarz.
- Ludzie mówią, że Ludwik jeszcze tego popołudnia trafił niepostrzeżenie do przyjaciela, z którym dwa litry wódki wypił przez noc, a spał po tym opilstwie dobę, a jeszcze przez tydzień nikt go na mieście nie widział.
- Coś podobnego! Uciec spod ołtarza - zadziwił się pan Franciszek. - To mi szlachetna zuchwałość, bo, przyznajcie sami, panowie, że być tak bardzo, jak Ludwik, okręconym wokół palca niedoszłej żony, toż to wstyd dla męskiego honoru, prawda?
- Też tak myślę, przyjacielu - zgodził się z przedmówcą pan Andrzej Wnuk.
Natomiast pan pułkownik posłyszawszy opowiedzianą przez magistra historię w całości, ośmielił się wypowiedzieć jeszcze kilka zdań na jej temat.
- Ja oczywiście rozumiem przesłanie dobywające się z tej opowieści. Rozumiem też, że los Ludmiłę i Ludwika nie połączy już więcej z sobą, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest jeszcze jakiś istotny szczegół, który zmotywował pana, Wojciechu, do tego, aby opowiedzieć nam właśnie tę historię.
Pan magister zamyślił się srodze, a w tym jego zamyśleniu smutek był i rezygnacja, w końcu wyrzekł:
- To prawda, panie Ambroży, Ludmiła ostatecznie zerwała z Ludwikiem… a dlaczego o tej historii wam opowiedziałem? Otóż syn mojej siostrzenicy, chłopiec młody, spolegliwy i nadzwyczaj spokojny w obejściu, jest dzisiaj narzeczonym Ludmiły.
Zapanowało tęgie zamyślenie wśród przyjaciół, tak milczące i dające po sobie poznać wielkość niemocy, że jedynym ratunkiem okazały się słowa emerytowanego bankowca, pana Franciszka.
- Tak i syn pańskiej siostrzenicy, panie magistrze, nie musi już malować pokoju, ani też kupować ciuszków dla niemowlęcia. Z tego przynajmniej należy się cieszyć.

[26.05.2018, Aire de l’Adour, Landes i 27.05.2018 Lannemezan, Hautes Pyrenees, we Francji]

IMPROMPTU - TEATR WYOBRAŹNI (1) PROLOG


- Panowie, proponowałbym, abyśmy przenieśli się ze stolikiem na stronę północną - wyrzekł emerytowany nauczyciel, magister Wojciech Chojnacki.
- Franciszku, zapamiętaj swoje pozycje.
Pułkownik w stanie spoczynku Ambroży Antczak mówiąc te słowa, powstał sprężyście, przez cały czas wpatrując się w układ na szachownicy. Dwa piony, goniec, wieża i królowa z hetmanem to jego bogactwo. Przeciwko sobie miał trzy piony, dwa skoczki, dwa gońce i hetmana - zanosiło się na remis. Dla jego partnera do gry szachy, urzędnika bankowego na emeryturze, Franciszka Liskowackiego czynność powstania z miejsca, jakie zajmował, a było to niskie, składane, wędkarskie krzesełeczko, wiązała się z koniecznością chwycenia się przedramienia siedzącego po lewej stronie pana Andrzeja Wnuka, pierwszego w miasteczku kioskarza, który zapoczątkował rodzinną tradycję w branży, może nie cieszącej się nadzwyczajną estymą wśród mieszkańców, ale przydatnej i pożytecznej. Pan Franciszek cierpiący na nadzwyczajny apetyt, jaki zaczął odczuwać już w dzień po opróżnieniu osobistej szafki w przestronnej, nowocześnie urządzonej sali operacyjnej banku, utył przez ostatni rok bardzo, a nie mając zacięcia do wykonywania rozmaitych figur sportowych, poruszanie się z miejsca na miejsce, siadanie i wstawanie zajmowało mu nadzwyczaj wiele czasu, o czym wiedzieli jego przyjaciele i litowali się nad nim.
Kiedy nareszcie pan Franciszek z nieocenioną pomocą pana kioskarza powstał, ten, nie czekając na rozkaz pułkownika, chwycił za stolik, na którym leżała szachownica, tudzież zbite piony i martwe figury, i obaj z pułkownikiem przenieśli go we wskazane miejsce - pod rozłożysty cień rozśpiewanej brzęczeniem pszczół lipy, który właśnie po stronie północnej dawał przyjazny chłód w to letnie południe.
Stolik, na którym wcześniej leżała jeszcze książka jaką czytał emerytowany nauczyciel i gazeta (czyjąż by mogła być, jeśli nie pana kioskarza), przywożony był dzień w dzień na wózku przyczepionym do roweru - oczywiście jeśli tylko pogoda na wczasowanie w parku dopisała - przez pana pułkownika.
Pułkownik Antczak wstający z pierwszym kurem (pamiątka po poligonowych czasach), odczekawszy do siódmej rano, obdzwaniał przyjaciół, umawiając się z nimi na godzinę punkt dziewiątą, kiedy to mieli się wszyscy stawić pod rzeczoną lipą, miejscem od roku, a więc od chwili, gdy pan Franciszek zerwał ostatecznie z bankowością, przeznaczonym na ich spotkania. Jako że jedynie pan Ambroży spośród ich czworga dysponował pojazdem dwukołowym, przyjaciele mieli z niego wyrękę, albowiem z wielką ochotą pan pułkownik przyjmował i wypełniał sklepowe zamówienia, a to na bułeczki i coś do nich, na ciasteczka, napoje; wśród nich również piwo, którego konsumpcja w parku była surowo zabroniona, lecz najwyraźniej pułkownik Antczak miał swoje układy i z policją, i ze strażą miejską, co pozwalało panom zaczerpnąć chłodnego, mieniącego się kasztanową barwą trunku pod dyskretną opieką stuletniej lipy, która niemym była świadkiem ich podniebiennych rozkoszy.
Panowie biesiadowali na stołeczkach - także przywożonych przez pułkownika - albo na kocu, gdzie zażywali wypoczynku przy książkach, gazetach, przy rozmowach (gry w szachy lub karty odbywały się przy stole), a bywało też, że któryś z panów tak się zachwycił świergotem ptaków, pszczół brzęczącą pieśnią, zapachem kwiecia i trawy, że usadowiwszy się w pozycji zalecanej do snu, podrzemał sobie pogodnie, pobłogosławiony wiatrem lekkim a spokojnym.
W mieście ci czterej nasi bohaterowie, jakkolwiek szanowani, traktowani byli z niejakim pobłażaniem i nazywani dziwakami. Jakże innym można ich określać słowem, skoro dzień w dzień urządzają sobie istny piknik w centralnej części parku, a potrafią przepędzać czas od godziny dziewiątej po osiemnastą i dłużej. Czy swego domu nie mają? Czy nie głodują? Czy ich kobiety nie mają im za złe tego, że pozostawione zostają same sobie?
- A niech i one korzystają z życia - tłumaczył pan magister Chojnacki. - Któż im zabrania założenia własnego kółka towarzyskiego wzorującego się na naszym? W końcu skoro tak rzadko przebywamy w domu, nie dajemy sposobności do wypełniania go kurzem, skoro jadając co nie bądź poza domem, nasze panie nie ślęczą w kuchni nad garami, więc niech nasze żony nie narzekają na swoją starość.
Gwoli sprawiedliwości warto w tym miejscu napomknąć, że biesiad w parku panowie nie urządzali w soboty i niedziele - w te dni w całości oddawali się w posługę swych żon. Nie wykonywali też do siebie telefonów, nie spotykali się z sobą ani jawnie, ani potajemnie, chyba że przypadkowo na mieście, gdy, dajmy na to pan Andrzej Wnuk prowadząc pod rękę małżonkę spotykał na jednej z uliczek małżeństwo Antczaków. Kłaniali się wtedy sobie nawzajem, rozmawiali odrobinę, a oczy kobiet przy tej rozmowie błyszczały, och jak błyszczały.
- Kiedy panowie zakończą tę sportową rywalizację z przesądzonym już, jak widzę, wynikiem remisowym, opowiedziałbym im zabawną historię o pani Ludmile.
Tymi oto słowy pan magister Chojnacki, emerytowany nauczyciel, zasiał ziarenko ciekawości nie tylko w solidnych umysłach grającej pary, ale i pana Wnuka - kioskarza. Od tej chwili pułkownikowi i bankowcowi przestawianie figur szachowych sprawiało niespodziewaną trudność, zaś czytający kronikę wypadków drogowych i kryminalnych pan kioskarz złożył gazetę na pół, a potem jeszcze raz na pół i w oczekiwaniu na dalszy rozwój wypadków starannie zwiniętą prasą przetrącił kręgosłup natrętnej musze.

[24.05.2018, Brignoles, Var, we Francji]

01 czerwca 2018

ZWIDY


Ten błękitny fartuch, czepek na głowie, biały; spod niego upięte w kok kasztanowe włosy - ich kosmyki wystają poza krawędź czepka, dotykają śnieżnobiałego kołnierzyka błękitnego fartucha.
Do żyły w zgięciu łokcia lewej ręki wkuta igła kroplówki - przezroczysty płyn skapuje z banieczki do plastykowej rurki, upuszcza kropelki podobnie jak to czyni poddany słonecznym promieniom sopel lodu. Gdzie indziej uwiera cewnik - przetoka jest drożna.
Nie wie po jakim czasie, gdy wzięli go na stół, usłyszał te słowa:
- Budzimy się. Otwieramy oczy. Jak masz na imię?
Wykonał te polecenia, chyba bardziej po to, aby zjawa w błękitnym kitlu sobie poszła.
Zasnął.
I znów:
- Teraz nie trzeba spać. Taki kawał chłopa, a senny, zmęczony?
Pobłękitniało mu w oczach. Coś sobie przypominał. Z trudem uniósł głowę, a właściwie sam podbródek. Postać stojąca przy jego łóżku pochłaniała znaczną część słonecznej poświaty, którą absorbowało pomieszczenie w jakim się znajdował.
- No dobrze, skoro kontaktujesz, kojarzysz i wiesz kim jesteś, możesz się jeszcze zdrzemnąć.
Kiedy się obudził, szyby w oknie pociemniały, ale nie były jeszcze czarne jak szkolna tablica. Jeszcze raz pojawiła się przed nim sylwetka w błękicie. Poczuł chłodny dotyk wilgoci na swoich ustach. Wyssał ją z czegoś, co przywiodło mu na myśl gąbczasty patyczek.
- Siostra przygotowywała mnie do operacji? Uczestniczyła w niej?
Stała przy nim blisko. Poczuł nawet jak przypadkiem uderzyła kolanem o krawędź łóżka. Syknęła z bólu, ale zwrócił uwagę na coś innego - jej zanurzone w ciemnym, słodowym piwie oczy nagle powiększyły się jakby miały wyrazić największe zdziwienie.
- Widzę, że ci się poprawia. Mama się ucieszy… nie, ja pracuję tylko tutaj. Przywieziono cię wczoraj po południu. Nie sądzę, abyśmy widzieli się przedtem.
- Jak to? Kojarzę przecież ten siostry błękitny fartuch. Kręciła się siostra wokół mnie, a tuż przed tym, kiedy zasnąłem, siostra kazała mi liczyć do dwudziestu. Nie zdążyłem do aż tylu.
- To zwidy, halucynacje. Operowany byłeś w błękitnej sali. Mamy jeszcze kremową i seledynową, ale chyba ta w błękicie wygląda najpiękniej. A liczyć kazała ci zapewne pani doktor anestezjolog.
Przyjął jej wyjaśnienia do wiadomości, ale w nie nie uwierzył, po czym jednak spróbował nadać swoim myślom kształt bardziej logiczny.
- Być może spotkałem ją dopiero tutaj, kiedy przywieziono mnie z operacyjnej sali - pomyślał. - Musiało tak być, bo wydaje mi się, że ktoś wcześniej już mnie wybudzał, a potem pędziłem na jakimś wózku czy łóżku do windy, wjechałem nią czy zjechałem, pchano mnie potem. Tak, musiałem mieć oczy otwarte, kiedy się tutaj znalazłem i wtedy mogłem zobaczyć. Nie mogłem się poruszać i mówić, ale nie odczuwałem bólu.
- I siostra się mną opiekuje? - zapytał.
- Tak, właśnie to robię.
- Ile czasu minęło od operacji?
Przeliczyła w myślach, potem powiedziała na głos:
- Operacja mogła się zacząć wczoraj o dziewiątej rano. Do dziewiątej mamy dwadzieścia cztery plus dwanaście, daje trzydzieści sześć godzin, robaczku.
- I tyle czasu siostra zajmuje się mną?
- Wyobraź sobie, że tak. Ale nie martw się, w pokoju pielęgniarek mamy leżankę, to sobie odpoczywam, a gdyby działo się coś niepokojącego, zawsze może do ciebie podejść koleżanka. Ale nic takiego się nie stało, bo przez większość czasu śpisz jak zabity… - zmieszała się, wypowiadając te ostatnie słowa. A jeśli chcesz wiedzieć, twoja matka zapłaciła mi dodatkowo za indywidualną opiekę nad tobą, chociaż nie musiała tego robić, bo jesteś wyjątkowo dobrym pacjentem.
Nie wiedział, co odpowiedzieć.
- Ale, jak znam życie, dopiero kiedy będzie ci się poprawiać, zaczniesz kaprysić. Tak już jest z pacjentami.
- I wszystko siostrzyczka robi wokół mnie?
- Na razie niewiele. Wymieniam ci kroplówki, daję zastrzyki, mierzę temperaturę, zwilżam ci usta wodą, ocieram pot z czoła. To żadna praca. Nawet nie muszę ci przynosić kaczki, bo jak się orientujesz…
Zmieszał się i zaczerwienił na twarzy
- Ale twój mocz oczywiście wylewam… no coś taki zdziwiony? Nie wiesz jak jest w szpitalu?
- Jestem w nim pierwszy raz.
- Łatwo poznać. Niedoinformowany. Ale już jutro od samego rana wezmę się porządnie za ciebie. Najpierw sprawię, abyś usiadł, potem wetrę w twoje plecy spirytus, później wychłoszczę cię dłońmi, abyś się nie nabawił odleżyn i, co gorsza, zapalenia płuc. Następnie nauczę cię chodzić - będziemy sobie grzecznie spacerowali po korytarzu jak para zakochanych, wykąpię cię potem i w ogóle doprowadzę cię do stanu używalności.
W dalszym ciągu nie odpowiadał, a jedyne, co w tej chwili czuł, poza oczywiście tym, że jego ciało zdawało się teraz składać z dwóch niezależnych od siebie, choć mocno spiętych z sobą chirurgiczną nicią części, prócz tego uczucia czuł wstyd, wstyd z tego powodu, że rozmawiając z siostrą leży nagi, acz okryty lekką kołdrą, nagi i bezbronny, że zdany jest teraz na nią, na jej opiekę, na to, że najzwyklejsze i te najbardziej intymne czynności zmuszony będzie wykonywać przy jej asyście.
- Jak siostra sądzi, długo mnie będą tutaj trzymali?
- Nie wiem, to zależy od lekarzy. A ty chciałbyś długo czy krótko?
- Też nie wiem.
- To zróbmy tak. Na dzisiejszy wieczór niczego więcej ci ode mnie nie trzeba. Po prawej stronie, koło biodra masz przewód dzwonka. Wiesz, jak się nim posługiwać? Po prostu naciskasz tu, w tym miejscu - pokazała. - Ja pójdę się położyć, a jutro pobudka w pół do siódmej, zastrzyk, nowa kroplówka, siadamy, nacieramy spirytusem i tłuczemy po plecach, a po obchodzie, zapraszam na randkę, na spacer po korytarzu… przyjdziesz?
Skinął głową. Odprowadzał wzrokiem błękitną postać siostry, która nie była już zjawą, nie była przywidzeniem. Zamknął oczy i pomyślał, że spróbuje sobie coś przyśnić o prawdziwej randce.

[22.05.2018, San Sebastian, Kraj Basków, w Hiszpanii]

Z ODDALI (23) DNI PONADWYMIAROWE


A/ KWIATKI DLA MATKI
O trasie z Saint Quentin-Fallavier pod Lyonem do Brignoles, pomiędzy Marsylią a Niceą niewiele mogę powiedzieć poza tym, że odbyła się i to szybko, bo cały czas po płatnej autostradzie, a z nich, jak doświadczenie uczy, niewiele można zobaczyć, choć oczywiście krajobrazy Prowansji wyśmienite. Za Avinionem po lewej stronie na stromym i wysokim zboczu górskim jedenastowieczny klasztor, obok pamiętające głębokie średniowiecze miasto i zamek - to w zasadzie wszystko w kwestii turystycznej.
Przenocowałem na strefie ekonomicznej w Brignoles, a około dziesiątej dowiaduję się, że jeden z naszych kierowców ma problemy z autem i w związku z tym mam wykonać kurs do odległego o ponad 400 kilometrów Perpignan (to ostatnie duże i bardzo ciepłe miasto nad Morzem Śródziemnym w drodze do Katalonii i Barcelony).
Po odwiedzeniu Lidla (uzupełnienie zapasów) wyruszyłem niezbyt szybko (miałem być na załadunku najpóźniej do 18-tej), mając czas pod kontrolą. Najpierw prześwietne pejzaże okolic Marsylii, potem przeuroczy, choć mijany od południa Aix-en-Provence, później Arles. Pomiędzy Arles a Montpellier przykuwają uwagę mokradła nadbrzeżne (na północ od Marsylii był nieskończenie równinny step), zatoki, jeziorko, w którym żerowały flamingi oraz nasycone wodą pola ryżowe. Przede wszystkim jednak od Arles, poprzez rejon Montpellier i dalej w stronę Perpignan ogromne plantacje winorośli. Za Montpellier wjechałem na świetną autostradę A75, by przed Beziers wjechać na lokalną drogę prowadzącą przez Narbonne i Fitou (tam są wyśmienite winogrona) dojechać do lekko zachmurzonego Perpignan.
A ładunek miałem nietypowy. 26-go jest dzień matki - wiozłem zatem rozmaite kwiaty (głównie róże w kilku gatunkach) do trzech kwiaciarni w rejon Landes w Gaskonii (to taki obszar położony na południowo-zachodnim skrawku Francji, sąsiadujący bezpośrednio z Atlantykiem) to Aire sur l’Adour, Mimizan i Biscarrosse - w takiej kolejności, począwszy od ósmej rano wyładowałem ten, jak się okazało, całkiem drogi towar. Róże i w ogóle kwiaty to tradycyjny upominek dla kobiet, zwłaszcza w dniu Święta Matki. Zresztą Francuzi maja absolutnego bzika na punkcie kwiatów - to jeden z podstawowych produktów jakie kupują. W wiosce czy miasteczku obowiązkowo jest: rzeźnik (masarniczy), sklep z pieczywem, tabac / press - kiosk z gazetami, papierosami i pamiątkami, restauracja, oberża, kawiarenka lub bar oraz kwiaciarnia.
Atlantyk chyba się wściekł i to akurat w czasie rozładunków, przed południem. Burza połączona ze straszliwą ulewą i gradem wielkości piłek lekarskich (tu przesadziłem - kule gradowe były ciut mniejsze) narobiła szkód w drzewostanie, a wody spadło tyle, ile w tym suchym, bądź co bądź rejonie, spadnie w miesiąc. Ocean ma jednak swoją siłę.
Kiedy już byłem po robocie czekała mnie ponad dwustukilometrowa przejażdżka do Lannemezan w wysokich Pirenejach, do firmy, z której osiem dni temu wiozłem ładunek do Luwru.
Mam był ładowany o 7.30 w poniedziałek z jakimś towarem do Yves Saint Laurent w Paryżu. Nawigacja pokazuje mi, że 800 kilometrów dzielące Lannemezan od stolicy Francji pokonam w 12 i pół godziny, a rozładunek ma się odbyć tego samego dnia do 21.30. Znając już opieszałość firmy, w której się ładuję, nie spodziewam się wyruszyć przed dziesiątą, co by oznaczało, że nie będzie możliwe zdążyć - wszak nawigacja nie uwzględnia korków, które wieczorową porą w całej aglomeracji paryskiej są obowiązkowe. Co będzie, zobaczymy.
B/ INNY BÓG
Ileż to razy przejeżdżając obok kościoła, czy nawet cmentarza kreślę znak krzyża - uszanowanie tradycji, pokłon oddany symbolowi naszej cywilizacji? Na pewno nie księżom, nie tym dwulicowcom, co za skórą diabła noszą.
Tak sobie myślę, że nie ma jednego Boga. Mój jest inny. Nie jest On okrutny i nielitościwy, nie jest kapralem, co tylko łajać potrafi, sprawiedliwym dla swoich i tych w czarnych sutannach, nie jest On tym, o którym grzeszni dewoci gadają.
Nie jest On mściwy i nienawistny jak kaczyński, niedouczony jak morawiecki, fałszywy i rozmemłany jak szydło, nie przypomina macierewicza, dla którego w psychiatryku miejsca zabrakło, nie wyłazi mu słoma z butów jak z pantofelków piotrowiczowej, nie jest śmieszny do zepsucia jak kurski i obaj marszałkowie, nie przypomina setek i tysięcy misiewiczów, nierobów i obiboków, którym przynależność do pisu i przystawek uratowała życie; nie wzoruje się na nim biznesmen od siedmiu boleści i rządowych dotacji rydzyk, ani całe mnóstwo księży, którzy czytając ewangelię, a w niej o miłości bliźniego, ni w ząb nie rozumieją napisanego słowa.
Mój Bóg, choć jest wymagający, to bywa też wyrozumiały. On wie, że po to pałętam się po świecie, aby kierować się sercem i rozumem - tamci: ani jednym, ani drugim. Ten mój Bóg pozwala mi wesprzeć się o Jego ramię, gdy potknąłem się i nie jestem wstać o własnych siłach, a kiedy odczuwam radość, raduje się ze mną.
Myślę, że wielu jest ludzi, którzy mają tak jak ja swojego Boga. Niech nie obrażają się gnostycy i ateiści, ale i oni Go w sobie mają - w sercu i rozumie, mają Go, chociaż inaczej Go nazywają - czasami Sumieniem, innym razem Prawdą, Życzliwością do Ludzi, Otwarciem na Świat i Innego Człowieka. Kwestia nazewnictwa i całej tej otoczki związanej z wiarą jest sprawą drugorzędną.
Bądźmy więc sobą. Może ktoś z nas doczeka takich czasów, kiedy z dupska tamtych wykopnie się ich szatana.

[26.05.2018, Lannemezan, Hautes Pyrenees, we Francji]