Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

21 sierpnia 2019

KRÓTKI METRAŻ - DZIESIĘĆ ZŁOTYCH


Przestało padać. Powiało ciepłem.  Przejaśniło się i nawet pomarańczowa twarz słońca wychynęła spoza rzednących chmur. Chociaż przez wpółotwarte okno wdarło się popołudniowe ciepło, porwałem kurtkę z szafy. Nie tę z zeszłego tygodnia, nie tę, w której spacerowałem po starówce miesiąc temu; chwyciłem tę z samego rogu szafy, starą, czarną i wypraną chyba jeszcze przed rokiem.
Zaskoczyło mnie to, że jej rękawy pasowały do długości moich ramion, co znaczy, że podczas prania nieco się wstąpiła, to dobrze.
Wyszedłem przed dom i ukłoniłem się dozorczyni. Rzuciła w moim kierunku pozytywne spojrzenie, takie długie, powłóczyste. Nie miałem pojęcia dokąd idę i po co. Szedłem sobie ot tak, bez specjalnej potrzeby i celu, aby iść, niekoniecznie dojść.
Kiedy doszedłem do rynku z niegroźnej jasnobrunatnej chmurki potoczyły się łezki deszczu. Odruchowo naciągnąłem kołnierz kurtki na uszy, odruchowo wsadziłem ręce do kieszeni, a opuszki palców jednej z rąk namacały papierowe zawiniątko, taki dosyć sztywny rulonik, który po wyciągnięciu z kieszeni objawił się czyściutkim, wypranym banknotem dziesięciozłotowym. Mieć dziesięć złotych a nie mieć?
Ruszyłem żwawiej po znanych mi lecz zapomnianych uliczkach miasta, tej jego najstarszej części, gdzie sporo sklepów i knajp, gdzie kościół jeden przy drugim, gdzie w podcieniach prastarych kamienic rozsiadły się butiki, kioski, lodziarnie, kawiarenki – czego dusza zapragnie. Z każdym przebytym krokiem podejmowałem decyzję w sprawie tych szczęśliwie odnalezionych dziesięciu złotych. Mogłem z nich sobie sprawić kawę, piwo, lody, kupić gazetę; z papierosami gorzej, z sytą kolacją podobnie. Mogłem sobie zamienić ten banknot na krótkotrwałe szczęście, wsunąć go do kapelusza grajka na skrzypcach, albo kupić sobie parę bułek, dżem lub homogenizowany ser. O tak, w pierwszym rzędzie zamieniłbym banknot z dziesiątką na dowolny posiłek, do którego dołączyłbym jakąś małą colę lub większą wodę mineralną.
Z takimi myślami krążyłem po starym mieście, przystając przy sklepowych wystawach, niemal dosiadając plastykowych krzeseł w ogródkach piwnych; zajrzałem nawet do antykwariatu. Nie mogąc podjąć właściwej decyzji, popadłem w zniechęcenie, które w końcu przepadło, gdy na mojej drodze stanęła cyganeczka: śliczna, ciemnowłosa, niewysoka, z oczami jak płonące kosteczki antrykotu.
Wywróżyła mi szczęście, że stanę się bogaczem, więc te dziesięć złotych… cóż to jest dla mnie?
Dozorczyni spostrzegła mnie, kiedy przechodziłem przez ulicę na pasach, a kiedy otwierałem kluczem drzwi do klatki schodowej, zastąpiła mi drogę.
- Pan zajdzie do nas na kolację – powiedziała. – Przecież widzę, że porusza się pan na ostatnich nogach.

[20.08.2019, Dobrzelin]

20 sierpnia 2019

KRÓTKI METRAŻ - ELEKTRYKA


Kiedy wracałem ze szkoły „Wsią”, w domu czekało na mnie babcine kakao, czasami „czerwona zupka” albo udo kurczaka w potrawce; kiedy szedłem z chłopakami „Jabłonkową”, zahaczałem o biuro, gdzie pracowała moja mama. Mama (była to przedobiednia pora) częstowała mnie kanapkami z kiełbasą, salcesonem lub pomidorami.
Zanim jednak dostałem się do pokoju biurowego mamy, należało odczekać swoje w portierni i poprosić, aby strażnik wykonał telefon do biura, dowiadując się, czy przypadkiem moja mama nie załatwia jakiś zakładowych spraw czy to u głównego księgowego, dyrektora, albo też technicznego, który z reguły wizytował pracowników remontujących dyfuzor, wirówki czy wyparki. Jeśli była obecna w biurze, portier wpuszczał mnie do zakładu poprzez obrotowe drzwi, które zawsze wywoływały uśmiech na mojej twarzy, i tak dostawałem się do części biurowej cukrowni, gdzie pracowała mama.
Każdorazowo przechodząc obok zamkniętego zwykle okienka kasy zerkałem na tablicę zawieszoną naprzeciwko na ścianie. Na tejże tablicy, oprócz zdjęć i wykresów przymocowana była niewielkich rozmiarów tekturowa plansza obrazująca dane produkcji cukru w czterech cukrowniach działających w naszym województwie. Tego dnia (była to połowa września, a kampania cukrownicza zaczynała się zwykle w połowie lub pod koniec października), dane o wysokości produkcji były nieaktualne, bo dotyczyły zeszłorocznej kampanii. Z dumą odczytałem, że nasza cukrownia wyprodukowała w zeszłym roku najwięcej ton cukru, a przodowała też pod względem wydajności podanej w procentach. Pomimo tego, że byłem szkrabem chodzącym zaledwie do pierwszej klasy, już wcześniej (odwiedzałem mamę w biurze, zanim zostałem pierwszoklasistą) mama nauczyła mnie właściwie odczytywać podane na planszy dane, także te dotyczące wydajności, tak więc z łatwością orientowałem się w tym, że nasza cukrownia istotnie zwykle przodowała jeśli chodzi o wielkość produkcji, choć bywały takie okresy (wielkość produkcji w czterech cukrowniach podawana była systematycznie co miesiąc), gdy nasz zakład spadał na trzecie, a raz nawet na ostatnie miejsce. Głównie przez awarie. To najgorsze miejsce zajmowaliśmy kiedyś przez cały czas trwania kampanii cukrowniczej i było to spowodowane poważną awarią elektryki. Nie wiem na czym polegała ta awaria elektryki, ale pamiętam, że od połowy listopada aż po połowę stycznia dzień w dzień brakowało prądu w kamienicy, gdzie mieszkałem. Puszczano go na trzy-cztery godziny, aby go później wyłączyć na noc. To musiała być jakaś poważna awaria. Najpierw stanęła produkcja cukru, a potem, kiedy już uporano się z awarią, prądu nie starczało dla całego osiedla. Niełatwo było żyć bez światła, ale ojciec tłumaczył mi, że w żadnym wypadku nie można sobie pozwolić na to, aby nasz zakład nie produkował cukru, i wcale nie chodziło tylko o te liczby wypisane na tekturowej planszy w biurze naprzeciwko kasy. Chodziło o coś znacznie ważniejszego.
- Człowiek wytrzyma bez prądu, a maszyny potrzebne do produkcji cukru nie – tłumaczył mi tato. – Nie martw się, jeszcze przed wiosną wymienimy całą instalację elektryczną i będziesz mógł oglądać swoje filmy.
W tym właśnie roku, gdy nawaliła elektryka, kupiliśmy sobie telewizor – stąd te filmy.
Na szczęście mieliśmy przepięknie śnieżną zimę tego roku, a kiedy za oknem bieleje się śnieg, kiedy posrebrza go księżyc i gwiazdy, to nawet jeśli nie starczało prądu, w kuchni i pokojach naszego mieszkania nie było znowu tak ciemno, a przy świeczkach można i jeść, i czytać. Nie było z tym żadnego problemu, poza tym, że nasza cukrownia nie zdołała się już podnieść z produkcją przez tę elektrykę.

[20.08.2019, Dobrzelin]

KRÓTKI METRAŻ - ŁUK


Zdaje się, że wyrwano mnie wtedy z przepysznej zabawy. Sprawiłem sobie pierwszorzędny łuk i wystrugałem do niego strzały, i strzelałem, ach, jak strzelałem. Ale nie strzelałem do wszelkiego stworzenia, które przecież nie chce być tarczą; nie strzelałem też do tarczy, tylko tak sobie, na odległość, i cieszyło mnie to, że wypuszczona zgrabnie strzała, pruła powietrze tak zapamiętale, tak wysoko, że musiałem się potem przyłożyć, aby ją odnaleźć.
Właśnie wtedy, gdy zajęty byłem tą okrutnie celną bronią, kiedy rozmyślałem sobie, że pewnego dnia moja strzała wbije się w błotko tuż obok zdezorientowanej żabki, która okaże się śliczną księżniczkę, właśnie wtedy powstał pomysł dwudniowej kolejowej wycieczki na Jasną Górę. Rzecz jasna była to inicjatywa babci, która wprawdzie nie raz i nie dwa odwiedzała Czarną Madonnę, ale widocznie chciała po raz ostatni w swoim życiu pojawić się w klasztorze na wzgórzu i pomodlić się za całą naszą rodzinę, a szczególnie za mnie. Nie byłem specjalnie zadowolony z powodu czekającej mnie podróży, chociaż uwielbiałem jazdę pociągiem; nie byłem specjalnie zadowolony, bo miałem przecież ten swój łuk, który wypuszczał strzały tak daleko, że musiałem potem ich szukać. Rad nie rad pozwoliłem, aby założono mi czyste, odświętne ubranie (jak ja nie lubiłem nosić na sobie pachnących krochmalem, wyprasowanych spodni i zniewalających czystością bluzek i koszul!) i wyruszyłem na stację z rodzicami i babcią drogę ciągnącą się wzdłuż torów kolejowych wiodących od cukrowni ku dworcowi kolejowemu. Warunkiem do nie strojenia przeze mnie fochów, czy też innych aktów rozpaczy było to, że pozwolono mi wziąć z sobą łuk, który (zadziałała perswazja babci – przecież w pociągu konduktor zabierze ci ten łuk.) ukryłem w zrujnowanym budyneczku niewiadomego przeznaczenia, ukryłem go z nadzieją, że po powrocie z pielgrzymki go odnajdę.
Z Jasnej Góry pamiętam tyle, że bolały mnie nogi i z radością powitałem nocleg u sióstr zorganizowany przez babcię oraz to, że na targowisku nieopodal jasnogórskiego wzgórza zakupiłem (czytaj: wymusiłem zakup) czarną, gumową główkę diabełka, którą jeśli pocisnęło się mocno palcami, ta straszliwa bestia wyciągała bezczelnie czerwony jęzor, tudzież z głowy poczwary ukazywały się dwa w pozycji na baczność wyprostowane rogi. Początkowo miałem zamiar pochwalić się przed babcią swym zakupem, ale dostawszy od mamy po łapach zmuszony byłem ukryć swojego diabła aż do czasu powrotu do domu.
No właśnie, powrót do domu przebiegał koleją i dalsza droga, odbywana na piechotę prowadziła dobrze znaną mi trasą obok ruiny małego budyneczku nieznanego przeznaczenia, gdzie ukryłem swój łuk.
Niestety nie odnalazłem swojej kosmicznej broni. Najwidoczniej komuś spodobał się mój łuk, a mogłoby się wydawać, że ukryłem go przed wścibskim wzrokiem nielicznych przechodniów z powodzeniem.
Nigdy później nie zmajstrowałem już łuku, nie było więc szans na odnalezienie żabki, która okazałaby się piękną księżniczką.

[19.08.2019, Dobrzelin]

KRÓTKI METRAŻ - MARZENIE


Być może pojawiło się tego dnia, kiedy nie przespałem nocy i o brzasku wyłączyłem nocną lampkę, po czym wyrwawszy się z pościeli wszedłem przez uchylone drzwi na balkon. Akurat na wprost płonęła planeta. Mógł być to Mars, ale równie dobrze, tak mi się wydawało, na jaśniejącym tle granatowego nieba paliły się pierścienie Saturna. Kto to może wiedzieć. W każdym bądź razie byłem pod wrażeniem tego blasku i po kryjomu wyszedłem na dwór, aby przyjrzeć się światłości z innej perspektywy. Mars lub Saturn były podówczas najjaśniejszymi obiektami Drogi Mlecznej, a ja stałem na niej z głową zwróconą ku milionom światełek i chyba wtedy zrozumiałem, w jak pięknym i uporządkowanym towarzystwie znajduje się Ziemia. Pomyślałem sobie wtedy, że nie powinno się zmieniać porządku świata i należałoby raczej zadbać o to, aby i na naszej planecie on zapanował, porządek jaki od milionów lat panuje we wszechświecie, ot takie marzenie niedorostka.
Te myśli, które odgrzebuję z pamięci, sklecone z naiwności towarzyszyły mojemu dzieciństwu. Przedstawiam je takimi, jakimi wtedy były. Niczego nie upiększam. Pragnąłem porządku i normalności, wierząc, że kiedyś…
W czas burzy z piorunami, gdy ramiona niedalekich wierzb obserwowanych z okien pierwszego piętra kamienicy czesały wzburzoną wodę w stawie, dziadek wyprowadzał mnie na balkon i przedstawiał mi niespokojny świat opętany wichrem i siekący deszczem niby klingą kosy. Nic to, że błyskawice rozrzynały niebo, że Gromowładny grzmiał artyleryjską palbą – taki jest porządek natury, tłumaczył dziadek, który nie bał się nawet Boga, a co dopiero…
Po burzy następował spokój. Moje marzenie zmartwychwstawało o poranku, nasuwając na błękit nieba pastelową smużkę pomarańczowego słońca.

[18.08.2019, Dobrzelin]


KRÓTKI METRAŻ - ROZŁADUNEK


W sobotę kończyli pracę o trzynastej, ale Rosolski zapisał się do rozładunku kamienia wapiennego. Na wagon przypadało ich trzech. Mieli gable, ale większe kamienie ciskali bez użycia tych narzędzi. Wyobraź sobie: lato, czterdzieści stopni w słońcu, Rosolski czuł przecież w mięśniach fizyczną pracę (wymieniali akurat rury kanalizacyjne na terenie zakładu), a mimo tego podjął się rozładunku. Przed trzecią kiedy wyładowali kamienie z połowy wagonu, chłopak Rosolskiego przyniósł z domu obiad. Dwaj jego partnerzy wyjęli ze skórzanej torby kanapki i w trójkę przystąpili do jedzenia. Chłopak został z ojcem; czekał aż zje i wtedy zabierze do domu kamionkowy talerz i pusty kubek po zbożowej kawie. Mężczyźni mrugnęli do siebie. Każdy z nich wyjął z portfela po dwudziestce i poinstruowali małego, co ma kupić w spółdzielni, i ustalili, że za piątaka, który mu zostanie po zrobieniu zakupów, może sobie kupić co zechce.
- Matce powiesz, że poszedłem się wykąpać – powiedział Rosolski do syna i była to prawda. Zawsze po takiej robocie, która zwykle trafiała się w lecie, szedł z kamratami nad staw, aby pozbawić ciało węgielnego lub wapiennego kurzu.
Słońce wcisnęło już krwistą głowę w trzciny, a potem ugrzęzło w niekoszonej trawie rosnącej u brzegu stojącej wody, kiedy Rosolski z przyjaciółmi opróżnili drugą butelkę ciężkiego gruzińskiego wina. Ubrani w kraciaste koszule, w których nie pracowali podczas rozładunku, szykowali się do drogi powrotnej do domów. Kiedy rozstawali się na kasztanowej drodze, skąd każdy z nich wyruszał we własną stronę, na tej kasztanówce dostrzegłem dwie postacie: Rosolskiej i tego małego chłopca, z którym rok później zacząłem chodzić do jednej klasy w szkole. Rosolska ujęła męża pod prawe ramię i oboje wolnym krokiem podążali wąską ścieżką otaczającą zakład od północy. Chłopiec niósł podniszczoną, brązową teczkę ojca, wyprzedził rodziców, ale idąc przed nimi co chwila oglądał się i pomachał do mnie, wracającego z przedwieczornego spaceru z matką. Lato kończyło się, a ja byłem ciekaw, ile jeszcze razy pod cukrownię przyjedzie wahadło z kamieniem wapiennym albo węglem. 
  
[18.08.2019, Dobrzelin]

KRÓTKI METRAŻ - PAN STEFAN


- Ty się go nie bój. To sympatyczny człowiek.
Jak go się nie bać, skoro krzyczy o byle co i potrafi pogonić, a kiedy biegnie wygląda wprost strasznie, przebierając tą swoją chromą nogą, tak jakby poruszał się na szczudłach.
- On tak krzyczy, tato, a do tego nie wiadomo, czy się śmieje, czy jego oczy błyszczą jak wilkowi.
- Naczytałeś się bajek. A że kuleje, to pamiątka po wojnie… walczył pod Lenino.
Jakieś dziesięć lat później dowiedziałem się, nie wiem skąd czy od kogo, że tam pod Lenino wszyscy polegli, ale to nie mogła być prawda, a wtedy zupełnie o tym nie wiedziałem, to znaczy wiedziałem, że pod Lenino była bitwa, ale ilu naszych żołnierzy tam poległo…?
- A krzyczeć musi, bo nie wolno wchodzić na węglową hałdę, zwłaszcza w lecie. W lecie węgiel może dostać samozapłonu.
Przekonałem się o tym na własnej skórze. Pewnego razu ugrzęzła mi noga w tlącym się miale. Nie tylko straciłem prawą tenisówkę, ale na mojej stopie pojawiły się bąble. Ojcu powiedziałem wtedy, że się skaleczyłem.
- I po torach nie powinieneś chodzić – tłumaczył tato. – Ja wiem, że kolejka nieczęsto tutaj jeździ, ale jak się zagapisz, nie zauważysz, to może cię przejechać. Pan Stefan ma rację, że krzyczy.
Doszliśmy do niego. Ojciec ze Stefanem podali sobie ręce. Ja starałem się trzymać na uboczu, schowałem się za plecami ojca, a pan Stefan ni z tego, ni z owego wyjął z kieszeni spodni garść cukierków i dosłownie wcisnął je w moją dłoń. Byłem zaskoczony, nieśmiało podziękowałem.
Rozmawiali jeszcze przez chwilę, a ja odwinąłem z papierka mlecznego cukierka i wsunąłem go sobie do ust.
- Za rok pójdziesz do szkoły – przypomniał mi ojciec. Nie wiedziałem z jakiego powodu wyskoczył z tą szkołą. – I kiedy będziesz miał w którejś klasie historię, dobrze by było, aby pan Stefan… prawda panie Stefanie… opowiedział ci o tej bitwie pod Lenino i w ogóle o wojnie.
Skinąłem głową. Pomyślałem, że rzeczywiście mógłbym posłuchać opowieści pana Stefana, bo o wojnie nie wiedziałem prawie nic. Ale jeszcze tego samego dnia dowiedziałem się, że pan Stefan kuleje, bo w jego prawej nodze tkwi jakieś żelastwo, odłamek granatu, z którym przebył szlak bojowy do samego Berlina.

[18.08.2019, Dobrzelin]

19 sierpnia 2019

ZE STACHURY

Edward Stachura, fragmenty z opowiadania "Pod Annopolem".
"Z każdym podzielę się opłatkiem, chlebem, kawałkiem kiełbasy czy kaszanki, jak on nie będzie miał, a ja tak, ale to, co wycierpiałem, to moje i nie podzielę się tym z każdym, bo nie każdy zasługuje, nie każdy jest godny czapki cierniowej."
"Być dobrym trzeba zawsze, dzielić się wszystkim, miłość nieść, pomoc i słodycz, ale myśli najstraszniejsze i przejścia przebyte najgorsze zachować dla siebie. To - chować do własnych jaskiń głęboko, coraz głębiej. Tam niech to rośnie. Na głębokość. W korzeniach. Tu na górze, jeśli jeszcze można dalej żyć, jeśli się chce - niech się rozwija i rośnie kwiat.
Tylko to się tak mówi."

[19.08.2019, Dobrzelin]

15 sierpnia 2019

Z RODZINKĄ NAJLEPIEJ NA ZDJĘCIU (2)

Do tej pory w kawiarence opublikowałem 1784 posty, a gdyby dodać do tego te, które przed kilkoma laty usunąłem, liczba wpisów sięgnęłaby niemal dwóch tysięcy. Ale wszystko ma swój kres, tak jak kończy się dzieciństwo, młodość, a także świat, w którym żyjemy, tak inny od tego utrwalonego na zdjęciach, świat, który z tamtym nie ma porównania.
Żegnając się z kawiarenką, postanowiłem w dwóch ostatnich postach cofnąć się do czasów, dla których w obecnej rzeczywistości miejsca nie ma. Niech sobie te fotografie zostaną ku pamięci własnej.
1. Takie oto zdjęcie ze stołowego... miało się włosy...  Lubiłem ten wazon niedostatecznie objęty obiektywem aparatu (górny prawy róg zdjęcia)


2. Z rodzicami... ojciec tak jak ja - Andrzej i mama - Jadwiga.


3. Prawdopodobnie święta Bożego Narodzenia... przed lub po wieczerzy. Od lewej mama, jej ojciec Władysław czyli mój dziadek, nabcia Maria a właściwie Marianna; natka ojca, ojciec... no i ten mały pędrak...



4. W tym moherowym bereciku to ja... z mamą na ławeczce w parku w Dobrzelinie, nieopodal przedszkola w "dzielnicy" zwanej "Cytadela"


5. Spacer z dziadkiem Józefem. Byliśmy na mostku pomiędzy dwoma "górnymi" stawami niedaleko cukrowni.




6. To były zimy...


Do miłego!!!!

[15.08.2019. Dobrzelin]





Z RODZINKĄ NAJLEPIEJ NA ZDJĘCIU (1)

Kiedy nadchodzi czas na wspomnienia fotograficzne... no kiedy?
Kiedy myśli się o... i właśnie teraz.
Na pierwszym zdjęciu moi dziadkowie ze strony ojca: Maria i Józef.


Drugie zdjęcie. Ten młodzieniec w, powiedzmy, góralskopodobnym stroju to mój ojciec, Andrzej.


Kolejne zdjęcie pochodzi z tego samego okresu (koniec lat czterdziestych ubiegłego stulecia). Mój tato w towarzystwie chrzestnego, stryja Władysława i cioci Tekli (broń Boże, aby kto odważył się powiedzieć na ciocię Tekla - dla nas wszystkich była Barbarą).


Na następnym zdjęciu - moi rodzice w dniu ślubu.



I w końcu piszący te słowa w wieku bardzo, ale to bardzo młodzieńczym



I to by było na tyle tą razą.

[15.08.2019, Dobrzelin]

14 sierpnia 2019

LARGO ASSAI (1)


Pierwszy promyk porannego słońca musnął rozłożysty bieluśki płatek gardenii, pomalował go na pomarańczowo, potem ocieplił intensywnie pachnące kwiecie żółtą pastelową barwą dorastającego dnia, aby wreszcie już pełną mocą odległego światła wedrzeć się do kuchennego pomieszczenia, bezludnego o tej porze, lecz znającego doskonale dbałą rękę gospodyni.
Helena wstała przed świtem i po przemyciu twarzy i rąk, ubrała się pospiesznie w znoszoną spódnicę i stonowaną w kolorach, niemal szarą bluzkę; wdziała na siebie letni bawełniany płaszczyk, chwyciła prędkimi dłońmi lnianą torbę i niepostrzeżenie udała się do osiedlowego sklepiku, w którym robiła codzienne zakupy. Zanim wróciła ze sprawunkami: bułkami, masłem, serem i dżemem, Władysław opuścił już łóżko, odbył toaletę i czym prędzej zamienił piżamę na elegancko wyprasowane spodnie i białą koszulę. Postawił na gazie czajnik z wodą, która poczęła wrzeć w chwili, gdy jego żona otwierała drzwi mieszkania. Helena zawsze szybka w ruchach, położyła torbę z zakupami na taborecie, oddała Władysławowi do powieszenia swój letni płaszczyk i wsypała do imbryka dwie łyżeczki liściastej herbaty; zalała ją wrzątkiem. Władysław zdążył wrócić z przedpokoju, usiadł na swoim miejscu przy kuchennym stole, przyjrzał się swojej twarzy w lustrze wiszącym nad lodówką, po czym przesunął otwartą dłonią po policzkach i podbródku. Uznał, że z zarostem upora się wieczorem.
Helena przekroiła na pół trzy kajzerki. Gdyby do pokrojenia był chleb, zająłby się nim Władysław – chwyciłby lewą ręką okrągły bochen, a dzierżąc w prawej dłoni dobrze naostrzony nóż, uczyniłby nim na spodniej części chleba znak krzyża i przystąpiłby do krojenia, przeznaczając dla siebie przylepkę. Ale tego dnia była kolej na bułki, które, jak wiadomo, najlepiej smakują z masłem i dżemem albo serem. Dla obojga przeznaczone były po trzy połówki kajzerek. Helena nie żałowała masła (odwykła od czasów, kiedy masło w ich domu jadło się od święta); na dwóch połówkach rumianych bułeczek położyła po plasterku żółtego sera – na pozostałe połówki bułek nałożyła dopiero co kupionego dżemu.
- Jak pogoda? – zapytał Władysław po pochłonięciu pierwszego kęsa bułeczki z serem.
- Będzie upał. W końcu to połowa lipca – odparła.
- W połowie lipca miała przyjechać Irena z dzieciakami. Którego dziś mamy? – zapytał, lecz jednocześnie zerwał ze ściennego kalendarza wiszącego tuż nad jego głową kartkę. – Trzynasty – odpowiedział sobie i już zabierał się do czytania tego, co widniało na odwrocie zarwanej kartki.
- Teraz jedz, nie czytaj – upomniała męża Helena.
Jedli.
- Przyjmiemy ich godnie? Wystarczy?
- Irena pisała, że przyjeżdżają szesnastego. Nie martw się, Władek, starczy nam, przeliczyłam. Zresztą Irena jak zawsze coś z sobą przywiezie.
- Ale wiesz, że dzieciaki zjeść potrafią. Nie to, co my.
- Władek, ale teraz mamy lato. Pomidory tanieją, ogórki… na śniadanie nie musi być wędlina. Będą jedli to co my, a Irena na pewno przywiezie jakąś dobrą wędlinę, może baleron, szynkę. W dużym mieście o to łatwiej.
- Helcia i u nas można kupić szynkę…
- Ale trzeba ją wystać. No, ja tam nie mam nic przeciwko staniu w kolejce.
Uśmiechnął się. Wiedział, że Helena uwielbia wystawać w kolejkach. Nie dość, że wróci z pełną torbą, to jeszcze przyniesie od rzeźnika  sporo wiadomości. Ona nie może nie wiedzieć, co się dzieje w miasteczku.
- Nie martw się. Damy radę. Jutro kupię na targu kurę. Zrobimy rosół na powitanie.
Kończyli śniadanie.
- Dolać ci?
- A dolej. Wypiję w pokoju. Włączę telewizor.
- Co ty ciekawego widzisz w tym telewizorze?
- Oj tam. Dobrze wiedzieć, co się na świecie dzieje… a potem puszczają jakiś film… młodzieżowy.
Zabrała się do zmywania naczyń.
- A ja zagrałabym w tysiąca, ale jakoś tak nie mogę, tak jakbym nie miała ochoty a chcę.
- Pewnie już myślisz o Irci, co?
- A żebyś wiedział, myślę. Ale ty się chyba ogolisz zanim przyjedzie – spojrzała na Władysława surowym wzrokiem.
- A ogolę się. Przypomniałaś mi, że muszę naostrzyć brzytwę.
- Tylko nie ostrz przy mnie. Wiesz, że nie lubię na to patrzeć.
- Helcia, to nic trudnego. Czy ja się kiedyś zarżnąłem przy ostrzeniu brzytwy, no powiedz?
- Nie zarżnąłeś się, ale tego nie lubię… wiesz, a ja się jeszcze położę. Pomidorówkę mamy z wczoraj, mielone mamy w lodówce; obierzesz tylko ziemniaki na obiad, a ja zrobię mizerię… tak jakoś dziwnie się czuję… jakbym była słaba.
- To przez ten upał. Już czwarty dzień trzyma. Oddychać nie ma czym.
Kiedy puścili film dla młodzieży, Helena pochrapywała leżąc na zasłanym łóżku. Stojący zegar wybił dwie pełne godziny, zanim wstała. Władysław przez ten czas wypalił jednego papierosa.
(…)

[14.08.2019, Dobrzelin]