Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

27 września 2013

Gęba ponura

Gęba, za przeproszeniem, kto ją zna, to wie, jak bardzo paskudna, za swoim ponuractwem obstaje. Analityczny jej umysł (pono mózg jeszcze we łbie się Gębie kolebie, choć dowodów brak) objął zwojami taką oto historię.
Otóż w pobliskim mieście, (ściślej, na jego peryferiach) była ongi wojewódzka droga, wielce utrudzona i upstrzona koleinami. Skłoniło to włodarzy drogi do podjęcia wysiłku, aby ową wyrychtować, co by ludziska w autach szyber-dachu łebkami swoimi podczas jazdy nie wyczynili. Zatem złapano na lasso firmę, która podjęła się solidnego remontu samochodowej ścieżki na długości circa 1 kilometra.
Ugodzeni fachowcy z miejsca ruszyli do pracy.
Wiadomo nawet w Północnej Korei i na Saharze, że jeśli wyczynia się odnowienie drogi, po której tam i nazad napędzają się auta, w czasie tejże roboty wypada wybić z głowy kierowcom jeden pas ruchu, wprowadzając tak zwany ruch wahadłowy, tudzież zielono-żółto-czerwone neony na patykach ustawić. Gęba mniema, że nawet najbardziej zhardziały kierowca-choleryk napotykając oną szykanę, ból oczekiwania na zielone w swoim wnętrzu trzymać będzie, nadzieją przyszłej świetności luksusowej trasy wspomagany.
Jednakowoż w kraju bohatyrów, świętych pomazańców i uczonych intelygentów Wielki Budowniczy Drogi nakazał rozdrapać asfalt z obu pasów i, ku uciesze miłośników rajdu Paryż-Dakar, uatrakcyjnił podróż całkiem świeżymi a głębokimi koleinami przez co ledwie się na zielonym zjedzie z ekstremalnej mijanki.
Właśnie, rzecze Gęba, minął trzeci miesiąc napraw i tych sześciu z odkładem fachowców od zdzierania asfaltu, jeszcze przed zimą uporają się remontem.
Gęba wzięła w swe kudłate łapy liczydło i wyszło jej, że tempo pracy jest tak zawrotne (zwłaszcza przy tym zdrapywaniu asfaltu), że gdyby, o zgrozo!, przyszło naszym fachowcom zbudować stukilometrowy odcinek drogi, zajęłoby to ni mniej ni więcej, jak lat 35 (rzecz jasna to optymistyczna wersja).
No i powiedzcie sami, czy Gębie do śmiechu? Czy obijanemu po bezdrożach samochodzikowi Gęby do śmiechu?

Lecz spolegliwą Gębę Najjaśniejszy Szlag natychmiast puszcza, kiedy pomyśli sobie, że przecie za jakiś czas któryś z wielkich lub pomniejszych polityków w towarzystwie fotograficznych aparatów i kamer wyjmie zza pazuchy nożyczki i przecinając biało-czerwoną wstęgę otworzy kolejny odcinek autostrady do nieba. 

09 września 2013

KSIĄŻKA KUCHARSKA

Możesz to robić w ten sposób: bierzesz do ust kromkę chleba z wędliną  i za każdym gryzem dyskretnie popychasz górną wargą plasterek szynkowej lub mielonki. Kiedy jesteś już przy końcu, ten ostatni kęs jest najsmaczniejszy i zapamiętujesz go tak, jakbyś zjadł kanapkę w całości pokrytą wędliną.
Inny sposób można wykorzystać jedynie wtedy, gdy masz więcej chleba. Przykrywasz jedną kromką drugą, taki sandwicz, rozumiesz i nasycasz się chlebem, a nikt nie podejrzewa, że kanapka nie jest wypełniona niczym poza margaryną.
Możesz też schować do kieszeni kilka kromek. Nawet nie wyobrażasz sobie jak smakuje wyschnięty chleb. Rozgryzasz go jak sucharka i przeżuwasz powoli, jak najznakomitszy kąsek.
Kiedy gotujesz zupę na kościach, należy zwrócić uwagę na to, jakie kości kupujesz. Najlepsze są te od schabu, ale możesz też kupić tańszych, z kurczaków, a wtedy bądź pewien, że dobrze rozgotowane fragmenty mięsa dają się łatwo oddzielić od kości i przygotowujesz sobie w ten sposób „farsz” do kanapek. Smarujesz kromkę chleba margaryną i przyzdabiasz pociętym mięskiem – pyszności.
No popatrz, cały czas ten chleb. Spróbujmy coś z ziemniaków. Te, niestety musisz ugotować. Gotujesz więc i nie odparowujesz całkiem. Dodajesz 2-3 łyżeczki margaryny i potem rozgniatasz na pulpę. Jeśli dodasz ząbek czosnku, to twój posiłek będzie nie tylko syty ale i zdrowy, bo czosnek to prawdziwa spiżarnia witamin.
Aby poprawić sobie humor, a ten bezpośrednio wiąże się z obecnością w organizmie cukru, przygotuj sobie lniane lub bawełniane chusteczki, nasyp na nie cukru, zwiń starannie i kiedy będziesz miał ochotę na coś słodkiego, po prostu włóż zawiniątko do ust. Starczy ci na dłużej, niż gdybyś miał pochłonąć cukier prosto z łyżeczki.
Jeśli chodzi o zupy, to najlepiej wykorzystać cebulę, bo ta zwykle bywa najtańsza. Wstawiasz wodę, wsypujesz pół kostki rosołowej, zagęszczasz garstka ryżu, kaszy manny lub płatków owsianych i dodajesz pokrojona w plastry cebulę. Efekt znakomity, bo cebula, nawet gotowana nie traci wiele walorów smakowych.
Coś z owoców. Nie będę ci już przypominał, że najzdrowszymi owocami są te dziko rosnące, a w dodatku odchodzi ci koszt zakupu. Ale weźmy na przykład takie jabłko. Obierasz je, trzesz, dodajesz tartej marchewki, delikatnie słodzisz i masz wyśmienity mus – zdrowy, świeży i bez konserwantów. Obierki z dwóch-trzech jabłek możesz z powodzeniem zagotować i zrobić z nich kompot.
Możesz też zaszaleć z plackami. Przygotowujesz jedno jajko, trochę tłuszczu, mleko (jeśli nie masz, może być woda, ale wtedy konieczna jest odrobina proszku do pieczenia), i w równych ilościach po ¾ szklanki kaszy manny i mąki. Mieszasz to wszystko, likwidując grudki z mąki, dajesz tłuszczu na patelnię i smażysz placek, jeden, gruby na całą powierzchnie patelni. Zapewniam cię, że ten posiłek, choć niezdrowy dostarczy ci energii na pół dnia.
Oczywiście, że trzeba uważać z tą energią. Niestety, kiedy ciężej pracujesz, musisz więcej jeść. W wielu wypadkach pomaga jednak częste wypijanie zimnej wody. Trzy szklanki wody wypite jednym duszkiem sprawią, że żołądek na chwilę zapomni o głodzie.
Albo taka jajecznica. Spróbuj w ten sposób: masz przecież jakiś stary chleb, który kroisz w zimie dla ptaków. Odsyp więc trochę tych okruszyn, wybierając skórki i przysmaż na patelni z tłuszczem a następnie dodaj dwa jajka. Jeśli dodasz do tego cebulkę, skrawki wędliny, zbyt twardej na kanapki, okrawki z pomidorów albo papryczki, powstała w ten sposób jajecznica będzie ekskluzywnym świątecznym obiadem.
Słuchasz mnie? Hej! Co z tobą?
A ten śpi. Podsunę mu pod samą brodę koc, bo w ten sposób straci mniej ciepła, mniej energii. Może jeszcze przykryję go kurtką. Tak będzie lepiej.

07 września 2013

PIJAWKI [szkic-fragmenty]

Ale się ludzi najechało! Wiadomo, czwartek, targ w miasteczku i po dożynkach. Zaprzęgali konie do swych karoc szarych, skrzyniowych, wypełnionych śliwami, jabłkami, pomidorami, czym tam bogato na polach, w ogrodzie i sadzie. Pognali drogami wyboistymi, a konie, te piękne, szlachetne i te złachane pracą wiodły ich zapamiętaną drogą na skraj miasta, gdzie plac targowy tylko czekał na późno-sierpniowe zbiory.
Najechało się też kramarzy, sprzedawców obwoźnych, stolarzy i rupieciarzy wszelakich. Buty szły jak mydło, francuskie, delikatne i ubrania wieczorowe, i sukno, i firanki, i dywany.
Sczepiły się wozów dyszle, łby końskie ku sobie zwrócone z pyskami w obroku, a człowiek szedł i szedł i wybierał, targował o groszy dziesięć na kilogramie.
Masełko jak się patrzy, w liść łopianu obleczone, a takie pachnące, że nic tylko kupować i kroić te kajzerki na pół, nałożyć masła i chrupać. Mleka i śmietany gęstej, że łyżka na baczność stoi spróbować trzeba i jaj o brązowej skorupce mendel lub dwa kupić, do domu zanieść, a taka jajecznica z nich będzie, albo jaki placek drożdżowy lub jabłecznik z szarych renet.
A tu jeden chodzi i pod nosem ci wykrzykuje:
- Pijawy, pijawy, pijawy, pijawki, do karmienia złą krwią.
- A wiela to za sztukę? – kobieta w chustce po wiejsku, do pracy na głowę nasadzonej przygląda się czarnemu od pijawek słoikowi.
- Dwa złote za sztukę, za pięć złotych trzy i pani bierze, nie pożałuje.
Inny z obrazami Najświętszej Panienki wprost do szyi przytroczone sznurkiem przeciska się przez gęstniejący tłum, krzyczy dostojnie:
- Mateczki, kupcie Panienkę, aby Bóg zamieszkał w waszych domach, bo on tak strasznie Maryjkę miłował…
- A Ostrobramską masz? – pyta kobieta z wozu
- Juści, że mam – i rozpakowuje się, znak krzyża kreśląc przed pokazaniem.
Kobieta też krzyż w powietrzu kreśli, chłop czapkę zdejmuje.
- Kupmy se – do męża prawi
- Mosz już ze trzy obrazki – przypomina chłop
- Aleć ten najpiękniejszy, Ostrobramska przecie, co temu poecie ratowała życie.
- Ady kup, na boskie piękności szczędzić nie będę.
Gdzie indziej jedna taka miastowa, obrotna, korpulentna nioski próbuje, maca a przypatruje się, na kuper dmucha.
- Ile ze tę chcecie?
- Tyle co za tego pięknego kogutka, połowę tego, co za kaczkę. A gąski nie chcecie?
- Ech, gdzie ja gęś uchowam? A kurki to do świat pobędą.
Pod parkanem stanęli sadownicy jabłkowi. Ku nim chłopak tuż po szkole idzie, przystaje przy kosztelach.
- Prawdziwe? – pyta – czy słodkie?
- Widziałeś kiedy kwaśną kosztelę młodzieńcze? Toż u nas nie dość, że słodkie, to i soczyste, bo drzewka tą rączką pielęgnowane – kobieta wskazuje na młodszą, pewnie córkę starszej.
- Popróbować dacie?
- Kaśka, daj panu popróbować, a wybierz najpiękniejszą, bo młodzieniec, jak laleczka, przystojna bestyja.
Ta wybiera, daje; on wbija zęby w Kasine, z serca dane jabłuszko i patrzy dziewusze w oczy, a jak patrzy!
- A młodzieniec to w szkołach jeszcze, czy już próżnuje po świecie? – pyta starsza.
- A gdzież tam! W fabryce pracuję. Spawaczem jestem, tyle że dziś na drugą zmianę idę i za jabłkami przyszedłem.
- Dziewczynę ma? No co się tak peszy? Ładny z ciebie chłopiec jako i moja Kasia.
- Mamo, no co ty? – odzywa się córka, nie mniej od chłopca speszona, wzrok swój gubi, choć spod oka zerka.
- Tobie przecież za mąż iść niedługo tak czy tak – śmieje się starsza-a tobie się podoba? – młodzieńca pyta.
- Podoba, a co?
- A jabłko dobre dała?
- Smakuje pierwsza klasa.
- Pamiętaj, że dla ciebie wybrała, dla ciebie hodowała. A ty wieś lubisz? Roboty się nie boisz?
- Mamuś, dajże spokój panu.
- Cichaj tam. Chciałaś iść na lody czy nie? Pytałaś się przecież, a pan to przecież miastowy, to by i pokazał, gdzie lody najlepsze dają.
- Co bym miał nie pokazać.
- Więc leć z panem, na co czekasz? Wsyp mu kosztelek do siatki i lećcie. Ale mi obrócić macie w godzinkę.
Tak i poszli, niby ociągając się, drocząc na siebie, jak te ponure milczki, ale poszli i matce z oczu zginęli.
- Jak ci się, stary, widzi ten młodzian – mówi do męża, co z siekierką zakupioną powrócił do wozu i błysk miał w oczach, bo wioelce był z zakupu swego zadowolony.
- Chłopak, jak chłopak. Kaśka sama wybierze.
- Sama, nie sama, trzeba pomóc młodym, kiedy ku sobie się mają.
- Co ty tam możesz wiedzieć – żachnął się stary.
- Już ja sobie wiem, co mam wiedzieć i tego przypilnuję.
…
- Pijawy, pijawy, pijawy, pijawki, do karmienia złą krwią. Dwie za cenę jednej sprzedam.

06 września 2013

REFERENDUM DUPTUS

Gęba ledwo z łoża wyległa, zimną wodą się ochlapała, ogórka kwaszonego z ćwierćpętkiem kiełbasy pożarła, sodową wodą popiła, ledwie się w koszulisko i spodnium ubrała, w try migi poleciała do patentowego urzędu.
Tamże ona sprawę przedstawiła, w konkluzji domagając się pieczątki i uznania patentu na zakaz wrzucania papiórka do urny wyborczej. Po krótce sprawa wyglądała tak:
Gęba zastrzega sobie prawa własności i pierwszości do dania pomysła w kwestii nie uczestniczenia w wyborach wszelakich, albowiem (jako się wyraziła niecenzuralnym sformułowaniem) dzisiejsze wybory to pic i fotomontaż, albowiem one, czyli do wyboru na karteluszkach zapisane, swego jeno pilnują i swoich partyjnych racji, o stanowiska łase, na mamonę pazerne, na świeczniki wlazują mordy swoje pokazując w jak najlepszym świetle, a do władzy to lgną, jak nie przymierzając muchy do lepu, alboż ćmy do świcy.
Tedy Gęba kazała, aby było zapisane, że onaż to najpierwsza od wyborów ludzisków odciągała jak tylko mogła, albowiem najlepiej ona wi, że i tak zrobio co chco, a w kulisach to się ino z nas naśmiewajo.
ODpowiedział Gębie wysoki urzędnik, że patent przepadł z kretesem z prostego powodu. Owóż sam pan premijer z panem prezydentem w tańcu chocholim pode żebra się wzieni i preorują, co by na referendum nie chodzić, bo to strata czasu i pinindzy.
- Mamyż najlepszejszo na świecie całym prezydentowo, czy nie? – zapytał premijera som prezydent
- Mamy – odparł pan premijer.
- Co une chco od nij, się nie podobo, czy co?
- Opozycyi mało co się podobuje – skwitował premijer – skoro więc momy być naprzeciwko opozycyi, naszym obywatelskim obowiunzkiem jest do urny nie leźć a miast tego piwo se kupić, telewizora czy innego tableta włunczyć, do Łazienek se pójść, abo na piłkarskiego mecza.
- Tak że, panie Gęba, na swojej zapyziałej wiosze, to możeć pan być patentowym odkrywcą, ale na szeroką skalę naszej ojczyzny umiłowanej, to pan prezydent z panem premijerem są  oba patentowe.
Gęba przecierała gałki swoich oczu ze zdumienia, kiedy patentowy urzędnik podrzucił tejże do przeczytania fragmenty rezolucji, a w niej stałojak byk:
„…dlategóż, jeśli jakowyś wybór, referendum czy inne głosowanie nie byłoby po myśli jedynych słusznych a zacnych i oświeconych obywateli naszego kraju w osobach niżej podpisanych prezydenta i premijera, zakazują obadwa przy urnie się pojawić i karteluszkę w niej umieścić, bo w ten sposób ino ciemna hołota postępuje. Natomiast insza jest sprawa, kiedy niżej podpisane dostojności same z inicjatywą wyborczą występują. W takim przypadku należy do urny iść i po myśli dostojników głosować, bo te, co nie pójdą do przypadkowego społeczeństwa zaliczamy, albo do inszej hołoty. Tak i my, naród, postanawiamy” (dalej szły podpisy).
Gęba zaczerwieniła się pijackim zwyczajem i w te pędy wróciła do dom, wznosząc truskawkowym winem toast za świętej pamięci demokrację. 

04 września 2013

KONWERSACJA (1)

(1)
Przychodził tu przez wiele lat na kremówki i kawę. Czasami zamawiał tokaj albo porto. Lubił słodycze, choć kawę pił zawsze bez cukru i najciemniejszą z możliwych. Jego stolik był okrągły i ustawiony był w rogu prostokątnej sali, przy oknie zasuniętym w jednej trzeciej haftowaną firanką, przez co światło wnikało do pomieszczenia z oporem, chyba, że zbliżała się czternasta. W lipcu około czternastej promienie słoneczne robiły prawdziwe spustoszenie z jego wzrokiem.
Każdy wiedział, że profesor K. kiedy tylko miał przerwę w wykładach i mógł się wydostać z uczelni, przychodził właśnie do tej kawiarenki na starówce na słodkości. Czasami tylko stołował się w barze mlecznym, czym wzbudzał zdziwienie studentów, którym jakoś starszy, dystyngowany pan źle wpisywał się w parną scenerię lokalu przeznaczonego raczej dla młodych ludzi o wątłych, przetartych portfelach. W kawiarence, przytulnej i przyciemnionej, z dziesiątkami szkiców oprawionych w ramki na ścianach, obecność profesora K. nikogo nie dziwiła i przydawała jedynie blasku lokalowi prowadzonego przez rodzinę Kalitów od kilkudziesięciu lat.
Siedząc przy kawie i ciasteczkach K. obserwował przychodzących tu ludzi – turystów, studentów, licealistów, starsze zazwyczaj pary, podobnie jak on zauroczone ciepłą atmosferą tego miejsca.
Do stolika, przy którym siedział przypisane były dwa krzesła z wiklinowym oparciem. Bardzo rzadko to drugie krzesło było zajęte, choć zdarzało się, że profesor dzielił je z jakimś pracownikiem uniwersytetu, w celu odbycia rozmowy, pilnej, takiej, której mury uczelni przeszkadzają w skupieniu się na temacie konwersacji.
Dzisiaj, a był to piękny, upalny, lipcowy dzień – okres urlopu dla profesora, przy jego stoliku usiadła drobna szatynka w zwiewnej błękitnej sukience w drobniutkie groszki, sukience z pewnością grzeszącej nieznajomością współczesnej mody, albo też założonej na przekór obowiązującym trendom. Profesor mógłby przysiąc, że w podobnej sukience zwieńczonej szerokim, nieco usztywnionym kloszem widywał na błoniach swoją przyszłą żonę. To były wczesne lata sześćdziesiąte, odległe tak bardzo, choć żywe i teraz, po ujrzeniu drobnej szatynki siedzącej na jego miejscu, odżywały jeszcze bardziej, wywołując zarówno najcieplejsze wspomnienia jak i też niepokój. Wchodząc do pomieszczenia, automatycznie skierował się do swojego miejsca, a wzrokiem badał je, jak detektyw szukający potwierdzenia dla dopiero co narodzonej teorii na temat potencjalnego podejrzanego o zabójstwo. Pani Helenka stojąca za ladą smutnym wzrokiem spojrzała w stronę profesora, to znów z pewną nutką złości w oczach przyszpiliła siedzącą na przy stoliku młodą damę. Profesor pokiwał dobrodusznie głową, krzyknął niemal: „dzień dobry, pani Helenko” i zaraz dodał: „to co zawsze, moja droga”.
Podchodził do swego stolika nieskrępowany, choć powoli, można rzec, po omacku i zastanawiał się nad tym, czy ta młoda osóbka, która wdarła się na jego terytorium, zrobiła to przypadkowo, czy też intencjonalnie siadła tam, gdzie on siadywał od lat.
- Proszę bardzo, nich pan usiądzie – przemówiła dziewczyna – jeśli chce pan zająć miejsce, które zajęłam, bardzo proszę, odstąpię je panu.
- „Jej wielkoduszność nie zna granic” – pomyślał – „a i owszem, jeżeli pani pozwoli, siądą na pani miejscu” – powiedział nie siląc się na fałszywą skromność.
Nastąpiło przegrupowanie wojsk i już po chwili siedzieli naprzeciwko siebie: ona przy herbacie i maślanej bułeczce pociągniętej czekoladowym musem; on pogodny, czekający na swoje historyczne danie, wpasowujący się w delikatną twardość wiklinowego oparcia krzesła.
- Tak jakbym panią znał – zaczął rozmowę niespodziewanie dla samego siebie – albo też przypomina mi pani kogoś.
- Słyszałam, że jest pan bystrym obserwatorem – zauważyła.
- Tak o mnie mówią? Więc zna mnie pani – uśmiechnął się – ja raczej widząc panią, zobaczyłem fragment z mojej własnej przeszłości.
„ No cóż” – myślał – „w moim wieku nie się czego wstydzić i nazywać po imieniu wrażenia, jakie się ma pod wpływem nagłego, niespodziewanie docierającego do zmysłów bodźca”.
- A ja dwa razy byłam na pana wykładach, choć nie jest pan moim profesorem – powiedziała z niejaką pewnością w głosie i zaraz, jeszcze odważniej dodała – a szkoda, wielka szkoda.
- Z ust tak młodej osoby miło mi to słyszeć.
- Z miejsca poczułam do pana sympatię. To dziwne, prawda?
- Sympatię do mnie, czy do mojego wykładu? – K. próbował dowiedzieć się czegoś więcej i miał spore szanse na to, gdyż dziewczyna zdawała się być bezpośrednia.
- Jedno z drugim idzie w parze – spojrzała na niego łaskocząc jego próżność. Sądziła bowiem, że każdy mężczyzna, bez względu na wiek, nawet, gdy jest profesorem, bywa próżny. Zresztą, prawdą mówiąc, dotyczy to również jej i kobiet w ogóle.
- Powinienem jeszcze raz pani podziękować za miłe słowa – kontynuował – ale muszę przyznać, że często ludzie młodzi ulegają pierwszemu wrażeniu. Wydaje im się, że napotkali na swojej drodze życia kogoś bardzo ważnego, tymczasem po bliższym poznaniu okazuje się, że osoba obdarzona nadmiernym, niewspółmiernym do swoich zasług szacunkiem, nie jest tą osobą, jaką chciałoby się mieć za wzór na dalsze życie.
- Pozwoli pan, że zostanę przy swoim zdaniu, choć nie ukrywam, że w tym, co pan mówi jest wiele racji. Widzi pan, ja nie boję się mieć swojego zdania i jestem odważna na swój sposób.
- Zauważam to.
- I wcale nie przypadkowo zajęłam pana miejsce.
- Rozpatrywałem taką ewentualność.
- Gdybym usiadła gdzie indziej, pan zapewne nie zauważyłby mnie i nie doszłoby do tej rozmowy.
- Nawet jeśli - wspomniała pani, że jestem bystrym obserwatorem?
- Nawet wtedy. Kiedy zobaczył pan mnie przy tym stoliku, musiało to pana zaintrygować.
- Ma pani rację, zaintrygowało. Zwłaszcza, że …- jego głos nagle zapadł się w strefę przeznaczoną dla absolutnej ciszy -… przypomina mi pani moją byłą żonę. To znaczy taką, jaką była będąc nieopierzonym jeszcze, choć już pięknym kaczątkiem.
- A to ci dopiero – roześmiała się – tego nie przewidziałam.
Wtedy pani Helena wniosła na tacy musującą ciepłą parą „kolumbijkę” i ubraną w chrupiącą, francuską obwolutę napoleonkę.
- To samo dla tej uroczej osóbki, pani Helenko – poprosił bezceremonialnie, puszczając niewidoczne oko do właścicielki lokalu. Ona doskonale znała zwyczaje profesora i rozpoznała ten znak, mówiący o tym, że K. zaakceptował obecność przy jego stoliku dzisiejszego gościa mimo tego, że nie był nim wykładowca uniwersytecki, redaktor czy też jakaś ważna osobistość, z którą wypadało się spotkać w służbowych sprawach poza uczelnią.
- Widzę, że rozporządził pan moim menu – powiedziała akceptująco, a po chwili dodała – jak pan zauważył nie oponowałam i to tylko z tego powodu, że podzielam pana kulinarny gust. Zaznaczam jednak, że płacę za siebie sama.
- Wydaje mi się, że studencki budżet nie należy do skrojonych na miarę potrzeb kobiety tak młodej jak pani.
- Dopiero co otrzymałam premię za zdanie w terminie egzaminów, więc przypadkowo stać mnie na zapłacenie za tę przyjemną dla podniebienia bombę kaloryczną. Ale przecież nie o ciastkach będziemy rozmawiać.
- Spodziewam się, że nie o ciastkach, choć niewiele wiedząc o pani, trudno mi odgadnąć przyczynę, dla której zechciała pani spędzić ze mną część popołudnia.
- Ależ wspomniałam już, że spodobał mi się pan .. jako profesor – zakończyła z premedytacją zawieszając głos tuż przed zakończeniem myśli.
- Mam nadzieję, że nie poprosi mnie pani teraz o autograf – uśmiechnął się do niej. Bawiła go dotychczasowa konwersacja z osobą, która mogła być z powodzeniem najmłodszą z jego pięciu córek, gdyby takie miał, lub, i to chyba właściwsze porównanie – wnuczką.
- O nie, taka pretensjonalna to nie jestem – udała  lekkie oburzenie – jeżeli już miałabym od pana czego oczekiwać, to rada, jakiej mógłby mi pan udzielić.
- W kwestii? – zadał szybko pytanie.
- Ma pan dynamiczne podejście do sprawy. Nie spodziewałam się. Myślałam, że zanim przejdziemy do konkretów, porozmawiamy jeszcze chwilę, zanim pana i moja kawa nie wystygnie.
- Obiecuję, że ze swoja kawą nie będę się śpieszyć. Domyśliłem się, że jest pani na tyle zdeterminowana, zajmując moje starożytne miejsce w tej kawiarni, że pewnie, skoro pragnie pani uzyskać jakąś formę pomocy z mojej strony, to klarowne przedstawienie sprawy, nie będzie niezręcznością z obu stron.
- To prawda. Zależy mi na pana zdaniu, profesorze. Dopiła herbatę i usadowiła się wygodniej na krześle i odsuwając się nieco od stolika spojrzała odważnie w oczy profesora – Widzi pan, studiuję kulturoznawstwo, jestem, no można już tak powiedzieć, na trzecim roku i nie tak dawno stwierdziłam, że historia sztuki fascynuje mnie jeszcze bardziej, co nie pozostaje bez związku z pana dwoma wykładami na temat poezji baroku, a zwłaszcza kulturowego tła wyrażonego przez malarzy niderlandzkich tej epoki, którzy w tak niezwykle plastyczny sposób w scenach rodzajowych charakteryzowali swoją epokę.
- Myślę, że obie dziedziny nauki mają swoich zwolenników i mimo pozornej odległości, wiele kontekstów je łączy. Wie pani, że to od niej samej zależeć będzie ostateczny wybór. Ponadto, jeśli, w co nie wątpię, wkroczy pani na czwarty rok studiów, można pomyśleć o drugim fakultecie, póki co skupiając się na kulturoznawstwie.
- Tez tak myślę, choć coraz bardziej dochodzę do przekonania, że historia sztuki byłaby dla mnie dziedziną, w której miałabym więcej do powiedzenia. Niech pan sobie wyobrazi, że ekscytuje mnie właśnie malarstwo rodzajowe i portrety, a w szczególności motyw otwartego okna.
- To rzeczywiście ciekawe. Nie jestem specjalista od malarstwa, lecz musze przyznać, że „otwarte okno” jest często obecne w malarstwie, nawet współczesnym.
- Zastanawiał się pan, dlaczego?
- Sądzę, że tego typu obrazowanie ma swoja symbolikę otwartości na świat i ludzi, a jednocześnie coś w rodzaju tęsknoty za czymś, co znajduje się poza nami, na co możemy spoglądać, być świadkiem pewnego zdarzenia i jedynie pośrednio w nim uczestniczyć.
- Trafnie pan to sformułował – odparła nie bez podziwu – tak też i ja myślę.
Pani Helena, niepostrzeżenie dla rozmawiających, wniosła na tacy napoleonkę z kawą „kolumbijką”.

26 sierpnia 2013

"STRUKTURYZACJA"

Przyjechał ten ważny pan, co to go w telewizji pokazują. A taki mądry i uczony, jakby wszystkie rozumy zjadł na obiad i na kolacje już nie wystarczyło. To ten, co powywracał wszystko do góry nogami. Antek, a jakże, przyszedł na spotkanie, bo on w tym zakładzie pracował przy tokarce. Przyszłabym i ja, ale sił w nogach nie mam, za stara jestem, zresztą mam emeryturę. Wystarcza mi na leki i mieszkanie, na jedzenie już nie, ale u Antka kątem mieszkam, więc jakoś tam nam się wiedzie. Z głodu umrzeć mi nie da. Dobry syn, choć i jemu brakuje. Pojechałby na wczasy do jakiej Kudowy, ale nie ma pieniędzy przecież, choć w Kudowie mieszka stryjenka, więc może by go wzięła do siebie i pooddychałby wreszcie świeżym powietrzem.
Przyszedł więc na spotkanie a z nim chyba z setka albo i więcej przyszła. Cały zakład. Dyrektor kazał, to i przyszli dowiedzieć się, co z nimi będzie. Mówił, że jeśli jemu nie wierzą, to może tamtemu, uczonemu dadzą wiarę, że idzie ku lepszemu, ale żeby do tego doszło to musi być najpierw gorzej. Ja tam bym mu powiedziała, że u nas to zawsze tak gadali, że trzeba, żeby było najpierw gorzej, a potem to sam dostatek będzie. No i tamten usiadł z nimi, rzecz jasna naprzeciwko, za stołem zaciągniętym bordową krepą. Dyrektor go przywitał, powiedział parę słów, niby od ludzi, że się boją, to to z ludźmi tak jest, że zawsze się boją nowego, a on od tego jest, aby przetłumaczyć i jak sam nie może, to dlatego zaprosił znawcę, ekonoma, czy jak mu tam, ze stolicy.
Ten, kiedy się do mikrofonu dorwał, to nasamprzód tłumaczył, że ma się ku lepszemu, bo kiedyś to ekonomia w powijakach była i ludzi oszukiwano, i zarobki marne, i etatów za dużo natworzyli, a robotnik pracował powoli, wolniej niż na zachodzie i mało wydajny był. Prawił, że kradli albo buble robili, za co prawdziwych pieniędzy nie dają. A teraz to ma to się wszystko zmienić i on wie jak to zrobić. Po pierwsze to ma być jakaś strukturyzacja, która usprawni, co popsute. Po drugie, kapitał jakiś ma przyjść i ten kapitał zdecyduje o tym, jak i kto ma pracować wydajnie. To go zapytali, czy praca będzie dla wszystkich, bo do tej pory była, a tu gadają,, że nie starczy. I wtedy on kazał się rozejrzeć po mieście i zapytał, czy chodniki w mieście równe, czy restauracje są, czy gazetę lokalną mają, czy jest gdzie naprawić ciągnik albo buty. Jeszcze wieloma przykładami sypał jak z rękawa, a zakończył na tym, że pracy będzie pod dostatkiem. Trzeba się tylko wziąć do kupy, pomyśleć i zrobić. Odparł jeden, że oni nie kształcili się na szewców, czy innych specjalistów, więc gdzie robotę znajdą. Drugi zaraz dodał, że aby zacząć cos samemu, to trzeba pieniędzy, a on przecież nie ma. Tamten z kolei powiedział, że pomysł się liczy bardziej niż pieniądze, a na wspomogę coś tak od państwa kapnie, jak nie od państwa to od samorządu, bo teraz to obywatelskie państwo ma być.
Jeszcze długo tak gadali. Ten i ów wyszedł jakby mu po uszach dali, inni zamilkli, nie wiedząc jakimi słowami z uczonym rozmawiać, bo ten ich gasił i książkę pokazywał, jak jaką biblię. Co rusz i czytał im fragmencik, to znów unosił i pokazywał, a wreszcie, na sam koniec, podpisał wiecznym piórem na pierwszej stronie i dyrektorowi dał na pamiątkę.
Antek jak był głupi, tak głupim powrócił, a nie minął tydzień, jak mu dyrektor wypłacił ze trzy miesiące z góry i kazał iść precz przez tę strukturyzacje, czy jak jej tam.  Zaraz też Antek pospłacał długi, najmłodszej Zuzi książki do szkoły kupił, pół litra sobie sprawił, ćwiartkę świniaka zamówił i wypłata poszła precz. Potem zapisał się do pośredniaka i teraz jak pan przychodzi każdego miesiąca i za nic dostaje pieniądze. Niewiele ich, więc chodzi sobie Antek do lasu, do tartaku, na czarno u kuzyna zarabia. Tylko jego stara, Kryśka – jej tam nie dogodzi – coraz to gorzej ryczy do poduchy i warczy na niego, a właściwie to na cały świat ujada, że pieniędzy mało dla ich czwórki dla mnie, która się przecież do życia nie dokładam, bo z czego. Nie wiem, co jej do łba strzeliło, bo kiedyś tam do Antka rzekła, żeby sobie inna robotę znalazł, bo miała zły sen, ale jaki, nie powiedziała. „Zmień i zmień tę robotę” – krzyczała na niego i wykrakała.
Cała sobie Antoś rękę uciął. Krew się polała a Antek, choć zdrowy to chłop i roboty się nie bojący, padł jak długi, omdlał i dopiero jak karetka przyjechała, wzięli go w obroty, na sygnale do szpitala pomknęli. Ale ręka przepadła. W sądzie potem był, a tam najwięcej ucierpiał kuzyn, co mu pozwolił pracować bez polisy. Antek nie miał do kuzyna żalu, bo i o co. Pieniądze sumiennie dawał, na jedzenie było, więc czemu miał mieć żal. Żal mu kuzyna, którem sąd kazał za tę rękę płacić i wskutek tego wielki będzie miał uszczerbek na dochodach. jakoś tam się dogadają, bo to przecie rodzina, nie z mojej strony, a jednak rodzina.

Dwa lata już minęło. Antek stróżuje, do czego dwie ręce nie potrzebne tak bardzo. Ten kapitał przyjechał i wykupił, a jakże. Ludziska pocieszyli się przez rok z odkładem, a potem wszystko poszło pod młotek i tyle dobrego zostało z planu tego uczonego ze stolicy, że Antoś ma czego pilnować, a ma, mój Boże, wszystko by wykradli.

23 sierpnia 2013

NACZELNIK POCZTY


Zawsze myliła mi się wojna z okupacją. Teraz wiem, że wojna to była we wrześniu, a okupacja potem. We wrześniu na miasteczko spadło kilka bomb. Dwa domy zostały zniszczone, na jednej ulicy powstał lej, a że nawierzchnię stanowiła kostka, to kamienie rozpierzchnęły się na wszystkie strony i zraniły wszystkie okoliczne szyby w oknach. Mówiono, że po tym nalocie trzy osoby zginęły i było kilkunastu rannych. Potem nastała okupacja i zawieszono na urzędzie niemieckie swastyki. Przyjechali Niemcy i zajęli najlepsze kamieniczki przy głównej ulicy.
Naczelnikiem poczty został Otto Bruckner. Nie uwierzysz, ale był to dobry Niemiec. I jego żona też była dobra, a pochodzili z Bawarii, z jakiejś mieściny nie większej od naszego miasteczka.
Matka sprzątała na poczcie i nie narzekała sobie. Brucknerowie prowadzili dom oszczędnie i specjalnie nie wyróżniali się jako Niemcy. Na święta matka dostawała trochę kiełbasy i cukru, a dla mnie i siostry cukierki i prawdziwą czekoladę. Ale i bez specjalnej okazji matka przynosiła z poczty co rusz jakieś zawiniątko, a w nim, ser, pasztetową, a zdarzało się, że i mięso, taki na przykład żeberka lub karczek.
- Kikowska gut pracownik, niech da dzieckom. Mojej Annie – wspomniał imię swojej córki - nur müssen.
Jak ci już opowiadałam, był to czas okupacji. Z biegiem czasu coraz więcej mieszkańców miasteczka brano na roboty w głąb Rzeszy. I ojca mi wzięli. Pewnie dlatego Bruckner był taki hojny dla matki.
Pewnego razu stała się rzecz straszna. Straszna o tyle, że miałam sposobność poznać inne oblicze naczelnika poczty. Przypadkowo nakrył on dwóch listonoszy na przeglądaniu korespondencji. A cóż to były za listy! Listy od tych mieszkańców miasta, których zabrano na roboty. W wielu listach pomiędzy zapisane karty listowne, wsuwano zarobione w Bawarii, Hesji czy Meklemburgii banknoty, co stanowiło łakomy kąsek dla roznosicieli poczty. Bruckner wściekł się na widok urzędników pocztowych, pozbawiających adresatów pieniędzy w przesyłkach.
- Co wy za ludzie, Poloki. Rabować swoich? Odkrywać cudzą korespondencję? Jak wam nie wstyd! I poszła w ruch skórzana „dyscyplina”. – Schwein!!!
Polscy urzędnicy pocztowi stracili pracę i zyskali bolesne cięgi na grzbiecie na pamiątkę.
Kiedy Ruscy zbliżyli się do miasteczka na odległość armatniego wystrzału Anna Bruckner i jej matka podążały w karawanie na zachód. Naczelnik poczty zadbał o bezpieczeństwo najbliższych. Sam zaś do końca trwał na posterunku.
Słyszano już wyzwoleńcze czołgi u wrót miasteczka, kiedy w pokoju naczelnika poczty padł jeden celny strzał, strzał samobójczy.
Na nic się zdały starania wielu mieszkańców miasteczka, aby ruskie wojsko, szukając szkopów po domach, piwnicach i strychach, dały sobie spokój z naczelnikiem poczty, który był dobrym Niemcem.

WYTCHNIENIE

- A co ty syneczku tutaj szukasz? – zapytała, kiedy nie bez trudu uchylił drewnianą, lekko podupadającą na zdrowiu furtkę.
- Wytchnienia szukam – odpowiedział – żar taki, w gardle sucho. Pochwalony babuniu!
- Na wieki wieków, syneczku. Siadajże wedle mnie z lewej. Widzisz to wiadro i garnek na zydelku. Woda ze studni, zimna i krzepiąca.
Podszedł, pochylił się i zmarszczone dłonie kobiety do ust uniósł, pocałował, potem chwycił czerwony, emaliowany garnuszek, zanurzył go w wiadrze, zaczerpnął wody i pił, pił… a jak pił, jednym haustem, i wąsy otarł, kiedy się nasycił.
- Juści, że spragniony byłeś. Ja też w taki gorąc piję, choć mleko wolę, takie zimne, z komory.
Spojrzała przez sztachetowy płotek, za którym stało auto Adama.
- Wnuczek podobnym przyjeżdża, tela że z prawej siada, bo anglijskie ma autko.
- W Anglii mieszka?
- A jużci, w Angliji. A syn z córką w stolicy się pobudowali. On pan dochtor jest, ona na urzędniczkę wyuczona. Czasu wiela dla starych nie mają, ale przyjeżdżają. Bóg by mnie skarał, gdybym rzekła, że nie doglądają.
- A wy nie chcieliście? – zapytał – samiuteńka jesteście?
- Tak nie całkiem sama – zaprzeczyła – mój ślubny z krową na łące teraz. Wody jej przyniósł. Stworzeniu pić się chce. A w ogrodzeniu za sadem dwie kozy, pierwszorzędne dwie świnki w chlewiku, kury na grzędzie. Widzisz synku, żem nie sama.
- Ale ludzi mało w okolicy. Wiem, bo przejeżdżałem. Ile to chatek pustych.
- Pomarło się ludziom. To stara wieś. Dawniej to, syneczku, wystarczało nam parę mórg ziemi, choć to piaski i tyle, że żytko się obrodzi albo kartofle. Teraz nie starcza, a młodzi ku miastu ciągnęli i już tam zostali. Taka kolej losu.
- A wy, babuniu w późnojesiennym wieku jesteście – wzruszył się – a jak choroba weźmie was w karby?
- Toć przecież wiadomo, że starym na tamten świat trzeba się sposobić i jak jako straszna choroba da się we znaki, to żaden dochtor nie pomoże. Ale jak taka łagodna przyjdzie ze słotami, to przecie zioła na nie zbieram, nalewkę mój Kaźmirz rychtuje, a jeszcze z dwu rodzin miodu mamy tyle, co dla nas starczy.
- A dzieci nie chciały wziąć z sobą?
- Pewnie, że chciały. Ale my się uparli i jedno przez drugie się wykłócali, aby my na swoim zostali, bo my tu jak te stare drzewa… – wskazała na nieodległą trójcę wysokich i masywnych w pniach dębów, nie wiedzieć czemu w pustej okolicy po drugiej strony drogi stojących – trwamy i nie trza nas przesadzać z korzeniami. Co by Kaźmirz powiedział, gdybym zwątpiła. A to ci jeszcze powiem, syneczku, że o zdrowie nasze dba dochtor z ośrodka, jakiego ze świecą na świecie nie znajdziesz. Autem przyjeżdża, osłuchuje nas i medykamenta jakoweś przepisuje, choć rzadko, bo wie, że my ziołami leczymy każdą chorobę prawie. A o naszą duszę dba ksiądz dobrodziej, który rowerem przyjeżdża na naszą nalewkę, ale wcześniej to się modli z nami i za nas, i za całe nasze potomstwo, co się do miast porozjeżdżało.
- Czyli niewiele wam potrzeba?
- A pewnie, niewiele. A ty, syneczku, czy ty w tym swoim aucie masz co na sprzedaż?- lekki wyrzut pojawił się w głosie babinki – bo my, żadne klienty, niczego nie kupujem.
- A Boże broń! Na wycieczkę przyjechałem, bo moja pani wreszcie zdecydowała się mnie posłać na przeszpiegi, czy nie ma tu jakiegoś gospodarstwa do kupienia.
- Chciałbyś ty w naszej okolicy zamieszkać syneczku? – w głosie kobiety pojawiło się teraz zdziwienie.
- Chciałbym – spojrzał na nią tak przyjaźnie i ciepło, że staruszce serce drgnęło mocniej, a w oczach zabłyszczało, jakby zagubiony refleks słonecznego promienia ukłuł w ułamku sekundy źrenicę.
- Toż tu od nas wyjeżdżają jedynie, do miast albo do Boga w drewnianej szafie. Po cóż ci u nas taka poniewierka? Młodzi za zarobkiem w świat wielgachny wyjeżdżają. U nas się nie wzbogacisz.
- Babuniu, ja już nie młody. Dzieci powyrastały. Pieniążków sobie odłożyłem niewiele, ale jak sprzedam mieszkanie w mieście, starczy mi na taką starą chałupkę, jak wasza.
- Taką chałupę to za byle grosz dostaniesz. Ziemia licha, więc kosztować cię nie będzie. Ale po co, syneczku? Życie ci dokuczyło, czy jak?
- Dokuczyło, nie dokuczyło – zawahał się – a pamiętacie, babciu, co odpowiedziałem, kiedyście pytali, czego szukam?
- A juści, ze pamiętam. Odetchnąć chciałeś.
- Ano właśnie. I odetchnąć i po rozum do głowy pójść …
I właśnie w tej chwili, kiedy zanosiło się, że Adam do końca wyłuszczy powody, dla których przybył w to miejsce, od strony łąki pojawił się dziarsko kroczący szczuplutki staruszek. W rękach trzymał wiklinowy kapelusz rondem do góry. Widać było, że jego wnętrze zawiera niespodziankę.
- Niech będzie pochwalony – zakrzyknął Adam w stronę staruszka, kiedy ten stanął w furcie.
- Pochwalony. A kogóż to Anielciu przyjdzie nam dziś ugościć zsiadłym mlekiem i kartoflami z okrasą?
- Bywaj tutaj. To mój Kaźmirz – szepnęła do Adama – Pan z miasta przyjechał w gości, bo mu się u nas podobuje i rychtuje sobie jakieś miejsce w naszej wiosce, co by się w niej osiedlić.
- Rzecz niesłychana, a miła.
Podszedł do Adama. Dłonie sobie podali, po czym staruszek usiadł obok starowinki, przemyśliwał dłuższą chwilę i raptem rzekł.

- To będzie tak. Anielcia zrobi obiadek. Do tych kartoflów i okrasy nasadzi po dwa jaja, a po obiedzie zaproszę pana do zwiedzania naszej wioski i z każdą żyjącą w niej duszą zapoznam. Musi wiedzieć, kogo będzie miał za sąsiady, prawda?

21 sierpnia 2013

Lachrimae Caravaggio

Plik:The Sacrifice of Isaac by Caravaggio.jpg

Caravaggio - Ofiarowanie Izaaka

Doskonały pomysł niezrównanego Jordi Savalla na połączenie motywów śmierci z obrazów Caravaggia z muzyką (zdecydowana większość to kompozycje własne tego guru muzyki dawnej). W rolach głównych oczywiście Jordi Savall i jego Hesperion XXI.



20 sierpnia 2013

TAJEMNICA BABICH GÓR


Szyja, Wydmuch, Mizerki, Kasztanowa, Dobrzelska Wieś, Cytadela, Pałac, Jabłonkowa, Babie Góry – kto wymyślił te nazwy? Nie wiadomo. W każdym bądź razie posługiwali się nimi i starzy i młodzi. Każdy bez wyjątku mieszkaniec fabrycznej osady tłumacząc przybyszowi miejsce zamieszkania któregoś z obywateli miejscowości z dwóch stron, od wschodu i zachodu ograniczonej parkami, wplatał w objaśnianie, jakiego się podjął, tę pradawną nazwę, nie wiedzieć czemu wtopioną w rdzenną pamięć społeczności.
Dziwne to przyjęły się zwyczaje, bo ani na Jabłonkowej nie rosły jabłonie, ani na Wydmuchu wiatry nie smagały ostrzej, ani też na Mizerkach mizerota nie mieszkała. Najbardziej dosłowną nazwę należałoby wiązać z Kasztanową, gdzie rzeczywiście rumianą jesienią cała droga pokryta była brązowymi łebkami kasztanów.
W czasach wzmożonej aktywności lokalnego nazewnictwa, najwięcej tajemnic skrywały Babie Góry. Owszem, drugi składnik nazwy wiązał się ściśle z pochyłymi, niskimi wzniesieniami, które dzieciarnia przysposobiła sobie do uprawiania sportów zimowych, lecz jak wyjaśnić pierwszy człon nazwy? Czemuż „Babie”?
Precyzyjnie badając sprawę, należałoby to miejsce zimowej rekreacji nazwać „Niemieckimi” lub „Rycerskimi” wzniesieniami.
Onegdaj, podczas okropnej wojny, od skrytobójczej kuli lub topora W Babich Górach zginął hitlerowski policmajster. Aby ukryć zwłoki przed światem nieznane ręce wyposażone w kilofy i łopaty wdarły się w łagodny stok wzniesienia i uczyniły w krajobrazie nie lada zmianę. Powstała gliniasta półka, doskonale uklepana, która powodowała, że saneczkarze, zjeżdżając zimą ze stoku, wylatywali w powietrze wykonując niebezpieczny skok aż do podnóża górki, gdzie czekała na nich zawsze gruba łacha śniegu, przez którą należało się przecisnąć.
Czy nie szukano ciała tragicznie zmarłego okupanta? A jakże, szukano, lecz poza zardzewiałą, zbutwiałą manierką, niczego nie znaleziono.
Odezwały się wtedy niepoważnie uczone głosy, że stracony policjant zapadł się pod ziemię i swym zwalistym cielskiem naruszył podziemną żyłę wody. Tłumaczono to nadprzyrodzone twierdzenie faktem, iż po drugiej stronie wzniesienia wytrysło źródło najczystszej wody, jaką znał świat daleki i najbliższe okolice.
Opowiadano również i takie bajki, że Babie Góry skrywają tajemnicę nieszczęśliwego rycerza, który, nieprzytomnie zakochany, zginął bez wieści na zboczach góry, a po tygodniach ciężkiej zimy napotkany przez wieśniaków jego zezwłok, przez nich to obłupiony i z odzienia rycerskiego odarty, zakopany został, co chrześcijańskiemu trupowi należało się, jak koniowi obrok. Rycerz, tak zadurzon w damie swego serca i po śmierci ronił wiadra łez, z których podziemne źródło gromadziło swe zapasy.

Ilekroć w dzieciństwie błogim Adam przemierzał Kasztanową, przylegającą do okrytych tajemnicą Babich Gór, kierując się do wioski po świeże jaja, przystawał przy bijącym u podnóża stoku źródełku i czerpał zeń krystaliczną krynicę złożonymi w czerep dłońmi. Rozmyślał czasami, czy ta przejrzystość i smak wypijanej wody ma swój początek w naruszeniu żyły wodnej przez korpulentną substancję zakłutego na śmierć nieszczęśnika, czy też wypija łzy zakochanego rycerza.