Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

13 października 2015

LADISLAV FUKS W KAWIARENCE

(...) "- Co jest dziwne - rzekła pani Knorring - że w mieście jest niepokój?
- Dziwne - wzruszył ramionami pan Smirsch i napił się herbaty - dziwne. Wszystko jest jakieś dziwne. No więc ten Oberon Felsach ma długie czarne włosy , czarne oczy, długie paznokcie, aż mu się zakręcają, nosi najchętniej czarny płaszcz i zajmuje się magicznymi naukami.
Głos pana Smirscha brzmiał wciąż bardzo dziwnie i wszyscy na niego patrzyli, także i pan Landl, tylko pani Mooshaber przy kredensie kładła na kołaczyki twaróg, rodzynki i migdały, a pani Faber siedziała wyprostowana, chłodna i patrzyła przed siebie.
- Dobra - ciagnął pan Smirsch i położył jeden palec przed sobą na stole - a teraz przypomnijmy sobie tego Eichenkranza z cmentarza i tego Linpecka z podziemnej stacji Cmentarz. Ten Eichenkranz, jeśli dobrze pamiętam, co pani Mooshaber o nim mówiła, strzelał na cmentarzu do wron, rozmawiał z wiewiórką, naśladował lot ptaka, a w pewnym miejscu w parku nagle zniknął, jakby się zapadł pod ziemię. Ten Linpeck, jeśli dobrze pamiętam, rozmawia sam ze sobą, jakby mówił z kimś innym, miewa sny, że lata, nade wszystko kocha ogień. A ten Felsach - pan Smirsch zaczął stukać palcem w stół - ma te długie paznokcie, nosi czarny płaszcz, jest genialny, jak pani powiada i zajmuje się magicznymi naukami. No więc to jest jakieś dziwne - powiedział głosem wciąż bardzo dziwnym i nagle rozejrzał sie po kuchni, wstał i rzekł:
- Jeden rozmawia ze zwierzętami, lata i potrafi zapaść sie pod ziemię. Drugi rozmawia sam ze sobą jak z kimś innym, lata we śnie, kocha nade wszystko ogień. A trzeci ma długie czarne włosy, czarne oczy, pazury, czarny płaszcz i uprawia magiczne nauki. Wszyscy maja po dwanaście, trzynaście i czternaście lat. Tak - powiedział pan Smirsch, wciąż stał i patrzył gdzieś w stronę kuchennej płyty - mnie sie to wszystko już wcześniej wydawało dziwne. Wydawało mi sie to dziwne od dawna. bardzo dziwne i od bardzo dawna. Już wtedy, gdy pani Mooshaber była w Opiece w sprawie Eichenkranza, gdy była tam w sprawie Linpecka, ale milczałem. Milczałem i nie powiedziałem nigdy ani słowa. Teraz jednak wydaje mi się - rzekł pan Smirsch i rozejrzał się po kuchni - że te trzy przypadki nie miały w ogóle nic wspólnego z Opieką nad Matką i Dzieckiem, ale z czymś innym. Z Trybunałem Państwowym.
I pan Smirsch spojrzał na podłogę, i rzekł:
- Powinni widocznie znaleźć się w spisie tych, którzy mają konszachty z diabłem. "(...)

Tak oto zanurzyliśmy się w tajemniczy świat genialnej, powtarzam, genialnej powieści Ladislava Fuksa - "Myszy Natalii Mooshaber". Fuks oprowadza nas po tym niezwykłym, niepięknym, urojonym świecie nieokreślonej przyszłości jak przebiegły przewodnik turystów, który w pewnym momencie zostawia ich w miejscu, do którego dotarli, każąc im domyślać się gdzie są, a ci, zbłąkani, zdani są na łaskę własnej wyobraźni.
Otóż w niepięknym tym świecie, państwie rządząnym przez tyrana - Albina Rappelschlunda, którego biografii uczą się na pamięć dzieci w szkole, w tym kraju, gdzie odbywają się regularne loty pomiędzy Ziemią a Kisiężycem, żyje sobie Natalia Mooshaber, dziarska staruszka, której marzeniem było mieć kiosk i sprzedawać w nim lemoniadę, sałatkę włoską i szynkę, która chciała być służącą, a od wielu, wielu lat zajmuje się porządkowaniem grobów, łapaniem myszy i pomaganiem Opiece w wychowaniu chłopców, którzy w tym strasznym, pozbawionym serca i współczucia świecie, zanadto "rozrabiają", przez co mogą skończyć w poprawczaku, a stamtąd niedaleka jest droga do kryminału. Pani Mooshaber wie, co to znaczy, jak dzieci "rozrabiają", bo sama ma córkę, która ją lekceważy i zmusza do wyjścia z przyjęcia weselnego; ma też syna, który trzy razy był już w więzieniu i wciąż kradnie, wciąż oszukuje. W tej niezwykłej, trudnej w odbiorze powieści, Natalia Mooshaber zdaje się być naiwną i szczerą reprezentantką świata umarłych już wartości. Sekunduje jej dozorczyni Kralc, będąca pod wrażeniem wszystkiego, co pani Mooshaber robi,  utwierdzająca ją w przekonaniu, że to, co robi ma sens.
Lecz siła powieści nie zawiera się jedynie w fabule pełnej tajemnic, przypominającej atmosferę kryminału. Fuks tworzy osobliwy świat, w którym jest coś z ponurego klimatu utworów Kafki, jest ironia, szyderstwo, są dialogi - zabawne i tajemnicze; jest w tej narracji mnóstwo chwytów takich jak powtórzenia pewnych fraz, kluczowych słów; są ci dwaj, co i rusz zmieniający się policjanci, którzy odwiedzają główną bohaterkę, rozpytując się o jej życie, a tak naprawdę przychodzą do niej nie wiadomo w jakiej sprawie. Jest w tej powieści duszna atmosfera bezduszności, jakiegoś niepokoju; wnikamy w nią coraz głębiej, głębiej, a Fuks bawi się tym specyficznym językiem, drażni nas i zachwyca, i atmosferę tę zagęszcza aż do finału.
Przeczytać warto, po przebrnięciu przez labirynt pierwszego niezrozumienia.

11 października 2015

PISZCZAŁKA

Wydobył z komódki tę swoją sekretną piszczałkę, przymierzył w dłoniach, właściwymi opuszkami palców zablokował powietrzne otwory, aż jęknęła z braku dostępu tlenu; wtedy nabrał powietrza do płuc, zbliżył usta do płaskiej gardzieli instrumentu i wtłoczył weń swój mocny, jeszcze mocny oddech. Rozlał się dźwięk, ten skowyt, który melodią nie był, lecz histerycznym błaganiem, bolesnym dla uszu zgiełkiem, żądaniem zamilknięcia, po czym nastąpiła cisza tak przeraźliwie inna niż ten jęk i ta dwubiegunowość bezgłosu i szklistego hałasu trwała aż do chwili, gdy z płucnych miechów nie dobywał się już żaden dech, kiedy ustał ten żałośliwy pisk.
Był to znak dany przybyszowi, że może otworzyć drzwi i postawić stopę po tej stronie pokoju, w którym pisarz przebywał na wygnaniu, na tej wewnętrznej emigracji, samotni, gdzie zamierzał, unikając życia przypodobać się śmierci. 
Tedy weszła do wnętrza tej rupieciarni zawalonej księgami, a jedną dłonią przysłaniała lewe ucho; to przez ten bezlitosny zgrzyt wydawany przez piszczałkę - wciąż jeszcze skradał się po pokoju i wydostawał z komór wczesnej pamięci. Powłóczyła wzrokiem po zaśmieconej przestrzeni z tym swoim powtarzalnym każdego tygodnia zakłopotaniem, przeciskała swoje odnóża zwieńczone czarnym, lśniącym, lakierowanym obuwiem, przedostawała się pomiędzy zakurzone szpargały i sterty papieru, które choć w nieporządku, związane były konopnym sznurem, do którego przypięto odręcznie zapisaną notkę wyróżniającą jeden spięty plik kart od drugiego. W jej myślach grzmiało zawołanie: „- więc jeszcze nie teraz, nie dzisiaj” i podeszła do niego, pragnąc się przekonać z bliska, czy aby na pewno jeszcze nie pora na niego. Dociskała go tym spojrzeniem, miażdżąc mu klatkę piersiową, zatykając usta i nos, a on wciąż jeszcze żył i sprawiał wrażenie, że przeżyje i tę noc, i sześć następnych, kiedy ona zjawi się u niego ponownie, aby dopilnować tego, aby się w końcu raz na coś zdecydował, aby już więcej nie zapiszczał na swoim instrumencie, aby wreszcie nie przeżył, bo jego pozycja w kartotece urzędu świadczyła o tym, że na niego już pora, o tak, pora na niego, a urzędniczka musi się zatroszczyć o siebie, o swoją rodzinę i kiedy będzie tak zwlekał z odejściem, to tej superaty nie będzie.
O, tak, była zawiedziona i w tym zawiedzeniu, w tym rozczarowaniu rzuciła w jego stronę kilka słów, okrągłych, szyderczych słów, którymi pochwaliła stan jego zdrowia, odwróciła się na pięcie i potykając się o sterty papierzysk, o książki, które obiecała natychmiast spalić po jego zejściu, dobrnęła do drzwi i wtedy znów rozległ się ten pisk, a właściwie teraz to już rechot jego piszczałki napełnianym powietrzem z płuc.
Przeciągły utwór muzyczny cichł powoli i odchodził w zapomnienie, a kiedy ucichł zupełnie, usłyszał jakiś huk, jakieś trzaśnięcie i wnet w tym dźwięku (miał dobry, wysublimowany słuch) odkrytym poza niedomkniętymi drzwiami, na korytarzu za niedomkniętym drzwiami rozpoznał uderzającą o schody drewniano-metalową kosę. Pomyślał, że to ona tak głucho i metalicznie zarazem upadła, a sam fakt, że urzędniczka zdecydowała się nie zabierać jej do biura i pozostawiła samotną na klatce schodowej, ten fakt nie przerażał go tak bardzo, lecz przymusił do rozmyślań o przyszłości, której niewiele miał przed sobą.
Czym prędzej zabrał się więc do pisania, aby zadać kłam twierdzeniu, że to już po raz ostatni uderza opuszkami palców w klawiaturę, a ona oddaje mu zarysy jego myśli, a on widzi je, przeczuwa, że są coraz bardziej bliskie kropce, którą stawia się po zakończeniu wypowiedzi.
I nareszcie zasnął, nieświadomy tego, że umiera, że nadstawia szyję tej upadłej za drzwiami kosie, i poczuł ból, jakiego nigdy dotąd nie zaznał w życiu, lecz potem cała ta radość objęła go i pokryła pocałunkami.
I jeszcze usłyszał dźwięki marsza.

[10.10.2015 - na miejscu]


10 października 2015

ŚPIEWAJĄCE DZIEWCZYNY




I dziewczyny zaśpiewały w tym offowym filmie, i chociaż zimnem powiało, zrobiło się ciepło, ciepło, gorąco, parzy....


PRZYJACIELE W KOMPLECIE

Nareszcie razem. Udało się w pewną sobotę. Stoliki zestawili pan doktor Koteńko, mecenas Szydełko, inżynier Bek, radca Krach, redaktor Pokorski, stary pisarz i kawiarennik. Posiedzieli do późnej nocy, żegnając ostatni weekend wrześniowy. Co i rusz Adamowa żona coś tam smacznego, najpierw z zakąsek a potem z ciast przynosiła, bo mała Róża spała w najlepsze, jakby przeczuwając, że tej wyjątkowej nocy przeciągnie się przyjaciół spotkanie.
Nie wiadomo jakich pani Maria użyła forteli, ale skłoniła starego pisarza do popróbowania wiśnióweczki, a przecież cały powiat huczy o tym, że miłośnik pisanego słowa spożywa krowie mleko w ilościach do pozazdroszczenia, a jeśli mu od niego jeszcze wątroba nie siadła, nieomylny to znak, że w tęgim zdrowiu wiele lat przeżyje.
Przyjaciele nie potrafili wydostać się ze zdziwienia, jak zgrabnie pan pisarz wiśnióweczkę sączy; zastanawiali się też nad tym, czy aby procentowy, nic a nic do mleczka niepodobny napój, nie wpłynie przypadkiem na dziarskość umysłu pisarczyka, który z alkoholem niewiele dotąd miał wspólnego.
 A przecież  okazja do tego była, a wiadomo, że dobry i szlachetny Polak  przepuścić jej nie może, więc stary pisarz wykorzystał ja i nie przepuścił. Dostał bowiem wiadomość, że za tydzień - dwa ukaże się w druku jego dłuższe opowiadanie.
Radca Krach, który tym razem pełnił wdzięczną funkcję polewacza trunków, skomentował pomyślną wieść tymi słowy:
- Ja pierwszy, panie pisarzu, piszę się na zakup pana książki.
- Kiedy ja paręnaście egzemplarzy otrzymam gratisowo - zwrócił uwagę pisarz.
- Niech pan je dla rodziny, dla szkół przeznaczy, bo wiemy jak te ostatnie przędą - naszym wspólnym obowiązkiem - wyjaśniał pan radca - jest zasilenie konta domowego pana budżetu już choćby z tej racji, że tak przepięknie pan nas opisuje.
- Jako żywo, racja jest po pana stronie, panie radco - wtrącił się do rozmowy doktor Koteńko - a jak tam nasze pisemko? - zwrócił się pan doktor do pana redaktora.
- Nadzwyczajnie - wyrzekł pan Pokorski - co chwila mam jakiś gości, a ogłoszeń co niemiara. Nie dalej jak wczoraj niejakiego Dąbrowskiego u siebie miałem. Ziemię do sprzedania oferuje.
- Ziemię? - zadziwił się pan radca.
- Owszem, ale taką pod sadzonki, ogrodową. Tenże Dąbrowski ma parę kilometrów stąd kompostownię i w niej jakieś amerykańskie robale hoduje, a ostatnio także darń - taka trawę na boiska ma na sprzedaż.
- Robale? Fe - skrzywił się pan mecenas Szydełko.
- Mecenasie - żachnął się radca Krach - toż one najbardziej na przynętę dla ryb się nadadzą. Koniecznie pojechać tam muszę.
- Czy coś się posunęło naprzód w kwestii marketu, panie radco?
- Sprawa jest na jak najlepszej drodze, panowie, choć z miastem, wiecie jak się rozmawia. Chcieliby kasy zaraz, a sami dokładać się nie chcą, a obiekt i plac niszczeją. Ale damy radę. Do mrozów się postawi, bo panowie pomysłodawcy wielce zdeterminowani.
- A jak tam pana córka z zagranicznym zięciem? - spytał z kolei pan Adam - czy znak jaki dali, że przyjadą?
- Rozmawialiśmy ostatnio. Będą pod koniec października.
- To do tego czasu pana leśny domek będzie jak nowy - wtrącił pan radca - przejeżdżałem, widziałem.
Tu pan radca aż głową zatrząsnął, polewając koniaczek i wiśnióweczkę, na którą, bardzo wyjątkowo pani Maria się zgodziła.
- Przyjaciele, muszę wam powiedzieć, że szczerze jestem z zdumiony jakością pracy tej firmy. Co nie powiem, wszystko zrobione, porządnie, schludnie i na czas. Teraz to już tylko wykończeniówka została.
- W końcu ta firma to po części pana dzieło - uśmiechnął się pan Adam.
- Przypadek, przypadek - bagatelizował sprawę pan radca - a ja słyszałem, że pan, Adamie i inżynier Bek z ogródkiem kawiarnianym coś kombinujecie?
- Nie zaprzeczę - odparł kawiarennik - zamierzamy na czas zimy dach nad ogródkiem postawić.
- Tak, tak - przytaknął pan inżynier. Pod koniec października panów zapraszam. To rzecz całkowicie pewna, że dach stanie.
- Jak to miło - ucieszył się mecenas - to znaczy, że offowe filmy będą?
- A będą - potwierdził pan Adam.
- Przysiądź się do nas na chwilę, nasza ozdobo - pan radca przyciągnął rękę pani Marii i obok swojego miejsca na krześle usadził. - Jak tam się miewa śliczna Róża? Czy zdrowa? 
Maria przepięknie się uśmiechnęła.
- Jakże by mogło być inaczej, kiedy doktor Koteńko ilekroć do kawiarenki zachodzi, o Różę pyta i widzieć ją raczy. A mała już tak się znorowiła, że panu doktorowi na kolana siada i „dziadku” do niego mówi.
- Ja widzę, że takich dziadków Róża ma więcej, prawda stary pisarzu? - roześmiał się pan radca.
- A pewnie, pewnie - niepewnym głosem odrzekł pan pisarz, a jego głowa jeszcze niepewniej się zabujała.
- A ja was, panowie, o rozstrzygnięcie sporu teraz poproszę - odezwał się kawiarennik - moja dobra żona myślała nad tym, aby wybrać się od października na studia zaoczne. Umysliła sobie jakieś tam hotelarstwo, co, jak powiada, przyda jej się w branży, jaką prowadzimy.
- Ależ Adasiu… - zapłonęła zawstydzona Maria.
- Ja jej mówię, za rok, jeszcze trzeba Różę odchować. ja wiem, że dalibyśmy sobie radę, koleżanka Marii pomoże… i w ogóle, ale… powiedzcie sami...
- A za rok, drogi mężu - podchwyciła Maria - nowe dzieciątko ci się zamarzy… - tak właśnie rzekła, po czym pokryła twarz purpurą.
- A ja, ozdobo nasza, wcale a wcale panu Adamowi się nie dziwił - roześmiał się pan radca - raz, że parka dobrze by do państwa pasowała, a dwa, że kiedy pan Adam przekonał się, że tak cudowny klejnot z, za przeproszeniem, łona pani Marii na świat się zaprosił, to czemu kolejnym skarbem nie obdarować świata?
Oboje, pan Adam i pani Maria zapadli w głębokie, wiele mówiące milczenie, po czym Maria oznajmiła:
- Drodzy panowie, to, o czym mąż opowiadał, to przeszłość. Przekonał mnie. Jeszcze rok zaczekam. Przemyślałam.
- A o kolejnym potomku, moja ozdóbko, myślisz? - ciągnął wesołą rozmowę pan radca.
- Też - pani Maria spojrzała kochającymi oczami w stronę zastanawiająco zmieszanej twarzy małżonka, a panu radcy pokazała prześliczną figę.
- A ja panowie się cieszę i z tego miejsca jeszcze raz podziękować muszę panu mecenasowi - zmienił temat rozmowy pan doktor Koteńko.
- Ma pan na uwadze Boruckiego i jego ziemniaki? - odezwał się pan mecenas - nie ma sprawy. Wszyscy jak tu jesteśmy pomogliśmy zebrać Boruckiego plon - ciągnął mecenas Szydełko - bo naszym obowiązkiem jest pomagać ludziom będącym w potrzebie.
Przyjaciele pokiwali głowami na znak aprobaty dla słów pana mecenasa.
- A jak, panie doktorze z Boruckim?
- Zdrowieje. W październiku wysyłam go do sanatorium. Początkowo upierał się, że zostanie, lecz po tym, co panowie dla niego zrobili, zmienił zdanie, wiedząc, że nie pozostawia rodziny na pastwę losu.
- No to jeszcze po kieliszeczku - zakomenderował radca Krach, a pan doktor śmiał poczynić uwagę, że wypije ostatniego.
Tymczasem stary pisarz po wypiciu właśnie tego ostatniego wiśniowego przysmaku, niebezpiecznie się zabujał i tylko silne kobiece ramię pochwyciło go w porę i odprowadziło na górę, na pokoje.
Przyjaciele odprowadzili pisarza wzrokiem, w którym mieścił się i smutek, i ten rozbrajający przekorny uśmiech.
- Jednym mówiąc słowem, przesadziliśmy z panem pisarzem - wyrzekł pan radca przepraszającym tonem głosu - a też i ciekaw jestem, czy nasz pisarz o tej niedyspozycji swojej również napisze - na którą to wątpliwość przyjaciele zareagowali serdecznym, soczyście brzmiącym śmiechem.

Lecz to ucieszne przedstawienie nie trwało długo, albowiem w owej chwili w drzwiach kawiarenki pojawiły się panie, które należy wymienić w porządku, w jakim wchodziły do sali. Były to: pani Krach w sukni z dekoltem podbitym cekinami, pani Janeczka Szydełko w zgrabnej granatowej bluzeczce z atłasu, pani Zofia Koteńko w garsonce z bielutkim kołnierzykiem u szyi, pani inżynierowa w szalonym szalu z wielbłądziej zapewne wełny i skromnie, w elegancki bordowy spodnium ubrana pani redaktorowa… a za nimi… o zgrozo… dwie rodzone siostry zakonne przyczłapały w onych nienagannie wyprasowanych szarych kreacjach.
Panie te, podobnie jak wcześniej mężczyźni, spięły dwa kawiarniane stoliki i z dumą, jaka przystoi jedynie najpiękniejszym w wiek bogatym niewiastom, przy tych złączonych stolikach usiadły.
Mężczyźni jak jeden mąż przygryźli natenczas swoje szlachetnie rozmowne jęzory, wskutek czego mieli trudność w wydobyciu ze swego wnętrza choćby słowa.
I byłaby ta nieznośna cisza do końca świata potrwała, gdyby nie pani Maria, która umieściwszy starego pisarza w łóżeczku (tego się nie dowiemy, czy kołysankę mu do snu zaśpiewała), do kawiarenki zeszła i jakby nic wielkiego na świecie się nie stało, do tej gromadki urodziwych niewiast przemówiła:
- Czym mogę paniom służyć?  

[Hagen w Niemczech, 01.10.2015]

PŁASKO

Nareszcie płasko. Zarówno z Maxeville pod Nancy do Cholette-sur-Loing (to w stronę Orleanu), jak i z powrotem z Loury do Metzu w Lotaryngii.
Ale jeszcze przed dojazdem do Maxeville, na 59-ce w stronę Nancy i Saint Die, czeka mnie niemiła niespodzianka. Na tej krajówce, nie żadnej autostradzie natykam się na 6,5-kilometrowy tunel, za który trzeba zapłacić 38 euro, a trasa tak zmyślnie znakami obłożona, że objazd tunelu nieczynny. Jak by nie patrzyć, za kilometr tunelowej trasy płacę sześć euro. Cały pech polegał też na tym, że na służbowej karcie miałem wtedy tylko 30 euro. Wziąłem wobec tego kredytowy do zapłaty w ciągu tygodnia.
Później jest już mniej nerwowo. Mknę na wschód od Paryża w stronę Orleanu. Choć to droga bez większych pagórków czy wzniesień, podobają mi się te przestrzenie, a im dalej na południe, tym piękniej. Zaczynają się te kamienne wioski, strzeliste, oczywiście w kamieniu, kościoły, pola i łąki. Mniej lasów - te pojawia się nad Sekwaną i niżej, w miarę zbliżania się do Loary.
Pod samą firmę docieram o zmroku. Tutaj mam rankiem rozładunek i zanim załaduje się ponownie w Loury, mam do wysłania list. Wystukuję więc w nawigacji najbliższą pocztę i po czterech kilometrach jestem na miejscu. Poczta jakoś schowana w wiosce, nie przy głównej trasie. Wychodzę z auta z zaadresowana już kopertą i pytam o drogę mężczyznę przed trzydziestką. Tłumaczy mi, lecz on również udaje się na pocztę, więc idziemy razem. Nadanie listu kosztuje w tym miejscu chyba najmniej w całej Francji - 95 eurocentów. Chcę zapłacić, bo mam jakieś resztki gotówki, niewiele ponad pół euro. Czytnik nie przyjmuje jednak tak małej sumy opłaty. Już zamierzam zrezygnować, kiedy ten sympatyczny mężczyzna zakłada za mnie 40 eurocentów i list zostaje wysłany.
Działo się to w niewielkiej wiosce Pannes. Muszę to zapamiętać, bo może dobry los sprawi, że oddam te 40 eurocentów, kto wie.
W Panny jest taka niewielka cukiernia a w niej, w oszklonej ladzie, tuż za szybą ogromne jak trzy pięści ciastka bezowe. Takich jeszcze nie widziałem, z rodzynkami, kandyzowanymi owocami. Aż mi ślinka cieknie. Pewnie bym kupił, ale bezy są ponoć bardzo niezdrowe (sic!).
Robię parę zdjęć na głównym placu wioski. Typowa sceneria: strzelisty kościół i przed nim pomnik z wyrytymi nazwiskami żołnierzy (domyślam się - obywateli wioski) poległych w wojnie z Prusami (1870-71) i później podczas działań I-szej wojny światowej.
Bardzo sobie to cenię, że w taki właśnie sposób, w centralnym punkcie wioski czy miasteczka, tuż przed kościołem, a często w jego murach, Francuzi czczą pamięć tych, którzy walczyli za ojczyznę. U nas głównie tablice poświęcone księżom i świętym, a ostatnio wszędzie, wiadomo który, papież.
W Loury, gdzie się ładuję, czeka mnie kolejna niespodzianka. Do przewiezienia mam ciężką stalową konstrukcję ważąca ponad dwie tony i przekraczającą ładowność peżocika numer dwa o całe 600 kilogramów. Ładują mi ten towar wysokim, trzydziestometrowym dźwigiem na poły z pokaźnym załadunkowym wózkiem Manitou. Jakoś się udało, ale przede mną prawie 450 kilometrów trasy z przeciążonym autem. Jadę więc powoli, nie przekraczam osiemdziesiątki i w bardzo wielu miejscach ustępuję drogi innym autom. Do Metz dojeżdżam szczęśliwie przed zmrokiem. Tutaj pod firmą nocny postój. Rankiem rozładunek, również przy pomocy Manitou. A poza tym piękna, jesienna pogoda, słonecznie choć wietrznie. Gdybym był w kraju, powiedziałbym, że mamy Złotą Polską Jesień.

[Metz we Francji, 30.09.2015]

08 października 2015

PRZYGODA Z KOŃMI

Pamiętał, że kiedy się zatrudniał, świniarnia jeszcze działała. Po drugiej stronie drogi stała natomiast obora a w niej mleczne krowy. Taka starszawa pani, kawał baby, stróżowała wtedy, a była bardzo rozmowna i kiedy szło się po mleko, trzeba było swoje odstać, wdając się w pogawędkę. Jakiś czas potem babka umarła, a jej śmierć zbiegła się ze śmiercią gospodarstwa.
Ówczesny dyrektor zdążył jeszcze pobudować nowoczesna oborę, ale zaraz potem go zwolnili, bo za dobry był dla ludzi i za dużo chciał zrobić. Taka nowoczesna obora dla krów to nowe obowiązki, to praktyki dla uczniów, w dzień i w nocy trzeba przy tym chodzić, a przecież można dostawać wypłatę, nie trudząc się zbytnio. Jak popadnie w ruinę, mniej będzie roboty.
Po zmianie właściciela szkoły nową oborę sprzedano, bo powiatowi pieniądze potrzebne były, a że poniżej wartości, kto by o to zawracał sobie głowę. I w ten sposób zaniechano produkcji mleka, a trzody chlewnej się pozbyto.
Kiedy lustrował świniarnię wiadomo już było, że nie ma szans na produkcję tuczników. Zaniedbana, nic dziwnego, trzy lata prawie bez właściciela. Nawet szczurów i myszy nie było - samą słomą się nie pożywią.
- Po pewnych przeróbkach dałoby się ją przekształcić w stajnię - powiedział pewnego razu - w miarę wysoka, ciepła, mury niezniszczone, docelowo da się sporządzić sześć stanowisk, ale moglibyśmy na początek zacząć od trzech. Co to za problem postawić lub podwyższyć istniejące ścianki działowe z cegieł, które są pod ręką.
- Panie, ale ile z tym roboty - powiedział pracownik.
- Dwa, trzy dni uporządkujemy wnętrza. Potem trzeba wydezynfekować, wybielić, to, dajmy na to tydzień. Kolejne dwa tygodnie, no, powiedzmy trzy, przeznaczy się na ścianki działowe, bo przy okazji trzeba będzie brakujące szyby w oknach powymieniać, a może i ze dwie ościeżnice z nowymi oknami wstawić. Ileż to roboty?
- A skąd, panie, konie?
- Mam znajomego. Zawołany koniarz. Pomoże.
- Ale… panie, po co nam konie?
- Panie Dąbczak, zaczniemy od jazy konnej i hipoterapii.
- A kto będzie uczył tej konnej jazdy? Przecież te nasze panie to i do pasania krów się nie nadają - Dąbczak wystraszony odwrócił od niego wzrok.
- Ha, a to moja w tym głowa.

Dwie młode dziewczyny, po studiach, odpowiedziały na jego maila. Porozmawiali telefonicznie i w końcu przyjechały.
- Najważniejsze jest to, drogie panie, że obie macie stosowne uprawnienia do nauki jazdy konnej i hipoterapii. Bez tego nie mógłbym pierwszego kroku postawić.
- Poszłyśmy na SGGW właśnie dlatego, aby po studiach pracować przy koniach. Dodatkowo te kursy pokończyłyśmy - powiedziała jedna z nich.
- A na hipoterapię namówiła nas pani profesor S. - dodała druga.
- A byłem, byłem, widziałem się z nią, rozmawialiśmy. Oprowadziła mnie po nowych akademickich stajniach. Mam nawet jej książkę o hipoterapii z jej własnym podpisem.
- Był pan? - zdziwiła się pierwsza.
- Drogie panie, prace nad remontem świniarni to jedno, a kwestie organizacyjne to druga sprawa. Żadnej nie można zaniedbać.
- A gdyby pan miał problemy z pozyskaniem koni - zagadnęła druga - to znam takie miejsce, skąd można pozyskać bardzo tanio lub wręcz za darmo. Do nauki jazdy konnej pewnie się nie zdadzą, lecz do hipoterapii, jak najbardziej.
- Świetnie, że mi pani o tym mówi. Najważniejsze są chęci i odrobina wyobraźni.
Skończyli właśnie obiad na stołówce. Pili kawę.
- A więc tak. Tutaj panie będą się stołowały. Jeden, albo jak chcecie, dwa pokoje dla pań się znajdą, mamy umeblowane czwórki i trójki. Z dokumentów, jakie mi przedłożyłyście wynika, że możecie śmiało uczyć produkcji zwierzęcej plus zajęcia praktyczne. Nie wyjdą z tego pełne etaty, ale z biegiem czasu spodziewam się, że dorobią sobie panie naukami jazdy i hipoterapią.

- No dobrze, mówi pan, że konie załatwi - zaczęła jedna - ale czym pan je wyżywi?
- Mamy ponad dziesięć hektarów gospodarstwa i hektar łąki. Myślę, że dla czwórki koni to wystarczy.
- A wiem pan, czym należy obsiać? Samym owsem koni pan nie wyżywi - zaśmiała sarkastycznie druga.
- Jeśli nie wiem, to się dowiem - odciął się krótko - ponadto istnieją transakcje wiązane a i w wytwórni pasz mam znajomości. Proszę się o to nie martwić.
- A kto się będzie opiekować końmi?
- Myślałem, że panie po studiach rolniczych mi pomogą. Ponadto te dwie młode panie znają się na hodowli koni lepiej od nas wszystkich. Są też pracownicy, uczniowie…
Zawrzało, zaszumiało.
- Panie dyrektorze, uczniowie w gospodarstwach mają teraz traktory, a nie konie - przypomniała pierwsza.
- To zamierza pan zatrudnić te obie panie? -zapytała z niepokojem druga.
- Mimo wszystko - tłumaczył się - gros uczniów pochodzi ze wsi i na hodowli zwierząt znają się lepiej niż my, jak tutaj siedzimy. Tak właśnie zamierzam je zatrudnić. Do produkcji zwierzęcej i na zajęcia praktyczne.
Trafił w czuły punkt. Mniej godzin dla nich.
- A jak pan sobie wyobraża - napoczęła temat trzecia - tę naukę jazdy i hipoterapię.
- Obie panie mają przygotowanie do prowadzenia tych zajęć.
- Mnie chodziło o to, czy bezpłatnie, czy trzeba będzie płacić?
- Bezpłatnie, mówię o nauce jazdy konnej, dla naszych uczniów i dla państwa, jeśli ktoś się zdecyduje. Odpłatnie dla pozostałych.
- Czy mam przez to rozumieć - kontynuowała trzecia - że te panie będą zarabiały na naszych koniach?
- Dobrze pani myśli.
- A czy to aby zgodne z prawem?
- Zorganizujemy to tak, aby było zgodne z prawem.
- A co na to ministerstwo? - dorzuciła pierwsza.
- Ministerstwo biorę na siebie. Przekonam.
- A w ogóle to po co mamy się w ten interes angażować? W ten pana kaprys - rzekła druga.
- Po to, droga pani, że z każdym rokiem mamy coraz większe problemy z naborem. Mniemam, że pani chciałaby jeszcze uczyć w naszej szkole, ale tu same chęci nie wystarczą. Potrzeba do tego uczniów, nie sądzi pani? Będziemy szkołą, która uczy jazdy konnej i świadczy usługi społeczeństwu w zakresie hipoterapii.
- Z tego samego powodu zamierza pan pobudować tę galerię rzeźbiarską? - odezwała się pierwsza.
- Tak, proszę pani. Jeśli nasza szkoła ma czymś przyciągać uczniów, to musi swoimi działaniami wykraczać ponad standard.
- My to oczywiście doceniamy, panie dyrektorze - trzecia zdobyła się na kompromis, lecz zaraz potem dodała - ale czy to się uda? To przecież wykracza poza pana możliwości i kompetencje.

Kiedy dzisiaj przypomina sobie tamte rozmowy, atmosferę, jaką wywołał chcąc coś zmienić, dochodzi do wniosku, iż może lepiej się stało, że nie wykroczył poza wyobrażenia, plany, marzenia, bo jeden człowiek, choćby nie wiedzieć jak bardzo był zdeterminowany, nie jest w stanie zmienić ludzi, którzy nie potrafią wyjść spojrzeniem poza teren własnego, przydomowego ogródka.

[Metz we Francji, 29.09.2015]

GALERIA SZTUKI RZEŹBIARSKIEJ

Przechowalnia warzyw i owoców to taki budynek gospodarczy, murowany, z całkiem solidnym dachem, podpiwniczony, z ganeczkiem, przez który wchodzi się do głównego pomieszczenia. Ganek miał nieco gorsze zadaszenie, a na swoich szesnastu metrach kwadratowych mieścił biurko, krzesła i stertę zmurszałych, drewnianych skrzyń na owoce. Stał tam też żeliwny piecyk na pękatych trzech nogach i wiadro wypełnione do połowy węglem. Do ganku prowadziły schodki, sześć ich było lub siedem, ceglane, i podniszczone. Wejścia z ganku do pomieszczenia przechowalni broniły drzwi tęgie, dębowe z żelaznymi pordzewiałymi okuciami. Wielki klucz pasował do zamku i kiedy drzwi odemknął, nacisnął przycisk włącznika światła, który znajdował się po prawej stronie od wejścia na wysokości barku. O dziwo rozbłysło światło, jedna wprawdzie, nieoprawiona w klosz żarówka, lecz solidnie rozświetlająca ciemne pomieszczenie, do którego docierały wątłe rozblaski dnia poprzez wentylacyjne okienka, równomiernie rozłożone po trzech ścianach obiektu, wyjąwszy tę, która przylegała do ganku. Dzięki temu żółtemu światłu mógł się przekonać, że pomieszczenie posiada dwa poziomy: niższy obniżony o jaki metr, zajmował centralną część obiektu, a schodziło się doń schodkami od strony ganku; Na wyższym, okalającym zewsząd poziomie odnalazł skrzynki drewniane i plastykowe, jakieś narzędzia, kosze i niestarannie zwinięte w rulony połacie watoliny. Przyglądał się przez chwilę tej oświetlonej, choć wciąż przez panujący w niej bałagan, ponurej komorze i zaświtała mu myśl.
- Po pierwsze - pozbyć się tych skrzyń, koszy i innych rupieci. Po drugie - zniwelować różnicę poziomów. Mało to mamy gruzu po remontach i kamieni? Wyrównać tym gruzowiskiem i zalać betonem.
Po trzecie - wybić dwa otwory okienne w południowej i zachodniej ścianie. Wstawić okna - od razu się rozjaśni. Po czwarte - rozprowadzić elektryczność. Punktowe oświetlenie od góry i z dołu podkreśli walory starego, ceglanego wnętrza tak jak w obiektach sakralnych. Po piąte - w rogu pomieszczenia przylegającego do ganku, tam gdzie teraz są schodki prowadzące do podpiwniczonej niszy, postawić kominek (bliskość otworu kominowego ma tu również swoje znaczenie). Po szóste - jeżeli nie zamurować na stałe otworów wentylacyjnych, to uzbroić je w ruchome, metalowe zastawki dozujące ilość powietrza dochodzącego z zewnątrz. Po siódme - to już kwestia czysto artystycznego podejścia. Stanowiska na rzeźby wokół sali (tu trzeba zsynchronizować oświetlenie), a pośrodku duży stół, ale taki solidny, aby mógł pełnić funkcję i miejsca pracy, i dla biesiad, zebrań i tym podobnych. Oczywiście również krzesła, a najlepiej zydle i w zaproponowanym stylu przez rzeźbiarzy. A tak, to będzie ich zadanie - umeblować galerię. Po ósme - doprowadzić do porządku ganek, założyć nowy dach. Po dziewiąte - sprzątnąć oba pomieszczenia, jakoś to wszystko ogarnąć i wypucować każdą cegiełkę z osobna (tu przyjdzie się kogoś poradzić).
Jakie to szczęście, że obiekt jest z zewnątrz wyremontowany, odnowiony. Należy jedynie przyciąć gałęzie jesionu, które dotykają dachu. I to jest jeszcze ważne, proszę zauważyć, że po południowo-zachodniej stronie rozpościera się spora polana, łąka, odgrodzona od reszty szkolnej posiadłości żywopłotem. Czyż nie będzie to wymarzone miejsce dla rzeźbiarzy? Dla pracy w terenie?
Był przekonany, że to może się udać i w ten sposób powstanie jedyna w swoim rodzaju galeria i miejsce pracy twórczej dla okolicznych rzeźbiarzy, którzy swego miejsca nie mają. Część większych rzeźb zabezpieczy się i postawi na betonowych, wkopanych w ziemie fundamentach. Niech stoją w parku wokół szkoły. Pozostałe znajdą swoje miejsce w galerii utworzonej w starej przechowalni. A instalacja tychże? Cóż, to kwestia wyobraźni, smaku i fantazji. Osobiście wyobrażał sobie, że te tak popularne w ludowej sztuce anioły zawisną ponad głowami zwiedzających, a te nie mniej obecne w rzeźbiarskiej tematyce diabły, skradać się będą w z najniżej położonych zakamarków sali. Gdzieś pośrodku, na wysokości wzroku rozmieści się te Chrystusy frasobliwe, te tryptyki poczęte dłutem, te posągi bab i dziadów, świętych i zwykłych parobków pracujących na roli, jakieś świątynie i chaty, ule i zwierzęta. I, jeszcze raz podkreślił, bardzo ważne jest światło i takie nim manipulowanie, aby dzięki niemu wydobyć strukturę drzewa, formę i pełnię kształtów.
Poinformował o tym rzeźbiarzy. Byli zachwyceni.
- Takie miejsce, panie, takie miejsce! Wreszcie będziemy mieli gdzie pójść, aby się spotkać, aby coś zrobić wspólnie. Jakiś plener, warsztaty. Kto tam dzisiaj uczy rzeźby albo sztuki ludowej w ogóle. Jak byłem w Finlandii to pokazali mi w podstawowej szkole, że dzieciaki uczą się takie rzemiosła od najmłodszych lat. Nie żeby od razu robić z nich artystów, ale po to, aby doceniły to, co przed ich urodzeniem stworzyły ludzkie ręce. Wreszcie będziemy mogli gdzieś swoje rzeźby wystawić, ludziom pokazać, a i może łatwiej wtedy będzie co sprzedać, bo każdy będzie wiedział, gdzie się udać.
Zapalili się do pracy przy restauracji budynku, przy budowie tego dachu na ganku.
- A mebelki, panie dyrektorze, takie zmajstrujemy, że sam pan by je chciał mieć w domu.
Kiedy dzisiaj spotyka tych ludzi, jest mu cholernie głupio, że nic z tego nie wyszło. Siła wyższa zwyciężyła rozsądek i fantazję. Co ma mówić?
- Teraz już nic ode mnie nie zależy - tłumaczy.
- Wielka szkoda, ale nic się nie poradzi. A wie pan… jak to pięknie było pomarzyć.

[Chalette sur Loing, we Francji, 28.09.2015]

07 października 2015

NOWĄ TRASĄ PRZEZ ALPY I JURA

Do Włoch tym razem wpadam na pół dnia i noc. Mam towar z  Veynes z Francji i wiozę go do Strambino, na północ od Turynu. Utrzymuje się piękna, słoneczna pogoda, choć noce i poranki są zimne.
Jadę dobrze znaną mi trasą przez Gap, alpejską, ale jak dla mnie, niezbyt wymagającą. Rozładowuję się o czasie i zmykam do Venarii pod Turynem na weekendowy załadunek. Majaczę na załadunku. Szesnaście skrzyń ułożonych piętrowo, po osiem, wypełnia całą krypę. Ładunek przekracza o 100 kilogramów normę, co ma znaczenie, gdy jedzie się przez Alpy. Mam trzy dni na pokonanie drogi pomiędzy Venaria a Sausheim w Alzacji, a więc spokojnie. Ponieważ zbliża się wieczór, decyduję się na pierwszy postój jeszcze we Włoszech, przed wjazdem w Alpy - po włoskiej ich stronie jest znacznie cieplej. Nazajutrz po dziewiątej wyruszam w drogę. Kombinuję z nawigacją tak, aby nie poprowadziła mnie przez Szwajcarię, do której nie mogę wjeżdżać, choć droga przez nią jest krótsza o całe 100 kilometrów. Wybieram więc nowa trasę przez przełęcz pod Mont Cenis. 

Mont Cenis

No i zaczyna się wspinaczka - długa, powolna, wyczerpująca tak jak ta niedawna na szczyt Serentino. Cały problem nie sprowadza się tyle do tej obfitej w ostre podjazdy i serpentyny trasy, a raczej do faktu, że mam przeładowane auto, które zachowuje się nie tak jak powinno. Męczę więc peżocika na niskich biegach i staram się nie szaleć biorąc ostre zakręty. Wreszcie docieram pod Mont Cenis. Krajobraz przecudny. W dali ośnieżone 3,5 tysięczniki. Pod górą, już po francuskiej stronie rozpościera się cudownie modre jezioro, zagrodzone od wschodu przemyślną kamienną tamą.

jezioro u podnóża Mont Cenis z widokiem 
na osnieżony, ponad 3,5 tysięczny szczyt 

Później, aż pod Albertville jest już łatwiej, bardziej z górki. Wpadam na pomysł, aby ominąć Chambery. Wybieram krótszą, ale znacznie trudniejszą trasę i pakuję się w karkołomnie trudny podjazd na wysokość bardzo niewielką, bo zaledwie 950 metrów. Podjazd jest krótki, lecz niezwykle stromy. Nad głową mam szczyt widoczny spod Grenoble, który ochrzciłem mianem „Góry wiedźm” czy jak go tam nazwałem. Charakteryzuje się tym, że niemal zawsze otaczają go chmury. Ciekawe, że na tej górze, gdzie mieszkają wiedźmy stoi krzyż.
Z Alp zjeżdżam w Jurę - to urocze, niezbyt wysokie, wapienne górki i skałki, przedzielone rzekami, strumykami i wodospadami. Jedzie się przez nie malowniczymi wąwozami, ale także przez las, najpiękniejszy w całej Francji. Tu robię drugi nocny postój, pozostawiając sobie 240 kilometrów do celu.
W niedzielę wyruszam o trzynastej. Wciąż Jura - skałki, wąwozy, rzeka. Stopniowo zjeżdżam coraz niżej - rozległe pastwiska, łąki, a na nich pięknolice krówki i rzadziej, owce. Próbuję precyzyjnie scharakteryzować ten region, a zatem: jadąc na wprost widzisz po lewej stronie pokryte soczyście zieloną trawą wzgórza (na nich wspomniane wcześniej zwierzęta), dalej - droga, która jadę, po prawej - równoległa do szosy towarzyszka - kolej żelazna, za torowiskiem - rzeka, za nią szeroka łąka (znów krowy), dalej z prawej strony - zalesione wzgórza. Dla mnie to idealny układ warstw krajobrazu, który ulega zmianie, gdy dojeżdżam do wioski czy miasteczka. Wtedy po lewej stronie widać domy zamiast pastwisk, podobnie za rzeką jest miejsce dla zabudowań. Wygląda to tak, jakby w pewnym momencie wzgórza po obu stronach drogi rozstępowały się, dając miejsce wiosce lub miastu. 

w tym miejscu Jura jest nieco niższa, lecz urocza

Jadąc wciąż przez Jurę, gdzie dominują już rozleglejsze łąki, zabieram autostopowicza. Podróżuję z nim dobre 40 kilometrów. Rozmawiamy z sobą, bo dobrze mówi po angielsku.
A później zjazd do Saint Hippolyte i dalej w stronę Belfort i Mulhouse (Miluzy). Do Sausheim dojeżdżam przed siedemnastą. Mam prawie czternaście godzin czasu na odpoczynek.

[Sausheim we Francji, 27.09.2015]

SPRAWY PANA POSŁA

Przyjmował w poniedziałki. Poniedziałki przeznaczone były na spotkania z interesantami. Zawsze znalazł się ktoś, kto chciał się poskarżyć, załatwić jakąś sprawę, „przepchnąć” coś, ewentualnie zwrócić uwagę na palący problem. Miał tyle spraw na głowie, że marzył o tym, aby choć raz nie zaprzątano jej, kiedy miał dyżur.
Dwóch panów prawników siedziało przy swoich biurkach. Bez nich nie dałby sobie rady. Co z tego, że jest posłem? Nie musi znać się na prawie. Od tego ma ludzi, którzy dbają, aby się nie zamotał w przepisach, nie ugrzązł w kruczkach prawnych i nie wyszedł na durnia. W sejmie jest jeszcze lepiej. Tam są posłowie-prawnicy, niech się martwią, a zresztą i tak w najważniejszych sprawach związanych z głosowaniami nad projektami ustaw i tak decyduje wąskie grono kierownicze, a nawet sam przewodniczący. W terenie jest znacznie gorzej, bo tu ludzie na przepisach się znają. Przyjdzie taki jeden z drugim, sprawę ma ważną, tłumaczy, że został skrzywdzony, bo prawo mówi tak a tak, paragrafami rzuca i dowodzi, że pogwałcono przepisy, i dlatego prosi o wsparcie.
Oczywiście mógłby takich delikwentów najnormalniej w świecie zbyć; zanotowałby w kajecie nazwisko i czego sprawa dotyczy, wziąłby kopie dokumentów, a na pożegnanie powiedziałby:
- Zobaczymy, co da się zrobić, trzeba być dobrej myśli - a potem, przy następnym spotkaniu rzekłby tak:
- Sprawa pana jest na dobrej drodze. Uruchomiłem wszystkie możliwe opcje - albo:
- Kochany, nic nie da się zrobić. Przedawnione - albo:
- Tam niestety dojścia nie mam. Tego pilnują rządowi.
Czy nie zostawiał z kwitkiem ludzi w ten sposób? A pewnie, nie raz mu się zdarzało, ale jednak prawników warto mieć u boku. Jak ludzie widzą w biurze poselskim prawnika, to od razu nabierają zaufania. No przecież poseł musi mieć najlepszych, myślą.
Dlatego właśnie zatrudnił tych panów, zwłaszcza że córka skończyła już ogólniak i w ramach kompensaty jeden z mecenasów zatrudnił ją jako swoją sekretarkę. Posłowanie posłowaniem, ale o rodzinę należy zadbać. Nie tylko zresztą o rodzinę. A ta jego sekretarka, sekretarka pana posła to niby w jaki sposób dostała stanowisko w jego biurze?
Należała swego czasu do opozycji w powiecie, a tu rozchodziło się o ten jeden, jedyny głos, aby mogła powstać nowa koalicja. Poszedł wtedy do jej domu, przekonywał, tłumaczył, że jeśli przejdzie na jego stronę, odwdzięczy się stanowiskiem. Niemal przez cztery lata może być spokojna o pracę.
O, takie właśnie sprawy najlepiej potrafił załatwiać, a prawo…dajmy sobie temu spokój.
- A w ogóle to powinno być tak - myślał sobie - że jeśli ktoś ma cos do mnie i przychodzi z jakąś sprawą, to jeśli mam mu coś załatwić, to niech to będzie osoba z mojej opcji. Przepraszam, Winnetou, nie głosowałeś na mnie, to po jaką cholerę idziesz do mnie i prosisz o pomoc? Ta publiczna służba, działanie w interesie nie tylko własnych wyborców ale i społeczności lokalnej to przecież fikcja.
Świadomość tego swoją drogą, ale o wizerunek należy zadbać. Nie będzie przecież publicznie mówił, że tylko swoim pomoże. Więcej - będzie się udzielał w mieście, powiecie, gminie, będzie się spotykał z każdym i zapewniał o pełnym swoim poparciu bez względu na to, kto go poprosi i z jakiej będzie opcji.
A czasami to aż miło podpiąć się pod kogoś, kto coś już załatwił.
Weźmy taki kilometr wyremontowanej asfaltowej drogi w gminie. Sprawę przepchnął jakiś Iksiński lub Igrekowski, ale jak tu nie zaprosić na uroczyste otwarcie pana posła? Trzeba wykonać telefon. Najlepiej niech to zrobi sekretarka.
- Panie sekretarzu - mówi ona - nie uważa pan, że na otwarcie drogi należałoby zaprosić pana posła? On tak o nią zabiegał. Bez jego poparcia…
- Ależ tak, oczywiście. Stawię się z zaproszeniem osobiście w biurze pana posła w przyszły poniedziałek.
Panu posłowi lepiej w drogę nie wchodzić, bo nawet jeśli nie ma nad tobą bezpośredniej władzy, to politycznie, po linii partyjnej - strzeżcie się pana posła, zwłaszcza że pamiętliwy.
Pan poseł rozciągnął swoje sejmowe ciało w fotelu. Przyjemnie mu było, żadnego interesanta i do tego aromat kawy tak cudownie falował w powietrzu. Drzwi do sekretariatu były zamknięte, lecz dochodziły do niego strzępy rozkosznej rozmowy, jaką prowadziła pani sekretarka z panami mecenasami. Spojrzał na zegar ścienny wiszący nad drzwiami. Zostało jeszcze tylko pół godziny, najdłuższe pół godziny dzisiejszego dnia.
- W sumie to powinienem być zadowolony - pomyślał sobie - kiedy już mnie wybrali, stałem się panem sytuacji. Mogę wreszcie psychicznie odpocząć. Najgorsze są zawsze te trzy miesiące przed wyborami. Najpierw walka o miejsce na liście a potem te bezustanne spotkania. Człowiek zmienia się w podróżnika, objeżdża okolice, tu miting, tam zebranie, jakiś raut, proszona kolacja, wizyta, spontaniczny wiec, a te ulotki, telewizyjne nagrania, prasa, radio, krawiec, fryzjer, wizażysta… ech.
Miałem nosa, aby pojeździć po średnich szkołach. To ważne, bo najstarsze roczniki to jego potencjalny elektorat. A jak się z taką młodzieżą rozmawia? Recepta jest prosta: napsioczyć na rząd, podtrzymać nastrój buntu i niezadowolenia.
- Proszę bardzo, jeżeli nie chcecie zmian, zostańcie w domu albo głosujcie na tamtych. Ale weźcie to pod rozwagę, że od popierania tamtych nie przybędzie miejsc pracy. Aż mi was żal, kochani, że musicie się szwendać po zagranicy, bo w kraju, jeśli nawet dostaniecie pracę, to za takie pieniądze, że… sami wiecie. A tu trzeba zmian… a my mamy program, tak, tak, kochani, mamy program dla was, dla młodych. A ty, młody człowieku, co zapytałeś przed chwilą, dlaczego, skoro mamy program, to dlaczego go nie realizujemy. Odpowiem ci prosto: aby móc go zrealizować, musimy odsunąć od władzy tych, którzy rzucają kłody pod nogi, którzy wami gardzą, poniżają was i wysyłają na poniewierkę za granicę. Chcecie tego? Jeśli nie - sprawa dla mnie prosta.
O tak, z młodzieżą świetnie się rozmawia.
- A mój syn… młody jest, technikum skończył i też trzeba nim pokierować, choć to rogata dusza. Ale jak mu kupiłem samochód, to może wreszcie ojca doceni. A on na to, że siostrze załatwiłem mieszkanie. To mu mówię, że jego siostra ma kawalera, niedługo ślub, więc najbardziej im potrzebne mieszkanie, a samochód to przyszły zięć ma, więc na razie jeden im wystarczy. Niech sobie pobiedują z jednym, będzie ojca słuchała, dostanie drugi, żeby sobie kierownicy z rąk nie wyrywali. A ty byś się w końcu ustatkował. Nie ma to panien, które nie chciałyby posłowego syna? Załatwiłem ci tę fuchę w agencji, to pilnuj się tego, co masz. Ty wiesz ilu by chciało być na twoim miejscu? Myśl o przyszłości. Ojciec nie jest wieczny. O sobie też muszę pomyśleć. Dzisiaj mamy mieszkanie, działkę, daczę na niej, mamy po samochodzie z matką, ale… a nuż mnie nie wybiorą na następną kadencję. Ale faktycznie rozwiązań jest wiele. Jak do parlamentu nie wejdę, to może pójdę do województwa, powiatu, miasta, gminy; może się na wójta albo burmistrza jakiegoś załapię, a jak się uda, to może i na europosła wystartuję. Że żadnego języka nie znam? Tam przecież wszystko tłumaczą. Faktem jest, że nieźle byłoby się w jakiejś spółce ustawić - stara wiara pomoże. Że co, że nie znam się na niczym? A polityka? A stare znajomości? Daję sobie radę na poselskim stolcu, to mam sobie nie poradzić w głupiej spółce?
Cholera, dopiero kwiecień. Pewnie i tym razem przyjdzie mi czekać do sierpnia, aż nad te jeziorko, do tej pobudowanej daczy pojadę. W przeciwieństwie do dzieciaków, ja tam wolę w kraju odpoczywać. Mało to się najeżdżę po świecie? Dzieciaki niech sobie jadą do Włoch, Hiszpanii czy do Grecji. Ich sprawa.
Żeby tylko mi się ten syn ustatkował. Mówię, że załatwię mu to mieszkanie, ale niech mi udowodni, że jest coś wart. Pogodziłem się już z tym, że odrzucił karierę polityka, choć to wielka szkoda, bo wyszczekany jest jak mało kto. Po ojcu to ma, więc nawet dobrze… dobrze się zapowiadał, ale teraz to niech w tej agencji się trzyma rękoma i nogami. Spiszesz się, mówię, pójdziesz wyżej, awansujesz, moja w tym głowa, a wtedy to mieszkanko ci załatwię, tyle że z byle kim się nie spotykaj, a broń cię Panie Boże z jakąś siksą z innej opcji. To byś mi zrobił niezłą reklamę.
Wejście pani sekretarki przerwało jego wewnętrzny monolog.
- Panie pośle - wyrzekła przyciszonym głosem - Zetowska do pana - położyła na biurku kartkę z imieniem i nazwiskiem.
Spojrzał na nią a potem na zegar. Dwadzieścia minut.
- Nie nasza, pani Krysiu. Pewnie w jakiejś osobistej sprawie.
- W osobistej i ważnej - odparła.
- A któż przychodzi do mnie w nieważnych sprawach, pani Krysiu? Jeśli osobista, Markowski niech ja załatwi.
- Rozumiem, panie pośle.
- A ja, pani Krysiu, chciałbym dzisiaj trochę wcześniej zerwać się do domu. W razie czego wie pani, co powiedzieć?
- Oczywiście, panie pośle. Interwencja albo ważne spotkanie.
- Tak, tak właśnie. A ja tymczasem ubiorę się i celowo przejdę przez sekretariat, ucałuję dłoń pani Zetowskiej… no wie pani… uprzejmości wymienię i sam wskażę mecenasa Markowskiego. To będzie poważniej wyglądać.
Po pięciu minutach pan poseł odjeżdżał spod poselskiego biura swoim własnym, grafitowym mercedesem. Odjeżdżał w bardzo ważnej sprawie.

[Avigliana we Włoszech, 25.09.2015]

NIGDY WIĘCEJ

Coraz bardziej mijają dni, coraz bardziej. Do moich obserwacji wkrada się dwuznaczność. Ilekroć przejeżdżam przed ósmą albo po szesnastej, siedemnastej obok szkół… tak jak dzisiaj we Francji w Gap, gdzie omyłkowo zjechałem z ronda w niewłaściwą drogę, która poprowadziła mnie do centrum… i przejeżdżałem obok dwóch szkół elementarnych… ilekroć to robię, obserwuję i gnębią mnie wspomnienia.
Obok szkół trzeba przejeżdżać powoli. Matki odprowadzające swe dzieci, auta, z których wysypują się maluchy, autobusy objeżdżające wioski i zgarniające z przystanków, z umówionych miejsc uczniaków, tych najmłodszych i tych starszych. Albo te nastolatki z plecakami, z torbami na ramieniu, maszerujące do i ze szkoły, te gromadki młodzieży wychodzącej pod czujnym okiem nauczycieli. Albo te dwie panie w Niemczech, opiekunki sporej grupy maluchów, prowadzące je bóg wie dokąd, może do kina, teatru, na plac zabaw. A zdarzył się też taki widoczek z Francji: na nim pani nauczycielka z dziećmi w parku, na łące, przyszła, aby ta rozbrykana czereda mogła rozpoznać i nazwać rośliny, drzewa, a może i owady.
Ale przecież i w Polsce, w Kaliskiem czy w Leszczyńskiem… gdy przystanąłem przed pasami, pozwalając przejść przez nie grupce zmierzających do szkoły, z wieku widać, gimnazjalistów, a jedna taka niska dziewczynka to niemal w pas mi się ukłoniła, tak zabawnie dygnęła jak przed publicznością po zakończeniu występu artystycznego.
Nieuchronnie w taki czas powracają wspomnienia.
Pierwszy września. Apel. Jeśli tylko dopisywała pogoda - na świeżym powietrzu, na boisku, na placu przed szkołą. Dawno temu. To była podstawówka, która nie posiadała sali gimnastycznej. Później apele odbywały się głównie w sali. Punkt dziewiąta. Przemówienie ministra od oświaty.
Dosyć!
Mój Boże, tyle lat zmarnowałem w nauczycielskim zawodzie, tyle lat, i nikt mi ich nie zwróci.
Oto bezsens ludzkiego życia - upływający czas, upływający, zmarnowany czas.
Zaprzęgnijcie mnie jako pług do traktora. Nie pociągnie. Zaprę się. Nie ruszy z miejsca. Nie wyda ani jednej skiby. Szkoła? Nigdy więcej. Nigdy! Dość tych zaprzepaszczonych lat!
Gdyby tak można było stracić pamięć, wymazać z niej te prawie dwadzieścia pięć lat życia.
Dzisiaj bardzo się boję pytania:
- Jaki jest pana wyuczony zawód?
Wolałbym odpowiedzieć:
- Niewykwalifikowany robotnik.

(może trochę nie a'propos, ale ładnie)


[Avigliana we Włoszech, 25.09.2015]