Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

28 listopada 2024

PROFESOR TUTKA (22) WYKŁAD PROFESORA TUTKI W WYŻSZEJ SZKOLE HANDLOWEJ.

 



Gdy wspomniano nazwisko pewnego profesora, rejent powiedział, że słyszał od studentów, iż wykłady jego określane są jako «suche». Na to odezwał się sędzia:

Jak uczeń jest leniuchem i nie chce myśleć, będzie on zawsze oskarżał profesora o to, że wykłady jego są nudne lub suche. Mury wyższej uczelni to nie magazyn ilustrowany, w którym popularyzuje się wiedzę i podaje ją w sposób przystępny, pociągający, a czasem nawet — frywolny.

Profesor Tutka zamyślił się i powiedział:

Przypomniał mi się mój wykład w wyższej szkole handlowej. Dyrektor tej szkoły, ekonomista, nie mógł raz mieć lekcji, a chcąc, żeby słuchacze nie stracili godziny, skorzystał z mej obecności w szkole i poprosił, abym coś im opowiedział. Wspomniał tylko, że miewa teraz wykłady o «wartości».

Zjawienie się moje na katedrze, czułem, że było przyjęte z sympatią, bo chociaż to nie byli moi uczniowie, miałem opinię, iż wykłady moje nie bywają «suche», jak tu słyszeliście przed chwilą. Ta sympatia młodych słuchaczów, pora, w której odczuwało się wiosnę, zresztą już nie pamiętam, jaka była jeszcze przyczyna — dość, że wszystko to nastroiło mnie jakby lirycznie, trochę nawet sentymentalnie i może dlatego sięgnąłem do osobistych wspomnień. Zapowiedziałem, że to, o czym będę mówił, nie ma może wiele wspólnego z dziedziną ekonomii, ale zupełnie od niej nie odbiega.

I tak mniej więcej mówiłem:

Działo się to w Alpach, w miejscowości położonej wysoko, oddalonej od ludnych szlaków turystycznych. Zamieszkałem w małym hoteliku. Usługiwała mi niezwykle sympatyczna, mająca wiele uroku dziewczyna. Widocznie, że i ja byłem sympatyczny i miałem w sobie wiele uroku, gdyż wkrótce bardzośmy się pokochali. Miłość ta była pogodna, słoneczna, jedyna chmura, która czasem przesłaniała słońce — to świadomość, że się kochanie wkrótce skończy. Cóż?... «Turysta»... Odjedzie, powie, że na przyszły rok tutaj wróci, ale zwykle nie wraca. Napisze serdeczny list, później w czasie jakichś uroczystych świąt przypomni sobie znajomą i pośle jej barwną pocztówkę, przedstawiającą tańce z jego kraju i — na tym się zwykle kończy. Wiedziała o tym dobrze moja dziewczyna. Gdy po sześciu tygodniach nadszedł dzień, w którym trzeba było się pożegnać, przemiłe, kochane dziewczę przyniosło mi paczuszkę.

Dziewczyna miała łzy w oczach, ale mówiła z leciutkim uśmiechem: «To jest popielniczka,

którą sama zrobiłam. Gdy pan będzie daleko u siebie i zapali papierosa, proszę strząsać popiół do tej popielniczki i... pomyśleć czasem o mnie». Popielniczka, którą postawiłem później na swym biurku, to dwa nałożone na siebie szklane spodki. Spodek dolny wyklejony był obrączkami z cygar. Wypalili te cygara goście hoteliku. W środku widziało się podobiznę Franciszka Józefa, poza tym były głowy Indian, słonie, antylopy, palmy, monogramy, słowem, to, co się zwykle widuje na czerwono-złotych obrączkach cygar.

Pokój mój zaczęła coraz częściej odwiedzać przystojna, kulturalna pani. Zauważyłem raz, że się przygląda mojej popielniczce. Wiedziałem, co myśli: «jak można trzymać na swym biurku rzecz taką tanią i brzydką». Ale nie mówiła ze mną na ten temat. Pani bowiem miała opinię kobiety «subtelnej» i starała się zawsze tę opinię utrzymać.

Pewnego wieczoru przyniosła mi w prezencie popielniczkę srebrną, wykonaną misternie. Znałem się na ładnych wyrobach i musiałem przyznać, że otrzymałem rzecz cenną. Po wyjściu pani stały na mym biurku dwie popielniczki. Tania i droga. Bajkopisarze, poeci, dzieci umieją ożywić często przedmioty martwe, dając im cechy istot żywych, nawet mogą podsłuchać ich mowę, podobną do ludzkiej. Ja wprawdzie nie słyszałem, co mówią do siebie popielniczki, ale czułem, że nie mają ku sobie sympatii, że stać razem nie mogą. Tę nową, srebrną, włożyłem po wyjściu pani do szuflady, a pozostałem przy dawnej. Strąciłem popiół z papierosa i wyraźniej niż w inne dni ujrzałem postać kochanej dziewczyny. Byłem dla niej czulszy i cicho powiedziałem jej imię. Wszystko to pięknie — pomyślałem — ale co zrobić z popielniczką, gdy przyjdzie znów do mnie pani, ta bądź co bądź bardziej realna? Postanowiłem, że gdy się będę spodziewał jej wizyty, wyjmę z szuflady popielniczkę srebrną, a schowam tę szklaną. Tak też zrobiłem parę razy. Ale pani przyszła kiedyś niespodziewanie.

Na biurku mym zobaczyła skromną, szklaną popielniczkę. Co robić? Jak to wytłumaczyć? Było mi nieswojo. Pani nie pytała, gdyż, jak wiadomo, uchodziła za kobietę subtelną. Spostrzegłem jednak, że zwróciła na popielniczkę uwagę. Nawet po twarzy jej przemknął uśmiech ledwie dostrzegalny, ale zdecydowanie złośliwy. Nie czuliśmy się dobrze. Zrodził się między nami jakby zalążek niechęci, zrodziło się przeczucie poważniejszych w przyszłości nieporozumień. Przeczucie zresztą nie myliło.

Ale wracam do popielniczki: proszę panów — mówiłem — «popielniczka»: «rzecz drobna—rzecz błaha»; «rzecz ładna — rzecz brzydka»; «rzecz tania — rzecz droga». Te wszystkie określenia nie zawsze są pełne, doskonałe. Całej prawdy, a w tym i prawdy o wartości popielniczki, nie dają.

A więc tak, panie sędzio, mówiłem do słuchaczów w wyższej szkole handlowej. Zlekceważyłem dostojeństwo i powagę jej murów, zamieniając je swym wykładem w magazyn ilustrowany. Nie mówiłem nawet w sposób, jak określił pan sędzia, «frywolny», ale z lekka sentymentalny. Na usprawiedliwienie moje muszę przypomnieć, co zaznaczyłem na wstępie, że był to dzień, w którym czuło się wiosnę.



[28.11.2024, Toruń]

27 listopada 2024

ZAPISKI (1334 – 1335) LWÓWEK. MIAŁKÓWEK.

 

1334.

Lwówek jest miejscowością, która leży mniej więcej 18 kilometrów na północny wschód od mojego rodzinnego Dobrzelina, a 16 od również bardzo mi bliskiego Żychlina. Z Lwówka do Sannik – miejsca urodzenia mojej babki po kądzieli jest zaledwie 7 kilometrów. Teren wokół Lwówka to południowo-zachodnie Mazowsze. Gleba tu uboga, drobne laski, ludzie biedni i kto może ucieka stąd, zwłaszcza od czasu transformacji ustrojowej, o czym będzie poniżej. Lwówek wyróżnił się tym, że w jego okolicach wzniesiono za czasów tej paskudnej komuny najwyższy na świecie maszt, który był doskonale widoczny z mojego miejsca zamieszkania. Tymczasem okazało się, że w czasach nowego, szczęśliwego ustroju jaki zapanował po obaleniu PRL-u maszt wymagał remontu, no i stało się – doszło do jego zawalenia – okazało się, że łatwiej i szybciej maszt zwalić, aniżeli go zbudować. Dla mnie ta katastrofa budowlana jest swoistym symbolem naszego ukochanego ustroju, w którym tkwimy po dzień dzisiejszy. W tej jedynie słusznej, demokratycznej i sprawiedliwej Polsce znacznie łatwiej jest coś zburzyć, aniżeli zbudować.


Podaję teraz za stroną: https://www.wikiwand.com


Lwówek *– wieś sołectwo w Polsce położona w województwie mazowieckim, w powiecie gostynińskim, w gminie Sanniki. Liczba ludności (2023) – 361

* Jeśli doczytacie tekst do końca, proszę zwrócić szczególną uwagę na ostatnie, wyróżniony przeze mnie akapit.

  • W latach 1975–1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa płockiego.

  • Przez wieś przepływa rzeka Nida (dopływ rzeki Słudwi, dorzecze Bzury).

  • Przez Lwówek przebiega droga wojewódzka nr 583 (relacji Bedlno-Sanniki), co sprawia, iż jest on miejscowością dobrze skomunikowaną z okolicznymi ośrodkami miejskimi (z Płockiem, Gąbinem, Gostyninem i Żychlinem).

  • W Lwówku znajduje się kaplica pw. Matki Boskiej Częstochowskiej będąca kościołem filialnym parafii w Osmolinie oraz poniemiecki cmentarz z końca XIX wieku.

  • W miejscowości działa jednostka Ochotniczej Straży Pożarnej utworzona w 1946 roku oraz założony w 1958 roku, należący do zrzeszenia LZS klub sportowy Lwówianka Lwówek, którego drużyna piłkarska występuje w A-klasie podokręgu płockiego Mazowieckiego ZPN.


Historia

  • Wieś została założona pod nazwą Leonberg w pierwszych latach XIX wieku, przez kolonistów wyznania ewangelicko-augsburskiego, przybyłych z terenu Prus. W latach 1802–1804 osiedliło się w Lwówku 78 kolonistów (zbudowano około 60 domów). W 1804 założona została pierwsza szkoła w Lwówku. W 1884 roku na ogólną liczbę 925 osób aż 661 było wyznania ewangelickiego. W dużej liczbie mieszkali tam również Bracia Morawscy (250 osób). W połowie XIX wieku do placówki uczęszczało ponad 160 uczniów. W 1857 w Lwówku wybudowano kościół – zbór służący części miejscowej ludności protestanckiej tzw. braciom morawskim. Mimo iż wieś miała charakter rolniczy (kultura rolna była wysoka), jeszcze w XIX stuleciu rozpoczął się proces jej industrializacji. Część przybyłych kolonistów zajmowała się kowalstwem: produkowali maszyny rolnicze oraz wozy. We wsi działały także dwa młyny, olejarnia oraz tartak. W procesie produkcji wykorzystywano maszyny parowe. W 1938 roku Lwówek został zelektryfikowany.

  • Po 1945 roku mieszkańcy wsi pochodzenia niemieckiego opuścili granice Polski, a Lwówek zasiedlili Polacy pochodzący zarówno z okolicznych wiosek, jak i nowo przybyli z innych części kraju. W lutym 1945, na bazie istniejących we wsi zakładów uruchomiono punkt obsługi pojazdów wojskowych, który później nastawiano na produkcję i naprawę maszyn rolniczych. Pracowała około 90-osobowa załoga. Wkrótce kompleks produkcyjny Państwowych Zakładów Przemysłowych w Lwówku – zajmujących się m.in. odlewaniem z żeliwa: trybów, kieratów; montowaniem wozów na żelaznych kołach; produkcją wialni, sieczkarni itp.; ostrzeniem („ryflowaniem”) walców do poniemieckich młynów; stolarką (działał tartak) – przekształcono w Państwowy Ośrodek Maszynowy, trzeci w Polsce. Zakład zatrudniał ponad 100 osób (także z okolicznych miejscowości) i stanowił bazę do obsługi okolicznych spółdzielni agronomicznych. W 1969 roku oddano do użytku budynek nowej szkoły – wybudowanej ze znaczącym wkładem społecznym miejscowej ludności. Na początku lat siedemdziesiątych do Lwówka przyłączono część sąsiedniej wioski Turcja, której mieszkańców przesiedlono, z racji budowy w pobliżu, w miejscowości Konstantynów, Radiofonicznego Centrum Nadawczego Polskiego Radia. Wybudowany w 1974 roku maszt radiowy mierzący 646 metrów, był (mimo jego katastrofy na początku lat dziewięćdziesiątych) do 2008 roku najwyższą konstrukcją wzniesioną w historii ludzkości. Widok wieży przez niemal dwie dekady dominował w krajobrazie wsi. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych biegnąca przez Lwówek droga wojewódzka 583 (Sanniki-Bedlno) została gruntownie zmodernizowana i poszerzona. W tym czasie oddano do użytku wodociąg.

  • Transformacja ustrojowa przyniosła zamknięcie produkcji w zakładzie POM i zwolnienia pracowników; podobny los spotkał działającą we wsi zlewnię mleka oraz młyn. U schyłku XX wieku wieś została w całości ztelefonizowana. W 2004 roku decyzją Rady Gminy w Sannikach zlikwidowano, przy sprzeciwie lokalnej społeczności, szkołę podstawową.


1335.

Podaję za Wikipedią

Miałkówek (do 1922 Georgenthal) – wieś w Polsce położona w województwie mazowieckim, w powiecie gostynińskim, w gminie Gostynin. Leży nad jeziorem Lucieńskim.

Wieś zasiedlona przez kolonistów niemieckich na prawie holenderskim w końcu XVIII wieku. Miałkówek od początku swego istnienia nosił nazwę Georgenthal. Nazwa wywodziła się od niemieckiego imienia Georg oraz członu -thal (dolina). W 1827 roku mieszkały tu 162 osoby, a w 1881 było 173 mieszkańców. W 1922 roku zmieniono nazwę wsi na obecną.

Działała tu szkoła ewangelicka. Jedyną pozostałością po kolonistach jest cmentarz (zarośnięty i pozbawiony nagrobków) w centrum wsi. Nekropolię założono w drugiej połowie XIX wieku. Cmentarz ten był czynny do II wojny światowej, a po 1945 roku był systematycznie niszczony.

W latach 1975–1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa płockiego.

Miałkówek był miejscem odbywania obozów integracyjnych Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, szerzej znanych jako "Lucień".

Nieopodal wsi znajduje się opuszczony ośrodek wypoczynkowy “Lucień” o oryginalnej architekturze: cztery okrągłe piętrowe budowle z atriami, spięte systemem przeszklonych pergol, które je łączą z głównym budynkiem.

W tymże ośrodku wypoczynkowym dwukrotnie wraz z żoną byliśmy wychowawcami na koloniach organizowanych przez Płocki Uniwersytet Ludowy. Oprócz zajęć na terenie ośrodka wychowankowie z chęcią kąpali się w jeziorze oraz wyjeżdżali do stadniny, aby nauczyć się jazdy konnej. Przepiękne położenie ośrodka, wysoka jakość kwaterunku pozostaną na zawsze w mojej pamięci. Tak było do transormacji ustrojowej. Prawdopodobnie ośrodek „Lucień” przeszedł w prywatne ręce, bo Balcerowicz i jego banda wyprzedająca co tylko się dało, aby zyskać na Zachodzie sławę oraz kupować, co tylko się dało za przysłowiową złotówkę, ta banda twierdziła, że należy do cna wyprzedawać polskie zakłady, a wraz z nimi pod młotek poszły prowadzone przez zakłady biblioteki, domy kultury, boiska i obiekty sportowe oraz ośrodki wypoczynkowe.

W nagraniu zamieszczonym poniżej w roli głównej występuje ośrodek „Lucień” po transformacji. Zapewne o to chodziło Balcerowiczowi i jego bandzie.


[27.11.2024, Toruń]

KARTKA Z KALENDARZA - 27.11.2024

 

Kartka z kalendarza na dzień 27 listopada 2024 roku

Środa


Imieniny dzisiaj obchodzą: Walerian, Wirgiliusz oraz Achacjusz, Achacy, Astryda, Bernardyn, Damazy, Dominik, Franciszek, Gustaw, Gustawa, Irenarch, Jakub, Jarosław, Jozafat, Maksym, Małgorzata, Oda, Prymityw, Radosław, Stojgniew, Walery, Wergilia, Wergiliusz, Wirgilia, Zygfryd, Zygfryda, Żaneta


Przysłowie na dziś:

Gdy listopad z deszczami, grudzień zwykle z wiatrami”

Słońce

Świt: 06:35

Wsch. Sł.: 07:14

Zenit: 11:23

Zach. Sł.: 15:32

Zmierzch: 16:11

Cytat dnia:

Kto obmawia przyjaciela, kto go nie broni wobec oskarżeń innych, kto cieszy się z wyśmiewań ludzkich i łowi plotki gadułów, kto potrafi zmyślać rzeczy nie widziane, a nie potrafi zmilczeć zawierzonej tajemnicy, jest czarnym charakterem, tego wystrzegaj się, Rzymianinie!” - Horacy


27 listopada 8 roku p.n.e., w Rzymie zmarł Horacy czyli Quintus Horatius Flaccus – poeta rzymski. [ur. 8 grudnia 65 roku p.n.e.]



Poniżej „Epoda 2.” - „Urok życia wiejskiego” w tłumaczeniu Józefa Birkenmajera.


Beatus ille qui procul negotiis...

Szczęśliwy ten, kto nie wie, co to lichwa, bórg,

nie licząc zysków ani strat,

wołami swemi orze pradziadowski mórg,

jak zacni ludzie z dawnych lat!

Bo ze snu go nie budzi ryk wojennych trąb,

ni morska go nie trwoży głąb;

on zdala mija możnych panów hardy próg,

ni miejski go nie nęci bruk!

On woli winorośli wybujały krzew

owijać o topoli pień;

jałowe pędy nożem precz odcina z drzew,

by szczepić nowy sok w ich rdzeń.

To ku wąwozom, kędy słychać ryki trzód,

spojrzenie zwraca swoich lic,

to z plastrów zgarnia w czyste garńce gęsty miód,

to wątłe owce zacznie strzyc...

A gdy nad wioską jesień wznosi czoło swe,

w złocisty uwieńczone plon,

o! z jaką on uciechą słodkie gruszki rwie

i kraśne pęki winnych gron,

by do Priapa i Silvana, stróża miedz,

z dziękczynnym darem żwawo biec!

Jak miło spocząć, kędy rośnie stary dąb,

gdzie trawa bujna — aż po pas! —

gdzie bieży nurt, ujęty w brzegów stromy zrąb, —

gdzie ptasząt skargą dźwięczy las, —

gałązki szemrzą, woda z szumem płynie hen,

a człeka wabi błogi sen!...

A kiedy grzmiący Jowisz zimę zdarzy znów

i przyjdzie słota, śnieg i szron,

on rusza w gon, na łów, na łów! ze sforą psów

osaczać dzika z wszystkich stron!

Na lekkich prętach rzadką rozpościera sieć,

by wpadł w pułapkę tłusty drozd, —

szaraki płoche chwyta... a już rozkosz wprost

wędrowną czaplę w sidłach mieć!

Wśród takich zabaw któżby nie zapomniał wnet

nawet miłosnych trosk i bied?

A cóż, gdy skromna żona dziatek umie strzec

i nad dobytkiem czuwa wciąż —

ot jak Sabinka, albo zdrowa jako rydz

Apulka z wdziękiem smagłych lic!

Jak ona wyschłe drewka żwawo rzuca w piec,

gdy wraca w dom strudzony mąż!

Gdy wiedzie syte bydło za obory płot,

wymiona mlecznych doi krów,

wytrawne wino z beczki leje w dzban ... i ot

na obiad gratis... smaczny, zdrów!

Ach, wolę ten oszczędny, wiejski życia tryb

od ostryg i zamorskich ryb

(jeżeli ode wschodu która z morskich burz

zapędzi je do naszych mórz!)

Jarząbek czy perliczka (afrykański ptak!)

dalibóg, nie smakują tak

ni służą na żołądek, jako z naszych stref

oliwki, rwane prosto z drzew,

lub szczaw, co rośnie bujnie pośród łąk, — lub ślaz,

co zdrowiu sprzyja w każdy czas, —

lub jagnię, upieczone w dniu świątecznym, —: lub

kozioł — niedoszły wilczy łup!

Jak miło śród tej uczty widzieć owiec ciąg,

spieszących do dom z paszy, z łąk,

lub woły, które wloką odwrócony pług,

skończywszy całodzienny znój,

i wokół lśniących Larów rzeszę wiernych sług,

ten dworu dostatniego rój!...

Tak mówił lichwiarz Alfius ... Już mu pachnie wieś...

lecz — przyszły Idy, spłaty czas!

Więc wszystek grosz z dłużników złupił, aby gdzieś

znów go lokować — jeszcze raz!



[27.11.2024, Toruń]

26 listopada 2024

ZAPISKI (1331 – 1333) JASTRZĄB ODSTRZELONY. TĘSKNOTA ZA WICHERKIEM. PIĄTA KOLUMNA.

 

1331.

W sumie to chyba dobrze, że wybrano Trzaskowskiego. Wprawdzie na wybory nie pójdę ze względów zasadniczych, ale mimo wszystko wolę prezydenta, który nie jest jastrzębiem czy Kasandrą wojny, a za takiego uważam pysznego Sikorskiego. Prezydent Warszawy, jak sądzę, wygra w cuglach w drugiej turze z tym śmiesznym Nawrockim – jaka partia, taki kandydat na prezydenta.


1332.

Przed dwoma dniami przeczytałem prognozę pogody na dwa tygodnie. Według niej mamy się spodziewać ogromnej fali ciepła idącego wprost z Sahary.

Wczoraj przeczytałem prognozę pogody na nadchodzące dwa tygodnie, z której wynika, że czeka na spore ochłodzenie.

Dzisiaj w jednym z porannych programów słyszę taką oto pogodę na cały dzisiejszy dzień. Mądry inaczej komentator powiada, że od zachodu wciska się do Polski skandynawski niż, który wypycha ciepłe powietrze z naszego kraju, ale nie zdąży wypchnąć tego ciepła ze wschodniej Polski. Za specjalistą od pogody jest mapa, na której przedstawiony jest rozkład temperatur dla kraju w dniu dzisiejszym i wynika z niej, że na tym zimnym zachodzie jest plus 9, a na wschodzie, gdzie jest jeszcze ciepło temperatura wynosi +7 0 C

Ręce opadają. Tęsknię za Wicherkiem i Chmurką.

Uważam, że prognoza pogody podawana w mediach i internecie powinna być autoryzowana podpisem tego meteorologa, którą wydaje. Może wtedy słyszelibyśmy prawdę. Wydaje mi się, że tymi nieukami, którzy nie są w stanie przewidzieć pogodę na dzień dzisiejszy, powinien się zająć prokurator. Inaczej znów dostanie się po głowie Tuskowi za to, że niby zlekceważył zagrożenie pogodowe, gdy tymczasem mogło być tak, że podano mu mylne / spóźnione informacje o nadchodzącym niżu genueńskim.

Nawiasem mówiąc mamy do czynienia z systematycznym okłamywaniem społeczeństwa; a to w kwestii covidu, a to w przypadku wojny w Ukrainie (tam, proszę sobie wyobrazić, według naszych mediów, nie zginął ani jeden żołnierz ukraiński, a tylko kobiety i dzieci); dochodzi do tego pogoda, globalne ocieplenie (nie spotkałem się z informacją, że przyczyną ocieplenie może być również nie tylko działalność człowieka, a są inne czynniki; pomija się kompletnie chociażby fakt, że ten paskudny dwutlenek węgla absorbowany jest przez rośliny w procesie fotosyntezy, a zatem rośliny dając nam tlen pobierają dwutlenek węgla. Jedyną prawdą, którą podają klimatolodzy nienawidzący CO2 jest to, że powinniśmy sadzić więcej i więcej drzew i innych roślin, a nie jak to ma miejsce np. w Kutnie „obsiewać” główny plac miasta betonem.


1333.

Czy Tusk tego nie widzi, nie słucha, kogo w rządzie wziął pod swoje skrzydła? Kompletnie nie rozumiem ignorancji premiera. Czyżby tak bardzo zajęty był sprawami Ukrainy, aby machnąć ręką na to co wyczyniają w jego rządzie panie klimatyczne Paulina Hennig-Kloska i Urszula Zielińska? O tej drugiej już pisałem, ale tak bardzo jestem pod wrażeniem mądrości tej pani, gdy powiedziała, że my (Polacy / Polska) mamy swój wiatr narodowy i aby nikt się nie ważył sprowadzać wiatru z Rosji. Odnośnie rzeki Odry (czy w ogóle jest jeszcze taka rzeka?) pani Zielińska ubolewała nad tym, że ryby nie mają wody, aby sobie popływać. Pani minister dwojga nazwisk tłumaczy głupim posłom, że polska energetyka ma się opierać jedynie na energii pozyskiwanej z wiatru – w zimie, bo wtedy jest wiatr, a w lecie nie wieje oraz na panelach słonecznych – w lecie, bo wtedy jest słońce, natomiast w ogóle nie wieje. Pani minister zakłada więc, że w lecie nie ma dni pochmurnych, a w zimie nie ma dni bezwietrznych. A co z jesienią? Ostatnio w całej niemal Polsce mieliśmy trzy bezwietrzne tygodnie, nadto były to dni z całkowitym zachmurzeniem. Jak żyć, pani Paprykarz, jak tu żyć? Pani Pauliny nic a nic to nie obchodzi. Nie podaje kosztów postawienia w Polsce, bo ja wiem, stu tysięcy wiatraków (albo jeden wiatrak na sto mieszkańców) i fotowoltanika na każdym polskim dachu. Śmieszne to. Panie premierze, nie jest ważne to, że pani Paulina jest od Hołowni, a pani Urszula od Zielonych. One działają na szkodę pańskiego rządu, wzbudzają śmiech swoimi wypowiedziami, są swoistą piątą kolumną w pańskim rządzie.


[26.11.2024, Toruń]

25 listopada 2024

TAK WŁAŚNIE (1) [tytuł roboczy]

 

TAK WŁAŚNIE

1.

Kiedy rozpraszał się tłum, choć prawdę mówiąc na pogrzebie nie było wielu ludzi, zdecydował się opuścić ten ubity prostopadłościan kopczyka, pod którym śpi snem żelaznym stary Kornacki, przeżegnał się raz jeszcze i wyruszył wolnym krokiem w stronę miasteczka, ale nie bezpośrednio do domu skąd zwłoki starca przetransportowane były na pace półciężarówki do kościoła. Adam zamierzał udać się do karczmy „Pod złotą podkową”, gdzie miał ochotę skosztować flaków i golonki – specjalności tej całkiem przyzwoitej oberży, jak mówiono o tej karczmie. Wcześniej, udając się na pogrzeb, powiedział Weronice, że wróci z celebracji później i żeby nie czekała na niego z późniejszym niż zwykle obiadem; musi to wszystko przetrawić, tę chorobę Kornackiego, która kosztowała go wiele nieprzespanych nocy.

W karczmie, która usytuowana była na rogu głównej ulicy miasteczka i niewielkiej, odnowionej, kamienistej ścieżynki prowadzącej do żydowskiej bożnicy, a właściwie jej ruin, zjawił się przed czwartą po południu, a był to czas, kiedy karczma wypełniała się klientami, zwłaszcza w dzień targowy, czwartek, kiedy to właśnie chowano Kornackiego. Znalazł sobie miejsce przy brązowym, kaflowym piecu, gdzie wciśnięto niedużych rozmiarów stolik przygotowany dla dwóch osób. W tym akurat miejscu lubił siadać i zwykle ustawiał krzesło blisko pieca, chcąc poczuć jego ciepło. Nawet jeśli w pomieszczeniu temperatura przekraczała dwadzieścia pięć stopni, to pomimo tego przytulał się wręcz do rzeźbionych, emitujących przyjazne ciepło kafli, a czekając na przyniesienie dania głównego przysypiał nad setką czystej lub jarzębiaku. Tym razem znów czekał zanim przyniesiono mu golonkę. Flaki zjadł prawie natychmiast po złożeniu zamówienia; gorzej było z golonką – musiał na nią poczekać, więc zadowolił się lemoniadą i kieliszkiem wyborowej, o co poprosił kelnera. Kieliszek był już w połowie pusty.

Adam odczuwał ból owy i z utęsknieniem wyczekiwał na drugie danie, lecz po wypiciu pięćdziesięciu gramów wódki poczuł się senny i wtuliwszy się w oparcie krzesła począł przysypiać, a tył jego głowy dotykał pieca skąd rozchodziło się niewidoczne, delikatne ciepło. Był rozdrażniony ostatnimi dniami, a teraz czuł się zmęczony i gdyby to tylko było możliwe, poprosiłby właściciela wyszynku, aby pozwolił mu zostać w tej izbie, choćby na podłodze, ale przy piecu. Wykończyły go te pięć tygodni umierania Kornackiego. Zmieniali się wprawdzie ze starą Weroniką przy jego łóżku, czasami korzystali z pomocy pielęgniarki środowiskowej, ale i tak Adam musiał wziąć kilka dni wolnego, aby odetchnąć. Kilkadziesiąt dni przed śmiercią Kornackiego spotkał w miejskim parku notariusza Ochockiego. Spotkał to może za dużo powiedziane, po prostu przeszli obok siebie wymieniając pozdrowienia, ale ten drugi na chwilę przystanął i powiedział.

- Zdaje się, że niedługo się spotkamy..

Pokiwał głową i powłóczył za Adamem wzrokiem.

Adam wiedział, że chodzi tu o spadek po Kornackim. Stary jeszcze przed rokiem, a może nawet przed dwoma laty, dał do zrozumienia Adamowi, że przepisze na niego dom, budynki gospodarcze i ten płachetek ziemi ciągnący się aż do strumyka. Karski źle się wtedy poczuł, słysząc zapewnienia Kornackiego odnośnie spadku, bo w końcu nic takiego wielkiego na zrobił dla staruszka, aby ten miał czuć się w jakikolwiek sposób zobowiązany wobec człowieka, któremu wynajął pokój. To prawda, pomagał Kornackiemu także wtedy, gdy po operacji czuł się lepiej i nikt nie sądził, że tak szybko dojdzie do przerzutów, lecz tę pomoc polegającą głównie na robieniu zakupów, przygotowywaniu kolacji i śniadań (obiad przynosił Kornackiemu z karczmy) traktował jak coś zupełnie oczywistego, zwłaszcza że za wynajem pokoju płacił wręcz symbolicznie.

Postanowienie Kornackiego wypełniło się przed dwoma miesiącami, w dziesięć dni po wyjściu ze szpitala. Spadek zmienił się w darowiznę. Stary człowiek widocznie nie chciał, aby Adam czekał aż do jego śmierci. Dlaczego z jego inicjatywy spotkali się w kancelarii notarialnej, choć stary miał problem z poruszaniem się? Notariusz wyjaśnił Adamowi, że Kornacki chciał po prostu na własne oczy zobaczyć radość Adama. Dodał też, że Karski nie musi się kłopotać o koszty, jakie zwykle ponosi w takich sytuacjach obdarowany. Kornacki był na to przygotowany. Obaj zasiedli po drugiej stronie wysokiego biurka i notariusz przystąpił do wyszczególniania nieruchomości, które od momentu podpisania umowy staną się własnością Adama. Nie spodziewał się jednego. Kornacki przed rokiem oddał w depozyt do notariusza pokaźną sumę pieniędzy, także w dolarach, które to środki wystarczą teraz na pokrycie kosztów notarialnej transakcji, wynagrodzenia notariusza oraz sporo jeszcze gotówki zostanie dla Adama.

Mężczyzna osłupiał, zrobił wielkie, okrągłe oczy i spojrzał nimi z niedowierzaniem na starego. Notariusz Ochocki na chwilę przerwał swój monolog, w którym przedstawiał ostatnią wolę starego człowieka, wzbogacając ją o słownictwo prawne; starał się natychmiast wyjaśnić powód zaskoczenia obdarowanego i wypowiedział zdanie kierując wzrok na Kornackiego, tak jakby szukał w jego oczach potwierdzenia swoich słów.

- Pan Kornacki oświadczył, że są to oszczędności całego jego życia, a że żył niezwykle oszczędnie, więc… - nie dokończył Ochocki.

- To prawda – potwierdził staruszek.

Adam zaoponował mówiąc, że nie godzi się przyjąć tego majątku, a już o dostaniu pieniędzy mowy być nie może.

- Proszę nie być dzieckiem – tym razem ostro sprzeciwił się notariusz - taka jest wola pana Kornackiego, więc powinien pan ją uszanować. Ponieważ starszy pan nie ma nikogo innego, komu mógłby przekazać swoje mienie, w przypadku odmowy przyjęcia nieruchomości i środków finansowych, zainteresuje się tym państwo – dorzucił kolokwialnie notariusz.

Adam nie kontynuował podjętego przez Ochockiego tematu i cała sprawa zakończyła tak, jak powinna. Darczyńca i obdarowany złożyli podpisy, lecz Karskiego w biurze notarialnym i później prześladowała myśl: - dlaczego tak się stało, że to ja osobiście zostałem wyznaczony na beneficjenta otrzymanych dóbr i co tak naprawdę skłoniło starego człowieka do takiego posunięcia. Czy sobie na to zasłużyłem?

Ktoś powiedziałby, że postawa Adama Karskiego to, żeby użyć kolokwializmu, szukanie dziury w całym. Ilu z nas wpadłoby w zachwyt z powodu nagłego otrzymania domu czy gotówki. Gotowi bylibyśmy na postawienie darczyńcy pomnika, a tu Karski zdaje się niepotrzebnie roztrząsać tę sprawę z jednoczesnym dezawuowaniem tego wszystkiego, co w ostatnich miesiącach zrobił dla starego Kornackiego.

Kelner przyniósłszy golonkę z ziemniakami, buraczkami ćwikłowymi i kremem chrzanowym; po raz kolejny musiał obudzić Adama. Ten wychylił resztę wyborowej z kieliszka i zamówił kolejną setkę, po czym poprawił:

- I jeszcze jedną setkę zechciej pan mi przynieść.

- Więc razem jeszcze dwie setki – upewnił się kelner.

- Tak, właśnie.

Rozkoszował się swoim ulubionym i, co warto podkreślić, świetnie przyrządzonym daniem. Cieszyło go również to, że poczuł wzmagające się ciepło za sobą, ciepło pochodzące od kaflowego pieca. Pomyślał, że właśnie musiano z tamtej strony, od kuchennej części gospody, dołożyć kilka bryłek węgla. Był to dopiero początek wiosny, późny marzec i wieczory wciąż były zimne, więc aby nie odstraszać gości chłodem wnętrza, właściciel dbał o to, aby klienci nie drżeli z zimna podczas spożywania posiłków. Oczywiście jeśli lokal zapełniał się, a było to typowe praktycznie każdego dnia tygodnia, zwłaszcza w dni targowe, ciepło emitowali ci wszyscy, którzy karczmę odwiedzili.

Adam nie wziął pod uwagę jednego – powiększająca się ciepłota jego ciała miała wiele wspólnego z wypijanym alkoholem. Druga setka towarzyszyła Karskiemu podczas pochłaniania golonki – czuł niewymowną radość z połączenia smakowitości uwielbianego posiłku z palącą przewód pokarmowy wódką. Zamówił jeszcze herbatę z cytryną i ptysia, ale zanim zajął się deserem, wypił trzecią, ostatnią setkę wyborowej i zasnął przy stoliku, teraz już mocniej i na długo.

Nie mógł więc zauważyć, że do stolika przysiadł się jegomość w solidnym wieku, który zamówił również setkę czystej do białej kiełbasy z chrzanem. Posiedział nie dłużej niż czterdzieści minut i wyszedł z karczmy, a Adam spał jeszcze błogim, spokojnym snem i spał tak jeszcze ponad dwie godziny z głową zwisającą z krawędzi wysokiego oparcia krzesła. Nikt go nie budził, a obsługujący go kelner przechodził obok stolika zajmowanego przez Karskiego niezwykle cicho, nie chcąc płoszyć jego snu. Pewnie w restauracji zlokalizowanej w większym mieście zadaniem personelu byłoby zbudzenie śpiącego, gdyż drzemiący przy stoliku klient nie przysparzałby chwały lokalowi; tutaj natomiast, w małym miasteczku znano i szanowano człowieka w objęciach Morfeusza – Karski to w końcu pracownik miejskiego domu kultury, człowiek o wielu ciekawych, ambitnych pomysłach, doceniany przez ludzi, no i w końcu człowiek ten wiele miesięcy swego życia poświęcił śmiertelnie choremu (o czym wiedziano, gdyż w tym miasteczku ludzie znali się nawzajem, aby nie rzec, że ludzie tutaj zazwyczaj znają się jak łyse konie), również pozytywnie odbieranemu bohaterowi – Mateuszowi Kornackiemu.


[25.11.2024, Toruń]

POEZJA (72) BOLESŁAW LEŚMIAN - URSZULA KOCHANOWSKA



 URSZULA KOCHANOWSKA


Gdy po śmier­ci w nie­bio­sów przy­by­łam pust­ko­wie,

Bóg dłu­go pa­trzał na mnie i gła­skał po gło­wie.


"Zbliż się do mnie, Ur­szu­lo! Po­glą­dasz, jak żywa...

Zro­bię dla cię, co ze­chcesz, byś była szczę­śli­wa."


"Zrób tak, Boże - szep­nę­łam - by w nieb Two­ich kra­sie

Wszyst­ko było tak samo, jak tam - w Czar­no­la­sie!" -


I umil­kłam zlęk­nio­na i oczy uno­szę,

By zba­dać, czy się gnie­wa, że Go o to pro­szę?


Uśmiech­nął się i ski­nął - i wnet z Bo­żej ła­ski

Po­wstał dom ku­bek w ku­bek, jak nasz - Czar­no­la­ski.


I sprzę­ty i do­ni­ce roz­kwi­tłe­go zie­la

Tak po­dob­ne, aż oczom strasz­no od we­se­la!


I rzekł: "Oto są - sprzę­ty, a oto - do­ni­ce.

Tyl­ko pa­trzeć, jak przyj­dą stę­sk­nie­ni ro­dzi­ce!


I ja, gdy gwiaz­dy do snu po­ukła­dam w nie­bie,

Nie­raz do drzwi za­pu­kam, by od­wie­dzić cie­bie!"


I od­szedł, a ja za­raz krzą­tam się, jak mogę -

Więc na­kry­wam do sto­łu, omia­tam pod­ło­gę -


I w suk­nię naj­ró­żow­szą cia­ło przy­oble­kam

I sen wiecz­ny od­pę­dzam - i czu­wam - i cze­kam...


Już świt pierw­szą roz­nie­tą zło­ci się po ścia­nie,

Gdy wła­śnie sły­chać kro­ki i do drzwi pu­ka­nie...


Więc zry­wam się i bie­gnę! Wiatr po nie­bie dzwo­ni!

Ser­ce w pier­si za­mie­ra... Nie!... To - Bóg, nie oni!…



[25.11.2024, Toruń]

22 listopada 2024

ZAPISKI (1329 – 1330) POGODYNKA. PISANIE.

 

1329.

Przedwczoraj w Toruniu spadł pierwszy śnieg tej jesieni, choć po prawdzie wypadałoby napisać: spadł i stopniał. Przypominam sobie, jak przed ośmiu-dziesięciu dniami w internecie odszukałem informację, że za tydzień będzie gwałtowny atak zimy. Miało sypnąć 20 centymetrów śniegu na powierzchni 2/3 kraju (pokazano mapę). Owszem śnieg spadł, głównie w górach i na południu, ale gdzie tam mówić o pokrywie 20 centymetrów. Jak zwykle jacyś meteorologiczni oszuści dorwali się do portalu i albo bezczelnie kłamią, albo nie wiedzą nic o prognozowaniu pogody. Ciekaw jestem, czy podobnie jest z informacjami politycznymi, medycznymi, kulturalnymi, ekonomicznymi, etc.. Czy robią nas w bambuko? Namnożyło się w internecie ostatnimi czasy mnóstwo domorosłych specjalistów od wszystkiego. Strach się bać słuchać i czytać.


1330.

Ponieważ stopniowo wyłączam się ze słuchania polityki, bo cierpi na tym moje zdrowie, przeto znajduję sobie inne tematy, także takie, które można pozyskać z internetu. Ostatnio wziąłem kurs na teksty pisane przez Greków i Rzymian i o nich, i sprawia mi to zarówno przyjemność, jak i też uzupełnia moją wiedzę. W ogóle bardzo dużo czytam, poważnej literatury, nie tego chłamu, który co i rusz ktoś tam z młodego pokolenia krytyków wciska, uznając pewne pozycje za hity.

Oprócz tego cały czas „uczę się” …. o mój Boże, a kysz z tym podobieństwem do słów prezydenta pisu… skreślam więc, oglądam obrazy tzw. realizmu magicznego. Realizm magiczny to pojęcie, które obejmuje też literaturę, zwłaszcza autorów z Ameryki Południowej. Jeszcze coś o tym napiszę.

Tymczasem sam mam do skończenia trzy teksty – takie dłuższe opowiadania. Jedno z nich, którego nie publikowałem dotąd może się przerodzić w powieść. Mam przed sobą dosyć szczegółowy plan, wizję, a opowieść jest o człowieku, który po odziedziczeniu podmiejskiej posiadłości, a właściwie po przekazaniu mu jej w darowiźnie przez człowieka chorego na nowotwór, stara się uczynić z tej posiadłości nieformalny ośrodek pomocy. A zatem piszę, choć wolno, lecz listopadowa durna pogoda powinna mi pomóc w tym pisaniu. No i prośba na koniec do Muzy, najpewniej do Kalliope, aby pomogła mi spełnić moje zamiary.


[22.11.2024, Toruń]

21 listopada 2024

RZYM (1)

 

753 p.n.e. - Legendarna data założenia Rzymu, wg. legendy o Romulusie           i Remusie.

Dawno temu Juliusz, potomek Eneasza założył własne miasto, Alba Longa, w którym rządziło po nim wielu królów. Ostatni z nich, Prokas miał dwóch synów. Jeden, Numitor osiadł na tronie, a drugi syn Amulius zrzucił tego pierwszego z tronu i uwięził. Chcąc zabezpieczyć sobie ten tron, Amulius zamordował prawowitego dziedzica tronu, syna Numitora, a jego córkę Reę Sylwię uczynił westalką*, aby ta nie narodziła dziedzica.

* westalka – kapłanka rzymskiej bogini domowego ogniska

Rea Sylwa jednak w czasie służby padła ofiarą gwałtu dokonanego przez Marsa. Westalka początkowo skrywała swój stan, jednakże nie było dane zachować w tajemnicy jej stanu. Córkę Numitora zatem uwięziono i skazano na śmierć głodową, a jej bliźnięta, Romulusa i Remusa Amuliusz rozkazał utopić w Tybrze. Zamiar ten jednak się nie powiódł, gdyż słudzy włożyli bliźnięta do koszyka i puścili z prądem rzeki. Wrzucony do wody koszyk z chłopcami popłynął z prądem i zaczepił się o pień drzewa w jednej z zatoczek. Wylew rzeki wyniósł koszyk na wzgórze palatyńskie i dzieci zostały uratowane.

    Jak głosi legenda wilczyca kapitolińska - symbol stolicy starożytnego Imperium Rzymskiego zaopiekowała się bliźniętami i wykarmiła ich. Wilczyca usłyszała płacz bliźniąt podczas karmienia mlekiem własnych dzieci. Aby nie zabrakło pożywienia wilczycy, Mars wypuszczał dzięcioła, który zrzucał owoce leśne.

Uratowanie bliźniaków tak przedstawił Tytus Liwiusz:

Według podania płytka woda osadziła wreszcie na mieliźnie korytko z dziećmi, a wtedy spragniona wilczyca z okolicznych gór przybiegła usłyszawszy kwilenie niemowląt; spuściła wymiona i tak łagodnie podała je dzieciom, że nadzorca trzód królewskich — miał on podobno na imię Faustulus — znalazł ją, jak lizała językiem chłopców. Dał on ich na wychowanie swojej żonie Larencji do stajen. Niektórzy uważają, że Larencja była nierządnicą i otrzymała wśród pasterzy miano lupa, i że stąd miało powstać podanie o tym cudownym zdarzeniu.

    Wilczycę wyśledził pewnego razu pasterz królewski, Faustulus, który znalazł koszyk z dziećmi i zaadoptował je. Wraz ze swoją żoną, Akką Larentią zwaną również Lupą dbał o ich rozwój. Chłopcy wyrośli na dzielnych młodzieńców i doskonałych wojowników.    

    Kiedy Romulus i Remus osiągnęli wiek dorosły postanowili wybrać się do Alby na obchody święta Luperkalów. Wracając do domu po zabawie, wzięli udział w bójce pasterzy Numitora i Amuliusza, stając po stronie służby tego drugiego. Wtedy porwano Remusa i zaprowadzono go przed Amuliusza, zarzucając mu zbrodnię napaści na posiadłości Numitora. Fakt ten nie wzbudził zainteresowania w Amuliuszu. Postanowił odesłać złoczyńcę do Numitora. Remus opowiedział mu całą swoją historię, a były król poznał w nim swojego wnuka i kazał sprowadzić Romulusa, by wspólnie obalić Amuliusza.

    Amuliusz swój błąd przypłacił najwyższą ceną. Razem ze sprowadzonym Romulusem i zbrojnymi mężami Remus strącił z tronu Amuliusza i ponownie osadził na nim Numitora.

    Bliźniacy zabili Armuliusza i za radą swojego dziadka opuścili miasto i postanowili założyć nową osadę, tam gdzie zostali uratowani. Konflikt między braćmi narastał od chwili, gdy postanowili zadecydować komu przypadnie przywilej nadania nazwy nowej osadzie. Rozstrzygnięcie sporu powierzono bogom. Prawo miał otrzymać ten z braci, który ujrzy więcej sępów na niebie. Remusowi, który był na wzgórzu awentyńskim ukazało się 6 ptaków, natomiast Romulus, który zajął wzgórze palatyńskie ujrzał 12 sztuk, co wyrażało przychylność okazaną mu przez bóstwa.

    Wybraniec oborał przestrzeń i tak zakreślił granice przyszłego Rzymu. Kiedy Remus przeskoczył ową linię, jego brat jako król miasta zabił go za naruszenie swojego terytorium. Według Tytusa Liwiusza miał powiedzieć:

To samo spotka każdego po kolei, kto mury moje przekroczy”.

    Romulus uznał się za samodzielnego pana miasta, nazwanego od jego imienia, Rzym. Nowy władca do pomocy przybrał sobie 12 liktorów** i ustanowił Senat, w którym zasiadło 100 przedstawicieli ludu.

** liktor – niższy funkcjonariusz administracji rzymskiej.

Ponieważ grono zamieszkujące Romę było nieliczne, król wyznaczył gaj zwany asylum i uznał za miejsce, gdzie każdy uzyskuje prawo nietykalności, nawet największy zbrodniarz.

    Zewsząd schodzili się najwięksi opryszkowie. Lecz nie było w Rzymie kobiet, co nie pozwalało na rozwój osady. Romulus wymyślił, że zorganizuje igrzyska. Wysłał zaproszenia i przyszli mężowie z żonami i córkami. Kobiety wzięto do tańca, a na znak Romulusa każdy opryszek porwał kobietę która przy nim stała. Wydarzenie to nazwano porwaniem Sabinek.

    Jak można było przypuszczać ojcowie i bracia porwanych kobiet nie potrafili wybaczyć Rzymianom i postanowili odbić kobiety. W walkach udział brali głównie Sabini, których do walki prowadził król Tytus Tacjusz. Walkę przerwała interwencja kobiet, które wbiegły w sam środek walki i błagały mężów i ojców o zaprzestanie wojny. Tacjusz i Romulus zdecydowali się stworzyć jedno państwo. Wspólne rządy trwały zaledwie kilka lat, przerwane nagłą śmiercią Tacjusza.

    Pewnego dnia w roku 716 p.n.e. (po 37 latach panowania), gdy Romulus przeglądał wojsko doszło do wielkiej burzy, a gęsta mgła spowiła miejsce, na którym siedział król. Gdy mgła opadła króla już nie było. Całe wydarzenie miało miejsce podczas wspólnych obrad ludu i senatu na Polu Marsowym. Tajemnicze zniknięcie króla rozgniewało większość Rzymian, ponieważ podejrzewali oni, że otoczenie monarchy zabiło go, a ciało ukryto. Aby uniknąć buntu głoszono, że to cnoty i zasługi wyniosły króla do nieba, gdzie przebywał jego ojciec, bóg Mars. Wystąpił wówczas jeden z senatorów i pod przysięgą oświadczył, że rankiem objawił mu się sam Romulus, zapowiadając potęgę Rzymu, jako przyszłej stolicy świata. 

Liwiusz tak podaje jego słowa:

„Romulus, ojciec naszego miasta, zstąpił z nieba tego poranka i ukazał się mi. Przejęty strachem i pełen szacunku stanąłem przed nim, modląc się, bym miał prawo spojrzeć na jego twarz. Idź – powiedział Romulus – i powiedz Rzymianom, że z woli bogów mój Rzym będzie stolicą świata. Niech uczą się na żołnierzy. Powiedz im, by przekazali swoim dzieciom, że żadna siła na świecie nie oprze się potędze rzymskiego oręża. Po tych słowach wrócił do nieba.”

    Słowa obywatela uspokoiły lud, który teraz był pewien, że ich król został wzniesiony do nieba, a bogowie im sprzyjają. Romulus miał ponoć stać się Kwirynusem***.

*** Kwiryn (łac. Quirinus) – jeden z pięciu głównych i najstarszych bogów rzymskich, czczony pod postacią włóczni. Był bogiem kwirytów (Quirites), tzn. zbrojnych Rzymian („narodu uzbrojonego we włócznie”; od quiris – włócznia). Wraz z Jowiszem i Marsem stanowili trójcę najwyższych bogów państwa rzymskiego.


Słynna rzeźba wilczycy karmiącej Romulusa i Remusa

Słynna rzeźba wilczycy karmiącej Romulusa i Remusa nie pochodzi w całości z jednego okresu. Z pewnością bliźnięta są późniejszym dodatkiem, wykonanym w XV wieku, specjalnie dla zobrazowania mitu założycielskiego. Kopie tej rzeźby można znaleźć na całym świecie, w głównej mierze dlatego, że Benito Mussolini rozdawał je na prawo i lewo – jako dowód podtrzymania tradycji rzymskich.


[21.11.2024, Toruń]

20 listopada 2024

KARTKA Z KALENDARZA - 20.11.2024

 

Kartka z kalendarza na dzień 20 listopada 2024 roku

Środa


Imieniny dzisiaj obchodzą: Feliks, Rafał oraz Agapiusz, Agnieszka, Ampelia, Ampeliusz, Edmund, Eustachy, Fortunata, Grzegorz, Lubomir, Maksencja, Maria, Narzes, Oktawia, Oktawiusz, Sędzimir, Sylwester, Sylwestra, Symplicjusz, Symplicy, Tespezjusz, Tespezy


Przysłowie na dziś:

Jeśli kret w listopadzie jeszcze późno ryje, na Nowy Rok komar wpadnie w bryję”


Słońce

Świt: 06:25

Wsch. Sł.: 07:03

Zenit: 11:21

Zach. Sł.: 15:39

Zmierzch: 16:17


Cytat dnia:

Każdy ma swoje miejsce ulubione w dzieciństwie. To jest ojczyzna duszy.”

z „Przedwiośnia” - Stefan Żeromski


20 listopada 1925 roku zmarł w Warszawie Stefan Żeromski - prozaik, dramatopisarz, publicysta. [ur. 14 października 18644 roku w Kielcach]



Poniżej tekst ŻeromskiegoNagi bruk


NAGI BRUK

Rozwarła się wielka brama… Z głębi murów olbrzymich, zadymionych sadzą, wyszedł na ulicę wielki ludzki tłum. Wyszedł odrazu, wywalił się, jak bryła. Powiewała nad nim czerwona chorągiew, płótno we krwi zmaczane. Proste drzewo tkwiło w jakowychś dłoniach wyschniętych, sękatych, z czarnymi pazurami. Zdawało się, że dłonie te, to szpony ptasie, co pochwyciły i trzymają zdobyty łup. Poniżej dłoni widać było na suchych gnatach dwa brudne mankiety z ordynarnemi spinkami. Dolny brzeg i koniec czerwonego płótna lewą ręką unosiła ku górze kobieta, obwiązana chustką wełnianą. Na prawej ręce dźwigała niemowlę, którego główka, wyłaniająca się z chusty matczynej, tkwiła ponad odkrytemi głowami.

Wokół sztandaru tłoczyły się w pospiesznym marszu figury zczerniałe, rude, pożółkłe, ludzie o skórze lic tęgo wydębionej dymem, kwasami, sadzą i smrodem. Szli mężowie o oczach doskonale wyźganych pracowitemi igłami porządnej pracy, o trzewiach wyżartych od chorób, o nerwach, których szaleństwo ucisza wódka. Wszyscy byli odziani w tandetne miejskie gałgany, kupione w sklepach starzyzny. Ich tużurki, marynarki, żakiety rading-coat'y były gałgańskiem naśladowaniem odzieży ludzkiej, podobnie jak ich głowy, złupione przez pracę, obrzydłe od biedy, spotniałe od trudu, były karykaturą kształtu ludzkiego.

Skoro się pojawili w ludnej ulicy, gdy na jej tle bezbarwnem zatkwił krwawy kwiat, ludzie normalni „obywatele“, zaczęli pomykać na prawo i na lewo, w tył i naprzód. Jedni zapadali w bramy tak momentalnie, jak znika widmo starego Hamleta w teatrze; inni sunęli wzdłuż murów niepodobni do samych siebie, na obraz cieniów latarni czarnoksięskiej. Byli tacy, co stawali nieruchomo pod murem z zamrużonemi oczami i wciągniętym w płuca oddechem, jak gdyby w oczekiwaniu, że ściana się rozstąpi, pochłonie ich i wybawi.

Dookoła idącego zastępu zatoczyła się pusta sfera powietrza. Szli sami. I sami naturalną siłą tworzyli ze siebie krąg coraz bardziej spoisty. Kiedyniekiedy i z tego kręgu odpadał człowiek. Jak pacyna, urwana od wirującej bryły, leciał po linii stycznej i ginął w zaułku, nikł w bramie, ogarnięty przez litościwe objęcie, przez macierzyste łono muru. — Maszerujący dalej ściskali się korpusami ciał coraz szczelniej, coraz mocniej, coraz bardziej. Wsparli się ramiony i szukali podniety w ich dreszczu.

Bicie serc stało się jedno.

Pieśń o czerwonym sztandarze zlatywała z ich warg zdrętwiałych i rwała się raz wraz. Co ją ze zduszonej piersi wysiepali, jak obosieczny miecz, — co wyrzucili strofę z pomiędzy zwartych zębów, to się nagle rozsypała, jak lotny piach, w luźne wyrazy, w tony i dźwięki…

Na przodzie, o krok przed tłumem szedł oberwany szewc, w krótkich portkach, wygniecionych kolanami, wygniłych w kroku, w smokingu, na jedwabnej ongi podszewce, spiętym na brzuchu agrafką, i w czerwonym szaliku na szyi. Pijacka jego twarz była zsiniała, nos popielaty, oczy skostniałe z zachwycenia. Śmiał się na cały głos chichotem, od którego słuchaczom kolana drżały, śmiał się nareszcie, śmiał się raz szczerze, w zamian za całe swe sobacze życie. Wołał, wymachując zzieleniałym kapeluszem ku górnym piętrom, ku widzom z balkonów: „Schodź, burżuaza, na dół! Pięknie do spaceru prosimy!"

Kobieta, idąca w środku i ręką podtrzymująca sztandar, miała na twarzy wyraz spokoju, jasności, możnaby powiedzieć, wyraz łaski. Widać było zdaleka jej twarz głupią, natchnioną i miłością. Podnosiła coraz wyżej rękę i coraz wyżej, pewnie odruchowo, podnosiła dziecko. A może nie, może nie odruchowo! Może w tych minutach wiedziała, co czyni. Może je naumyślnie pokazywała światu podłemu. Piwniczne dziecko miało twarz posępną, blado czarną, spojrzenie gniewne i groźne.

Czemuż je miała kryć?

Żeby się chowało w rynsztoku Ojczyzny? Żeby rosło w pośród czarnych ścian piwnicy, po których ciecze wilgoć wieczna? Żeby oddychało kwaśnem, kapuścianem powietrzem i smrodem nocnych wspólnych legowisk? Żeby żyło bez powietrza, bez światła, bez strawy ludzkiej, w kącie, gdzie się tłoczy i morduje, zaraża chorobami i zbrodniami stado wdeptane w ziemię? Żeby jego światem było podwórze, gdzie powietrze — to wapienny pył i zgniły kurz, a jedyny widok, to czarne cegły? Miała czekać, aż podrośnie i stanie się zeń młodociany włóczęga, ulicznik znający od maleńkości wszystkę rozpustę wielkiego miasta i wszystkie jego tajemnicze zbrodnie? Miałaż czekać, aż pocznie żebrać po chodnikach, którymi chodzą weseli panowie i cudnie strojne panie? Miałaż patrzeć, jak go będą ścigać, łapać, trzymać w kryminałach, kuć w żelaza za jakieś nieznane jej zbrodnie? Miałaż czekać na chwilę, kiedy jedyną jego rozkoszą stanie się wódka i zarażona dziewka? Miałaż czekać, aż wyrośnie na nożowca, lub pracownika, co wysiepawszy całe ciało w fabrykach dla zysku panów, zamrze śmiercią spracowanego konia, z niewiadomej choroby, zgonem nędzniejszym od bujnego zgonu nożowca? Któż wie? Może w onej chwili wzdychała, że woli go zanieść na krwawą ofiarę czystego ciałem i duchem, istność nieskalaną, niezmazaną, świętość duszy swej, wykarmioną krwią z pod serca, własność jedyną na tym padole, dzieciątko jasne, zanim je świat odedrze od łona, pochwyci w szpony, strawi w szczękach swych wszechmocnych i rzuci jej pod nogi, jako łachman gnijący…

Zupełna pustka stała się w ulicy. Nagie ściany domów, zamknięte okna, zatrzaśnięte drzwi i nagi bruk.

Nagi bruk…

Z poprzecznego zaułka wyszedł niespodziewanie jakoby ruchomy odłam muru. Szynele koloru skostniałej ziemi, żółtawe baszłyki, niby skiby roli podoranej.

Na ten widok wyrwała się z pęt i wybuchła pieśń. Stała się okrzykiem wolności, wydartym z głębiny ducha wielkiego ludu. Niby z otchłani lecąca strzała, której żeleźce dymi się jeszcze od krwi, padła w pustą ulicę i w nastawiony połysk karabinów.

Popchnięty od ducha zachwytu, natchniony posłannictwem tłum zrósł się w jedną bryłę. Stał się męstwem, które śmiercią pogardza. Szedł niezachwiany, wyniosły, ślepy i głuchy, żywy pocisk, torujący drogi wolności.



[20.11.2024, Toruń]