Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

07 kwietnia 2017

KONIEC I POCZĄTEK (2)

2.
- W takim razie zapraszam do siebie, panie studencie… ale z butelką słodkiego wina? Wygląda na to, jakby w konkury pan… Aha, przepraszam, zdał pan wszystkie egzaminy; rozmawiałam z pańską ciotką… chwaliła pana… o tutaj jest włącznik światła, przytrzymam drzwi…
Obdrapana z farby klatka schodowa kamienicy zalała się blado-pomarańczowym światłem. Wchodzili na górę skrzypiącymi, drewnianymi schodami. W pewnej chwili przyłożyła wskazujący palec do ust.
- Pan wie, studencie, dlaczego - wyszeptała. - Tutaj te mocarne ściany mają uszy, tak jak okna mają oczy. Znów będzie gadanie, czego ja osobiście się nie obawiam, ale boję się o pańską reputację, studencie.
Chciał powiedzieć, że gdyby bał się o własną reputację, nie szedłby teraz za nią, nie zdecydowałby się na to spotkanie, o którym, jak sądził, domyślała się jego ciotka, ale cioteczka dzisiaj pracuje na noc, więc może nie wie, że to dzisiaj… ale nawet jeśli przeczuwa, to zrozumie, ona zawsze zrozumie go i nie będzie potępiała.
Kiedy znaleźli się przed jej mieszkaniem zgasło światło. Próbował odnaleźć kontakt.
- Nie trzeba. Teraz już trafię - wsuwała klucz do zamka. - Pan student rozumie, że sąsiadka z przeciwka tylko czeka na błysk światła na korytarzu, aby przystawić swoje bystre oko do judasza.
Nareszcie znaleźli się we wnętrzu mieszkania. Tu można było wskrzesić światło. O, tak, pani Iza zapaliła je i w kuchni, i w pokoju, i w przedpokoju.
- Jasność. Jak ja uwielbiam jasność! - niemal wykrzyknęła, a wtedy on wydobył spod lekkiej, niewiele przed chłodem chroniącej kurtki malutki bukiecik stokrotek i wręczył je kobiecie wraz z butelką słodkiego wina.
Była zaskoczona zarówno skromnym podarunkiem, jak i tym, że idąc z nim dobrych kilka przecznic, nie zdołała spostrzec, co chowa w wewnętrznej kieszeni kurtki.
- Jaki pan miły, panie studencie, dziękuję.
Zaskoczyła go krótkim pocałunkiem w policzek.
Pozostawiając kurtkę w przedpokoju, wszedł za nią do kuchni i usiadł przy niedużym okrągłym stoliku. Miał ochotę delikatnie zaprotestować przeciwko nazywaniu go „panem studentem”, choć jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że sam tytułuje ją w rozmowie „panią Izabelą”, więc oboje zachowywali się wobec siebie z identycznym uszanowaniem… a jednak Izabela była od niego starsza, a zatem on miał prawo, miał obowiązek zwracać się do niej w ten właśnie sposób… ale nie… obiecał sobie, że przynajmniej będąc z nią, zapomni o jej wieku, w ogóle wiek nie odegra w tym spotkaniu żadnej roli… a co?
Chciałby być wobec niej szczery, ale czy się odważy? Co powie? „Długi czas panią obserwuję”, wróć, „obserwuję cię od dawna i myślę o tobie, i nawet dziwię się, że nie oblałem tych egzaminów, bo wciąż o tobie myślałem i powinienem był mieć kłopoty ze skupieniem, tak jak miałem z zaśnięciem. Przyznaj się, ty wychodziłaś z małą zawsze wtedy, gdy byłem w domu, abym mógł z góry popatrzeć na ciebie. Prowokowałaś mnie. Nie, tak jej nie powiem, choć jak mi wytłumaczysz to przeczucie, że ilekroć się widzieliśmy, miałem takie wrażenie, że i ty mnie obserwujesz, nie patrzysz w moją stronę, a jednocześnie obserwujesz. Cóż to takiego jest? Teraz śmiejesz się ze mnie, śmiej się, śmiej, nic na to nie poradzę. Wybaczę ci i śmiech i ironię; masz do tego prawo, ale powinnaś i mnie zrozumieć… nie przeżywałaś tego? Nie wierzę, że nie czułaś tego czegoś w sobie, co przyprawiało cię o bicie serca. Mógł to być niepokój, nawet strach i przerażenie, ale i też coś innego, co przyspieszało oddech, wzmagało pragnienia…”
- Mam sałatkę z tuńczyka i odgrzeję po kawałku pizzy… sama robiłam… ja wiem, że to może nie jest za dobry posiłek na noc, ale przy takiej okazji…
Nie nazwała go „panem studentem” tym razem, a poprzednio zwykle tytułowała go tym mianem.
„Czy ona myśli, że przyszedłem do niej, aby uczcić zdane egzaminy?”
- Zjem z przyjemnością - odpowiedział - a swoją drogą trochę zgłodniałem, pani…
Przyłożyła otwartą dłoń do jego ust. Uśmiechnęła się.
- Ja wiem, że sposób, w jaki zwracamy się do siebie jest uciążliwy, także dla mnie… po prostu mów mi Iza, tak?
„Bezbłędnie odczytała moje myśli. Dobrze, że ona pierwsza, nie ja. Chyba bym się nie odważył.”
Zgodził się. Wyszeptał w myślach jej drogie imię, potem wstał od stołu, oferując swoją pomoc, choćby przy zrobieniu herbaty. Oddaliła jego prośbę, powstrzymując go wyciągniętymi ku niemu rękoma, aż jej dłonie władczo dotknęły jego klatki piersiowej.
- Siadaj, jesteś przecież moim gościem.
Zakrzątała się wokół tej pizzy, umieszczając dwa wydobyte z lodówki kawałki w nastawionym wcześniej piecyku elektryczno-gazowej kuchenki. Zamknęła drzwiczki i postawiła czajnik z wodą na płycie grzewczej; potem postawiła przed nim na stole głęboki talerz z sałatką z tuńczyka, dwie szklanki, sztućce i cukier.
- Dziwisz się zapewne, że jestem dzisiaj sama, bez córeczki. Ale, ale, pewnie ciotka ci już mówiła, że zostawiam ją na wsi u swoich rodziców. To prawda, przychodzą mi z pomocą, wreszcie.
- Tak, słyszałem o tym - powiedział bez cienia emocji. - Samotnej kobiecie jest ciężko - dodał, przypominając sobie słowa ciotki.
- Nie jest łatwo, to prawda, ale, jak widzisz, dawałam sobie dotąd radę. Tylko nie myśl sobie, że zanim się urodziła, nie radziłam sobie. Owszem, pracowałam to tu, to tam. Starczało mi na wszystko, na opłacenie tej zatęchłej dziury, na wszystko, rozumiesz?
Nie wątpił w to, że dawała sobie radę. Nawet w tej „zatęchłej dziurze”, jak się wyraziła o mieszkaniu, widać było kobiecą rękę, porządek, jakąś taką przytulność, ciszę i jasność pomalowanych na kremowo ścian.
- A ty co, nie jedziesz do swoich? Nie pochwalisz się wynikami? - zagadnęła.
- Chciałbym zostać tu jeszcze kilka dni. Pobuszuję po mieście, nacieszę się wolnością.
- A naciesz się, naciesz. Gdybym była natarczywa, poprosiłabym, abyś któregoś dnia poszedł ze mną poszukać dla mnie pracy. Byłoby mi raźniej… słuchasz mnie? - dopytała, spostrzegając, że utkwił przy stole beznadziejnie apatyczny i zamyślony. 
- Z przyjemnością wybiorę się z pa… z tobą na poszukiwanie pracy - oświadczył po chwili odrętwienia.
- No tak, ale ty, zdaje się, miałeś ochotę na coś zupełnie innego.
Nagle zmieniła temat. - Jeśli naprawdę chcesz mi pomóc, w szafce po lewej na środkowej półce jest herbata i kawa. Mnie, jeśli łaska, półtorej łyżeczki kawy.
Posłusznie wstał i podszedł pod wskazane miejsce. Pomyślał, że i sobie zrobi kawy. Przeniósł pojemnik z granulowanym proszkiem, otworzył go i zasypał do obu szklanek. Wrócił po wrzątek do kuchni, odczekał chwilę i tą samą drogą dotarł ponownie do stolika z czajnikiem w ręce. Powolutku zalewał granulat gorącą wodą. Iza stała obok przy kuchni, zerkając to na niego, to znów zaglądała przez zmatowiałą szybkę piecyka na skwierczącą już pizzę.
- Wsyp mi jedną łyżeczkę cukru - poprosiła. - A może chcesz mleka do kawy? Jest w lodówce. Nie chcesz? Ja też piję czarną.
Usadowił się wygodnie na krześle, rozprostował nogi. Patrzył na nią, pewnie stojącą przy kuchence. Cały czas ubrana była w ciepły, dwuczęściowy sweterek, w którym przyszła i mocno wypłowiałe, błękitne dżinsy; pozostawały one w opozycyjnym kontraście do ciemnogranatowego swetra, w którym nigdy wcześniej jej nie widział.
Nareszcie otworzyła drzwiczki piecyka, wyjęła kawałki pizzy i przełożyła je na dwa duże, płaskie talerze, po czym przeniosła je na stół. Usiadła.
- Wyśmienicie pachnie - stwierdził.
- Jest w niej wszystko - dodała. - Zrobiłam na grubym cieście. Myślę, że będzie ci smakować.
Smakowała mu. Nie było czuć, że odgrzewana. Ciasto miało w sobie kruchość i puszystość, a zeszklony ser dokładnie związał kawałki szynki, boczku, pomidorów, papryczki i pieczarek. Jadł z apetytem, szybko, zdradzając tym samym, że pizza, pojadana z sałatką z tuńczyka, smakuje mu bardzo.
W jej spojrzeniu skierowanym ku jedzącemu, kumulowało się spojrzenie wszystkich kobiet świata, które z aprobatą przypatrują się, z jakim apetytem zjada posiłek ten, dla kogo go przyrządziły.
Została tylko kawa. Iza wyniosła puste talerze i ten głęboki, z resztką sałatki z tuńczyka. Wróciła do niego.
- Ale ty przecież nie przyszedłeś tu dla mojej pizzy, powiedz śmiało - zaczęła rozmowę - albo nie, nie mów nic, ja powiem. Myślisz, że ja nie widzę, jak mnie przez długi, długi okres czasu obserwujesz? Wystajesz przy oknie, natrafiamy na siebie niby przypadkowo na podwórzu, na skwerze. Cały czas mnie obserwujesz. Także wtedy, gdy spaceruję z małą. Nawet wtedy nie spuszczasz ze mnie, z nas, wzroku. W sumie to przyjemne; kobieta lubi być adorowana, jeśli tylko nie są przekraczane granice tej adoracji. Podejrzewam, że może i byś je przekroczył, ale przez swą nieśmiałość nigdy tego nie zrobiłeś. Nie zaprzeczaj, ciotka mi o tobie wiele opowiadała, nie tylko o tym, że jesteś studentem. Musisz wiedzieć, że kobiety, jeśli tylko chcą, wiele sobie opowiadają na temat mężczyzn, zwłaszcza tych interesujących, tajemniczych, potwornie ułożonych, takich właśnie jak ty…
Milczał, poddając się specyficznemu urokowi jej słów. Podobało mu się, co o nim mówi, choć jednocześnie był nieco speszony i zaskoczony tą jej wiedzą o nim. „O czym jeszcze cioteczka jej opowiadała?” - myślał.
- Nic nie mówisz, no tak, spodziewałam się tego, wiedziałam, że sama muszę zacząć. Jeśli chcesz wiedzieć, a może nie chcesz, nieważne, podobasz mi się jako mężczyzna. Nie, teraz mi nie przerywaj, niech skończę. Jestem starsza, to przecież widać, ale gdzie jest powiedziane, że starszej kobiecie mają się nie podobać młodsi, tacy w twoim wieku. Chyba nawet jest tak, że wiele kobiet właśnie wybrałoby taki związek na przekór obyczajności. Ale też z racji różnicy wieku kobieta nie powinna liczyć na coś więcej, rozumiesz mnie? Wolałam ci powiedzieć to teraz, na samym początku, aby też samej nie mieć złudzeń… teraz ty… ale jeśli uważasz, że jestem natrętna, nachalna, to mi to powiedz, nie chcę niedomówień… nie z twojej strony.
Wiedział, że musi w jakiś sposób zareagować, musi odpowiedzieć. Zdał sobie z prawdę z tego, że to, co powiedziała, było prawdą i że nie podejrzewał ją o taką szczerość. Myślał jednak nad tym, że to, co za chwilę m o ż e powie, wprawi ją w zakłopotanie, nie uwierzy mu, bo jego wyznanie, jeśli oczywiście się na nie zdecyduje, zburzy logikę konstrukcji jej myślenia. Jak się ona wtedy zachowa, kiedy zdecyduje się na jego ryzykowne, radykalne posunięcie? Wyśmieje go? Przepuści mimochodem jak pojazd jadący szybciej tym samym pasem drogi?
- Podoba mi się to, co pa…, co mówiłaś. Rozumiem cię, doceniam…
Zareagowała gniewnym zmarszczeniem brwi na to „doceniam”.
- Chcesz ze mną… to jest… jesteśmy sami - teraz ona zmagała się ze słowami, które cisnęły się na jej usta, ale chciała je jednocześnie zmienić, aby nie zaśmiecały atmosfery ich spotkania, zbliżającej się nocy. - Masz ochotę, wiem. Ja też mam… naprawdę… nie musimy się krępować… chcesz?
- Nie - wypadło z jego ust przeczenie, jak mimowolnie wypluta z ust kulka gumy do żucia podczas kaszlnięcia.
- Nie? - w jej oczach błysnęło mdłe światełko niezrozumienia.
- To znaczy chcę… ale… ja chcę być z tobą na zawsze… i teraz, i w ogóle. Chce być z tobą na dobre…
- i na złe - dokończyła, a w jej jasnobursztynowych oczach zabłysło kolejne światełko, również trudne do wyjaśnienia, skąd się wzięło.
- I na złe - potwierdził. - Ja ciebie po prostu kocham. Nie zauważyłaś tego?
- Hola, hola, kocham cię… tak mówisz. Czy można kochać tak na odległość? Ty mnie przecież nie znasz, co ty o mnie wiesz? Mówisz, że mnie kochasz, a tak naprawdę to rozmawiamy z sobą pierwszy raz, nie byliśmy z sobą, nie kochaliśmy się jak kobieta z mężczyzną, nie znamy swoich słabości i wad, nie chodziliśmy z sobą na zakupy, nie urządzaliśmy mieszkania, nie spłodziliśmy dziecka… Czy ty wiesz, co przed chwilą powiedziałeś starszej o ponad dziesięć lat kobiecie z dzieckiem, z doświadczeniem podłych lat, które przeżyła nie w taki sposób, w jaki sobie wyobrażałeś i w jaki ona chciałaby je przeżyć?
- Ja to wszystko przemyślałem. Nie odwiedziesz mnie od tego.
- Precyzyjnie to przemyślałeś, tak? Za chwilę zaproponujesz mi małżeństwo… słucham.
- Tak, proponuję ci małżeństwo.
- Dobre sobie - roześmiała się; złościła go tym śmiechem, lecz jednocześnie starała się uniknąć w nim ironii. Uspokoiła się i już bez wielkiej emocji kontynuowała: - Świetnie, staram się to sobie wyobrazić. Za kilka dni jedziesz do siebie, do domu, do rodziców. Witasz się z nimi i oznajmiasz im dobrą nowinę. Zaliczyłeś rok studiów. Padacie sobie w ramiona, a wtedy ty uchylasz szerzej drzwi (dotąd pozostawałam na zewnątrz), wprowadzasz mnie do środka i mówisz:
 - Mamusiu, tatusiu, a to jest pani, z którą zamierzam wziąć ślub. Cieszycie się, prawda? Oczekuję waszego błogosławieństwa.
- A co to skrywacie tam za drzwiami? - pyta twoja matka. - Ach, to wózeczek. Jaka w nim prześliczna dziewczynka? To wasze dziecko?
- To dziecko mojej narzeczonej - wyjaśniasz, ale po naszym ślubie będzie to również wasza wnusia…
- Do tego miejsca wszystko się zgadza - powiedział. - Ale odnośnie tej dziewczynki w wózeczku powiem tak: - Mamusiu, tatusiu, to nasze dziecko… rozumiesz, Izo, to jest nasze dziecko!
Zastanowiła się.
- I okłamałbyś w ten sposób swoich rodziców?
- Przecież mogło to być nasze dziecko. Mieszkałem już wtedy u ciotki, a zresztą… to i tak moje dziecko… nasze…
Wstała od stołu i przeszła się po kuchni.
- Masz papierosa? Ja właściwie nie palę i nie mam ich w domu.
Poczęstowałem ją, podałem ogień, zapaliła, krztusząc się dymem, usiadła.
- Ja naprawdę staram się ciebie zrozumieć. Staram się. Chcesz to zrobić z altruistycznych pobudek? Doceniam to, ale nie zniosłabym tego, gdybyś chciał postępować ze mną w taki właśnie sposób z litości. Nie zniosłabym tego.
- Ależ ja cię kocham. Nic ponad to, co powiedziałem.
- No dobrze, jestem w stanie to zrozumieć. Uczucie to ważna rzecz. Najważniejsza. Wiesz, że w przypadku takich wyznań daje się kobiecie czas do namysłu. Wiesz o tym? - zaciągnęła się mocno papierosowym dymem; tym razem obyło się bez kaszlu. - Powiem ci szczerze, że jestem zaskoczona. Bardzo zaskoczona. Sprowadziłam cię tutaj, bo chciałam… Boże, że też zmuszasz mnie do mówienia takich rzeczy przy nim… ale powiem, niech mam to już za sobą… chciałam się z tobą kochać i nadal chcę, i możesz to moje pragnienie nazywać jak chcesz, jest mi obojętne, co teraz sobie o mnie pomyślisz. Tak, bo mi się podobasz, jesteś przystojny, taki jakiś świeży, a ja tego potrzebuję, jestem sama, samotna… tylko sobie nie myśl, że gdyby nie ty, to nie stać by mnie było na kogoś innego… ale nie, nieprawda, może byłoby mnie stać, ale nie chciałam. A może czekałam właśnie na ciebie? Tak, czekałam na ciebie. Czekałam na to, kiedy się odezwiesz. Umyślnie rozpytywałam się o ciebie, a twoja ciotka była skarbem wiedzy o tobie. Wiesz, że chyba ona domyśla się, że chcę być z tobą… może nawet nie na jeden raz, ale żeby aż tak? Wiesz, co teraz czuję? Czuje się obnażona, stoję naga wobec ciebie z tymi uczuciami, których do końca nie rozumiem…
- A zatem byłabyś w stanie mnie pokochać?
Przygasiła niedopałek papierosa leniwą strużką wody puszczoną nad zlewem. Podeszła do stołu, przy którym siedział i przysunęła krzesło do jego krzesła. Zamyśliła się, skupiając wzrok na jego oczach.
- Wiesz, co to będzie? Marnotrawna córka, która swego czasu opuściła dom rodzinny bez zgody rodziców, udając się do wielkiego miasta; tam pobłądziwszy poznała życie od atrakcyjniejszej, lecz jakże odmiennej od przekazywanych jej od dzieciństwa wzorców strony, zdobyła pracę, zmieniała ją często, prawie tak często jak partnerów, nareszcie wpadła na pomysł ustatkowania się, a kiedy myślała, że jest już tuż u celu, do jakiego zmierza, trafiła na kogoś, kto zadowolił się krótkotrwałą przyjemnością i zniknął z jej życia na zawsze i bez żalu; ta marnotrawna córka najpierw obdarowuje cierpiących z powodu jej zachowania rodziców wnuczką, a teraz… teraz przyjeżdża na swoją tradycyjnie ukształtowaną wieś z młodzieńcem, który nie jest wszelako ojcem jej dziecka, ale nie wyobraża sobie bez niej życia… a ten człowiek jest młody, dużo młodszy od niej i zapewnia ją, że nie wiąże się z nią z altruistycznych pobudek, a jedynie dlatego, że ją kocha i liczy na to, że i ona go pokocha, chociaż po tym, co jej powiedział, ona… ona gotowa jest pokochać go już teraz.
Długi, mocny pocałunek zaplótł ich wargi, a potem kobieta, która od dawna nie doświadczyła łez, miała wilgotne policzki. Objął ja swym ramieniem.
- Zgadzam się - wyszeptała.
- Pomogę ci znaleźć pracę, a sam przejdę na zaoczne. Zarobimy na siebie. Wydostaniemy się z tej klitki.
- Proszę, nie. Jestem w stanie nas utrzymać. Ty pewnie też dostajesz jakieś pieniądze na studia…
- Nie, ja już postanowiłem. Załatwię to sobie. Między innymi właśnie dlatego zostaję w mieście dłużej.
- Ty zawsze tak wszystko planujesz?  
- Nie zawsze.
- Ja też nie. A nie będziesz miał nic przeciwko temu, że zmienię dzisiaj zdanie?
- To znaczy?
- Mówiłam ci, że chcę się z tobą kochać dzisiejszej nocy.
- Mówiłaś. Nie chcesz?
- Chcę, ale… no wiesz, to moje pragnienie było inne, takie na jeden raz… a teraz… teraz chciałabym inaczej, tak jak ty wymyśliłeś. Chciałabym się z tobą kochać, mając tę świadomość, że będziemy z sobą już na zawsze i nie musimy się z tym spieszyć.
- Będzie tak, jak zechcemy.
- Może nawet jutro…
- Jutro nie.
- Nie, dlaczego?
- Jutro idę z cioteczką do kina.
- Zaplanowałeś to?
- Oboje zaplanowaliśmy. Ale przedtem, przed osiemnastą, pójdziemy poszukać dla ciebie pracy.
- Dobrze.
- Chciałbym przy okazji opowiedzieć o nas cioteczce.
- Chcesz tego?
- Bardzo chcę. Ona przecież zrozumie.
Siedzieli tak blisko siebie, że czuli pulsującą krew w tętniczkach na swoich skroniach.

[26.03.2017, Cambridge w Anglii] 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz