Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

18 kwietnia 2017

PIĘKNY KWIETNIOWY DZIEŃ

1.
Tak oto siedzę sobie w „domu kierowców” w Campingneulles Les Grandes we Francji w kwietniową środę, przepiękną, wiosenną, wypełnioną słońcem i bezwietrzną. Dzisiaj nad ranem powróciłem z Leicester (wcześniej rozładowałem się w Birmingham) w towarzystwie kierowcy Jacka, z którym ładowaliśmy towar do Flesenbergu w Niemczech (my oczywiście jedynie do Calais). Powróciłem po przygodach; najpierw związanych z tym, że przyjechano po nas do Marck pod Calais z opóźnieniem (wymieniamy się z Ukraińcami właśnie w Marck, o ile mamy ładunek na Holandię, Belgię, Niemcy czy Finlandię, mając już do dyspozycji Citroena Berlingo, po którego pakujemy rzeczy i prowiant na podróż); kolejny problem dotyczył już mnie osobiście, bo nasze Berlingo wyjeździło już niemal całe paliwo, a do stacji benzynowej, Esso Expressu, miałem prawie pięćdziesiąt kilometrów, a zatem powracając do „domu” sam, zmuszony byłem jechać przeraźliwie wolno (Jacek czekał na swojego zmiennika), zdejmując nogę z gazu na zjazdach i ledwie co przyspieszając na podjazdach, oby tylko starczyło mi oleju napędowego i w taki sposób udało mi się dojechać  „na oparach” do Campigneulles, a tu kolacjo-śniadanie i zastanawianie się nad tym, czy kolejny kurs czeka mnie tego samego dnia, czy dopiero we czwartek. Dość powiedzieć, że kiedy Jacek powrócił do domu około szóstej rano, w „domu” było nas tylko dwóch Polaków (zatem prawdopodobieństwo dostania kolejnej trasy było wielkie), ale jakoś mnie się tym razem upiekło: to Jacek dostał wiadomość, że ma się szykować do drogi w nocy z środy na czwartek, a ja mam być przygotowany na czwartek, gdzieś w południe, jak myślę. I w taki to sposób odpocząłem sobie w tę środę (Jacek zresztą też), nadrabiając, niewielkie zresztą, braki snu. 
2.
W „domu” po wielu dniach niewidzenia się nawzajem spotykam swego ukraińskiego partnera Romana. Jest w nienajlepszym nastroju, bo w zeszłym tygodniu umarł mu teść, z którym by w jak najlepszych stosunkach. Opowiada mi:
- Wiesz, martwię się o córką (ma czternaście lat), która najbardziej przeżyła śmierć dziadka. Teść z teściową mieszkają od nas jakieś 60 kilometrów i żona z córką właśnie pojechała w przedostatnią sobotę, aby ich odwiedzić, aż tu nagle z niedzieli na poniedziałek teść umiera. A moja córka była do niego bardzo przywiązana. Kiedy wcześniej zdarzało mi się z żoną jechać do nich bez córki, to teść rugał nas, że nie wzięliśmy z sobą jego wnuczki.
Przypomniała mi się śmierć swojej teściowej, która zastała mnie gdy również byłem poza krajem. Podobne uczucia, podobny ból. A żyć przecież trzeba.
- Takie jest życie - wzdycha Roman, a w jego oczach pojawiają się niepokorne łzy.
- Nie trzeba narzekać na życie - wtrąca się do rozmowy inny kierowca ukraiński, Giena, podobnie jak Roman, ze wsi spod Tarnopola. - Zobacz, ile jest ludzi biedniejszych od ciebie… a ci chorzy… inwalidzi.
Przyznajemy mu racją, choć po chwili zauważam:
- Wiesz, Giena, ale jak ciebie czy twoich najbliższych, rodzinę, spotyka jakieś nieszczęście, choroba albo śmierć, to człowiek nie jest w stanie myśleć o czym innym; jego ból jest najważniejszy.
Rekapituluję. Ludzi na całym świecie łączy to samo szczęście i te same problemy i przykrości go dotykają. Nie ma Polaków, Ukraińców, Rosjan, Francuzów czy Anglików - są ludzie.
3. Oczywiście niepocieszony jestem tym, że przez te cztery tygodnie podróży tak niewiele miałem możliwości korzystania z internetu. Łącze w Calais jest bardzo niestabilne. Co najwyżej mogę otworzyć stronę bloga, ale tylko na chwilę, bo za chwilę tracę łączność. Podobnie z facebookiem. Czasami zawodzi też łączność w Dover, a innym razem, jak trafi się szybka przeprawa, nie ma sensu nawet uruchamiać laptopka… no i z tego powodu nie mogę sobie porozmawiać przez messengera, ani czytać i komentować teksty zaprzyjaźnionych blogerów, czy w końcu zamieszczać tego, co udało mi się napisać. Może w końcu firma uruchomi nam internetowe łącze… ale to już po świętach. 

[05.04.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

5 komentarzy:

  1. Tak, losy ludzkie wszędzie podobne, niezależnie od kraju i wyznania.Zawsze może być lepiej, może też być i gorzej... nawet gdy za kimś nie przepadaliśmy, to jego śmierć zawsze porusza, zmusza do refleksji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... no i, w tym przypadku, powraca się do kraju, w którym już kogoś... nie ma...

      Usuń
  2. Dom kierowców brzmi dobrze, ponieważ wrunki są do odpoczynku i snu lepsze niż w samochodzie. Kierowcy to specyficzna grupa, pomagają sobie, współczują, wszak w trasie dotykają ich rozmaite historie, w tym smutne wiadomości.
    Serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z całą pewnością jest to atut taki "dom", a i też podzielam twoje zdanie odnośnie kierowców

      Usuń
  3. Ze sporym opóźnieniem czytam Twoje posty, bo choroba zapędziła mnie do łóżka. Ciężki zawód sobie wybrałeś, te ciągłe kursy i choć "dom" niby jest, to jednak nie taki swojski jak własny kąt. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń