Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

07 kwietnia 2017

KONIEC I POCZĄTEK (1)

1.
Obserwował ją ze szczytowego okna oddanego mu na czas nauki pokoju, jeśli tylko nie musiał jechać na zajęcia wcześniej niż na dziesiątą, co zdarzało się zwykle trzy razy w tygodniu. Mieszkała w kamienicy naprzeciwko, na trzecim piętrze, podobnie jak on. Dwa okna jej mieszkania znajdowały się nieco po prawej, ale przy odpowiednim wychyleniu się przez swoje okno, mógł ją zobaczyć, a właściwie jej cień przemieszczający się za cienkimi, stylonowymi firankami. Domyślał się, że zajmuje dwuizbowe mieszkanie, czyli pokój z kuchnią, wąskim przedpokojem i bezokienną łazienką. Kiedyś pomagał sąsiadowi z przeciwka mieszkającemu piętro niżej wnieść pralkę na górę i stąd znał rozkład pomieszczeń w tamtej kamienicy. Ciasnota i tyle. Nie to, co u niego, a właściwie u jego ciotki, która miała do dyspozycji trzy całkiem duże pokoje, jeden z nich oddając mu do dyspozycji w całości, aby miał miejsce do nauki, a nawet na przyjmowanie gości czy kolegów z roku.
Nieczęsto otwierała okna; można nawet powiedzieć, że nie otwierała ich nigdy poza krótkimi okresami czasu, gdy myła w nich szyby. W gruncie rzeczy nie musiała ich myć często; jej okna patrzały na zachód, w stronę jego kamienicy, której ciężka i wysoka bryła zasłaniała dostęp do chowającego się za dachami słońca. Studzienna przepaść pomiędzy obiema kamienicami - jego masywniejsza i z potężniejszym, lekko spadzistym dachem, i jej - ciaśniejsza, lżejsza jak młodsza, choć wcale nie piękniejsza siostra, pozostawała przez większą część dnia w pełnym cieniu. Podwórze pokryte kamieniami, schludnie sprzątnięte przez dozorcę, lecz pozbawione choćby odrobiny zieleni, straszyło szarością i smutkiem, którą przerywały na czas jakiś odgłosy dziecięcej zabawy, trzepania dywanów czy też wjazdów i wyjazdów niewielkich japońskich ciężarówek z dostawami węgla.
Był czas, kiedy rankiem, no może nie zupełnie rankiem, lecz tuż przed dziewiątą, wyjeżdżała na spacer z dzieckiem, jasnowłosą dziewczynką z błękitnymi oczami. Że była to dziewczynka, spostrzegł pewnej niedzieli, kiedy spotkał kobietę z dzieckiem w wózku na skwerze, który oddzielał od siebie dwie równoległe i zwykle zatłoczone, choć nie w niedziele, ulice miasta. Ukłonił się wtedy kobiecie (spotykali się czasami na podwórzu przez tych kilkanaście miesięcy, kiedy mieszkał u ciotki na stancji) i zerknął dyskretnie do wózeczka. Dziecko nie miało wtedy jeszcze roku, lecz bezbłędnie rozpoznał, że to dziewczynka. Pomimo tego dyskretnego spojrzenia, kobieta jakimś sposobem wyczuła, że zainteresował się jej córeczką i chociaż do tej pory, prócz zdawkowego „dzień dobry” nie odzywali się do siebie ani słowem, to podczas tego spotkania ośmieliła się go zagadnąć, mówiąc:
- Widzę, że panu studentowi spodobała się Asia.
Nie zaprzeczył, bo i czemu miałby zaprzeczać, skoro dziewczynka naprawdę była urocza, a też zwrócił uwagę na to, że nigdy nie płakała. Nie słyszał jej płaczu, którego miałby prawo usłyszeć nawet poprzez zamknięte okna obu kamienic, bo w tym ponurym gardle pomiędzy budynkami byle jaki dźwięk, byle hałas słyszany był aż nadto wyraźnie.
- Jeśli mu się podoba, niech sobie pan student weźmie miarę z tego dziecięcia i samemu spróbuje utworzyć coś podobnego.
Być może nazbyt rubasznie zabrzmiały wtedy jej słowa, ale nie przejął się nimi, a może nawet odpowiedział jej nieśmiałym uśmiechem. Nigdy z nią wcześniej nie rozmawiał, a i też nie miał zwyczaju rozmawiać z kobietami starszymi od siebie. Oczywiście z profesorkami na uczelni - jak najbardziej; czasami w podróży pociągiem - również, w sklepie, w tramwaju - to samo, lecz zawsze kiedy nawiązywał rozmowę, świadomie czy podświadomie odczuwał w swoim głosie zażenowanie, by nie powiedzieć nieśmiałość, która po pewnym czasie kazała mu zamilknąć, albo też opuszczała kurtynę powiek na jego oczy; nie wytrzymywał wtedy wzroku rozmówczyni.
I w tym przypadku było podobnie. Zmieszał się, choć pewnie wypowiedział jakieś słowa i odszedł, aby dopiero z niejakiej odległości odwrócić głowę w stronę tych dwojga, odwrócić, ale nie dostrzec jej wzroku, którym by go odprowadzała.
Miała lat więcej niż trzydzieści, ciemnowłosa, choć nie czarna, raczej niska i szczupła, by nie powiedzieć chuda, lecz zgrabna, z twarzą ze zmarszczkami na skroniach, ustami wąskimi, choć nie za bardzo, noskiem niewielkim, zgrabnie uformowanym, z oczami, w których mienił się blask jasnego bursztynu. Była raczej energiczna w ruchach, w gestach, w chodzie, lecz nie sprawiała wrażenia wysportowanej; trzymała się prosto i jedynie pchając przed sobą wózek z małą, pochylała się i coś tam do swojej córeczki mówiła, coś jej we wnętrzu tego domku na kółkach poprawiała.
Wyjeżdżała z nią na powietrze często, nawet podczas łagodnej zimy, a już z nastaniem wiosny ich wspólne spacery odbywały się minimum trzy razy dziennie, lecz wtedy nie mógł widywać ich za każdym razem, gdyż miał wykłady i ćwiczenia.
Którejś niedzieli w maju, zaraz potem, jak zobaczył ją z dzieckiem w tej pustynnej, kamiennej otchłani pomiędzy kamienicami, odważył się zapytać ciotki, kim jest ta kobieta.
- Ach, ta z dzieckiem? - cioteczka spojrzała przez okno swojego pokoju. - To pani Izabela Matkowska. Będzie osiem, a nawet więcej, pewnie dziesięć lat, jak mieszka w kamienicy po drugiej stronie podwórza.
- Mieszka sama? Nigdy jej nie widziałem z nikim. Zawsze sama.
Zamyśliła się.
- Co by tu ci rzec, Adasiu… jak wiesz, ja plotek nie roznoszę… ale skoro pytasz… no cóż, pani Iza… życie pani Izy nie zawsze było tak stateczne jak obecnie. Będąc młodszą z tego życia korzystała, nawet w nadmiarze. Ale ja jej nie potępiam. Każda młodość wyszumieć się musi… a tak… jeśli myślisz, że twoja cioteczka, czy jej siostra, a więc twoja matka z innej gliny ulepione, to się mylisz. I my miałyśmy swoje mniej rozsądne, ale na swój sposób piękne czasy. Skłamałabym ci mówiąc, że my, ja i twoja mama, z dobrego przecież domu, nie ulegałyśmy pokusom młodości, o nie. My też szalałyśmy za młodu, lecz przyszedł w końcu moment opamiętania: twoja matka spotkała twojego przyszłego ojca, a i mnie trafił się przystojny amant, w którym po same uszy się zakochałam. Słyszysz mnie tam, w górze? - zawahała się. - Odszedł ode mnie przedwcześnie… z bólem w sercu mnie zostawił, choć to on chorował, nie ja. Dość o tym. Pani Iza szalała sobie w młodości i wydawać by się mogło, że była szczęśliwa, ale to było pozorne szczęście, bo koniec końców żyjemy chyba po to, kobiety i mężczyźni, aby wreszcie napotkać tę właściwą osobę… a ona? Ona bawiła się, zmieniała mężczyzn i wydawała się być szczęśliwa… wydawała się być… ja z nią nie raz o tym jej losie pokracznym rozmawiałam i zrozumiałam ją. A ci z jej kamienicy, pożal się Boże sąsiedzi, jacy to napuszeni, jacy świętobliwi, w czambuł ją potępiali, chociaż ona nikomu złego słowa nie powiedziała, ot, żyła jak żyła, ale z biegiem czasu zniesmaczyła sobie dotychczas pędzone życie; zapragnęła czegoś nowego, kogoś nowego, a kiedy już myślała, że go znalazła, pozostawił jej po sobie to dziecię, sam uchodząc w siną dal; banał nad banały. A i też u swoich rodziców nie mogła znaleźć początkowo zrozumienia. Oni na wsi żyją i trzymają się odwiecznych tradycyjnych zasad wychowania. Początkowo mieli jej nawet za złe, że wyjechała do miasta zaraz po szkole i to nie na studia tak jak ty, ale od razu do pracy. Mieli jej za złe, że na gospodarce z bratem nie została, że nie znalazła sobie jakiegoś chłopca ze wsi… znów banał… ileż takich banalnych historii zna świat. A cóż powiedzieć, kiedy razu pewnego zjawiła się z bękartem? Kolejny banał. Nie, ojciec z matką nie przegnali jej, co to, to nie. Urodziła małą, kiedy miała trzydzieści dwa lata, więc nie była już podlotkiem, miała swoje zdanie; ale też nie przyjęli jej z honorami właściwymi matce dziecka, które jest ich wnuczką. W porę się jednak opamiętali, doskonale wiedząc, że samotnej matce w dzisiejszych czasach, co by tu nie mówić, trudniej żyć, wychowywać dziecko i pracować. Powiedzieli jej, że pomogą w wychowaniu Asi; niech znajdzie dobrą pracę, to może nawet zostać w mieście, przyjeżdżać na weekendy, niech poszuka, a małej na wsi ptasiego mleka nie zabraknie, bo to widzisz, tak to jest: dziadkowie, nawet jeśli córka czy syn im w czyś zawadzają, to za wnuki daliby się pokrajać… taka jest prawda. 
Z początkiem lipca, kiedy jako student drugiego roku pedagogiki pomyślnie i w terminie zdał wszystkie egzaminy, pewnego dnia (był to chyba piątek), przez okno swojego pokoju zobaczył ją, jak sama wychodzi na poranny spacer, sama bez dziecka. Pomyślał wtedy, że pewnie sprawdziły się prognozy cioteczki: mała Asia została oddana pod opiekę dziadków, a pani Izabela (tak zawsze o niej mówił i myślał - pani Izabela) została w mieście, aby poszukać pracy… a może ją znalazła? Lecz nie; był piątkowy poranek, więc jeśli miałaby pracę to… ale w końcu nie zawsze pracuje się od samego rana, tak jak jego ciotka - szefowa kelnerek w hotelowej restauracji - zwykle pracowała popołudniami i nocą. Kiedy zniknęła za bramą, wszedł do kuchni, gdzie ciotka kończyła przygotowywać śniadanie, wszedł i zapytał:
- Zgodziłaby się cioteczka, gdybym został u niej jeszcze tydzień?
Nie skrywała zdziwienia. Postawiła na stole kanapki i sałatkę z pomidorów i spojrzała z niedowierzeniem w jego oczy.
- Nie spieszno ci podzielić się z rodzicami dobrą nowiną, że jesteś już studentem trzeciego roku?
- Już do nich dzwoniłem, zrozumieją, ale chciałbym nacieszyć się swym szczęściem tu, w mieście, odarty już z tej nerwowej atmosfery, jaka towarzyszyła mi do końca przed egzaminami.
- Oj, wydaje mi się, że coś kombinujesz, Adasiu, ale oczywiście, możesz zostać, jeśli mi tylko obiecasz, że któregoś wieczora pójdziemy do kina, ty i ja, rozumiesz… oczywiście ja funduję bilety… to z mojej strony taka niewielka nagroda za twe wyniki na studiach.
- Zgadzam się - odparł - i jeżeli cioteczka zechce, włożę na siebie garnitur, którego nie znoszę, ale dla cioteczki zrobię wszystko.
- Ech ty… no dobrze, to i ja założę ten nowy kostium, a ty zajmij się repertuarem… tylko proszę, bez żadnych „strzelanek”.

[25.03.2017, Wymondham, Norfolk w Anglii] 
  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz