Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

18 kwietnia 2017

WRZASK

Na promie kwiat młodzieży, francuskiej, angielskiej, potem się okaże, ze również niemieckiej, wrzaskliwy, chodzący to tu to tam, prom nowoczesny, francuski, Duma Francji, czy jak tam ją zwał, z obszerną, kolistą salą obok jednego z barów, zanim znalazłem miejsce przy stoliku tak niskim, że pisać przy nim nie można, już spał ten gość, może kierowca, najpewniej kierowca, rozłożył się na kanapie i nakrył aż po głowę śpiworem, już śpi, nie reaguje na hałas, po prawej stronie rudowłosa, prostowłosa dziewczyna, a brwi ma niemal białe, na przemian znudzona i niespokojna, po prawej blondynka, wysokie czoło z brewiarzem - komórką, wpatrzona w esemesy jak w święty obrazek, rzuca zdawkowe spojrzenia w moją stronę, no powiedzmy, że obok mnie, a z tyłu moszczą sobie na podłodze, a raczej na dywanie trzy małolatki, jedna utrudzona, senna, na twarzy pełna z nabrzmiałym nosem, może przeziębiona, owinęła się wełnianą kurtką, chyba granatowa, leży na prawym boku, skulona, może zaśnie, już śpi, prześpi całą podróż, dwaj chłopcy opierają się o plastykową, imitującą drewno ścianę, gapią się w wyświetlacze swoich smartfonów, pewnie w coś grają, ten jeden ma niebieską kurtkę, podoba mi się ta kurtka, zgaduję, że jest nieprzemakalna, intensywnie niebieska, drogi prezent od rodziców, naprzeciwko sześcioro, dwie młode kobiety i czterech mężczyzn, jeden to dusza towarzystwa, krótko obcięty, ze srebrem nad skroniami, gestykuluje podczas rozmowy, początkowo nie rozpoznaję, w jakim języku trwa rozmowa, wrzaski i piski, wychwytuję pojedyncze słowa, Anglik, wszyscy z Wysp, jeszcze jeden ma wygoloną czaszkę i mierny rudawy zarost, wyłupiaste oczy, rybie oczy, typowy Anglik - marynarz, trzeci ubrany jest w ciemnobłękitną kurtkę, nosi okulary za którymi umieścił swój szalenie zdziwiony wzrok, nie rozmawia, przytakuje, czwarty podobny do pierwszego, też krótko obcięty może nawet podobny, wśród nich blondynka, właściwie sinoblondynka, daję jej dwadzieścia pięć, sześć lat, ładne, białe, proste zęby, oczy osadzone blisko siebie, wydatne policzki, pucułka jedna, a kiedy wstała, okazało się, że jest mikra, ileż ta nauczycielka może ważyć, daję jej pięćdziesiąt trzy, ma coś w sobie sympatycznego, tak, wszyscy to nauczyciele, młodzi, mężczyźni trochę starsi od kobiet, ta druga też młoda, wyższa od koleżanki, dwa cienkie warkoczyki sięgają piersi, stanowcza w spojrzeniu, lekki makijaż, brwi łukowate, pod nimi bardzo brązowe oczy, które mówią, że ich właścicielka ma klasę, ale tamta pierwsza sympatyczniejsza, ta druga pije piwo, w tę i tamtą stronę przelewa się młodzież, dziewczyny i chłopcy z plecakami na grzbietach kursują jak te promy pomiędzy Calais a Dover, a pod śpiworem mężczyzna śpi, i jeszcze jeden zasnął na innej kanapie, biały podkoszulek, jasne bawełniane spodnie, dzieciaki i młodzież w wieku gimnazjalnym mają frajdę, a ich opiekunowie czas na rozmowę, ile to razy znajdowałem się w takiej sytuacji, wyobrażam sobie, że podszedłbym do tamtych i powiedział, że gdzieś tu na ósmym pokładzie są też i moi, ale za stary jestem, aby do nich podejść, no i oczywiście nie mam swojej grupy, dobrze, że nie mam, bo to co mam, nazywa się dość, ciekawe kiedy im się naprzykrzy obwozić po Europie podopiecznych, kiedy się wypalą, a mnie denerwuje już ten hałas, wrzask, piski, to dudnienie rozmów i nie podobają mi się ci młodzi panowie, którzy pokazują się ze szklanicami pełnymi kiepskiego francuskiego piwa, blondynka z komórką - brewiarzem rzuca ukradkowe spojrzenia w okolicę mojej strony, a ta bidula przykryta wełnianą, granatową kurtką śpi w najlepsze, ma mahoniowe włosy, spostrzegłem, gdybym siedział nie w niewygodnym fotelu a na szerszej i dłuższej kanapie, klepnąłbym ją w ramię i powiedział, kładź się na niej, będzie ci wygodniej, kanapa to jednak nie dywan, o tak, u tych nauczycieli - opiekunów jest całkiem spora garść zapału, tylko ta wyższa mnie denerwuje, taka jakaś mająca o sobie jak najlepsze zdanie i pije piwo, w oddali po lewej ciemnoskóry, ale nie za bardzo ciemnoskóry tatuś, łysy, dobrze zbudowany, typ boksera, mocna szyja, nos spłaszczony, bicepsy nafaszerowane atlasem, a niech mnie, taki nieco wyższy Tyson, zajęty najpierw komórką, ale potem przykleja się do niego jedna z jego prześlicznych córeczek, ich matka biała, choć cała na czarno, przylegające do zgrabnych nóg spodnie, wełniany sweter, wszystko czarne, włosy też, naturalnie czarne albo na czarno zrobione, chodzi bezradnie, przysiada, ziewa, mój Boże, czemu ty ziewasz, mając tak śliczne córeczki leciutko powleczone smagłą barwą naskórka, jakaś dziewczyna rozczesuje swoje długie włosy, a ta ruda już odeszła z inną, a ta z brewiarzem - komórką wciąż zerka, a ta za mną śpi, na zdrowie, ni stąd ni z owąd moi nauczyciele rozwijają nanizane na żyłkę albo jakąś nylonową linkę kolorowe trójkąty, a na każdym z nich jedna literka i kiedy rozwinęli to cudeńko, wyszedł napis happy birthday, bo to jedna z dziewcząt obchodziła już po północy imieniny, więc jej zaśpiewali, a potem wzięło się skądś ciasto i ci co byli bliżej, albo ci, co tężej śpiewali, dostali po kawałku, tak, młodzi nauczyciele, tacy prawdziwi, to zawsze mają w zanadrzu jakąś niespodziankę, jakąś zabawę, na każdą okazję, a mnie to denerwuje, że, no dobra, denerwuje mnie hałas i kiedy tak się przyglądam tym młodym pedagogom, to mówię sobie, że wiele jeszcze przed nimi, niech się bawią, niech myślą, że są niezastąpieni, do czasu, a mój bokser siedząc na kanapie, unosi ponad głowę swoją najmłodszą pociechę, przyjmijmy na moment, że jest to naprawdę bokser i wydawałoby się, że taki co to uprawia mało intelektualny zawód i, psia mać, nie może mieć właściwego podejścia do dzieci, a tu proszę, to przecież widać, że te dziewczynki swoje najrozkoszniejsze kocha, no i w końcu matka przestała ziewać i nawet się uśmiecha do skarbów, całe szczęście, bo podszedłbym do niej i powiedział, że powinna się uśmiechać do córeczek, skoro je ma, i ma ładne, zresztą, nawet gdyby nie były ładne, to i tak powinna się do nich uśmiechać, a ta za mną śpi w najlepsze, chłopcy piją colę i grają w coś, co mają w komórkach, rudej nie ma, jej sąsiadka przestała rozczesywać włosy, a ta co zerkała, zerka, ale też rozmawia z koleżanką, kierowca pod śpiworem śpi, i ten w białym podkoszulku też, pojawia się przystojny, ulizany hindus, znaczy się po ojcu albo matce hindusach, na nosie ma takie inteligentne okulary, o i są dwaj chłopcy, Francuzi, pięknie obcięci, z pozostawioną nad wysokim czołem czuprynką, to pewnie taka moda, podoba mi się, ale nie podoba mi się ta Angielka z wygryzionymi przez psa nie pierwszej młodości dżinsami na kolana się, gwar nie milknie, na samym początku, kiedy znalazłem sobie miejsce do siedzenia w tym tłumie, zacząłem czytać „Korsarza”, ale gdzie tam, sześć, siedem stronic, zaledwie, nie mogłem się skupić, więc wyjąłem zeszyt, w którym mam wszystkie głupoty, adresy i numery do zapamiętania, których nigdy nie nauczę się na pamięć, wyjąłem grubo piszący długopis i zacząłem, stary dureń, notować to wszystko, co teraz przepisuję dosłownie albo niedosłownie, a wygląda to tak, jakbym miał przed sobą sztalugę z ustawioną na niej ramką z naciągniętym płótnem, a w ręku trzymał pędzel i co chwila nim pociągał po blejtramie, maluję słowami modele w bezruchu i te przemieszczające się po okrągłym spacerniaku holu, muszę już wyjść, zbliżamy się do Calais, było ogłoszenie, muszę zapalić na zewnątrz, wychodzę i wtedy spotykam Niemców i francuskich opiekunów, światła portu, jeszcze tylko znaleźć najkrótsze zejście z ósmego doku na piąty, półtorej godziny z tankowaniem zostało mi do celu, nie jestem zmęczony...

[08.04.2017, na promie Dover - Calais i Campigneulles Les Grandes we Francji] 

5 komentarzy:

  1. Ależ wspaniała rejestracja....
    Dobrze Ci chyba było na tym promie...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... znaczy się tak... nie mogłem się skupić nad czytaniem, więc pomyślałem sobie, że opiszę te "okoliczności" :-)

      Usuń
  2. Spostrzegawczość godna Prusa. Doskonała znajomość psychiki i łączenia wyglądu zewnętrznego z wnętrzem poprzez malowanie słowem "modele w bezruchu i te przemieszczające się po okrągłym spacerniaku holu"...
    Doskonałe.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w tym konkretnym przypadku konieczne było robienie notatek, aby przynajmniej niektóre postaci i ich zachowania nie uleciały z pamięci

      Usuń
  3. Bardzo ciekawy tekst. Takie mini opowiadanie pt. "Prom". Następnym razem zafunduj sobie stopery do uszu, to hałas nie będzie Cię tak drażnił. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń