O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

22 maja 2020

WYJĄTKI Z ŻYCIA PROFESORA FILOZOFII, W DODATKU ETYKA (2)


W tamtych czasach nad dwuskrzydłowymi oszklonymi drzwiami wejściowymi do tego miejsca widniał szyld z napisem „Klubokawiarnia Miejska” i w każdy piątek i sobotę o godzinie siedemnastej w kawiarni rezerwowano stolik dla czterech mężczyzn: właśnie dziadka Stanisława, pierwszego buchaltera największego zakładu w mieście, pana pułkownika w stanie spoczynku, poruszającego się przy pomocy laski, magistra farmacji urzędującego w jedynej podówczas aptece miejskiej oraz emerytowanego urzędnika magistratu o bardzo znacznej, ciężko zapracowanej przez lata pracy od zakończenia światowej wojny społecznej pozycji. Panowie ci aż do godziny dwudziestej drugiej zaszczycali swoją obecnością znakomite miejsce za jakie uznawano kawiarnię; zamawiali na przemian herbatę i kawę, także niewielkie ilości słodkości, w tym lodów, a zajmowali się rozmowami, od tych błahych, obrazujących świat codziennych obywatelskich, urzędniczych i pracowniczych zmagań w mieście Z. po dysputy zgoła filozoficzne. Niejednokrotnie czytano gazety i tygodniki dostarczane przez właściciela lokalu, a  przytwierdzane do drewnianych uchwytów i czytając popołudniówki, dzienniki i magazyny, wybierano sobie tematy do rozmów właśnie z prasy ogólnokrajowej i lokalnej. Rzadziej grywano w brydża lub szachy i to nie z tej przyczyny, że umiejętności do rozgrywania szlachetnych partii nie starczało czwórce dostojnych panów, ale że na pierwszym miejscu stawiano kulturę słowną, którą starali się zainfekować innych gości kawiarni. Nierzadko rozmowy i dyskusje obejmowały bowiem pozostałych biesiadników, co wszystkim konsumentom naprawdę świetnie zaparzanej kawy marago wychodziło jedynie na dobre.
Pan profesor filozofii, w dodatku etyk, zajmujący najwygodniejszą z możliwych pozycji leżących na łóżku, wiedział już, że tej nocy nie będzie mu dane zasnąć bez bólu bezsenności, a ważnym przyczynkiem do tego stanu rzeczy było owo wspomnienie niegdysiejszej kawiarni i tych czterech mężczyzn, którzy powołani już zostali do zażywania pogody ducha w krainie wieczności. Ważnym był również słodkawy aromat kawy marago, zapach ptysi, eklerek i brzuchatych, pofałdowanych karpatek oraz… oraz ten szczególny dzień, kiedy to dziadek Stanisław zmuszony był zabrać z sobą do uświęconego rozmowami lokalu swojego wnuczka, Adama, dzisiejszego profesora filozofii, w dodatku etyka.
Owszem Adaś zachodził do tej kawiarni, ale tylko w niedziele, do tego z rodzicami; najczęściej bywał tu krótko, konsumując lody lub szarlotkę, popijając ją płynnym owocem o smaku jabłkowym.
- W ten piątek – wspominał pan profesor – miałem przebywać w kawiarni całe pięć godzin, albowiem mój dziadek nie wyobrażał sobie sytuacji, w której pozbawiono by go przyjemności posilania się rozmową w towarzystwie zacnych przyjaciół.
Rzecz jasna trzej interlokutorzy pierwszego w miasteczku buchaltera zapałali zdziwieniem, gdy pan Stanisław pojawił się o wyznaczonej porze dnia w kawiarni z wnukiem, jednakowoż uznali za w pełni uzasadnione wytłumaczenie tej sytuacji przez sprawcę zamieszania. Otóż rodzice małego Adasia wyjechali do chorej ciotki, aby służyć jej wsparciem i opieką, zanim zjawi się jej syn przebywający od miesiąca na zagranicznej delegacji. Syn miał się zjawić w sobotę pod wieczór, a zatem krewni postanowili spędzić jedną noc z ciotunią i w ten sposób Adaś, ich dziesięcioletni syn, został oddany pod opiekę dziadkowi.
Panu profesorowi filozofii kleiły się już oczy i pewnie by zasnął pomimo tego wspomnienia, ale odezwał się teraz i kuszący zapach karpatki, i boski smaczek śmietankowych lodów, i aromat płynnego owocu i pozostałe smaki wszystkich po kolei ciasteczek jakimi dysponowała owego dnia kawiarnia. A wszystko to zadziało się z tego powodu, że panowie: farmaceuta, pułkownik i szanowany urzędnik poczytywali sobie zapewne za zaszczyt zaspokojenie ewidentnie wymarzonych potrzeb chłopca i w stosownych odstępach czasu zamawiali dla niego słodkości i napoje, w tym płynny owoc i lemoniadę najczęściej.
- O, tak, to było najsłodsze popołudnie i wieczór w moim życiu – powiedział do siebie pan profesor kiwając z uszanowaniem dla tego wspomnienia głową. – A przecież zagrałem z trzema przyjaciółmi  dziadka w chińczyka, a kierownik kawiarni podarował mi do przeczytania książkę przyrodniczą, której czytanie zakończyłem w połowie do dziesiątej.
Schodząc myślami ku książce pan profesor filozofii, z zamiłowania etyk popadł w wir błądzenia pośród niezliczonych słów, które krążąc po przymkniętymi powiekami aż prosiły się do odczytania, lecz jego umysł wsparty wypiciem dwóch niepełnych kieliszków nalewki i zwykłą sennością o tej porze nocy począł oddawać się rozleniwieniu, aż w końcu zasnął snem kojącym a sprawiedliwym.
Obudził go poranny dzwonek telefonu. Najmłodsza córka.
- Tatku, trafiła się taka okazja, niesamowita wręcz, na samym końcu świata, żartuję, ale daleko, pod Szczecinem, a nawet za, przy Międzyzdrojach, znasz przecież. Dogadaliśmy się co do ceny tej klaczy. Pani spuściła. Cudownie… tak że z Michałem  wybieramy się jeszcze dzisiaj, musimy jeszcze ten transport załatwić, to znaczy Michał zadbał już o wszystko… więc gdybym cię poprosiła, tatku, abyś na dzisiaj i na jutro mógł przypilnować Mateuszka… to takie dobre dziecka, sam zresztą wiesz. Mogę ci go podrzucić przed południem… mogę, prawda?
W odpowiedzi pan profesor użył tylko jednego zdania, i kiedy najmłodsza córka odłożyła słuchawkę, pan profesor natychmiast zadzwonił do mecenasa Zgierskiego.
- Wacku, ja oczywiście przyjdę na tego brydża… Wojciech i Grzegorz nie wymówili się… to dobrze… ja tylko tak, wiem doskonale, że nie opuszczamy żadnego spotkania, zwłaszcza u ciebie, gdy przyjmujesz nas flaczkami i goloneczką… a dzwonię, bo przywiozę z sobą Mateusza. Córka z zięciem nie ma go z kim zostawić…
Pan profesor filozofii, a w dodatku etyk, pomyślał sobie, że zanim córka zjawi się z chłopcem, powinien się ogolić.

[22.05.2020, T.]

2 komentarze:

  1. Ciekawe w jaką grę(planszową czy komputerową) zagrają z Mateuszem przyjaciele pana profesora.Twoje opowiadanie potwierdza powiedzenie, że "historia lubi się powtarzać". Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. To się chłopcu gratka trafiła, tyle pyszności i tyle osób do zabawiania młodego człowieka...

    OdpowiedzUsuń