Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

07 grudnia 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (102-105) PORA ZRZUCIĆ. KLĘSKI ROZUMU. POWROTY. NA POCIECHĘ DERAIN.

 

102.

O tym, że przegiąłem z wagą świadczyć może fakt, że przed wyjazdem do Sieradza w zeszłym tygodniu, nie wszedłem ani w spodnie od garnituru, ani w czarne dżinsy i musiałem wsunąć na siebie dresowe spodnie (całe szczęście, że niezniszczone i ciemne). Faktycznie muszę coś zrobić ze swoją tuszą, a chętnie skorzystałbym przy okazji z jakiej kulinarnej podpowiedzi, jak tu zrzucić z siebie choćby pięć kilogramów. Póki co zjadam mniej chleba, ale to nie wystarczy, zapycham żołądek wywarem z siemienia lnianego, ale i to nie wystarczy.

103.

W ostatnim czasie przyszło mi się zmierzyć z sytuacją w moim pojęciu niewyobrażalną, gdy mój adwersarz sądowy, znaczy się pozwany, miał czelność przed sądem w całej rozciągłości rozmijać się z prawdą, a w dwu przypadkach kłamać tak bezczelnie, że kodeks karny będzie miał teraz wiele do powiedzenia w jego sprawie. O ile jestem jeszcze w stanie zrozumieć drobne matactwa, zasłanianie się niepamięcią, to kłamstwo „w żywe oczy” bez „podkładki” w postaci jakiegokolwiek dowodu, to chyba gruba przesada.

Przyszło też mi się zmierzyć (nie mnie osobiście) z sytuacją, w której Poczta Polska żyjąca na pasku obecnej władzy każe sobie zapłacić za abonament telewizyjno-radiowy, za lata 2015-2020 w sytuacji, gdy abonent – przedsiębiorca nie prowadzi działalności gospodarczej już od 2013 roku.

Kolejna znana mi historia potwierdza szeroko, jak sądzę, rozpowszechnioną tezę, że jeśli na poważnie myślimy o zwalczeniu wirusa, to powinniśmy do tego celu przysposobić lekarzy zusowskich, którzy hurtowo leczą ludzi chorych, nie badając ich (odpada wymóg noszenia maseczek bezpiecznego dystansu), a nawet nie bawić w durne „teleporady”, ot mamy PESEL delikwenta i na tej podstawie lepiej niż Chrystus, bo tam, o ile pamiętam, bezpośredni kontakt miał miejsce, uzdrowić cierpiącego. Jeśli kto myśli, że celem niniejszego akapitu jest deczko sobie pożartować, to przywołuję go do przytomności – to niestety prawda.

104.

Odejdźmy na minutkę od przykrych spraw. Na pociechę takie oto wierszydło:

Powroty


Wracam do snu

mojego ołtarza

przed którym na klęczkach

wymyślam świat

którego nie ma.

Wracam do kocich łbów wspomnień

odrapanych tynków

cuchnących moczem bram

podwórek otoczonych komórkami

w których sąsiad raczy alkoholem sąsiada

a nad trzepakiem przelatuje

siatkowa gumowa piłka

odbijana przez dzieci z kamienicy

a nad piłką krążą białe gołębie.

Wracam do uśmiechów

nad talerzem pachnącego rosołu

do obgryzanych kosteczek

do szczęścia zamkniętego w dłoni ojca

w spojrzeniu matki

tymczasem nasz domowy kot – bojownik

wraca po kolejnej walce

i wskakuje na kanapę

natychmiast zasypia

zmęczony życiem

podobnie jest ze mną

klęczącym przed ołtarzem

wymyślającym świat na nowo.

105.

Postanowiłem, że w swoich zapiskach, które nierzadko tchną beznadzieją, złością i żalem, zamieszczać będę bardziej optymistyczne wieści ze świata sztuki i jej okolic. Ileż bowiem razy miałbym pisać o przywilejach władzy świeckiej i duchowej,

która /„który skrzywdziłeś człowieka prostego

Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,

Gromadę błaznów koło siebie mając

Na pomieszanie dobrego i złego...”

Czy mam jeszcze raz pisać o tym, że połączonej duchowo-świeckiej kasty obchodzącego imieniny rydzyka nie obowiązują żadne obostrzenia w związku z pandemią? Żenada! A Bóg to widzi i prędzej czy później skróci o głowę tę pychę.

Dlatego zamieszczam poniżej przepięknie kolorowy, jak na fowistów przystało, obraz francuskiego postimpresjonisty Andre Deraina - „Krajobraz”.


[07.12.2020, Toruń]

06 grudnia 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (98-101) MUZYCZNIE I ARTYSTYCZNIE. TACY SAMI. IGNORANCI.

 

98.

Na dobry początek suita francuska numer 1, d-moll Jana Sebastiana Bacha w wykonaniu Andrása Schiffa, angielskiego pianisty pochodzenia węgierskiego


99.

Myślę, że moja obecna postawa, o czym poniżej napiszę, wynika z licznych wojaży po Europie jakie odbyłem pracując w transporcie międzynarodowym. Otóż to doświadczenie pozbawiło mnie resztek szowinizmu, jeżeli w ogóle cierpiałem na tę chorobę. Utrzymuję, że nie ma narodów gorszych czy lepszych, są społeczeństwa mniej lub bardziej zorganizowane, co wynika w równym stopniu z tradycji, jak i też otwartości na świat. Polska ani też żaden inny kraj nie są pępkami świata czy Europy, a to ile w tym świecie czy Europie znaczymy zależy głównie od nas samych. Jesteśmy tacy sami takim samym stopniu jak inni. Różni nas historia, tradycja, obyczaje, przyzwyczajenia, mamy odrębną własną narodową i regionalną kulturę, różni nas klimat, bogactwa naturalne i sposób ich wykorzystania, podobnie jesteśmy inni w zakresie gospodarczym, skuteczności w rządzeniu i organizacji pracy i ogólnie zasobów ludzkich. Różnimy się też pod względem zamożności i pojemności portfeli, na co wpływ ma i historia i współczesność, ale w gruncie rzeczy Polak, Hiszpan, Czech czy Szwed to ci sami ludzie, dobrzy i źli, majętnie i biedni, smutni i weseli, i nie powinniśmy się na siebie nawzajem obrażać, bo gdybyśmy zrobili badania na temat wyznawania przez Europejczyków podstawowych wartości, to pewnie każdy z nas powiedziałby, że łączy nas pragnienie wolności, miłości, przyjaźni; chcemy mieć rodziny, przyjaciół, dobrą pracę; cenimy sobie wypoczynek ale też możliwość realizowania swoich pozazawodowych pasji… można tak wymieniać.

Dawno temu oglądając wydarzenia sportowe kibicowałem jedynie naszym, dzisiaj wiem, że zawodnik innej narodowości wart jest trzymania za niego kciuków, bo uczestniczy w sportowej rywalizacji na takich samych zasadach jak nasz, a jeśli zwycięża, to dlatego, że jet w danej konkurencji lepszy. Owszem, nie przestaję kibicować naszym, ale nie na tej zasadzie, że jedynie naszemu należy się zwycięstwo z tej racji, że jest nasz.

100.

Ważą się losy Polski jako członka Unii Europejskiej. Zjednoczona prawica pisiorów i tym podobnych stara się obrzydzić nam Unię, bo ta, czytajmy: 25 państw należących do UE, stwierdza, że warunkiem otrzymywania wspólnych funduszy unijnych jest przestrzegania przez poszczególne państwa, czy inaczej: rządy tych państw, prawa. Wydawałoby się, że nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien sprzeciwiać się tak postawionym warunkom. Odrzucenie wymagań Unii wobec Polski i Węgier znaczy przecież ni mniej ni więcej to, że rządzący w tych dwóch państwach uważają, że środki finansowe powinny dostać jedynie państwa, w których prawo nie jest przestrzegane. To absurd, ale absurd, który odczuwają ludzie o zdrowych zmysłach, a politycy zjednoczonej prawicy pisiorów mądrzy nie są. Tam, jak się wydaje, nie ma jednej logicznie myślącej osoby. Aż trudno uwierzyć, że w dzisiejszych czasach, w XXI wieku człowiek może funkcjonować be mózgu. A jednak, na co wskazują przykłady ziobry i jego młodzieżowego gangu oraz stetryczałej mafii dziadków kaczyńskiego, funkcjonowanie takich ludzi jest możliwe.

Imperium pisiarów kurczy się z każdym dniem. W Europie jedynym ich sojusznikiem są Węgry Orbana, a na świecie po porażce Trumpa sojusznika należałoby szukać jedynie w północnej Korei.

Co i rusz pojawiają się wypowiedzi nieuków z solidarnej polski, że Polska na aliansie z Unią traci; są udokumentowane dane, że zyskuje (około 107 miliardów euro do tej pory), a oni że traci. Twierdzą, że Unia zyskuje transferując zyski z Polski do innych krajów, ale zapominają, że przy okazji te zagraniczne firmy czy ich filie zatrudniają naszych rodaków, dają im co miesiąc wypłatę. A spójrzmy teraz okiem moim, niedawnego kierowcy w transporcie zagranicznym. Nie przesadzę, że polski konglomerat usług transportowych firm działających na rynku europejskim grubo ponad 90% swych zysków czerpał i czerpie z Europy. Jednym słowem, jeżeli w jakikolwiek sposób przyczyniałem się do wypełnienia portfeli polskich spedycji i firm ze mną współpracujących, to wypełniałem te portfele walutami takich państw jak Francja, Niemcy, Holandia, Belgia, Hiszpania, itd. A jeśli dzięki temu, że Polska należy do Unii Europejskiej, bardzo wielu obywateli naszego kraju pracuje za granicą, tam zarabia i znaczną część swoich zysków transferuje do Polski, do rodzin, także po to, aby po latach otworzyć swój własny biznes, to głąbie ziobro o czym to świadczy? Polska na tym zarabia czy traci?

Żal patrzeć na tych nieuków, nieudaczników i ignorantów, których dwie lewe łapy zgarniają do siebie a’la szumowski i ferajna. Wstyd.

101.

I znów dla wytchnienia tym razem trochę sztuki. Francuski malarz Paul Ranson, przedstawiciel postimpresjonizmu, nabista ale też dążący w swym malarstwie ku secesji.

Poniżej piękny, radosny obraz „Jabłoń z czerwonymi owocami”




I jeszcze jeden obraz: "Pokój niebieski" z wpływami Gauguina, a w ornamentyce skłaniający się ku secesji. Na uwagę zasługuje świetna struktura obrazu, panująca na nim harmonia i równowaga, kontrast pomiędzy jednorodnym żółcieniem kobiecego ciała a różnorodnym niebieskim tłem. Według mnie to znakomity obraz.



[06.12.2020, Toruń]

DACH NAD GŁOWĄ (I) 1.

 I (1.)

Opuszczali powoli salę projekcyjną nazwaną tak, gdyż onegdaj odbywały się w niej pokazy filmowe, zanim jeszcze ruchome obrazy trafiały do miejskiego kina, ale były to lata tak odległe, że nie pamiętała ich dyrektorka miejskiej biblioteki pani Bożena Złotowska. Obecnie i spoglądając z perspektywy kilkunastu lat to w tej najobszerniejszej bibliotecznej sali pełniącej głównie rolę czytelni urządzano wieczory autorskie na przemian z występami aktorów, muzyków, dzieci i młodzieży miejskiego domu kultury, tudzież bezpośrednim nawiązaniem do dawniejszych spotkań z kinem bywały prezentacje multimedialne, wystawy i performance. Sala była na tyle obszerna, że dla potrzeb danego przedsięwzięcia w zasadzie wystarczało w odpowiedni sposób zagospodarować przestrzeń jej wnętrza, zmieniając lokalizację stolików i krzeseł, bądź też wręcz usuwając na czas imprezy przynajmniej stoliki. Nie działo się to bez sprzeciwów i dąsań personelu obsługi. Pan Stanisław, znany nie tylko w bibliotece ale i na mieście posiadacz pary złotych rąk miał śmiałość narzekania na te „przeprowadzki” przy samej pani dyrektor, po czym jednak wypełniał do do joty poruczone mu zadania, meldował przy tym pani Złotowskiej wykonanie zleconych prac, czym zaskarbiał sobie jej uznanie, a niejednokrotnie wdzięczność za to, że istnieje ktoś, na kim dyrektorka może zawsze polegać.

Opuszczając salę projekcyjną grupa tych bez mała dziesięciu osób, najbardziej aktywnych, zabierających głos w sprawach ściśle związanych z tematem prelekcji pana dokumentalisty Rojewskiego, zatrzymała się w holu, w obrębie którego znajdowała się szatnia. Wręczano zatem ubranemu w garnitur panu szatniarzowi owalne aluminiowe numerki, aby pobrać pozostawione na drewnianych wieszakach płaszcze i palta, a Rojewski, reżyser dokumentalista, który, jak już wspomniano, był bohaterem dzisiejszego spotkania w bibliotece, skorzystał z okazji, aby zadać pani Bożenie pytanie, z którym nie udało mu się wystąpić jeszcze przed prelekcją.

- Pani Bożenko, rad byłbym dowiedzieć się czegoś więcej o tym przedsięwzięciu niejakiego Karskiego, który zamierza, czy też już to zrobił, otworzyć w mieście jakąś świetlicę, pensjonat, noclegownię, czy coś w tym rodzaju.

- Panie Władeczku, w naszej mieścinie nie brak ludzi z inicjatywą, dodam - pozytywnie zakręconych, ale szczegółowych informacji na ten temat panu nie udzielę, bo zbyt mało wiem na ten temat.

Rojewski nie wydawał się być niepocieszony. W końcu znam paru ludzi, którzy mogą mi pomóc, myślał odbierając właśnie z szatni płaszcz, lekki, przeznaczony co najwyżej na letnie niepogody, a tu następował chłodny i mokry tego roku październik, połowa miesiąca, już po babim lecie, więc doceniał teraz zdanie pani Bożeny, która nie omieszkała z uśmiechem na twarzy zauważyć, że to jego wierzchnie okrycie wymagało niezwłocznej wymiany na coś cieplejszego.

- A wie pani przynajmniej, jak dotrzeć do tego jegomościa? Gdzie mieszka? - Rojewski mimo wszystko próbował co nieco dowiedzieć się od Złotowskiej.

W tym momencie usłyszał za sobą niemal dziewczęcy, choć należący do osoby wielce dojrzałej, głos jednej z pozostających jeszcze w holu pań. Głos ten niemal piskliwy acz wyraźny sopran, niemal wyedukowany, przez co piękny, należał do pani Doroty Kintel zajmującej się prowadzeniem amatorskiego kółka teatralnego w miasteczku:

- Ja posłużę informacją. Róg Narutowicza i Ciasnej, to niedaleko od centrum.

W miasteczku niemal każdy wart zauważenia obiekt znajdował się albo niedaleko od centrum, albo też przylegał do najdłuższej arterii komunikacyjnej miasta jaką była ulica Narutowicza.

- Zdaje się, że wiem, gdzie to jest – ucieszył się Rojewski, który w końcu pochodził z Żytowa, choć nie był w miasteczku już ponad dziesięć lat. - O ile mnie pamięć nie myli, na rogu Narutowicza i Ciasnej była apteka, prawda?

- A za apteką, idąc w głąb Ciasnej znajduje się długa, zadrapana upływem czasu kamieniczka, za nią stary sad... my na to w mieście nieurodzajnik mówiliśmy – dopowiedziała pani Kintel.

Oprócz tej trójki, jeszcze czworo uczestników popołudnia z panem Rojewskim pozostało na holu. Wzdragano się z opuszczeniem gmachu biblioteki miejskiej, bo akurat wtedy lunęło mocno i chociaż wewnątrz budynku było ciepło, czuło się chłód październikowego, nie znającego litości nad ludźmi wiatru.

- Pani Bożeno, zdjęcia ze spotkania będzie pani miała w poniedziałek przed południem. Panu Rojewskiemu – zerknął w stronę dokumentalisty - podeślę tradycyjną pocztą na wskazany adres, tak? - upewniał się młodzian chowający pod połami kurtki niewielki aparat marki Minolta.

- Dobrze, panie Grzesiu. Niech pan na siebie uważa – pożegnała fotoreportera dyrektorka biblioteki miejskiej.

Wzrok pani Złotowskiej utkwiony był teraz w przezroczystą szklaną taflę drzwi wejściowych za którymi zaczęła siać spustoszenie jesienna szaruga, a z nią następowała upiorna i przedwczesna szarość.

- To co, może jednak wpadniemy tu na kawę. Może do tego czasu ulewa przejdzie – zwróciła się z pełnym przekonaniem do pani Doroty i pana Władeczka, gdyż wierzyła święcie, że plucha nie potrwa do wieczora i trzeba ją po prostu przeczekać.

Zgodnie przystali na te propozycję i ponownie oddali swoje wierzchnie ubrania szatniarzowi.

Aby dostać się do bibliotecznego bufetu pełniącego rolę kawiarni czy też ściślej klubokawiarni, należało się wycofać w stronę czytelni, lecz kiedy do tej sali projekcyjnej skręcało się w lewo, klubokawiarnia zlokalizowana była po prawej stronie. Część purystycznych miejskich rajców, w których gestii był nadzór nad biblioteką starało się zlikwidować klubokawiarnię, aby przenieść w to miejsce część zbiorów, ale pani Bożena była nieugięta. - Miejsca na książki, czasopisma i regionalia mamy wystarczająco dużo na pierwszym piętrze, a ja chciałabym, aby więcej czasu nasi czytelnicy spędzali w bibliotece, w niepogody i zimą aż się prosi, aby zatrzymać gości oferując im kawę, herbatę i jakieś słodkie przekąski – tak argumentowała i większość radnych podzieliła jej zdanie. I jakby dla potwierdzenia słuszności tego zamysłu ajent wynajmujący lokal zapewniał klientom najlepsze w mieście wypieki cukiernicze i pieczywo, pyszną kawę i herbatę, także jakościowe alkohole w rozsądnej cenie, a dla najmłodszych także świetne lody i gry planszowe (te z kolei wynajmował od sekcji dziecięco-młodzieżowej biblioteki).

Panie Złotowska i Kintel oraz pan Władeczek Rojewski zajęli miejsce pod oknem ale przy samym kaloryferze hałasującym nieznacznie w takt jakiejś nieskoordynowanej melodii tanecznej. Mieli już przyniesione na stolik ptysie, kawę i trzy lampki zamówionego przez pana dokumentalistę koniaku „Camus” - to dla polepszenia krwiobiegu w tak nieprzystojnie chłodnym przedwieczorze.

Ładna muzyka – zwrócił uwagę pan Rojewski, bo istotnie w pomieszczeniu, w którym przebywało obecnie kilka zaledwie osób poza nimi, niewidocznych na pierwszy rzut oka głośników rozlegała się spokojna, kameralna muzyka.

- To jeden z koncertów Bacha na skrzypce… allegro - powiedziała pani Kintel.

[ Być może pani Kintel chodziło właśnie o ten koncert:

Violin Concerto in D Minor, BWV 1052: Allegro] 


[06.12.2020, Toruń]


05 grudnia 2020

NONKONFORMISTA WYSOCKI


Kolejne wydanie "Muzycznych pocztówek" w kawiarence poświęcam Włodzimierzowi Wysockiemu, znanemu rosyjskiemu bardowi, poecie, wykonawcy przy akompaniamencie gitary świetnych, zaangażowanych, do bólu szczerych, pełnych niejednokrotnie humoru wierszy. Mam tego świadomość, że o Wysockim napisano wiele, w naszym kraju żyli i żyją wierni miłośnicy jego twórczości, podkreślający również to, że oprócz walorów artystycznych "śpiewających wierszy" tego twórcy, tak bardzo odgrodzonego od konformizmu świata w jakim żył, niezwykłą wartością jaką przekazywał odbiorcom był specyficzny sposób śpiewania, jedyny w woim rodzaju i niepowtarzalny.

Dokonałem subiektywnego wyboru pieśni Wysockiego, co zawsze czynię, przytaczając kawiarenkowe teksty bądź też utwory muzyczne czy obrazy. W pierwszej odsłonie proponuję tekst będący, jak to sugeruje sam autor, kredem jego twórczości, pod którym podpisuje się obiema rękami.


Владимир Высоцкий - „Я не люблю”

Nie lubię fabuł z kiepskim zakończeniem,

I pędu życia nigdy nie mam dość,

Nie lubię, gdy ogarnia mnie znużenie,

Gdy mi z rozpaczy w gardle więźnie głos.


Nie lubię, gdy cynizmem zimnym ranią,

Gdy fanatyczny mnie dobiega pisk,

I gdy ktoś obcy zerka mi przez ramię,

Żeby bezczelnie mój przeczytać list.


Nie lubię, kiedy trują mi od rzeczy,

Lub poganiają: ?Jeszcze kwadrans masz... ?

Nie lubię, gdy strzelają cichcem w plecy,

Albo gdy z bliska mierzą prosto w twarz.


Nie lubię plotek, co mi wróżą fiasko,

I od zaszczytów robi mi się mdło,

Nie lubię, gdy pod włos próbują głaskać,

I gdy rysami ?ozdabiają? szkło.


Takim, co nigdy nie brak im rezonu,

Jakoś nie ufam. I zamieram aż

Gdy słowo honor znika z leksykonu,

I honorowym się nazywa łgarz.


Nie żal mi wcale, gdy się w przepaść toczy

Ten, co niejedno życie w popiół starł.

Nie lubię bezsilności i przemocy,

Tylko Chrystusa mi na krzyżu żal.


Nie lubię siebie, gdy mnie coś przeraża,

Kiedy niewinnych krzywdę z dala czuć,

Nie lubię, gdy perfidnie w duszę włażą,

A zwłaszcza, gdy mi w nią próbują pluć.


Nie lubię aren - z tłumem, z trybunami,

Tam się kupuje poklask i rząd dusz.

I niech nie mamią mnie obietnicami,

Ja nie polubię tego nigdy już!


Przełożyła: Marlena Zimna



Kolejna piosenka - wiersz, jest moją ulubioną. W niej również wyczuwa się swoisty bunt autora tekstu, który szuka w życiu czegoś więcej ponad co, co te życie przynosi. W każdym razie, zdaniem Wysockiego, nie tak powinno wyglądać nasze życie.

Владимир Высоцкий  - „В сон мне - желтые огни”.

В сон мне - желтые огни,
И хриплю во сне я:
"Повремени, повремени -
Утро мудренее!"
Но и утром все не так,
Нет того веселья:
Или куришь натощак,
Или пьешь с похмелья.

В кабаках - зеленый штоф,
Белые салфетки, -
Рай для нищих и шутов,
Мне ж - как птице в клетке.
В церкви - смрад и полумрак,
Дьяки курят ладан...
Нет и в церкви все не так,
Все не так, как надо!

Я - на гору впопыхах,
Чтоб чего не вышло, -
На горе стоит ольха,
А под горою - вишня.
Хоть бы склон увит плющом -
Мне б и то отрада,
Хоть бы что-нибудь еще...
Все не так, как надо!

Я - по полю вдоль реки:
Света - тьма, нет Бога!
В чистом поле - васильки,
Дальняя дорога.
Вдоль дороги - лес густой
С бабами-ягами,
А в конце дороги той -
Плаха с топорами.

Где-то кони пляшут в такт,
Нехотя и плавно.
Вдоль дороги все не так,
А в конце - подавно.
И ни церковь, ни кабак -
Ничего не свято!
Нет, ребята, все не так!
Все не так, ребята... 



Kolej na znaną i popularną także w naszym kraju "Gimnastykę". To jakże ponadczasowy, radosny, optymistyczny i jak najbardziej "trendy" tekst. Jakże adekwatny do okresu pandemii wiersz promujący zdrowy tryb życia - o takich i podobnych sprawach także pisał i śpiewał Włodzimierz Wysocki.

ВЛАДИМИР ВЫСОЦКИЙ - УТРЕННЯЯ ГИМНАСТИКА

Szykujemy ekspandery, wdech i wydech, trzy i cztery,
Dziarskość ciała, gracja, gestów plastyka
Pompująca krew do żył, dodająca rankiem sił
jeśli w ogóle je masz
Gimnastyka!

Czyś niemowlę, czyś emeryt po sto pompek, trzy i cztery,
My pompkami pokonamy słabość ciał!
Na knowania wrogich kół, odpowiemy zwisem w dół,
Choćby nawet pot się z czół strumieniami lał!

Krąży gorszy od cholery wirus grypy, trzy i cztery,
Krzywa zachorowań w górę wciąż się pnie,
Tylko silny szanse ma, poświęcajcie więc co dnia
Chociaż parę chwil na nacieranie się!

Jeszcze kilka ćwiczeń jogi podnosimy obie nogi,
Niech każdemu gimnastyka wejdzie w krew,
Dzisiaj nikt już nie zaprzeczy, że od wódki i tych rzeczy
Znacznie zdrowszy oraz lepszy jest WF!

Nie rozpraszać się, nie gadać, skupić siły na przysiadach,
Rześki uśmiech niech rozjaśni każdą twarz,
Gdy ubogi z ciebie człowiek, to nacieraj się czymkolwiek,
Ale dbać o swoje zdrowie stale masz!

Wszelki opór nie ma sensu, zaczynamy biegać w miejscu.
Taki bieg pomoże zwalczyć spleen i stress,
Nie ma tu wygrywających, nie ma tu przegrywających,
Wszystkich uszczęśliwiający sport to jest!


Włodzimierz Wysocki - „Moskwa - Odessa”

I na koniec kolejna moja ulubiona piosenka Wysockiego, tutaj podana w dwóch wykonaniach: samego autora oraz Wojciecha Młynarskiego, który swoimi tłumaczeniami, czy raczej autorskimi tekstami oddającymi myśli i zamierzenia twórcze Włodzimierza Wysockiego, przyczynił się do popularyzacji słynnego moskiewskiego barda. W „Moskwa – Odessa” na szczególną wagę zasługuje humorystyczne, że się tak kolokwialnie wyrażę, podejście do tematu niedoskonałości połączeń lotniczych w związku z aktualnymi warunkami atmosferycznymi.

Ale gdyby tak przyszło doszukiwać się pozaatmosferycznych kontekstów w tym utworze, to czy czasami nie jest tak, że czasami czegoś bardzo chcemy, a z różnych, niezależnych od nas względów nie możemy tego zrealizować, no i w końcu rezygnujemy, podążamy głównym nurtem, robimy to, na co mamy pozwolenie, ot… zdajemy się „na los szczęścia, Baltazarze”.


В который раз лечу Москва-Одесса -

Опять не выпускают самолет.

А вот прошла вся в синем стюардесса, как принцесса,

Надежная, как весь гражданский флот.


Над Мурманском - ни туч, ни облаков,

И хоть сейчас лети до Ашхабада.

Открыты Киев, Харьков, Кишинев,

И Львов открыт, но мне туда не надо.


Сказали мне: - Сегодня не надейся,

Не стоит уповать на небеса.

И вот опять дают задержку рейса на Одессу -

Теперь обледенела полоса.


А в Ленинграде с крыши потекло,

И что мне не лететь до Ленинграда?

В Тбилиси - там все ясно и тепло,

Там чай растет, но мне туда не надо.


Я слышу - ростовчане вылетают!

А мне в Одессу надо позарез,

Но надо мне туда, куда три дня не принимают

И потому откладывают рейс.


Мне надо, где сугробы намело,

Где завтра ожидают снегопада.

А где-нибудь все ясно и светло,

Там хорошо, но мне туда не надо!


Отсюда не пускают, а туда не принимают,

Несправедливо, муторно, но вот -

Нас на посадку скучно стюардесса приглашает,

Похожая на весь гражданский флот.


Открыли самый дальний закуток,

В который не заманят и награды.

Открыт закрытый порт Владивосток,

Париж открыт, но мне туда не надо.


Взлетим мы - распогодится. Теперь запреты снимут.

Напрягся лайнер, слышен визг турбин.

Но я уже не верю ни во что - меня не примут,

У них найдется множество причин.


Мне надо, где метели и туман,

Где завтра ожидают снегопада.

Открыты Лондон, Дели, Магадан,

Открыли все, но мне туда не надо!


Я прав - хоть плачь, хоть смейся, но опять задержка рейса, -

И нас обратно к прошлому ведет

Вся стройная, как «ТУ», та стюардесса - мисс Одесса,

Доступная, как весь гражданский флот.


Опять дают задержку до восьми,

И граждане покорно засыпают.

Мне это надоело, черт возьми,

И я лечу туда, где принимают! 




[05.11.2020, Toruń]


04 grudnia 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (95 – 97) ŚNIEG. DO PRZECZYTANIA. DACH NAD GŁOWĄ.

 

95.

Wczoraj, niestety podczas zbyt długiej drzemki spadł pierwszy tej nadchodzącej zimy śnieg (nie liczę tych „nanoopadów” z 30 listopada). I pięknie, bo śnieg ostatnio częściej występuje we wspomnieniach, aniżeli widzi go się na nizinach. Ale w chwili, gdy piszę te słowa, a jest już po trzeciej nad ranem, w Barbary (pozdrowienia dla wszystkich Baś) śnieg już stopniał, a nawet przestało mrzeć… jakiś ciepły front się przyczaił.

96.

Co też mi ten Andrzej zrobił?

W związku z tym, że jechałem do Sieradza na sprawę sądową (rozwija się, jak mniemam, pomyślnie, ale jeszcze czeka mnie przynajmniej jeszcze jedna wycieczka za Łódź), a zatem w związku z tą sprawą poprosiłem Andrzeja (przyjaciel, dawny „mój” bibliotekarz szkolny i nauczyciel WOS-u, obecnie pracuje w Miejsko-Powiatowej Bibliotece Publicznej w Kutnie), aby przygotował dla mnie „Czarodziejską górę” Tomasza Manna, tudzież „Faraona”, jakąś Tokarczuk, Bratnego i Ramaina Gary. Okazuje się, że oprócz „Czarodziejskiej góry” i „Faraona” czekały na mnie: trzech Bratnych, cztery Olgi Tokarczuk i trzech „Gary-ch”. Wyśmienicie, ale kiedy jak uporam się z tym wszystkim? A tak na marginesie prawdziwym nazwiskiem Romaina Gary jest Roman Kacew, żyd urodzony w Moskwie który w 1926 roku przeniósł się z matką do Warszawy, aby następnie udać się do Francji, gdzie zajął się pisaniem powieści, a w międzyczasie uczestniczył w II wojnie światowej jako pilot bombowca. Ale najciekawsze w jego biografii jest to, że oprócz opublikowania ponad 30 powieści pod swoim nazwiskiem, napisał też cztery książki pod pseudonimem Émile Ajar. W dodatku Romain Gary jest jedynym francuskim autorem, który dwukrotnie został wyróżniony „Nagrodą Goncourta”, chociaż zasadą jest przyznawanie tej prestiżowej nagrody jeden raz w życiu danemu pisarzowi, tymczasem jako Romain Gary pisarz otrzymał „Goncourta” za „Korzenie nieba”, a jako Émile Ajar za świetne „Życie przed sobą”. Aby jeszcze dodać coś, tym razem, niestety, tragicznego do tej postaci, jako mąż słynnej aktorki Jean Seberg (zmarła śmiercią samobójczą) po dowiedzeniu się, że ta zdradza go z Clintem Eastwoodem, wyzwał aktora na pojedynek – ten jednak, choć świetnie strzelający w westernach, odmówił. Schyłek życia tego wybitnego pisarza francuskiego to depresja i odebranie sobie życia strzałem w usta.

No cóż, jedni ludzie potrafią całe swoje życie przeżyć w spokoju, nie zwracając na siebie uwagi, biografiami innych można wzbogacić sylwetki wielu pozostałych.

Zatem wspinam się, póki co, na „Czarodziejską górę” i delektuję tą wspinaczką.

97.

Po napisaniu „Dni i nocy do innych niepodobnych” zajmuję się w miarę otrzymywanego od losu uzupełnianiem / kończeniem innych pisanych wcześniej tekstów, ale raczej nie będę ich zamieszczał w kawiarence. Chyba inaczej będzie z tekstem, nad którym obecnie pracuję, to jest z „Dachem nad głową”, opowieścią dotykającą problemu bezdomności, w której, jak to zwykle u mnie bywa, główna postać tego dłuższego opowiadania będzie próbowała na miarę swych sił i możliwości zmierzyć się z tym problemem w sposób… z podejściem nieco idealistycznym. Na razie piszę, bez rozpracowania większości wątków. Do pewnego stopnia i dla mnie ten tekst jest tajemnicą.


[04.11.2020, Toruń]

02 grudnia 2020

DNIE I NOCE DO INNYCH NIEPODOBNE (6) OSTATNI

 6.

Postanowiłem przespać się do tego jutrzejszego wybudzenia, ale sen nie nadchodził, denerwowałem się do tego stopnia, że zacząłem wątpić, czy przebudzenie jest mi w ogóle do czegokolwiek potrzebne. Niech nikt sobie nie myśli, że to takie głupie wątpliwości. Od czego mam uciec? Od Weroniki, z którą ukradliśmy dwoje dzieci? Od tego pensjonatu, który nas połączył? A może od tej dziewczyny, która dzień za dniem, noc za nocą towarzyszyła mojemu snowi? Doszedłem do wniosku, że wolałbym, aby czas zatrzymał się na mojej śpiączce ze wszystkimi jej konsekwencjami. Ja przecież nie pamiętałem nic ze świata, z którego przybyłem, nie wiedziałem, jak się tu znalazłem, jakie zdarzenie doprowadziło do tego, że leżę na szpitalnym łóżku unieruchomiony, udając przed światem, że niczego nie widzę, nie słyszę i nie czuję. Już chyba lepiej zostać mi tutaj, gdzie jest do kogo dziób otworzyć, aniżeli po wybudzeniu liczyć na to, że ktoś się mną zainteresuje.

Ona wchodziła do pokoju i wychodziła. Nocą błyszczało na jej czole światełko, a kiedy nastał dzień zjawiła się przy moim łóżku w towarzystwie lekarskiego gremium. W pewnym momencie usłyszałem jej głos skierowany do lekarza prowadzącego:

- Czy mogłabym zostać przy nim aż do momentu wybudzenia?

- To już kolejny przedłużony dyżur. Wytrzyma pani?

- Tak, panie profesorze.

- Właściwie to powinienem odmówić dla pani dobra. Nikt z personelu nie powinien tak bardzo angażować się w życie pacjenta. Przecież pani nie jest…

- A może jestem…

- Dobrze, w takim razie za godzinę podłączmy pacjenta do aparatury. Pani niech tymczasem zje śniadanie, a potem proszę pilnować wszystkich parametrów życiowych, od ciśnienia poprzez saturację, tętno, aż do badania poziomu cukru we krwi. Na tę chwilę nie krępujemy pacjenta, ale w każdym momencie, proszę potraktować to jako ścisłe polecenie do wykonania, proszę informować mnie o stanie aktywności pacjenta… jeżeli oczywiście uda nam się go uaktywnić… no i zasilanie kroplówką jedynie w chwili, gdy pacjent będzie właściwie zabezpieczony.

To już niedługo. Cały czas walczyły we mnie sprzeczne uczucia: poddać się procedurze wybudzania czy też jeszcze zaczekać. W końcu ona też nie wyraziła swego zdania w tej kwestii.

Tak jakby zagotowała się we mnie krew, jakbym osiągał stan niebywałego sprzeciwu, zacząłem wyrywać się ze szponów snu. Poczułem ten nieznośny ból, ból fizyczny i ból sprzeciwu, który nagle zawładnął mną, całym niespokojnym ciałem wyrywającym się gdzieś ponad, obok, poniżej. Po raz pierwszy orientuję się, że jestem w ruchu, że poruszam zdrową nogą, zdrową ręką, że próbuję wstać, w końcu wyciągam ręce, chcąc pochwycić w nie żyrandol… nie, jakiś wystający z powały pręt, próbuję poń sięgnąć….

- Proszę mocno trzymać przeguby jego dłoni! Zaraz przyniosę bandaż – słyszę.

Krępują mnie. Widzę ją. Ma wygaszoną latarenkę na czole.

- Już dobrze, już… panie profesorze, uspokaja się.

Wstrzykują jakąś gorącą ciecz do mojego wenflonu. Rzeczywiście, uspokajam się.

- Kim jesteś? - pytam, a mój głos ulega spowolnieniu, tak jakby ktoś przytrzymywał ruch kręcącej się płyty.

- Chodź do swojej mamusi, synku, chodź do mnie. Tak długo czekałam….


- Oj, narobił nam pan strachu, panie Adamie – po tygodniu głos profesora był wyjątkowo ciepły.

- Jest mi wstyd. Przypuszczam, że zachowywałem się skandalicznie – powiedziałem.

- Tak bywa po ciężkich urazach, gdy pacjent budzi się po śpiączce farmakologicznej. Muszę panu powiedzieć, że znane mi są z autopsji znacznie trudniejsze do ogarnięcia przypadki. W każdym razie cieszmy się, że zdołaliśmy pana wybudzić, bo wcale nie było to takie oczywiste, że powróci pan do świata żywych.

- Kiedy ja… kiedy ja wszystko słyszałem, wiedziałem, co się ze mną dzieje.

- To bardzo możliwe. Pacjenci często mówią o swoich doświadczeniach w śpiączce, ale na ile jest w tych opowieściach rzeczywistości, prawdy… trudno powiedzieć. Zapewne jest to ciekawy materiał dla specjalistów zajmujących się tą dziedziną badań. Jak się pan czuje?

- Znacznie lepiej, ale jeszcze odczuwam ból całej lewej części ciała.

To musi jeszcze potrwać. W tym momencie ważne są zrosty. Za chwilę przyjdzie czas na rehabilitację, ale najważniejsze jest pana nastawienie do rekonwalescencji. Pan musi chcieć sobie pomóc. Mam nadzieję, że pan to rozumie.

- Oczywiście – odparłem z pełnym zrozumieniem. - Panie profesorze, od dwóch dni nie widzę przy łóżku Leny.

Profesor prawdopodobnie był przygotowany na okoliczność poruszenia tematu dziewczyny ze światełkiem na głowie. Wydawał się być szczerze rozbawiony.

- Myślę, że Lena jest w okresie przygotowań do ślubu.

Zamarłem. Te słowa profesora odebrały mi oddech. Czyli…

- Niech pan sobie nie myśli, że świadkowe w takich sytuacjach nie mają nic do roboty. Poprosiła o parę dni wolnego.