Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

17 grudnia 2020

JAK BYŁO NAPRAWDĘ - ODSŁONA PIERWSZA. remake

 

Zwykle nie publikuję tekstów, które już zostały opublikowane, ale zgodnie z powiedzeniem angielskiego pisarza Roberta Burtona (1577-1640): „Nie ma takiej ogólnej reguły, która by nie dopuszczała wyjątków”, a zatem wklejam poniżej tekst pierwszej odsłony opowiadania "Jak było naprawdę", które pojawiło się w kawiarence 1 stycznia 2017 roku. Dla usprawiedliwienia mam to, że lubię ten tekst oparty do pewnego stopnia na doświadczeniu własnym, ale tak dziarsko poddany fikcyjnej fantazji, że trudno mi jest w nim rozpoznać samego siebie. Natomiast humor pozostał mi, mimo losów skomplikowania, do dzisiaj.

JAK BYŁO NAPRAWDĘ. - ODSŁONA PIERWSZA.

 

Dziewczyna ma lat szesnaście i wkrótce będzie miała siedemnaście, bo z każdym upłynnionym rokiem do obecnego stanu należy dodać liczę jeden. Niby niewiele, ale ten jeden rok może zdecydować o przekroczeniu stanu ostrzegawczego, tak jak to ma miejsce w hydrologii, gdzie wzrost poziomu wody w rzece (dajmy na to na Wiśle) wskutek intensywnych opadów może doprowadzić do przekroczenia… ale bez przesady, w przypadku szesnastoletniej dziewczyny jeden rok w tę czy tamta stronę nie robi wielkiej różnicy, być może poza tym, że przed rokiem mogłem jej nie znać. Na przykład w sierpniu jej jeszcze nie znałem, ale już we wrześniu stała na pierwszym piętrze budynku uczelni przy oknie wychodzącym na zawsze pusty, wyłożony płytami chodnikowymi dziedziniec, stała tak i rozmawiała z koleżanką o tym, kiedy wreszcie podadzą plan lekcji, bo przecież wszystkich książek nie zapakują do torby, nie ma głupich. Może gdybym wtedy podszedł do niej…

… a jednak ona zaledwie skończyła piętnasty rok życia…

Nie zmienia to faktu, że powinienem do niej podejść.

Zaniechanie powinno być surowo karane. I tak się stało - zostałem ukarany i chociaż po dzień dzisiejszy wyrażam skruchę i kajam się przed Wielkim Trybunałem Zaniechania, nie jestem w stanie niczego zmienić, gdyż czas popłynął z rzeką do Bałtyku i kołysze się na jego falach, o ile nie przedostał się przez cieśniny duńskie i poprzez Morze Północne nie połączył z oceanem.

Należało zatem podejść i grzecznie się przedstawić, powiedzieć, że jest się Adamem z trzeciej BE i bardzo będzie przyjemnie zapoznać koleżankę z topografią uczelni, do której ją przyjęto. Wszakże ma się te dwa lata doświadczenia więcej i zna się nie tylko wszystkie architektoniczne zakamarki tej budowli, ale też charakterystykę profesorskiego ciała łącznie z zestawem wymagań jakie ono posiada względem licealnej społeczności młodych ludzi oddanych tutaj na naukę.

Być może moja gotowość służenia pierwotną pomocą tej urodziwej pannie wydawałaby się jej nazbyt obcesową formą nawiązania znajomości, ale przecież nie zbyłaby jej piorunującym śmiechem właściwym istotom, którym brak ogłady. Podejrzewam, że nie chciałaby, aby w taki właśnie sposób ją postrzegano i odwzajemniłaby moje przedstawienie się wymienieniem swojego imienia, jak również prawdopodobnie przedstawiłaby swą rówieśniczkę, gdyż, o czym wspomniałem wcześniej, przy tym słynnym oknie na pierwszym piętrze znajdowały się podówczas dwie młode damy.

Ponieważ do dzwonka  oznaczającego początek lekcji pozostawało wtedy circa minut pięć, wywiązałaby się pomiędzy nami (no, powiedzmy, że pomiędzy naszą trójką) sympatycznie banalna rozmowa na błahe tematy, zwieńczona w momencie usłyszenia dzwonka sformułowaniem jakże często występującym przy takim, niekoniecznie na długie lata rozstaniu:

- No to cześć!

Na odchodnym wypadałoby dorzucić taka oto sentencję:

- Gdybyś czegoś potrzebowała (lub może: - gdybyście potrzebowały), przez dwie następne przerwy będę na parterze, a zresztą wejdę na piętro i sam zapytam, jak ci się widzi sorka od biologii, która właśnie podchodzi do drzwi z kluczem… odsuńmy się.

Zdaje sobie sprawę z tego, że od czasu kiedy moja skromna postać trzecioklasisty pojawiła się na korytarzu pierwszego piętra naszej uczelni i zatrzymała przy dwu wdzięcznie wyglądających osóbkach nowego rocznika, moja opowieść wkroczyła na pretensjonalne ścieżki historii, jakie dzieją się na kartach lektur pochłanianych podekscytowanym wzrokiem nieśmiałych acz romantycznie zanurzonych w prozaiczną rzeczywistość pensjonarek. Cóż na to poradzić, skoro fabuła opowiadania w rzeczy samej dotyka płochego, nastoletniego wieku bohaterów, wieku który nie dorósł był jeszcze do objęcia rozumem zagadnień świata przynależących do  ludzi upokorzonych latami dojrzałości. Zatem pozwólmy bohaterom tej anegdoty nacieszyć się przez czas jakiś nieśmiałą naiwnością swoją i kreśląc kolejne następujące po sobie sekwencje wydarzeń, pozostać przy poetyckiej formie wyrazu przysługującej wiekowi obrazowanych postaci, dbając wszakże o top, aby formalna strona opowiadania nie przygniotła sobą treści.

W związku z tym, że przedstawiająca się jako Ewa, niska blondynka, błękitnooka, z przemiłym naturalnym uśmiechem na twarzy, tudzież promieniującym z jej oczu została przeze mnie niemal natychmiast skojarzona z moim biblijnym imieniem, pomyślałem sobie, że jeśli historia naprawdę lubi się powtarzać, to pomiędzy desygnatami naszych postaci napoczęła się więź, którą warto by pogłębić i pielęgnować.

Więzi takiej nie czułem w stosunku do przyjaciółki Ewy, ba, nawet nie zapamiętałem jej imienia - ot, owa osóbka przylegała zaledwie do mojej Ewy, była jej cieniem, i jak się miało okazać, powierniczką jej sekretów, jej duchowa doradczynią i przyjaciółką na dobre i na złe. Nie powiedziałbym, że zlekceważyłem to boskie stworzenie; to raczej strumień jasnego światła emanujący z całego jestestwa niewiasty rodem z Raju oślepiał mnie i nie pozwalał dostrzec tej, która była zaledwie bliskim księżycem planety. Nie mniej jednak przyszłość miała pokazać, że i ten satelita stanie kiedyś na mlecznej drodze mojej podróży.

Zatem pani profesor od biologii jest rzeczowa i wymagająca, ale ona lubi biologię i chemię, i podoba się jej, jak uczona niemałą swą biologiczną wiedzę prezentuje, a ponadto szkoła jest super, wszyscy wokół mili, choć nie wszystkich zna; jest na etapie poznawania i właśnie na tym etapie miło mieć kogos u swojego boku, a ja mam Magdę (aha, zatem Magda), no i strasznie miło (strasznie!) spotkać tutaj kogoś, kto zna lepiej to uczelniane życie, w które dopiero weszłam, bo niewielu starszych od siebie osób tu znam i chociaż chodziło się z nimi do podstawówki, to wiesz jak to jest, gdy ktoś starszy od ciebie zaczyna cię traktować jak szczeniaka… a ty skąd jesteś?

Z miasta? Nie? Z osady… rozumiem, cztery kilometry pieszo… aha, lubisz… ja z nowego osiedla naprzeciwko fabryki, takie nowe budynki na ulicy S…. ach tak, twoja babka na niej mieszka, nie znam… no lecę na matmę.

Poleciały.

A więc te usta różowe, jakby do uśmiechu stworzone (do czego innego, póki co, nie powiem), perlą również słowami. Jakże miły jest ten głos, stwierdziłem zbiegając schodami na dół.

W tym miejscu przystanek na żądanie, drogi czytelniku, dla przypomnienia, że to, co wydarzyło się do tej pory na szacownym piętrze naszej sławnej akademii w mieście Z. i co opisuję granatowym atramentem, w rzeczywistości miejsca swojego nie miało, lecz mogłoby mieć, gdyby młodzieńcowi o imieniu Adam na widok rajskiej Ewy wszeteczny wąż nie pokąsał języka i skutkiem tego ukąszenia nie odebrał mu mowy. Pełzacz ów nie był jednak w stanie skalać jadem jego oczu, przesłaniając je opaską mgły biegnąca od skroni do skroni; nie potrafił zastopować zegara serca, wstrzymać oddechu, ani też zablokować nozdrza przed odczuwaniem zapachu i uszy przed szczebiotliwym głosem skowronka. Trzymał jednak pieczę nad dotykiem, nędznik jeden.

Ech, gdyby go wtedy rozgnieść, rozdeptać, a skórę na pugilaresy albo na damskie czółenka z zyskiem sprzedać.

Jesteśmy zatem na niewielkiej alei przed frontowym wejściem do uczelni. Siedzimy na ławce… dość, ja siedzę na ławce, słońce w pełni, jeszcze kalendarzowe przypieka lato, wygrzebują coś z torby, no tak, w tych okolicznościach nie pomyślałem o posiłku, który przecież spożyć muszę; kanapka wprawdzie nie smakuje (nic dziwnego). Przeglądam książkę od historii, wkuwam banalne angielskie słówka, słowem zabijam czas, zabijam tę godzinę która rozdziela czas zakończenia zajęć pomiędzy trzecią BE a pierwszą A.

Dzwonią wreszcie. Tumult na korytarzach. Uzasadnione zgromadzenia w szatni.

I taka myśl zakwita (na szczęście węża nie ma): - Czy nie okażę się natrętem?

A może wmieszana w tłum nawet mnie nie zauważy?

Hm. Nie idzie w ciżbie. Z przyjaciółką.

Ryzykuję:

- Jak minął dzień? - pytam i wstaję… nie, najpierw wstaję.

Oj, worek z kapciami rozbił się o bruk. Jak dobrze! Schylam się. Podnoszę. Podaję. Ona dziękuje i przytwierdza do torby, a bystre oczy Magdy coś tam kombinują, wreszcie prawią: - Następnym razem to ja upuszczę swoje pantofelki. Ciekawam, czy podniesie?

Zazdrosna czy jak?

- Świetnie - odpowiada - niewiele zadane, a do tego lato w pełni, więc może dobrze, że jeszcze nie pytają. Nie mów, że czekałeś?

Czyżby i ona zaglądała do wywieszonego w końcu planu lekcji na wtorek dla trzeciej BE? Niemożliwe, a jednak….

Na Boga, dlaczego mi się wydaje, że wszyscy towarzysze niedoli szkolnej towarzyszą naszemu poszkolnemu spotkaniu swym wzrokiem? Czemu, na miłość boską, całe miasto patrzy teraz na mnie? A te oczy lokalnej społeczności wytykają mnie palcami i szepczą: - Widzieliście go, zawsze sam, a dzisiaj uczepił się tej małej, uśmiechniętej. Jeszcze weźmie ją pod rękę, coś podobnego!

O nie, poza podaniem sobie dłoni przy powitaniu jeszcze Ewy nie dotknąłem.

A mam to gdzieś, gapcie się, gapcie i mówcie co chcecie!

- Miałem akurat iść do babci, więc pomyślałem, ze skoro będzie nam po drodze, zaczekam na ciebie (tak, powiedziałem „na ciebie”, nie „na was”; Magdo, proszę cię nie gniewaj się na mnie, no zrozum…)

Z tą babcią to oczywiście kłamstwo.

Jeśli kiedykolwiek, drogi czytelniku, miałeś coś wspólnego z płcią przeciwną niewieściej w wieku tak niepoważnym jak mój onego września i miesięcy następujących po nim, tedy wiesz, że przynajmniej dwa problemy natury egzystencjalnej występują u takiego niedorostka, problemy, podkreślmy to wyraźnie, występujące na linii chłopak - dziewczyna.

Pierwszy dotyka kwestii materii jak najbardziej fizycznej, a mianowicie wyglądu, powierzchowności cielesnej, tudzież onej powłoki przykrywającej nędzne ciało. Owóż osoba rodzaju męskiego świadoma tego, że pod względem urody  niewieście dorównać nie może, czyniła będzie rozmaite zabiegi, aby różnice owe zatrzeć lub przynajmniej ich nie pogłębić. Dlatego też planując z panienka spotkania zażywać będzie częstszych kąpieli (również na czczo), zadba o makijaż włosów i twarzy, wyszlifuje zęby, zleje ciało wodą kolońską użyczoną od ojca, tą subtelniejszą od matki, sam wypierze i wyprasuje spodnie i koszulę, opryszczkę na nosie przegoni salicylowym preparatem, nałoży na poliki tapetę z kremu nivea, a jeśli sypią mu się rzadkie wąsy - zgoli je; gęste - uformuje jakąś pianką, względnie wazeliną (podobnie uczyni z podbródkiem, jeśli ten porasta włosiem)… a jeśli matka zapyta: - A coś ty dzisiaj taki elegancki? Gdzie idziesz? - odpowie:

- Aaa, idę się przejść z Ryśkiem do klubu.

- Nie bierzesz piłki?

- No mamoooo….

Jak widzimy nasz bohater z tym pierwszym egzystencjalnym problemem jakoś sobie poradził, choć do jakiego stopnia, to się okaże.

Ten drugi jest jednak o cały rok świetlny trudniejszy do rozwiązania.

No dobra, bracie, zrobiłeś z siebie Adonisa, pachniesz porzeczkami, miętą albo bzem, błyszczysz cały jak poranna zorza, dotrzymujesz kroku zegarkowi, aby się przypadkiem nie spóźnić i… i co z tego?

O czym ty, niebożę, będziesz z nią rozmawiał? O pogodzie, o szkole, o jej przyjaciółkach, o swoich kumplach, o ptaszkach, kotkach, pieskach, białych myszkach, przebojach, sporcie, rybkach akwariowych, podboju kosmosu, polityce, porsche 914, modzie, księżycu, zachodzie słońca, czterokasetowym magnetofonie, „Przekroju”, zwyrodnieniu stawu biodrowego, pączkach, jej sukience, Sokratesie, galaretce, babci, mamie, klasówce z matematyki, ostatnim kazaniu, o morzu, zbieraniu grzybów, tańcu, profesorze od fizyki, Einsteinie, Newtonie, Norwidzie, o jej nosku tak ślicznie przyprószonym pudrem Coty?

Co wybrać? A może każda strona niech na kartkach napisze, wykreślą nawzajem niepotrzebne tematy? A jeśli wykreśla wszystkie? Cóż wtedy zostanie? Milczenie? Konfrontacja spojrzeń? Sam spacer?

Zaiste przydałby się podręcznik spacerowicza.

Wróćmy do tego dnia pierwszego….

Doszliśmy.

Rozstaliśmy się za obopólną zgodą.

Zatem do jutra.

Ciekawe, że z Magdą przeszedłem przecznicę dalej.


[11.12.2020, Toruń]



ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (126-130) BEZKARNI. KMIOTEK. CZASOPISMA. TATRY. MELODYJKA TA.

126.

Na fejsbuku udostępniłem zbitkę dwóch zdjęć przedstawiających samotnie siedzącą w maseczce gdzieś w przestrzeni publicznej (jakiś plac) emerytkę oraz zdjęcie, na którym widać ośmioro duchownych siedzących bez maseczek w kościele w Toruniu podczas święta rydzykowego radia maryja. Kobieta z pierwszego zdjęcia została ukarana przez sanepid karą 10 tysięcy złotych za złamanie zasad epidemiologicznych, natomiast ten sam sanepid uznał, że siedzący obok siebie zakonnicy przepisów epidemiologicznych nie złamali. Zasady prawa i sprawiedliwości w czasie dyktatury pisu nie istnieją.

127.

Idiotycznemu bezprawiu towarzyszą właściwie codziennie kretyńskie wypowiedzi, jak ta, jednego z pisiorów (nazwisko niegodne wymówienia), że obecnie wychodząc na ulicę należy się liczyć ze złamaniem ręki (ta wypowiedź w kontekście zdarzenia jakie miało ostatnio miejsce na jednym ze „spacerów” kobiet, to jest złamania ręki dziewczynie przez pisowskiego policjanta, kmiota i damskiego boksera w jednym; zresztą i w tym przypadku dowódcy tego wieśniaka stwierdzili, że pispolicjant zachował się właściwie, czytaj: łamanie ręki kobietom należy do obowiązków pispolicji). 

128.

Dla wytchnienia powrócę na moment (zdaje się, że będę coraz częściej powracał do klimatu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Otóż w moim rodzinnym domu czytało się prasę codzienną i tygodniową, że wymienię wielce interesujący mnie ówczesnego malca tytuł "Dookoła Świata". Z racji braku dostępu do internetu oraz trudnościach w podróżowaniu gdzie się chce, miło było przeczytać sobie o krainach bliższych i dalszych, adorować sławne aktorki i tak dalej. Na uwagę zasługuje dosyć kunsztowna szata graficzna tego pisma, zwłaszcza pierwszej strony okładek.

Ponoć to pismo funkcjonuje jeszcze dzisiaj jako dwumiesięcznik.




W podobnym obszarze klimatycznym mieścił się "Świat", pismo o charakterze bardziej literackim, funkcjonujące w latach 1951-1969. To w "Świecie" publikowano opowiadania Marii Dąbrowskiej, Wilhelma Macha, Jaroslava Haška czy słynnego "Starego człowieka i morze" Hemingwaya. Pismo do którego pisywali Władysław Bartoszewski, Stanisław Jerzy Lec, Józef Hen, Adolf Rudnicki czy Marian Brandys poległo po czystkach 1968 roku. W miejsce tego poczytnego pisma powstały bardziej uzależnione od władz "Perspektywy".


Z pism katolickich (prenumerata babci) na uwagę zwracało świetnie graficznie wydawane "Za i przeciw". Przy okazji tego pisma opowiem pewną anegdotę - miała to być wypowiedź dziecka przytoczona przez jego matkę w innym czasopiśmie (chyba chodzi o "Kobietę i życie").
"Mama wysłała synka po gazety do kiosku. - A pamiętaj o "Za i przeciw dla babci" - przypomniała.
Chłopiec wrócił do domu z gazetami. Mama spostrzegła, że nie ma wśród zakupionej prasy "Za i przeciw".
- A gazeta dla babci? Zapomniałeś?
- Nie, mamo, "Tam i nazad" wcale nie ma.





129.
Nie tylko czytało się gazety i czasopisma (babcia na ten przykład wycinała z Głosu Robotniczego kolejne fragmenty powieści w odcinkach). 
Słuchało się też radia, a konkretnie radia tej marki z czarodziejskim świecącym oczkiem (pewnego razu wepchniętego przez ciekawskiego niesfornego malca), świetnym odbiorem fal średnich i krótkich i możliwością użycia go jako wzmacniacza do elektrycznej gitary. Tak wyglądały nasze "Tatry". [to zdjęcie nie przedstawia konkretnie naszego radia]


130.
Skoro jesteśmy już przy sentymentalnie wspominanych "Tatrach", to jest rzeczą pewną, że słuchało się w nim tej oto piosenki:



[11.12.2020, Toruń]


15 grudnia 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (122-125) INSPIRACJE. GARŚĆ ŚNIEGU. SENTENCJE. DODATKI.

 

122.

Co pobudza wyobraźnię w pismaku takim jakim jestem ja? Szczerze? Wiele rzeczy, aspektów, zjawisk. Wyobraźnia jako taka szukająca tematów do zajęcia się nimi, doświadczenie życiowe – ta przeszłość, w której stare ma ochotę zabłysnąć na nowo, czyjaś opowieść lub jej fragment – to raczej typowe; także podczas czytania literatury - oględnie mówiąc, w pewnym momencie przerywamy czytanie i zamiast śledzić zaproponowane przez autora koleje losu jego opowieści, nagle zaczynamy czytać czy wymyślać swoją; wreszcie sen bywa inspirujący, w moim przypadku jest bardzo ważny choć tyleż samo ulotny; również tak zwane życie – od artystycznych przeżyć po to zatrute codziennością nieciekawą, acz także inspirującą.

Próbuję znaleźć zaczepienie do osadzenia fabuły w miejscu, w którym czas się zatrzymał nagle i niespodzianie. Niech będzie to jakiś kataklizm blokujący ludziom znajdującym się w jego zasięgu dostęp do świata. To taki warunek konieczny, aby poznać ludzkie charaktery w szczególnych sytuacjach. Ja wiem, że wymyślono taką scenerię przede mną i oryginalny nie jestem, ale oryginalne mogą być przemyślenia, które owocują w czasie izolacji. Do pewnego stopnia tym zatrzymanym czasem może być kwarantanna covidowa. Swoją drogą zastanawiam się ile literackich tekstów powstanie w związku ze światową pandemią. Myślę, że takie powstaną i niewykluczone, że zostaną nagrodzone, ale mnie nie pociąga pisanie tekstów „na czasie”, modnych, trendy, takich jak obecnie kwestia LGBT, klimatycznego ocieplenia czy feminizmu. Może niedobrze, że nie przywiązuję do aktualności takiej wagi, no cóż, zrobią to inni, ja jeśli już, podążę w swoich opowieściach nurtem, który mnie interesuje nie dzisiaj czy wczoraj, ale zawsze.

123.

Ktoś mówi mi, że listopadowa jesień i grudniowe przedzimie, kiedy to drzewa postradały swoje liście, to czas najprzykrzejszy z przykrych, a ja powiem, że dzięki temu, że drzewa wyłysiały widzę zarys wysokiego miasta, widzę tętniące życie ulicy, widzę dalej i wyraźniej, chyba że mgła przedwieczorna lub senna poranna opadnie. Lubię też, że na moim osiedlu zainstalowali choinki ze światełkami – czuję się bliższy najpiękniejszego ze świąt… oby jeszcze garść śniegu…

124.

Ilekroć wczytuję się w słowa upuszczone przez świetnych mistrzów literatury, dostrzegam tę skandaliczną różnicę pomiędzy mądrością a głupotą. Mądrość w księgach i głupota polityków, nie tylko ich zresztą.

Czasami lubię zaglądać do łacińskich najczęściej sentencji, który już to wygładzają nasz myśli, innym razem uderzają po głowie niedouczonych. Na teraz pochyliłem się nad dwoma sentencjami:

„Gallus in suo sterquilinio plurimum potest” - „Kogut tylko na swoim gnojowisku dużo może”… prawda jakież prawdziwe i dające odpór zadufanym w sobie? To z Seneki.

I jeszcze jeden cytat, jakże adekwatny bliski naszym czasom:

„Ea natura multitudinis est: aut seruit humiliter aut superbe dominatur; libertatem, quae media est, nec struere modice nec habere sciunt” – Oto natura pospólstwa: albo służalczo się płaszczy, albo bezczelnie się panoszy; wolności, która jest pomiędzy tymi dwiema skrajnościami, ani cierpliwie budować, ani utrzymać nie umie” (Liwiusz, XXIV, 25)

125.

W kawiarence pojawiły się dodatki w postaci kalendarzy i zegara. Czy z próżności? Nie sądzę, bo intencją moją była przede wszystkim troska o swoje oczy, które w prawym dolnym mają problemy z dostrzeżeniem czasu i daty, nawet wyposażone w okulary, a z drugiej strony ta kartka z kalendarza bardzo przypomina mi pradawne kalendarze ścienne - codzienną lekturę jednej z moich babć. Podejrzewam, że również obecnie funkcjonuję w naszych czasach takie kalendarze, chociaż wyparły je ścienne i biurowe, nie wiem.

[15.12.2020, Toruń]


14 grudnia 2020

DACH NAD GŁOWĄ (II.1.)

 

II.1.

- I co, panowie, sądziłem, że skończycie dzisiaj. Liczyłem na was, do cholery, a wy co? Sypialnia w powijakach.

To że czuć było od nich alkohol, Adamowi nie przeszkadzało. Wiedział, że przez tych kilka dni nie przepędzi z nich szatana nałogu. Przede wszystkim zawiedli jego oczekiwania, nie wykonali pracy na czas, a tego czasu mieli naprawdę sporo. Miał rację, że się zdenerwował. Cisnął w ich kierunku po bułce z żółtym serem, nażryj się jeden z drugim, chciał powiedzieć, ale się wstrzymał, zapalił papierosa, przeszedł do sieni, powrócił do nich.

- Dlaczego? Się pytam, dlaczego tak marnie wam to idzie?

Przytłoczeni pytaniami spojrzeli po sobie, siedli po obu stronach rozstawionej drabiny.

- Szpachla nie wyschła – odparł pierwszy – musieliśmy poczekać.

- Niech was diabli, pół dnia schnie szpachla? Bez żartów. Przy takiej pogodzie. O co wam chodzi? Powiedziałem, że za dobrą robotę zapłacę.

- Szefie, to nie pierwszy raz – przemówił drugi połykając kęs bułki.

- Co nie pierwszy raz?

- Nie pierwszy raz ktoś nas w konia robi.

- Że niby ja, tak? Oszukałem was?

- Niby nie – kontynuował drugi – ale my już nie wierzymy ludziom.

- O, tak, nie wierzymy szefom – podłączył się pierwszy.

- Nie było przecież mowy o tym, że zapłacę wam przed wykonaniem pracy – nie rozumiał Adam.

- Nie o to chodzi, szefie – pierwszy przejął ster rozmowy z Karskim. - Chodzi nam o to, że nie wierzymy, że ten pokój remontujemy dla siebie.

- Ach, tak. No, jeśli nie wyremontujecie, a zostało wam tylko malowanie, to na pewno w nim nie zamieszkacie.

- Tak czy inaczej, nie zamieszkamy w nim.

- Dlaczego?

- Szefie, my nazbyt dosadnie znamy życie i wiemy, że takie prezenty to tylko w bajkach się zdarzają – skwitował pierwszy.

- O, tak… w „Kopciuszku” na ten przykład – wsparł pierwszego drugi.

- A co, jeśli w mojej bajce to się zdarzy. Jeśli myślicie, że ten wasz pokój będzie do was należał jedynie dlatego, że go sobie wyremontujecie, to błąd.

- No, widzi szef, wracamy do punktu wyjścia – pierwszy prawie się roześmiał. - Obiecanki cacanki. Znacie, to posłuchajcie.

- Waszym zadaniem będzie wyremontowanie całego domu. Zdziwieni? Dam wam jeszcze dwie osoby do pomocy, aby wszystko zagrało. Warunek: praca ma być wykonana należycie.

- Źle robimy, szefie? - drugi konsumował kanapkę.

- Wręcz przeciwnie. Do jakości waszej pracy nie mam zastrzeżeń. Mam pretensje co do terminowości.

- Tak bardzo szefowi zależy na terminie? Niby dlaczego? - pytał drugi.

- Dlatego, że wkrótce będzie mi potrzebny drugi pokój, i trzeci.

- Szef przecież ma gdzie spać. Wybrał sobie ten od ulicy, nie wymagający remontu.

- Ten trzeci pokój nie będzie dla mnie.

- Dla kogo niby? - pytał wciąż drugi.

- Dla kogoś, kto będzie tu pracował obok was.

- Znalazł szef jelenia, któremu przyobiecał pokój za usługę – drugi skończył jeść bułkę, a pierwszy wybuchnął szczerym śmiechem.

Adam patrzył na nich z politowaniem, ale jednocześnie rozumiał ich punkt widzenia. W końcu życie ich nie rozpieszczało, cokolwiek by o nim nie myśleć. Myślał, że kto wie, jak zachowywałby, gdyby znalazł się na ich miejscu.

- Z tym jeleniem to sami się przekonacie, tak będzie najlepiej. Macie jeszcze coś do mnie? - zapytał mężczyzn.

- A szef do nas? - odpowiedział na pytanie pytaniem pierwszy.

- Chcę, żebyście trzymali się terminu, a potem jasnej deklaracji, czy chcecie dalej pracować pod moim okiem.

- A o alkoholu nic? - ciągnął pierwszy.

- Jeżeli do jutra wieczorem skończycie, nie powiem nic o alkoholu, a potem… potem sami zadecydujecie, może tak być?

- No, dobra, szefie, wprawdzie nie rozumiemy dlaczego goni nas szef z tymi terminami, ale ja jutro, na trzecią po południu pokój będzie gotowy – obiecał pierwszy.

Kiedy radca prawny zadzwonił do Karskiego, ten był w trasie i jak zwykle trzy razy w tygodniu rozwoził chłodnią mięso i wędliny do marketów. Ciotka Elwira zmarła przed paroma dniami zostawiając zapuszczoną posiadłość w Żytowie. Zostawiła też testament, w którym cała posiadłość obejmująca dwa budynki, blisko pół hektara ziemi, generalnie cały majątek, to wszystko mieszczące się pod dachami nadwyrężonych upływem czasu budowli przepisane zostało na Adama. Zdziwienie Karskiego sięgnęło wysokości wieżowców wielkiego miasta, w którym żył i pracował. Dopiero przy pomocy starszego ciotecznego brata dotarł do rodzinnych genealogicznych koligacji, odnalazł w nich ciotunię Elwirę, farmaceutkę, żyjącą od kilkunastu lat samotnie po śmierci męża, nieco zdziwaczałą rencistkę, która po zamknięciu apteki odeszła w stan spoczynku, odizolowawszy się przy tym od dawnych przyjaciółek i niewielu dalekich krewnych, którzy pewnie o niej zapomnieli.

Radca prawny Wojtczak, z trudem, bo z trudem, ale zdołał dotrzeć do paru zaledwie osób, które mogłyby być zainteresowane pochówkiem starej aptekarki. Adam Karski nie widział przeszkód w zajęciu się pogrzebem, zanim jeszcze skontaktował się z ciotecznym bratem w celu baczniejszemu przyjrzeniu się postaci Elwiry Wirskiej. Wyrażając zgodę na dopełnienie formalności związanych z pogrzebem ciotuni, Karski dowiedział się od radcy, że zmarła pozostawiła testament, który zgodnie z intencją nieboszczki zostanie odczytany niezwłocznie po jej pogrzebie.

Adam zdziwiony był wielkością tłumu towarzyszącego w ostatniej drodze pani Wirskiej. Widocznie mimo upływu lat od likwidacji apteki, pamiętano o farmaceutce, przypomniano sobie zmarłego znacznie wcześniej jej męża, też aptekarza, tak że obecność tak wielu obywateli miasteczka poruszonych tą spodziewaną przecież, ale mimo wszystko przedwczesną była w pełni uzasadniona. Jednakowoż prawdziwie zdumiony był zapisami, jakie poczyniła pani Wirska w testamencie. Oprócz kilku wymienionych z imienia i nazwiska obywateli Żytowa – zapewne przyjaciół zmarłej, oprócz starego proboszcza parafii katolickiej, którym to osobom oddała pani Wirska w posiadanie jakieś niewielkie mebelki, malowidła nieistotnej wartości, lichtarze i porcelanę, niemal cały majątek przepisany został na Karskiego. Kierowca ciężarówki chłodni jednej ze stołecznych firm transportowych poprosił o wodę i o chwilę do namysłu, gdy notariusz zapytał go, czy przyjmuje spadek i czy wie, że musi zapłacić od tej darowizny podatek w wysokości na tę chwilę niewiadomej, bo nie oszacowano jeszcze wartość posiadłości. Wyraził zgodę w ciemno, choć wątpił, aby jego oszczędności wystarczyły na uiszczenie spodziewanie wysokiej kwoty do skarbówki, ale na szczęście nie musiał wpłacić jej natychmiast.

(...)

[14.12.2020, Toruń]        

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (120-121) MIĘKISZON. PAMIĄTKA Z PODRÓŻY.

 

120.

Kim jest ten solidarny polityk, o którym parafrazując powiedzenie mojego matematyka, rzekłbym: - pamiętaj, cholero, nie mnóż i nie dziel przez tego pana? No ten, co wymięka, miękiszon, o nim mowa. Do diabła z nim, ale kiedy się go słucha, od czasu do czasu, bo bez przerwy się nie da, więc kiedy się go słucha, przypomina mi się to, o czym kiedyś mówiłem, może też pisałem. Są tacy politycy, którzy w obliczu kamer kładą na pieńku szyję… żeby nie było żadnych skojarzeń… gęsi, drugą ręką chwytają tasak i jednym sprawnym ruchem oddzielają głowę ptaka od reszty ciała. Kamera na ruch podatna zarejestrowała ten wyczyn, telepisekspress i owszem rozpowszechnił już to słynne cięcie, a po tygodniu ziobro jak gdyby nigdy nic powiada do kamery, że to nie on uśmiercił gęsinę. W jaki sposób tacy ludzie się rodzą, gdzie się rzeczony ziobro „ulung”? Prawdopodobnie ten niewątpliwie śmieszny pan osądza innych po sobie, a jego bardzo mały rozumek podpowiada mu, że pozostali żyjący na naszej planecie tak jak i on sam, rozumek mają śmiesznie mały lub wręcz go postradali.

121.

Ma początek dla wprowadzenia w norweski klimat obraz najwybitniejszego norweskiego malarza - ekspresjonisty i przedstawiciela syblolizmu, Edvarda Muncha - "Popioły"


Rok temu o tej porze przygotowywałem się do odlotu z jednego z lotnisk w pobliżu Oslo, jednakowoż 13 grudnia miały miejsce pewne perturbacje z ubezpieczycielem i dopiero nazajutrz pojawiła się u mnie opiekunka, z którą miałem się udać w podróż powrotną do kraju. W końcu wyruszyłem ze szpitala karetką 15 grudnia we wczesnych godzinach wieczornych, aby po ponad godzinie przybyć na lotnisko. Tam poczekałem jeszcze z półtorej godziny. Pamiętam, że na lotnisku było zimno i wietrznie, a ciekawostką dla mnie było to, w jaki sposób dostałem się na samolot – dostarczono mnie dźwigiem przez wejście przy ogonie statku powietrznego. Firma ubezpieczeniowa, nie powiem, zadbała o mnie, wykupując trzy miejsca, abym mógł się położyć ma fotelach. Komfortu nie miałem, to fakt, ale mimo wszystko lepsze to niż siedzenie na sztywno na jednym miejscu, zwłaszcza że to był czas, kiedy nie mogłem usiedzieć dziesięciu minut. Lot nie dłużył mi się, a w Warszawie czekała mnie miła niespodzianka – dźwig, zdecydowanie lepszy niż na lotnisku w Oslo, czekał już na mnie i korzystając z wózka dla niepełnosprawnych podstawionego dla mnie przez personel lotniska przejechałem wprost do czekającej na mnie i opiekunkę przewozówki, a stamtąd do szpitala w Kutnie. Chociaż jechało się szybko, to ta część podróży była najtrudniejsza – byłem zmęczony i… głodny. W samym szpitalu jeszcze perturbacje, bo nie chciano mnie początkowo zbadać (firma transportowa działająca na polecenie ubezpieczyciela musiała mieć „podkładkę” w postaci przebadania mnie przez kutnowskich lekarzy. Chodziło o potwierdzenie, że podczas podróży z Norwegii stan mojego zdrowia nie pogorszył się. I potem już grubo po północy czyli 16-go grudnia dojechałem do domu.

W taki oto sposób skończyła się dla mnie przygoda z pracą w transporcie międzynarodowym. Co się stało z tym tirem, który doprowadził do zderzenia i prowadzącym go obywatelem Rosji do dzisiaj nie wiem, ale kierowcy raczej nic się nie stało (dopytywałem się jeszcze w szpitalu), bo moją renówkę ścięła naczepa, nie zaś sam ciągnik siodłowy.


[14.12.2020, Toruń]

12 grudnia 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (117-119 ) MICHAŁKÓW CIĄG DALSZY. ROCZNICA. PRACA U PODSTAW.

 

117.

Kilka „michałków na dziś”.

- „Dzięki odważnej szarży premiera Morawieckiego Unia się ugięła przed TZW praworządnością” - podobno to pani holecka z pistelewizji.

- Propagandy ciąg dalszy: 4 grudnia otwarto szpital tymczasowy w „Targach Kielce”. Po tygodniu zniknęły z niego łóżka.

- Wicemarszałkini sejmu gosiewska do posłanki Jachiry: - „Boże, co za ku..a”

- Wicemarszałek sejmu terlecki do posła Nitrasa: - „Siadaj pajacu! Zejdź stąd!”

- Pispolicjant łamie rękę dziewiętnastolatce (zapewne ratując swoje życie, bo dziewczyna była strasznie agresywna i chciała go zabić)

- Nie narzucający się wiedzą i inteligencją poseł solidarnej polski kowalski, autor hasła „weto albo śmierć” już teraz nie ma wyboru, ale zapewne jak wszystkie miękiszony solidarnej pozostanie w koalicji z pisem, który zdradził Polskę.

118.

Bardzo rzadko moje teksty dotyczą spraw rocznicowych, lecz tym razem zrobię wyjątek. Chodzi oczywiście o rocznicę stanu wojennego, który dla mnie zaczął się w chwili, gdy na moim radyjku nie zadziałała audycja Trójki „60 minut na godzinę”, a ja naiwny myślałem, że to sprawka Solidarności, ale po wysłuchaniu przemówienia generała stało się oczywiste, że byłem w błędzie. Tego dnia było mroźno, a na drogi przyprószone były śniegiem. W następnych dniach trochę padało, ale bardziej było mroźno i stąd na ulicach, także mojego Żychlina, pojawiły się koksowniki. W owym czasie pracowałem w fabryce EMIT, o ironio, na produkcji wojskowej. Mama z ojcem w cukrowni, a że kampania była w pełni, ojciec przychodził o różnych godzinach, więc martwiliśmy się o niego, bo w końcu była godzina milicyjna. Na początku stanu wojennego przed oknami naszego bloku przetoczyła się kawalkada pojazdów wojskowych jadących z kierunku zachodniego na wschód to trochę przerażało, ale u nas było spokojnie. Jako jeszcze młody chłopak oczywiście nie popierałem wprowadzenia stanu wojennego, ale po pewnym czasie moja ocena tego wydarzenia uległa pewnej weryfikacji. Miałem oczywiście świadomość, że stan wojenny został wprowadzony, aby zatrzymać proces destrukcji państwa, jak i też utrzymać się przy władzy przez rządzących Polską. Co do kwestii „wejdą czy nie wejdą” odpowiadałem sobie: - przecież są. Nie rozumiałem, czemu internowano Gierka – przecież nie był już on żadną przeszkodą dla Kani czy Jaruzelskiego. W ogóle nie lubię takich sytuacji, w których najpierw (Jaruzelski) bije brawo (Gierkowi), a potem, gdy temu drugiemu powinęła się noga, jawnie występuje przeciwko niemu. Myślę, że Gierek miał słuszne pretensje do Jaruzelskiego i innych jego partyjnych klakierów. Jasne, że słuchało się wtedy Wolnej Europy, ale z coraz mniejszą wiarą, że ta rozgłośnia mówi prawdę i tylko prawdę. Przypominam sobie, jak RWE rozdmuchało sprawę późniejszego premiera Tadeusza Mazowieckiego, który zdaniem tej rozgłośni miał popełnić samobójstwo rzucając się z okna któregoś tam piętra.

Przyznaję, że okres stanu wojennego to czas wielkiej smuty. Chyba najgorsze w tym wszystkim było to, do czego doprowadzą rządy wojskowych w Polsce, najgorsza była ta niepewność. Myli się jednak ten, kto uważa, że wszyscy Polacy byli podówczas przeciwnikami stanu wojennego. Na prowincji było nieco inaczej. Tu byli ludzie, którzy naprawdę ufali Jaruzelskiemu i oczekiwali poprawy stanu gospodarki kraju. Byli też przeciwni solidarnościowej ekstremie. Z dzisiejszego punktu widzenia być może wydaje się to śmieszne i niepoważne, ale naprawdę sporo ludzi, także tych należących do Solidarności, bało się ekstremalnych posunięć niektórych solidarnościowych wodzów. Ale spróbujmy sobie teraz wyobrazić, że ci radykalni działacze to dzisiejsze młode a głupie wilki solidarnej polski – czy można się nie bać ich poglądów, gdyby miały być one wprowadzane w życie?

Tak jak wspomniałem wcześniej moje nastawienie wobec stanu wojennego ulegało modyfikacji i chyba takim kluczowym momentem, które poróżniło mnie z Solidarnością, do której zresztą należałem, było sławetne poparcie sankcji gospodarczych wobec Polski i towarzyszące temu zawołanie: „im gorzej, tym lepiej”. Nie będę rozwijał swoich myśli w podanym wyżej temacie, ograniczając się do stwierdzenia, że de facto takie sankcje zawsze uderzają przede wszystkim w prostego człowieka, a nie machinę rządową. To tak, jakby dzisiaj domagać się od Unii, aby nie dała Polsce złamanego grosza dlatego, że pisiory łamią prawo. To raczej pis i jego przystawki nie powinien dostać kasy.

119.


Akurat obejrzałem sobie „Agnieszkę 46”, film z 1964 roku będący adaptacją „Agnieszki, córki Kolumba” Wilhelma Macha. Nie pamiętam, kiedy czytałem tę książkę, ale onegdaj moja polonistka zwróciła uwagę, że Agnieszka jest przedstawicielką generacji bezpośrednio następującej po pokoleniu Kolumbów (dla mniej wtajemniczonych nazwa „Kolumbowie” wywodzi się od tytułu książki Romana Bratnego). Ale Agnieszka Ż to spadkobierczyni Joanny Lipskiej z „ABC” Orzeszkowej, Stanisławy Bozowskiej z „Siłaczki” i Doroty Smugoniowej z „Uciekła mi przepióreczka” Stefana Żeromskiego. Różne losy bohaterek, odmienny czas historyczny, a to co łączy te postaci to praca u podstaw w edukacji, na wsi, najczęściej pracy z małymi dziećmi

Stanisławy Bozowska - Siłaczka, Dorota Smugoniowa - „Uciekła mi przepióreczka”, Joanna Lipska - „ABC”, Wilhelm Mach - „Agnieszka, córka Kolumba”

Film Sylwestra Chęcińskiego ma dla mnie także znaczenie z tego powodu, że interesują mnie losy ziem zachodnich po zakończeniu II wojny światowej, a w tym kontekście kwestia edukacji wydaje mi się niezwykle istotna. Dzisiaj w rządowych czy niezależnych mediach okres PRL-u traktowany jest pobieżnie i niejednokrotnie niesprawiedliwie, ale to w tym okresie nastąpiły poważne sukcesy w likwidacji analfabetyzmu szczególnie na wsi, podczas gdy jeszcze w 1931 roku procent ludzi nie potrafiących czytać, pisać i wykonywać podstawowych działań matematycznych wynosił od 1,5% w województwie śląskim do 47,8% i 48,4% odpowiednio w województwach wołyńskim i poleskim, a przecież trzeba pamiętać o tym, że wielu repatriantów pochodziło właśnie z tych przedwojennych wschodnich województw.


[12.12.2020, Toruń]

DACH NAD GŁOWĄ (I.2)

 Początkowo rozmowa tych trojga była niejako dopełnieniem prowadzonej dyskusji po emisji dokumentalnego filmu, jaki przygotował w związku ze spotkaniem Rojewski. Pani Złotowska doceniała starania dokumentalisty jeśli chodzi o podjętą przez niego tematykę, pozornie tylko nieciekawą, a przecież z punktu widzenia społeczności miasteczka Żytowo niezmiernie ważnym. Już sam tytuł tego godzinnego obrazu był istotny, choć do pewnego stopnia mylący. Jak bowiem zinterpretować tytuł „Żywiciele miasteczka”? Dopiero po kilku minutach projekcji każdy uczestnik spotkania autorskiego mógł się zorientować, że tymi żywicielami były firmy, zakłady produkcyjne i usługowe zatrudniające w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia zdecydowaną większość dorosłych mieszkańców Żytowa i okolic, a dając zatrudnienie, rzecz jasna żywiły zarówno samych pracowników, jak i też ich rodziny.

Pani Kintel zwróciła z kolei uwagę na stronę formalną dokumentu filmowego, który w żadnym wypadku nie przypominał laurki dla decydentów miasta i kierownictwa zakładów, ale wykorzystując do bólu czas emisji filmu, pan Rojewski potrafił dotrzeć do wielu zwykłych mieszkańców miasteczka, przeprowadzając z nimi krótkie, acz wartościowe wywiady obrazujące warunki życia i pracy przeciętnego Kowalskiego w mieście niewielkim, ale aspirującym do miana wysoko uprzemysłowionego, a przynajmniej ważniejszego niż nim było.

Rojewski zwracał tymczasem uwagę na to, że gdyby swego czasu na początku lat siedemdziesiątych nie zakupił w Czechosłowacji kamery filmowej, na nic zdałby się jego zamysł twórczy, czy inaczej – nie powstałby scenariusz, którego celem był opis życia mieszkańców miasteczka, scenariusz, którego efektem miał być właśnie film łączący przeszłość z teraźniejszością, a do tego film patrzący w przyszłość.

- Teraz gromadzę materiał do filmu, który poświęcę edukacji i kulturze – stwierdził Rojewski, gdy rozmowa na temat jego dokumentu zmierzała ku końcowi. - Mam tego sporo, ale rozumieją panie, że trzeba te dziesiątki fragmentów dostosować do potrzeb współczesnej techniki przekazu, a na to trzeba czasu, no i bez pomocy mojego montażysty, który nota bene pracował nad „Żywicielami” gratis, nie udałoby mi się nigdy skończyć tego filmu, ani też myśleć o kolejnym.

- Wierzę, że się panu uda - wyraziła swą opinię pani Kintel – ale niech pan mi powie, dlaczego tak późno postanowił pan zająć się naszym miastem? Zdaje się, że wyemigrował pan stąd przed jedenastoma laty, dobrze słyszałam?

- Tak. Prawdę powiedziawszy ruszyłem w świat za żoną, za moją drugą żoną. W wielkim mieście o pracę łatwiej. Niestety, Sławka odeszła dwa lata temu, a przed rokiem dożywszy pięknych 96 lat umarł mój wuj, przez wiele lat szewc.

- To pan Teodorczyk, ten co warsztat miał na Lipowej, to pana rodzina? - wtrąciła pani Złotowska.

- Tak, ze strony matki.

- I stąd się wzięło pana postanowienie względem zrobienia tego filmu? - zapytała pani Kintel.

- Między innymi, a także z tego powodu, że wuj zostawił w spadku mnie - jedynemu, swoje mieszkanie i pracownię na Lipowej.

- Czyli przynajmniej pod jednym względem, mam na myśli spadek, pana i tego, którego pan szuka losy mają wspólny mianownik – podzieliła się swoją myślą pani Kintel.

- A tego nie wiedziałem. Ten Karski, znaczy się, odziedziczył tę posesję na rogu Narutowicza i Ciasnej?

- Nie inaczej.

- Wie pani coś więcej na ten temat?

- Mam znajomego, który wie o tym człowieku niemal wszystko.

(...)

[Ponieważ w dalszym ciągu akcja toczy się w klubokawiarni, być może pani Kintel zwróciła uwagę, że ajent zmienił płytę, puszczając teraz 5. koncert brandenburski Jana Sebastiana Bacha.]




[12.12.2020, Toruń]


11 grudnia 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (111-116) MICHAŁKI.


111.

Zbyszku, miękiszonie, nie umieraj; w końcu masz jakieś haki na pana prezesa. Przypomnij sobie o tych wieżach.

112.

Skąd ja to wiedziałem. Zamiarem prezesa rady ministrów, pana morawieckiego było zawetowanie unijnego budżetu. W końcu Polska rezygnuje z weta i w związku z tym premier morawiecki ogłasza swój sukces.

113.

Po porażkach polskiej reprezentacji piłkarskiej z Włochami i Holandią czarne chmury nadciągnęły nad głowę trenera Brzęczka, bo zamiary kibiców względem naszej reprezentacji były inne – powinniśmy wygrywać. Fachowi kibice raczą zapominać, że obecna siła polskiej piłki kopanej to nie tylko Lewandowski i grupa kilku niezłych piłkarzy gastarbajterów. Siła reprezentacji powinna wynikać także z poziomu naszej piłkarskiej ligi. Tymczasem dzisiaj poległa jedyna drużyna walcząca o coś w Lidze Europy i tak stosunek zwycięstw do porażek Lecha Poznań wyniósł 1 – 5. Pozostałe polskie drużyny grają na poziomie drużyn klubowych takich futbolowych mocarstw jak Mołdawia, Luksemburg i Armenia.

114.

Tymczasem na drugim biegunie obecności Polski w europejskim i światowym sporcie pozostaje triumfatorka French Open Iga Świątek. Do dzisiaj zdarza mi się na kanale YouTube oglądać w akcji pannę Igę w niektórych meczach odbytych na tych zawodach. Szczególnie wyróżniam jej mecz ze świetną Simoną Halep. To naprawdę tenis na światowym poziomie, jaki zaprezentowała nasza rodaczka w tym meczu. Poniżej dla chętnych zamieszczam skrót tego spotkania. To kosmos porównaniu z tym, co reprezentują nasi ligowi piłkarze.


115.

Póki co oglądam sobie Scottish Open w snookerze. Dla mnie to sport numer dwa po siatkówce. Oczywiście nie poświęcam całego dnia na oglądanie potyczek O’Sullivana, Robertsona, Williamsa, Trumpa (obecnie chyba mimo wszystko najlepiej grający snookerzysta), Higginsa, Selbiego i innych, ale zawsze po ciężkich dniach oglądanie snookerowych rywalizacji uspokaja mnie, a ponadto bardzo wysoko cenię sobie merytoryczny poziom komentatorów.

116. Na zakończenie dzisiejszych „michałków” przedstawię jeszcze piosenkę nieznanego polskiego zespołu, którego płyt nikt nie kupuje, bo o tym zespole nigdy nie słyszał.


[10.12.2020, Toruń]


09 grudnia 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (106-110) ZNIKAJĄCE FILMY. MEDIA NA SMYCZY. HISTORYJKA Z SUCZKAMI. KOLANO. TAHITI.

 

106.

Tak to już jest, że z internetu, najczęściej z YouTube pojawiają i znikają stare i jeszcze starsze filmy, bo jakiś tam podmiot rości sobie autorskie prawo, i to jeszcze po czterdziestu i więcej latach. Śmieszy mnie to, że dzisiaj osób oglądających dany obraz jest około setki (bardzo niewielkie kino) a dnia następnego ktoś tak zabroni oglądania. Matko święta, gdyby jeszcze chodziło o miliony oglądających, to rozumiem. Ja, który opowiadam się za absolutną swobodą w powielaniu tego, co napiszę w kawiarence, oczekuję, aby mnie pozwalano na cytowanie innych stron. Wiem, że to nie do końca zgodne z przepisami, ale skoro ja udostępniam za kimś, kto już dany tekst, film czy melodię udostępnił już przede mną, to jak to jest. Generalnie opowiadam się za wolnością w internecie z zastrzeżeniem, że moja wolność nie może szkodzić innym oraz że przy okazji nikogo, korzystając z tej wolności, nie poniżam, nie dezawuuję.

Przez parę miesięcy szukałem w internecie serialu „Znaki szczególne” ze świetnym Bronisławem Cieślakiem w roli głównej (obejrzałem nie wszystkie odcinki gdzieś przed rokiem), szukałem bez efektów do dzisiaj, kiedy to obejrzałem dwa odcinki… ale muszę się spieszyć, bo znów komuś wpadnie na myśl zablokowanie tego serialu.

107.

Pisowski Orlen kupuje „Polska Press”, jedną z największych grup medialnych w Polsce i właściciela wielu lokalnych dzienników. Wydawnictwo to należy obecnie do niemieckiego koncernu Verlagsgruppe Passau. Odbywa się to w ramach tzw. repolonizacji mediów, ale tak naprawdę kaczyńskiemu chodzi o to, aby podporządkować sobie lokalną prasę, która pomoże pisowi wygrać kolejne wybory. Oznacza to także, że pis będzie mógł obsadzać w przejętych przez siebie mediach zaufanych ludzi, którzy nie zmieszczą się do spółek pństwowo-pisowskich i do parlamentu. Dla dziennikarzy oznaczać to będzie zrezygnowanie z ambicji zawodowych i niezależności, jeśli marzy im się pozostanie na swoich stanowiskach w redakcjach. Dla pisowskiego Orlenu to przejęcie oznaczać będzie przyjęcie na siebie dodatkowych kosztów, ale w dyktatorskim, ręcznie sterowanym państwie kwestie ekonomiczne można podporządkować politycznym i wizerunkowym, a nadto cóż to szkodzi podnieść cenę paliwa o pięć groszy na litrze. Trzeba się jednak liczyć także z tym, że ponieważ rządzący są wyjątkowymi nieudacznikami, to przynajmniej część tytułów padnie, bo nie wykluczam bojkotu pisowskich wydawnictw. Może się stać tak jak z radiową Trójką, która sukcesywnie traci słuchaczy. A co to przejęcie oznacza dla mnie? Właściwie nic, bo nie korzystam z tradycyjnej prasy, a jeżeli już miałbym kupić jakiś tytuł czy też skorzystać z portalu, to na pewno nie będzie to projekt pisowski.

Pewne zagrożenie i niezrozumienie dla mnie to reakcja niezależnych od pisu mediów (np. Wyborczej, Newsweeka, Wprost, TVN24), które w internecie każą sobie płacić za pełne korzystanie z serwisu. Ja rozumiem, że w grę wchodzą pieniądze, lecz uważam, że w/w serwisy tracą w ten sposób mniej zamożnych klientów, po których mogą się zgłosić pisowskie wydawnictwa.

108.

Na osiedlu czuje się już czas przedświąteczny z powodu tej iskrzącej się lampionami choinki widocznej z okna. Budzę się przed trzecią nad ranem właściwie tylko po to, aby zaczerpnąć chwili ciszy, spojrzeć na to drzewko płonące, dokończyć tekst, popatrzeć tym razem na Maszę leżącą na jednej z poduszek. A przy okazji znów wspomnę o powtarzających się historiach z naszymi suczkami, historiach i śmiesznych, i powtarzających się, i ciekawych, i świadczących o tym, że pieski, choć podobne, różnią się między sobą. Najpierw spróbuję dopasować dwie narzucające się cechy obu suczek. Masza – bojowa i naiwna; Adelka – ustępliwa i sprytna. A teraz historyjka. Obie suczki dostają po „smaczku”. Różnie z tym bywa – albo obie zjadają swojego „smaczka” natychmiast, albo przynajmniej jedna z nich ukrywa swojego przed drugą. W tym przypadku Masza zabiera „smaczka” do drugiego pokoju, Adelka natomiast wskakuje na moją kanapę i kiedy Masza chowa zdobycz, Adelka zjada swoją. Teraz następuje ciekawa sytuacja. Duśka zaczyna skomleć i jednocześnie wskazuje wzrokiem na pokój, w którym Masza pilnuje swojego „smaczka”. Ponieważ taka sytuacja to nie nowina dla mnie, wiem, o co Adelce chodzi: chce abym przywołał Maszę do aneksu kuchennego. Ociągam się z zawołaniem Maszy, bo podejrzewam, o co tak naprawdę Duśce chodzi. Ta jednak jest cierpliwa i nie przestaje skomleć. Wreszcie powiadam: - Masza!!! - i młodsza z suczek, która jak zwykle karnie reaguje na wypowiedzenie swego imienia, przybiega do mnie, a wtedy… wtedy Adelka szybciuteńko biegnie do pokoju, odnajduje w nim „smaczka” koleżanki i, nie bójmy się tego określenia, bezczelnie okrada Maszę. Czy można nazwać zachowanie Adelki inteligentnym?

109.

Właściwie ta lewa feralna noga już mnie nie boli z wyjątkiem kolana; zawsze w tym samym miejscu, dość mocny ból, pulsujący i najgorzej, że pojawiający się nagle, jakby bez przyczyny, w czasie gdy noga nie jest obciążona wykonywaniem jakichkolwiek ruchów. Ale ten ból przechodzi, choć po jakimś czasie powraca. Próbuję chodzić o jednej kuli.

110.

Niech mi ktoś powie prosto w oczy, że nie podoba mu się ten „Krajobraz na Tahiti. Food day I” Paula Gauguina! Jakaż kawalkada kolorów i to, co również cenię u swego ulubionego malarza – kompozycja! Spójrzmy na ten obraz „idąc od dołu”, ile zawiera nakładających się na siebie warstw (pięter). Na samym dole piaszczyste podłoże, następnie siedząca postać, znów tło podłoża… żółcień traw, mgławica bieli… być może para wodna pochodząca z niewidocznego ale nieodległego garnka ustawionego na palenisku (stąd może nazwa „Food”), kępy zieleni z żółtymi plamami kwiatów, nieco powyżej męska postać niosąca plony natury, chata… i tak dalej ku szczytowi obrazu – prześliczne płótno.



[09.12.2020, Toruń]