Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

14 lutego 2016

ADELA

A w domku czekała mnie czteromiesięczna prawie suczka śmiesznej rasy Yorkshire Terrier Biewer. Po Małgosi - Margolci, która odeszła od nas tuż po Świętach - kotce rozsądnej, nie sprawiającej nigdy problemów, dumnej i niezależnej, Biewerka Adela zdaje się cierpieć na psią ADHD, aczkolwiek bywają godziny, najczęściej nocne, kiedy suczce wyczerpują się pomysły na roznoszenie po pokojach kapci oraz maltretowanie pluszaka, którego wcześniej pozbawiła już jednego ucha.
Adela z niesamowitą energią wita domowników powracających z miasta, z zakupów, demonstrując swoją radość dobieraniem się do najniżej położonych części garderoby, tudzież domaga się pochwycenia jej w dłonie, aby na twarzy nieszczęsnego mieszkańca złożyć setki prędkich i wilgotnych pocałunków.
Suczka jest na najlepszej drodze do nauczenia się korzystania z toalety w wyznaczonym przez domowników miejscu, choć najlepiej nad ranem obudzić się od niej wcześniej i przenieś senną Adelkę w miejsce, w którym pozbawia się płynów.
Oczywiście uwielbia ganiać za piłeczką, jak i też przekomarzać się z domownikiem donośnych szczekaniem, bawiąc się z nim w chowanego lub podchody.
A nasza Adelka wygląda mniej więcej tak:

a poniżej mniej wyraźne z ulubionym pluszakiem, któremu daję co najwyżej tydzień na przeżycie


[14.02.2016, Dobrzelin]

POWRÓT DO KRAJU

Spod St Nazaire nad Atlantykiem czeka mnie kurs już do kraju, do Warszawy. Daje to równo 2078 kilometrów i ten ostatni etap będzie uwieńczeniem mojej niemal czterotygodniowej podróży, której skrajne koordynaty sięgają Madrytu na południu po St Nazaire na zachodzie i Umeę w Szwecji na północy. W sumie osiągając cel, przejadę prawie czternaście tysięcy kilometrów, a gdyby nie przymusowy postój w Paryżu, pewnie należałoby dołożyć jeszcze tysiąc. 
Ponieważ autko nie jest wypełnione po brzegi, spodziewam się doładunku w Niemczech, ale tymczasem jadę przez piękną, zieloną, choć to dopiero przedwiośnie, Bretanię, dwujęzyczną krainę z mniejszościowym językiem bretońskim, co widać choćby po nazwach miejscowości umieszczanych na drogowych znakach.
Bretania słynna jest ze swoich nadatlantyckich krajobrazów i tych pięknych, obwiedzionych szpalerami niskich drzew i krzewów łąk i pastwisk, z domów niewielkich, kamiennych, porozsypywanych po interiorze, a kiedy wjechać głębiej to pejzaże urokliwsze i przypominające te jakie przed stu laty widział i opisywał barwą Gauguin. Są takie miejsca, gdzie najwyraźniej czas się zatrzymał.
Jadę spokojnie, by nie powiedzieć powoli, aby Paryż minąć już po dwudziestej drugiej, kiedy ruch mniejszy i bez korków. Po paru tankowaniach docieram przez Lotaryngię (to nie jest mój ulubiony region Francji) do niemal graniczącego z Francją niemieckiego Saarbrüecken, gdzie spędzam noc.
Stamtąd dnia następnego mam daleki podjazd do Schweinfurtu, gdzie mam zabrać meble - wyposażenie pokoju i zawieźć je do Wrocławia. 
Po drodze jadąc „landówką” przez małe miasteczko niedaleko Fuldy napotykam korowód przebierańców. No cóż - to karnawałowe ostatki.
Do Schweinfurtu dojeżdżam po piętnastej. Czekam na klienta pod wskazanym adresem, na całkiem sympatycznym osiedlu trzy i czteropiętrowych bloków. Wreszcie podchodzi do mnie mężczyzna przed czterdziestką, Niemiec, z rozchwianą niechlujnie czupryną. Wraz z nim dwóch młodzieńcówów przed trzydziestką, jak się okazuje Rosjan z Mołdawii. Niemiec wita mnie z uśmiechem i w niemiecko-polskim dialekcie pyta:
- Ty też jesteś z mafii?
Nie bardzo rozumiem, co taki nietoperz jak ja może mieć wspólnego z mafią i z rozbrajającą naiwnością odpowiadam:
- O ile mi wiadomo, nie należę do mafii.
No i znosimy te meble z przepięknego mieszkanka na pierwszym piętrze (zwozimy je windą). Mieszkanko, tak na oko ma jakieś 80 metrów kwadratowych: wielki salon, jadalnia, sypialnia, garderoba, dwie łazienki, kuchnia i jakieś jeszcze trudne do określenia pomieszczenie. Mebelki gustowne: dwie obite biała skórą wersalki, dwa stoliki, ława, serwantka, dwa fotele, zestaw kwadrofoniczny, telefon, laptop, router i jakieś tam kosze, poduchy itepe. W trakcie trwania tej tragarzowej roboty pod blok podchodzą lub podjeżdżają Niemcy i Niemki a ich spojrzenia zagadkowo ponure, wręcz mało przyjazne, jakby drwiące. Dochodzą do tego grymasy twarzy, poparte jakąś niewysłowioną potrzebą zadania pytania. Nic sobie nie robię z tych okoliczności i po dobrej godzinie renówka jest już gotowa do dalszej drogi.
We Wrocławiu pojawiam się punktualnie o dwudziestej trzeciej. Rozładunek trwa znacznie szybciej, gdyż dokonuje go spec-grupa pięciu młodych, nieco podchmielonych panów. Pomiędzy mną a szefem tej ekipy wywiązuje się taka mniej więcej rozmowa:
Ja: - Całkiem ładne mieszkano skąd te mebelki.
On: - Prawda… i jakie ładne osiedle.
Ja: - Na mój gust luksusowe. Tuż obok lasek. To pana te mebelki?
On: - Nie. Mojego kolegi. Musiał się przeprowadzić.
Ja: - Aha. 
On: - No i skorzystałem na tym. Szkoda było je zostawić.
Ja: - A pewnie, że szkoda.
On: - A wie pan, co było w tym mieszkanku?
Ja: - ???
On: - Bur… [znaczy się Salon Zmysłowych Uciech dla Osób Płci Obojga]
Dopiero teraz wyjaśnia się ta moja domniemana przynależność do wschodnioeuropejskiej mafii oraz te wiele mówiące spojrzenia zakłopotanych mieszkańców osiedla w Schweinfurcie.
Zatem obieram kurs na stolicę, choć najpierw do domu… poodpoczywać sobie.

Most w St Nazaire - po lewej stronie Atlantyk

Gdzieś w Bretanii - tego zwierzątka nie mogło zabraknąć

Koniec karnawału w miasteczku niedaleko Fuldy


Kolejne niemieckie miasteczko pod Fuldą z "lotu" renówki

[05.0.2016, St Nazaire, we Francji - 07.02.2016, Dobrzelin]

13 lutego 2016

GRA

Zupełnie się tym nie przejąłem. Wszedłem do pierwszej lepszej knajpy, wypiłem setkę pod zdechłego śledzia, otrząsnąłem się i wychodzę na powietrze, na ten starożytny, rozdeptany chodnik i włóczę się po mieście, i wciąż huczą mi w głowie te słowa, scena jak z kiepskiego filmu, a może z kabaretu, kiedy na słowa powitania odpowiadam zaciekle, szyderczo, wręcz gniewnie:
- Proszę mi tu nie urządzać scen i nie odzywać się do mnie, nie pozdrawiać, bo sama pana obecność mnie mierzi i sobie tego nie życzę słyszeć twego głosu, hipokryto. Już sam fakt, że muszę na pana patrzeć i być narażony na twoją obecność jest wystarczającym powodem mojej frustracji.
Aż przygryzłem wargi. Coś we mnie pękło, coś podgrzało do czerwoności moje piersi; buchałem oparami powietrza i jęzorami ognia i mógłbym, o tak, mógłbym wystrzelić w niego ten strumień gorącej, zagotowanej we mnie lawy; mogłem go uśmiercić jednym zionięciem krwistego wybuchu złości. A zrobił się taki mały, taki mały; zdziwaczał natychmiast, zapowietrzył się; żadnego słowa. A kiedy odchodziłem, nie odwracałem głowy, to jednak przeczuwałem, że lezie za mną, prowadzi mnie swym pokrętnym wzrokiem i rzuca jakieś przekleństwo w duchu, jedynie tam, bo przecież to kulturalny facet, tyle że menda, oportunista i fałszywiec, w dodatku bez samooceny za grosz.
Włóczę się więc; nogi same mnie prowadzą. Zaprowadziły do apteki; pustka, stolik z dwoma krzesłami, wolne, więc siadam, rozsiadam się i dziwię temu, jak nogi mogły wiedzieć, że muszę koniecznie usiąść i wywlec z wewnętrznej kieszeni kurtki Cortazara, co robię mechanicznie, otwieram go na zaznaczonej stronie i wpadam w nałóg, a siedzę półleżąc, więc pani magister - co, nie wiecie, że do farmaceutki mówi się “pani magister”-  pani magister boleśnie wykrzykuje:
- Słabo panu? Słabo?   
Przerwała mi i zgubiłem wątek. Patrzę na nią, ni to groźnie, ni zalotnie, bo całkiem niezła z niej jest, jest młoda, zgrabna cholera w okularach i może by coś wyszło z tego patrzenia, gdyby na ten przykład zamykała właśnie ten składzik z prochami  i opuściła żaluzje, ale mnie Cortazar w głowie. Już raz mnie ten palant wytrącił z równowagi. Następnym razem to mu chyba przywalę... na Boga, nie Cortazara mam na mysli a tamtego drania... całkiem niezła z niej…
- Wszystko w porządku. Czytam - odpowiadam i dostrzegam w jej zachowaniu rozczarowanie, co by świadczyło o tym, że nauczono ją być wrażliwą na ludzkie słabości, albo też może i by czegoś ode mnie chciała, a tu akurat emerytka wchodzi i powolutku szlag trafia płonne rozmyślania, więc Cortazara sobie czytam, żałując, że jedynie jedną setkę wypiłem, bo może bym i został w tym składzie aż do zasunięcia żaluzji.
I rozwijam się intelektualnie, przewracając stronice rozdziałów, 117, 15, 120, a to szelma, jak to się ze mną bawi, jak gra sobie ze mną, a ja przy tym stoliku, na wpół rozłożony na krześle, ściśnięty, wciśnięty pomiędzy okrągły blat stolika a oparcie krzesła, w pozycji półwiszącej, półumarłej czytam Cortazara według zapodanego wzoru, nalewam sobie z karafki wodę do plastykowego kubka, a ona, emerytka stoi za ladą, za którą po drugiej stronie, za przeszkleniem, pani magister wychodzi z siebie, aby znaleźć coś zastępczego, jakiś lek nasercowy i na wątrobę, i na zbyt wysoki cukier, i na rozrzedzenie krwi.
Tłumów nie ma. To osiedlowa apteka tuż przed zamknięciem. Podczas gdy ja zanurzam się intelektualnie w rozdział piętnasty, emerytka - staruszka przestępuje z nogi na nogę. Tamta, zgrabna, cholera, w okularach, nosem wodzi po szybce monitora, znajduje coś w niej i zapisuje, wykreśla, dopisuje na recepcie chyba, a staruszka - emerytka przestępuje z nogi na nogę, jeszcze mi tu upadnie, więc nalewam i jej zimnej wody z karafki do plastykowego kubka, odkładam Cortazara na piętnastym rozdziale, podchodzę do niej i przyciągam do stolika, do krzesła, każę spocząć, każę usiąść, pani magister zaraz poda leki, a do tego czasu woda, woda życia. Przymuszona chwyta więc kubek z wodą zasuszoną dłoń - skąd znam takie dłonie? - i unosi kubek do ust, zaczyna sączyć, powolutku, powolutku wypija zawartość plastykowego pojemnika, a ja wachluję jej twarz Cortazarem otwartym na piętnastym rozdziale, każę oddychać głęboko ale powoli, a pani magister z tamtej strony:
- Słabo pani? Słabo?
- Wszystko w porządku - odpowiada.- Ten pan był na tyle dobry…
- Może wezwę pogotowie? - pyta tamta, młoda, ładna, w okularach, odrywa nos od ekranu monitora.
- Nie trzeba - słyszy w odpowiedzi, a ja jeszcze wachluję coraz chłodniejszym powietrzem. Potem podchodzę i pytam, czy pani magister znalazła te wszystkie zamienniki. Nie znalazła wszystkich, a te, co znalazła wpisuje na biała kartkę wyrwaną ze szkolnego zeszytu w jedną linię i zapisuje na niej dawkowanie, bo składniki te same, lecz w innych wielkościach. Kładę na szklanym talerzyku banknot.
- Chyba starczy?
Wracam do emerytki.
Zapominam o tym hipokrycie, któremu zawdzięczam wypicie setki i Cortazara.
- Dziękuję panu - mówi siedząca przy mnie emerytka - ale nie powinien pan, nie powinnam tego przyjąć.
Proszę nie mówić zbyt wiele, mówię, bo dojdzie do tego, że pójdę za panią, chwycę za ramiona i przeprowadzę na drugą stronę ulicy, jak było napisane w czytankach, a teraz pozwoli pani, że przebrnę przez ten piętnasty rozdział gry, w którą bawię się z Cortazarem, bo ja, proszę pani, chciałbym trochę intelektualnie się wzmocnić, zwłaszcza po tym porannym spotkaniu z miernotą, z którym muszę się widywać i którego nie znoszę, i zaraz wpadam do pierwszej lepszej knajpy, aby się napić, aby zdezynfekować umysł przed intelektualną ucztą, choć wie pani, staram się mimo wszystko poza tym filozofowaniem, staram się korzystać ze zmysłowych doświadczeń, mieszczących się na zupełnie innym poziomie postrzegania rzeczywistości i pani mi się akurat nawinęła, przydusiła do ziemi problemem braku możliwości wykupu lekarstw. 
I proszę sobie wyobrazić, że ten dostrzeżony przeze mnie, przez moje zmysły fakt miał miejsce właśnie wtedy, gdy pogrążony byłem w czytaniu piętnastego rozdziału, kiedy pochłaniałem całym sobą tę literacką fantazję, tę grę w jaką wplątał mnie Cortazar i pomyślałem sobie, że w naszym życiu współgrają ale i znoszą się dwie przynajmniej namiętności: postulat objęcia świata abstrakcyjnym rozumem i pragnienie dojścia do sedna sprawy poprzez poznawanie rzeczywistości. Innymi słowy, z jednej strony poruszanie głową w obłokach, a z drugiej - taplanie się w kałuży powstałej wskutek oberwania się jednej ze chmur. I oto staje człowiek przed wyborem: uczestniczyć w intelektualnej igraszce myśli, czy też bezczelnie zniżyć się i utkwić w problemach codzienności.
A jeszcze do tego ten człowiek przeze mnie pogardzany, uosobienie zła; jeszcze ta knajpa, w której raczę się alkoholem, aby odreagować i w końcu kobieta po tamtej strony oszklonej lady, pani magister farmacji w okularach, dla której człowiek porzuciłby i tę wysublimowaną, abstrakcyjną mądrość, i tę przyziemną pospolitość; porzuciłby podłe myśli o wzorcu hipokryzji i zakłamania, tym antybohaterze współczesności. A może dla tej kobiety w okularach, co wyszukuje zamienników trąc nosem o ekran monitora, dla tej kobiety porzuciłbym nałóg picia setki pod zdechłego śledzia?
Tak sobie myśląc i nie myśląc zarazem przeszedłem w miarę bezpiecznie do rozdziału numer 120, a wtedy ona poinformowała mnie, że właśnie zamyka ten swój kram z prochami i korzystając z okazji, że akurat jestem, poprosiła, abym pomógł jej zaciągnąć żaluzje.
W dół.

[13.02.2016, Dobrzelin]

11 lutego 2016

MAŁY WIELKI RYCERZ TEATRU

22 lutego miną 24 lata od śmierci Tadeusza Łomnickiego. Aż nie chce się wierzyć, że przeszło juz tyle długich lat. 
To trochę jest tak, że pamięć o znanych, wybitnych aktorach trwa dłużej i wiąże się to z faktem, że albo w kinie, ale najczęściej w telewizji wciąż są obecni w przypominanych filmach, serialach, spektaklach telewizyjnych. Od paru ładnych lat wspomniani aktorzy istnieją życiem internetowym i właśnie uprawiając sztukę poszukiwania wydarzeń kulturalnych w formie ruchomych obrazów czy też audio, napotkałem na trzyczęściowy wywiad z Tadeuszem Łomnickim, wywiad emitowany w roku jego śmierci przez kanał "Kultura". Przyznam szczerze, że wtedy w 1992 roku nie ogladałem tego wywiadu i nie przypominam sobie, czy kiedykolwiek był on powtarzany, a jeżeli miało to miejsce, to również nie byłem obecny podczas jego emisji.
A zatem bardzo pięknie się stało, że w cyfrowej, internetowej wersji mogłem spędzić ponad trzy godziny prawdziwej uczty obcowania z człowiekiem, którego uznaję za (wiem, wiem, że wielka sztuka i jej twórcy to nie plebiscyt) największego aktora powojennych czasów w Polsce, a rzekłym więcej - aktora genialnego, na miarę Laurenca Oliviera ( a może kolejność winna być odwrotna).
W tym długim, niezwykle inetersującym, biograficznym wywiadzie, oprócz tego, że padają w nim niesłychanie ważne, pełne profesjonalizmu, autentyzmu i entuzjazmu słowa, przypominane są niektóre, zwłaszcza teatralne role wielkiego aktora. I to one zaświadczaja o tym, że Tadeusz Łomnicki wielkim aktorem i wielkim człowiekiem był... był i jest, przynajmniej w mojej pamięci.
Szczerze zachęcam do obejrzenia i wysłuchania pana Tadeusza opowieści. Zamieszczam pierwszą część wywiadu. Dwie pozostałe łatwo odnaleźć w kanale You Tube.


[11.02.2016, Dobrzelin] 

ROZMOWA W PŁONĄCEJ MGLE

Mogła to być sobota albo niedziela, albo też inny do tych dwu niepodobny dzień, ale musiało się to stać wcześnie, o poranku, który porankiem jeszcze nie był, bo chociaż biel panowała nad światem, to nie była to jeszcze jasność. Nagle coś w tym jeszcze nie dniu przydarzyło się, coś rozwarło i zatrzepotało purpurowymi skrzydłami. Wstało to coś, jakiś krwisty krąg, do horyzontu przytulony i wtem postał pożar, chciwy, niespożyty i głodny, pożerający w okamgnieniu tę rozpostartą nad światem całym mgłę, co była jak te białe, uchwycone w locie suknie tancerek Degasa. Krąg słoneczny unosił się, żółkniał i coraz to mniejszym się stawał, a kiedy wtoczył się ponad palczaste kikuty drzew broniących dostępu do niewysokich wzgórz po wschodniej stronie widnokręgu nie dość, że nie przygasał, to jeszcze ciepłotę swoja wzmagał, a te baletnic tiule, jedwabie i szyfony unosiły się ogniskami dymów w przestworza, lubo też opadały na traw nieśmiałą zieleń, nasycając ją powodzią miliardów kropli rozlanego mleka.
W takiej właśnie chwili, w tej przemianie nocy w dzień, co światła się domagał, po ciżemkowskich łąkach przechadzali się Piotr z Joanną, co ze zwierzyńcem swoim przylgnęli do tego miejsca przed rokiem; przechadzał się z nimi radca Krach z inżynierem Bekiem za towarzystwo mając Wołodię, który tak jak w sen zapadał szybko, tak prędko się z niego wyzwalał.
A ileż do powiedzenia sobie mieli!
- Zanim dostaniemy się do głębi ziemi, wydostając z niej gorące źródła - rozmyślał głośno Piotr - weterynarz - moglibyśmy tę rzeczkę ująć w karby, tamując jej przedwiosenne wody i uczynić w ten sposób jeziorko, w którym…
- … w którym moglibyśmy pławić konie - dopowiedziała Joanna.
- … które, gdyby połączyć z pobliskim stawem, mogłoby się stać miejscem nie byle jakich połowów - dorzucił pan radca.
- … które mogłoby się stać miejscem, wokół którego zbieraliby się wczasowicze - dodał pan inżynier.
- Ja użie eta wiżu - rozmarzył się Wołodia.
- Tak, tak, proszę koleżeństwa - odezwał się pan radca ponownie. - Zanim, w co wierzyć nie przestaję, wybudujemy tutaj uzdrowiskową lecznicę, zanim źródło wytryśnie, powinniśmy już dzisiaj przygotować okolicę do tego, co ją czeka. Jak pan widzi ten sam początek, inżynierze?
Temu wystarczyło dwa razy przyjrzeć się tej podłużnej niecce wzdłuż rzeki położonej, która w czasie gwałtownych opadów napełniała się wód nadmiarem, wystarczyło technicznym okiem rzucić i mózgiem nieprzeciętnym wymierzyć, a potem wypowiedzieć się gładko i sensownie.
- Należałoby postawić nie tak bardzo kunsztownie wyszukaną tamę. Ta wody powstrzyma i w tej dolince je zgromadzi, a kiedy napełni ją, kiedy naturalnie połączy się ze stawem, można wtedy jej nadmiar oddawać wstrzymanemu nurtowi rzeki. Korzyścią dodatkowa będzie to, że obrzeża miasteczka dzięki temu przedsięwzięciu nie zaznają już przykrych w skutkach podtopień.
- To znaczy - mówił Piotr - że nie potrzebne są tak duże nakłady, których się bałem?
- Na moje oko ten teren tak naturalnie jest położony, że nie ma potrzeby ingerować w naturę ciężkim sprzętem - uspokajał inżynier Bek. - Oczywiście należy dokonać odpowiednich pomiarów, aby postawić tamę ani za niską ani za wysoką, aby woda nie rozlała się na łąki, na których państwo młodzi gospodarują.
- Musimy jednak wiedzieć o tym, że tereny po tamtej stronie powstałego w ten sposób akwenu należeć będą do leśnictwa; te po naszej stronie do was, młodzi przyjaciele i do ciebie, Włodzimierzu. Wypadałoby więc zapoznać z tym przedsięwzięciem pana leśniczego. Myślę, że się zgodzi, bo to także szansa i dla niego, ale co z tym fantem zrobi, to już jego sprawa - powiedział pan radca.
- Myślę, że toń wodna przybliży się do granicy pomiędzy ziemią leśnictwa, choć jej nie przekroczy - zauważył z kolei pan inżynier - a to dobrze, bo gdyby pan leśniczy miał jakieś od swoich zwierzchników zastrzeżenia, to ważne, aby ta inwestycja dotyczyła jednak jedynie prywatnej państwa własności - tu spojrzał na Wołodię i młodą parę. - A ten teren do wykupienie pod odwierty i późniejsze sanatorium to gdzie się znajduje? zapytał.
- Po naszej stronie, przyjacielu - uspokoił pana inżyniera radca Krach. - Spójrz tam, to, co do wykupienia położone jest po tej stronie rzeczki, za leśnym domkiem, gdzie te nieużytkowane pola i ta garść starego drzewostanu, który nie przylega bezpośrednio do lasu, a jest szerszym w tamtym miejscu nurtem rzeki oddzielona.
- A zatem, drodzy państwo, ja nie widzę przeszkód w konstruowaniu sztucznego zbiornika - powiedział inżynier Bek.
- Cieszę się bardzo - wyrzekł Piotr. - Kiedyśmy tę posiadłość kupowali - kontynuował - dowiedziałem się, że ta niska cena jaką zapłaciliśmy, wynikała stąd, że był to właśnie teren zalewowy. 
- Otóż to - poparł Piotra pan radca. - Ja, kupując tę sąsiednią posiadłość z leśnym domkiem, choć znajduje się ona nieco powyżej waszego gospodarstwa, również skorzystałem z tego, że te tereny położone na południowym brzegu rzeczki wykazane zostały w planach przestrzennych gminy za zalewowe… więc my je przepięknie zalejemy - roześmiał się radca Krach.
I poszli na herbatkę do Piotra i Joanny.
A mgła tymczasem spłonęła doszczętnie w radosnym słońcu poranka.

[11.02.2016, Dobrzelin]

10 lutego 2016

NOWY ZACNY GOŚĆ KAWIARENKI

Ksiądz Stanisław Kącki już po pierwszym z doktorem Koteńko odwiedzeniu kawiarenki zdecydował o całodziennym stołowaniu się właśnie tutaj.
- Dziecko - mówił do Marii, uzgadniając szczegóły wiktu - gdzie mnie się na stare lata przyzwyczajać do gotowania. Toż to ja zawsze gosposię na plebanii miałem, a nawet teraz, kiedym do rodzinnego gniazda wrócił, to, wstyd się przyznać, mateczka moja, choć na zdrowiu podupadła bardzo, oj bardzo, póki sił jej starczyło, gotowała dla mnie… a potem - ksiądz westchnął cicho - potem byle co jadłem. Przywykłem do tego, ale w końcu skoro Pan Bóg daje mi jeszcze pożyć, nie mogę nie uszanować swojego ciała… a wy karmicie na medal. A słyszałem, słyszałem… serwujecie posiłki dla najbiedniejszych… Pan Bóg was za to pobłogosławi, więc jeśli dałoby się i mnie pod takie posiłki podciągnąć, będę rad i zobowiązany, z tym że oczywiście zapłacę.
- To już załatwione. Otwieramy o ósmej a o dziesiątej wieczorem kończymy pracę - poinformowała Maria. - To teraz, bo piękną wiosna i latem, bawimy się do północy.
- Bawicie się, powiadasz. Mnie tu pani Szydełko i doktor Koteńko opowiadają, że wcale piękna ta zabawa, a właściwie praca, nie zabawa, do tego pożyteczna bardzo. A ksiądz proboszcz zachodzi?
Widać było solidne zmieszanie na twarzy Marii, która lepiej by było, gdyby tego pytania nie usłyszała.
- Nie zagląda do nas, jedynie dwie siostry rodzone zakonne przychodzą i bawią się… to znaczy pracują z nami.
- Rodzone siostry zakonne?
- Tak, proszę księdza, bo też one są rodzonymi siostrami. Jeden rok wieku ich dzieli… no i obie na zakonnice poszły. Bardzo, bardzo szlachetne panie. Udzielają się, a kiedy tylko je poproszę o dopilnowanie małej Róży, to nigdy mi jeszcze nie odmówiły.
- Córeczkę masz? - zachwycił się ksiądz Kącki - wieleż ma lat?
- Półtora roku. Żywe sreberko, mówię księdzu. A jak tatuś ją kocha.
- Mówisz, dziecko, o panu Adamie - dopytywał się ksiądz.
- A jakże, o moim mężu.
Tu Maria zamilkła, nie będąc pewna, czy to wypada nieznajomemu, choć to duchowna osoba, rozpowiadać o sobie, lecz tak jakoś ją naszło, taką dziwną sympatię poczuła do tych patrzących się na nią wyrozumiale oczu, że zabrnęła dalej. 
- Z dzieckiem mnie wziął. Ślub wzięliśmy.
- Porządnie, bardzo porządnie uczynił. Nijakich kazań nie zamierzam tu prawić i pewnie to, co powiem, jak stary przypalony dowcip będzie, ale powiedzieć muszę: dla dziecka to bardzo ważna rzecz mieć matkę i ojca w kupie. A mateczka pani? Rodzice?
- Ojciec nie żyje od lat sześciu a matka… - głos Marii załamał się znacznie. Przypuszczała, że tak będzie. Sama zdecydowała się przecież na tę osobistą rozmowę - matka w ośrodku dla obłąkanych, w miasteczku. Jej świat jest tak bardzo inny. Tam ma najlepszą opiekę. Odwiedzam ją… nie poznaje, to przykre…
- Przykre…. Niezbadane są wyroki Jego. Widocznie taką jaka jest, Pan Bóg ją kocha. To nie na nasz ludzki rozum. A za przypomnienie, przepraszam, bo widzę, dziecko, że wzruszenie zwilżyło twoje źrenice.
- Już przywykłam, proszę księdza, choć każde przypomnienie boli. Ale co robić? Życia nie zatrzymasz. Tak bym chciała księdzu pokazać naszą małą, ale śpi teraz. Może kiedy indziej - ożywiła się. - Nie raz jeszcze będziemy się widywać.
- Nie raz, dziecko, nie raz. A teraz - ksiądz Stanisław pełen był zapału - teraz powiedz mi moja droga, w czym ja mogę wam wszystkim pomóc, w tym przedsięwzięciu, o którym tyle dobrego mi opowiadali?
W tej chwili oboje usłyszeli dźwięczny głos kucharki, która oznajmiała, że obiadek dla księdza gotów. Tedy Maria pomknęła do kuchennych świętości i powróciła z niej z tacą, na której w jednym, głębokim talerzyku puszczał aromat rosołek, a na drugim pyszniła się surówka z rozmaitych warzyw. Mięsko wołowe, gotowane, z rosołu, w sosie chrzanowym z ziemniaczkami czekało, aż miły gość upora się z pierwszym daniem.
- A w tej sprawie, proszę księdza, najlepiej rozmawiać z moim mężem albo z panem radcą Krachem - powiedziała stawiając przed księdzem Stanisławem rosołem i surówkę.
- Jakiż zacny zapach - zachwycił się ksiądz. - Gdzież ich spotkam?
- Obaj, wraz z inżynierem Bekiem wybrali się w podróż po miasteczku. Jak zwykle w interesach. Ale wrócą niebawem.
- A zaczekam, moja droga, zaczekam na nich.
I zabrał się ksiądz Stanisław za wołowy rosołek, co wiadomo, że w dni chłodne i słotne zawsze siły dodaje, i umysł na najwłaściwsze ścieżki kieruje. Jadł ten rosołek ksiądz Stanisław i nie mógł sobie z jedną myślą poradzić: czemu ksiądz proboszcz do kawiarenki nie zagląda? Obraził się, czy co? A siostry zakonne mogą? Już ja tam proboszczowi powiem co o tym myślę.
A kiedy kończył drugie danie, tak jak Maria powiedziała, panowie przyjaciele do kawiarenki powrócili: rozradowany radca Krach, uśmiechnięty Adam - kawiarenki gospodarz przedni i nieco zaskoczony inżynier Bek. 
Cała ta nieświęta trójca wkrótce do kończącego obiad dobrodzieja się przysiadła, aby z nowym gościem kawiarenki zamienić słów parę. 

[04.02.2016, Vern-sur-Seiche we Francji]

09 lutego 2016

KSIĘŻYC, SOWA i KSIĄŻKA NA DOBRANOC [fragment „Prowincji”]

- A dlaczego on cały czas idzie z nami? - zapytał.
- To chyba lepiej, że nam towarzyszy, prawda? Oświetla nam drogę.
Szli szybko, aby nie czuć przenikliwego zimna, jakie od popołudnia przywiewał północny wiatr. Przymrozek już chwycił i podłużne kałuże rozpościerające się to tu to tam wzdłuż kamienistej drogi pokrywały szkliste tafle skuwanej mrozem wody. Całe szczęście, pomyślała, a może pomyśleli oboje, że wiatr późnym wieczorem ucichł, bo wtedy musieliby przyspieszyć kroku, aby się rozgrzać. W ogóle to zapanowała cisza i słychać było tylko pod podeszwami chrzęszczenie zastygłego błota lub chrupanie cienkiego lodu, jaki pojawił się na nierównych płytach chodnikowych. Księżyc spoglądał na nich z wysoka, srebrzysty, z taką obwódką wokół swojej twarzy jaką mają święci na obrazach w kościele, no i towarzyszył im w tej spóźnionej przechadzce do domu.
- A czy to prawda, że na księżycu żyją ludzie? - zapytał. Był na etapie zadawania pytań.
- Chyba nie - odparła. - Tam nie ma powietrza i człowiek nie miałby czym oddychać.
- A Twardowski?
- To legenda, bajka kochanie. W bajce wszystko jest możliwe.
- Mamusiu, bo mnie się wydaje, że ten księżyc to ma twarz całkiem podobną do ludzkich twarzy. No, zobacz mamo - przystanęli a chłopczyk utkwił wzrok w okrągłej srebrzystej tarczy tego, co im towarzyszy w drodze. - Spójrz, tam ma oczy, nos, policzki, jakieś zmarszczki. Znacznie lepiej to wszystko widać, kiedy wstaje taki ogromny, rudy i jest całkiem blisko, tuż nad drzewami. Lubię go właśnie takim… potem kiedy - zawahał się - kiedy się starzeje, robi się mniejszy i mniejszy, jak piłka.
Ścisnęła mocniej jego lewą dłoń i ruszyli dalej.
- Włóż drugą rękę do kieszeni, bo ci zmarznie. Powinieneś pamiętać o rękawiczkach. Mam nadzieję, że zostawiłeś je u mnie w pracy, a nie zgubiłeś ich.
- Na pewno zostawiłem je na krześle, na którym siedziałem. Nie zginą?
- Nie zginą. Pani sprzątaczka z pewnością położy je na wieszaku. Będzie wiedziała, że są twoje. U mnie w pracy nikt nie ma takich małych rączek. Nie jest ci zimno?
- Nie. Myślę o tym księżycu.
- Wiesz. Kiedy księżyc, jak to mówisz, starzeje się, robi się mniejszy. To całkiem podobnie jak z ludźmi. Z wiekiem kurczą się, garbią. Dziadek powiedziałby, że się wdeptują.
- To ja kiedy się postarzeję, będę niższy niż teraz?
- Nic podobnego. Ty musisz najpierw dorosnąć. Musisz uróść i dopiero za bardzo, bardzo dużo lat skurczysz się tak jak ja.
- Ale ty, mamusiu, nie jesteś jeszcze stara.
- To prawda, nie jestem stara, ale niedługo będę.
Znów przystanęli. Malec wyrwał się matce z ręki, aby przejść się po skutej lodem kałuży. Lód uginał się jak plastelina, gdy ją lekko pocisnąć palcami. Matka pozwoliła mu na ten moment niesubordynacji i kiedy przemierzał taflę świeżego, jeszcze niedostatecznie twardego ludu, przytrzymywała go za ramię.
- Szkoda, że nie jesteśmy drzewami - powiedział nagle, kiedy z powrotem matka chwyciła go za rękę i przymusiła do dalszej drogi.
- Dlaczego? - zapytała.
- Bo drzewa tylko rosną… rosną.
Szli dalej. Przeszli przez tory kolejowe i znaleźli się w parku. Tu było ciemniej niż na otwartej przestrzeni pomiędzy miasteczkiem a osadą. Wysokie drzewa, dęby, lipy i klony przesłaniały srebrzysty blask bijący od księżyca. Matka nie lubiła tędy chodzić wieczorami, choć przesadnie nie bała się ciemności. W tym starym parku, który otaczał ze wszystkich stron dworek, pełniący dziś funkcję siedziby gminnej rady narodowej, gnieździły się sowy i akurat idąc główną alejką, usłyszeli ich pohukiwania. Malec nie przestraszył się tych przytłumionych, gardłowych skowytów-pogwizdów. Możliwe dlatego, że szedł za rękę z matką, a może z tego powodu, że pamiętał radę ojca: „Pamiętaj chłopcze, jeśli już masz się kogoś bać, to bój się człowieka, nie zwierzęcia.”
- Mamusiu, będziesz jeszcze miała bilans? - zapytał, kiedy wyszli już z parku i przed nimi świeciła jasno dziesiątkiem żarówek „choinka” - tak nazywali dwa sąsiadujące z sobą, wysokie piece do palenia wapna w cukrowni.
- Nie, kochanie. Dzisiaj miałam ostatni dzień bilansu. Wiesz, kochanie, zmieniam niedługo pracę. Będę pracowała w biurze cukrowni.
- Tam gdzie tata?
- Tak, tylko w biurze. Cieszysz się?
- Bardzo… ale, mamusiu, czy to oznacza, że nie będziemy już wracać z miasta o tej porze?
- Dlaczego nie? Będziemy od czasu do czasu jeździć do miasta autobusem, do babci, a jak nie będzie zimno i nie będzie padało, przejdziemy się tak jak dzisiaj.
Chłopiec był bardzo zadowolony. Im bardziej zbliżali się do domu stojącego za stawami, tym mniej myślał o księżycu, a kiedy doszli do stawu, w którym prawie nigdy nie zamarzała woda, dojrzał parę łabędzi, które umyśliły sobie spędzić tutaj zimę. Z prawej kieszeni kurtki wysupłał przepołowione ciastko, które przezornie wziął od babci. Wziął rozmach i rzucił dwie połówki ciastka w miejsce, gdzie pływały łabędzie. Zobaczył jak ptaki lokalizują długimi dziobami zdobycz. Matka z uśmiechem spojrzała na syna.
Tato poszedł do cukrowni na nocną zmianę. W domu oprócz nich zostali jeszcze babcia z dziadkiem ze strony ojca. Po kolacji, późniejszej niż zwykle, matka wsunęła się pod kołdrę, a za nią malec. Matka przywykła do czytania przed snem. Nie inaczej było i tym razem. Czytała w pozycji półsiedzącej, trzymając w otwartych dłoniach książkę. Chłopiec wsunął się pod jej ramię i zerkał na drukowany tekst. Co jakiś czas matka przewracała kartki.
- Mamusiu, możesz trochę wolniej….
Uśmiechnęła się do niego z pobłażaniem. Wiedziała, że syn lubi towarzyszyć jej podczas czytania.
- A czy ty rozumiesz to, co czytasz? - zapytała.
- Pewnie, że rozumiem - odparł z dumą.
Od tej chwili matka obracała kartki wolniej. Czekała na znak dany jej przez syna. Było to takie „uhm”, taki odgłos przypominający pohukiwanie sowy.

[04.02.2016, Vern-sur-Seiche we Francji]

INNY WYMIAR

Czytając „Telefrenię” Redlińskiego, tego od „Konopielki” i „Awansu” wiem, dlaczego tak niewiele mówiono o tej książce, w której autor w niezwykle oryginalny sposób rozlicza się z cywilizacją obrazkową, pustą, bezduszną i piekielnie uzależniającą. „Telefrenia jest powieścią i „na poważnie” i groteską o uzależnieniu od mediów, ale też dotyka, co tymże mediom podobać się nie ma prawa, dotyka problemu, który dzisiaj nazwalibyśmy polityczną poprawnością. Jest w niej bowiem także nutka całkiem na serio potraktowanego żalu za minionym światem, który wcale nie był tak bezlitośnie głupszy od tego, w którym autorowi przychodzi spędzać lata jesieni życia.
W „Telefrenii” odnajduję jednak również coś innego - to filozoficzna refleksja odnosząca się do przemijania czasu i względności przestrzeni, a jest to fragment, jak sądzę, w sam raz do zacytowania.
„A ta myślosfera, gdzie jest? Wtedy powiedziałeś, że otacza Ziemię jak atmosfera.
To było tylko takie porównanie, sprostowałem. Ona działa w innym wymiarze. Nielokalnie. Natychmiastowo. Z nieograniczoną prędkością.
Ty: Szybciej od światła? To niemożliwe!
Ja: Możliwe. Błysk światła leci ze Słońca pięćset sekund. A myślą mogę być na Słońcu natychmiast.
Ty: Jak to się dzieje?
Wziąłem kartkę A-4. Narysowałem przekątną pod linijkę.
Wyobraź sobie wiruska, że idzie z rogu kartki do rogu. Ma do przebycia trzydzieści sześć i pół centymetra. Wirusek jest mały - mierzy ze sto nanometrów. Dla niego 365 milimetrów to tak jak dla nas 4 tysiące kilometrów.
Powiedzmy.
Narysowałem drugą przekątną - ale linia falistą, zawijaną: 
A teraz wirusek idzie tą drogą. Wydaje ona mu się prosta tak samo, jak nam Ziemia wydaje się płaska. Ile kilometrów przejdzie?
Ty, pop namyśle: trzy razy, dziesięć razy tyle. Zależy, ile tych zawijasów.
Podałem mu kartkę i poprosiłem, żeby ją zgniótł. W kulkę. Mocniej. Jeszcze mocniej.
Zgniotłem, powiedziałeś. I co?
Ja cierpliwie, po korepetytorsku:
Właśnie wprowadziłeś wiruska w wyższy wymiar. Przedtem kartka była dwuwymiarowa. Płaska. Teraz jest trójwymiarowa. Co się stało z drogą? Jak daleko teraz od rogu do rogu kartki? Średnica tej kulki, na moje oko, wynosi około trzech centymetrów. Zastanów się.
Ty: Nie wiem. Zależy, jak się te rogi ułożyły. Może są blisko siebie.
Ja: W najgorszym razie są nie dalej niż trzy centymetry. tak?
Ty: Rozumiem.
Ja: A gdybyś zgniótł tę kartkę maszyną - do średnicy jednego milimetra?
Ty: Wtedy byłyby nie dalej niż jeden milimetr.
Ja: Wirusek, który dreptałby cierpliwie, naiwnie, po linii, wciąż miałby do pokonania 365 milimetrów. Ale inny wirusek, który potrafiłby przenikać na wskroś przez papier - miałby do przebycia nie więcej niż jeden milimetr. Nadążasz?
Ty: Tak. Rozumiem.
Ja: A gdyby ścisnąć kulkę bardziej, do rozmiarów - punktu? Jak daleko byłoby wtedy z rogu do rogu?
Ty: Zero.
Ja: Brawo, magistrze. Piątka. Aha, umówmy się, że ten kierunek - ściskanie przestrzeni ku punktowi - nazywamy czwartym wymiarem przestrzeni.. Czyli ścisnąwszy tę kulkę do rozmiarów punktu, wprowadziłeś wiruska do czwartego wymiaru. Odległości są tu zerowe albo: prawie zerowe. Dlatego oddziaływanie znajdujących się w nim wirusków jest natychmiastowe. Tak właśnie porozumiewają się z sobą w czwartym wymiarze - elektrony wszechświata”
I dalej…
„Ile czasu idzi się od rogu do rogu?
Ty: Właśnie. Ile?
Ja: Zero.
Ty: Czyli nie ma tam czasu?
Ja: Nie ma.
Ty: Jak to „nie ma”?
Ja: Bezczasowość. W katechizmach nazywają to wieczność. Wiekuistość.
Ty: Czyli w tej myślosferze okres między mną i, powiedzmy, Chrystusem wynosi zero?
Ja: Zero.
Ty, rozglądając się po moim pokoju: Czyli -- On jest -- tu?
Ja: Tak. W tym specjalnym wymiarze nie ma przecież odległości ni przestrzennej, ni czasowej.”

[04.02.2016, Carvin we Francji]

PRZYMUSOWY POSTÓJ

W Paryżu przyszło mi pozostać do wtorku. Renówka ma awarię układu hamulcowego, a zatem dzwonie do assistance. Przyjeżdżają na tyle późno, że w poniedziałek, w autoryzowanym serwisie Renault Pantin autka mi nie naprawią. Firma ubezpieczeniowa wysyła więc po mnie taksówkę, a wcześniej zamawia pokój w hotelu. Trochę to trwa, ale w końcu po 18-tej melduję się w hotelu, w którym teoretycznie mogę przebywać przez okres trzech nocy. Liczę jednak na to, że we wtorek ruszę w dalszą drogę.
Hotelik należy do sieci małych apartamentowców i zwie się Appart’s City. Znajduje się gdzieś w okolicach Pont Vincente, bliżej jednak Pont Pantin. Hotelik niezły z dostępen do Wi-Fi, z telewizorem, kompleksem kuchennym i łazienką.
Po obejrzeniu jakiegoś filmu na Arte o strzelaninie w liceum (modny temat i na czasie), po kąpieli, kładę się grzecznie spać przed północą. Śpię spokojnie i długo w wygodnym łóżku i rezygnuję z porannego śniadania, po prostu nie chce mi się włazić z łóżka. Jem własne śniadanko, popijam kawą i przed jedenastą opuszczam pokój. Najpierw proszę recepcjonistkę, aby zadzwoniła do serwisu i zapytała, jak tam z moim autkiem. Dowiaduję się, że w serwisie nic nie wiedzą o mojej renówce, więc dzwonię do Polski na assistance. Mają dać znać, co się dzieje. Nie dają.
Nie dzwonię już w sprawie taksówki, lecz biorę bagaż i dla zdrowia pokonuję nieco ponad dwa kilometry dzielące hotel od serwisu pieszo (zapamiętałem drogę ). 
W serwisie dowiaduje się, że:
1) autko ma czekać do naprawy do piątku,
2) w zasadzie do renówka jest sprawna, a że się kontrolka świeci, to trudno… pewnie okładziny hamulcowe się zdarły,
3) jeżeli chcę je wymienić, to bardzo proszę, wymienią za około 130 euro minimum (nie wiem, czy cena dotyczy jednego koła… pewnie taki). Oczywiście muszę zapłacić, bo podobno usługa gwarantowana przez assistance nie obejmuje hamulców.
Dzwonię do szefa i niepotrzebnie go wkurzam, bo jego zdaniem, skoro płaci ubezpieczenie, to układ hamulcowy, jako jeden z najważniejszych w aucie, winien ubezpieczeniu podlegać.
Ponieważ nie zamierzam czekać do piątku, aby mi zmienili klocki na nowe (no… może okazałoby się jeszcze co innego), odbieram autko, a spedytorowi mówię, że jestem do dyspozycji… tylko proszę o kurs  nie w góry (a szkoda, bo uwielbiam jeździć po górach).
Francja to piękny kraj i bardzo mili ludzie… tylko czasami trzeba się do ich zwyczajów przyzwyczaić.

[02.0.2016, Paryż]

CHŁOPIEC I DZIEWCZYNA

I.
Chłopiec jechał autokarem. Siedział sam w wygodnym siedzeniu. Przyklejał nos do szyby, aby móc zobaczyć jak najwięcej świata, choć ten świat za oknem przysypiał, był najpierw szary, potem granatowy i wreszcie czarny. Jedynie kiedy przejeżdżali przez miasta i miasteczka, rumiane lub srebrzyste światło ulicznych latarni, sklepowych neonów, czy też ludzkich siedzib, urągało nocnej zaćmie.
Przed nim siedziała para: dziewczyna i chłopak - oboje ze starszej klasy. Gdy jeszcze dzień nie przeistoczył się w noc ciemną i głuchą, rozmawiali. Później przestali rozmawiać. Dziewczyna siedząca przy oknie początkowo tak jak on spoglądała przez gładką, chłodną taflę szyby autokaru, aż w końcu pozwoliła swojej głowie upaść na ramię chłopaka, który przez cały czas podróży nie przymykał oczu i pozwolił dziewczęcej głowie swobodnie korzystać z oparcia, jakim było jego ramię.
Chłopiec pomyślał sobie, że to bardzo miło, kiedy jest się podporą czyjegoś snu. Zapamiętał też nagietkowy zapach włosów dziewczyny.

II.
To było wtedy, kiedy wchodzili do jaskini Raj, albo do groty Łokietka, albo do muzealnej części kopalni w Wieliczce. 
Chłopiec był zbyt nieśmiały, aby przedstawić się dziewczynie, a już broń Boże, porozmawiać z nią. Od samego początku wycieczki miał ją na oku, podobała mu się. Szczególnie podobały się mu jej włosy, ciemny blond, opadające swobodnie na ramiona. Była zgrabna, nie pamięta jak była ubrana, pewnie w dżinsowe spodnie i bluzkę z krótkim rękawem w czerwone kwiaty.
Pamięta, że znaleźli się w tłumie. Cała grupa szła wąską ścieżką. Pamięta, że było to podziemie. Wątłe światło nie pozwalało na odczytanie rysów twarzy. Każdy w tym półcieniu był anonimowy. Przedostał się jak najbliżej dziewczyny i uczynił to, czego zapragnął. W wielkiej skrytości dotknął jej pleców tuż obok miejsca, w którym znajdowała się sprzączka od biustonosza. To był tylko jeden niewinny dotyk. Dziewczyna obejrzała się, lecz w takiej ciżbie nie zdołała rozszyfrować, czyja dłoń pocisnęła jej wiotkie a jednocześnie miękkie ciało. A może wyjaśniła sobie, że ten dotyk był niczym innym jak przypadkowym dotknięciem czyichś rąk torujących sobie drogę… ?

III.
Właściwie dziewczyny były dwie, serdeczne przyjaciółki, starsze od niego o dwa lata, przy czym jedną z nich tylko znał, z wczasów we Władysławowie. Grali w siatkówkę i po jednym z odbić tej pierwszej dziewczynie niewyobrażalnie spuchł kciuk. Próbował go „nastawić”, nie pomogło i dziewczyna do końca turnusu chodziła z obandażowaną lewą dłonią.
W Świeradowie, na koloniach zimowych zainteresował się tą drugą. Nie znał jej jeszcze. Starsza. Półtora roku przed maturą, a już się do niej przygotowywała. Obie wzięły z sobą na turnus podręczniki i było wiadomo, że nie skorzystają z wszystkich kolonijnych atrakcji, bo w głowie mają maturę i przyszłe studia medyczne. Ta pierwsza zresztą jest dzisiaj lekarką.
Obie, jako najstarsze w grupie zastały umieszczone w pokoju na najwyższym piętrze schroniska. Można powiedzieć, że były w ten sposób odizolowane od reszty grupy. Już pierwszej nocy zaszedł do nich. Zaprosiły go na karty. Czort jeden wie, w co grali i o czym rozmawiali. Dość powiedzieć, że gra i rozmowa przeciągnęły się długo po północy.  Chłopiec spoglądał cały czas na tę nieznajomą dziewczynę, a takie spoglądanie musiało oznaczać jedno - podobała mu się ta krótkowłosa szatynka z miłym uśmiechem i wielkimi oczami w kolorze kasztanów. 
O pierwszej w nocy wpadł wychowawca - jego szkolny i kolonijny wychowawca.
- Szukaliśmy cię wszędzie. Nie rób nam tego. To ostatnie miejsce, w którym przyszło nam do głowy zastać ciebie.
Wychowawca poczuł ulgę, dziewczyny przepraszały, a chłopiec był nieco speszony, bo pomyślał, że wychowawca na pewno nie przypuszczał, że tak nieśmiały chłopiec jak on, może biesiadować w towarzystwie starszych dziewczyn, które mają bardzo dobrze ułożone w głowie, są pilne i szykują się do zdawania egzaminów na medycynę.

IV.
Chłopiec nie wyobrażał sobie sobotniego popołudnia bez możliwości zaglądnięcia w jej okno. Przemierzał tych kilka kilometrów tylko po to, aby ją zobaczyć w oknie, z koleżankami na spacerze, w drodze do szkoły, byle gdzie, aby tylko móc nasycić swój wzrok jej wyglądem, jej sylwetką, dziewczęcą, niezbyt wielką, wręcz skromną, nie pasującą do atrakcyjnej, modnej postaci kobiet pojawiających się w kolorowych czasopismach śledzących najnowsze trendy światowej mody. Być może właśnie dlatego, na przekór obowiązującej modzie, zauroczony był właśnie jej wyglądem, który tak bardzo harmonizował, jak mu się wydawało, z niezwykle głębokim wnętrzem, jakie reprezentowała sobą dziewczyna z jego snów i marzeń. Być może, myślał po latach, była to jedyna osoba, którą bez pamięci pokochał?

V.
Kiedy otrzymał pierwszy od niej list był zaskoczony. Wydawało mu się, że jedynie chłopcy mogą pisać takie listy, kryjąc się jednocześnie za kotarą anonimowości. Tak… on byłby w stanie  napisać taki list, ale dziewczyna? Już w tym pierwszym liście od niej można było rozpoznać uczucie, jakim go darzy, uczucie nieodwzajemnione, lecz gorące i szczere, chociaż nie wyrażone wprost. W drugim liście zamieściła swoje zdjęcie. Patrzył na nie i… o zgrozo, nie przypominał sobie tej twarzy… nie znał jej, zgubiła się pośród dziesiątek innych. Natężył pamięć i próbował sobie przypomnieć… bezskutecznie. W jego pamięci ta, która skreśliła do niego te piękne i tajemnicze słowa, nie istniała. Dlaczego był aż tak ślepy, że nie zdołał jej zauważyć, nie potrafił wydobyć jej spośród innych? Czyżby tak jak on nie zauważał nadawczyni listu, tak mógł być niezauważony przez inną dziewczynę, w której się podkochiwał? Oto wielka niesprawiedliwość świata, galimatias uczuć…  Czy w ogóle możliwym jest niezauważanie czyjegoś uczucia? Żyjesz sobie i funkcjonujesz tuż obok osoby, która darzy cię czymś, co wykracza poza utarte schematy przelotnej znajomości i nie dostrzegasz w jej spojrzeniu czegoś więcej.  Jak bardzo trzeba być okrutnym, aby nie dostrzec czyichś uczuć…
Potem było spotkanie… prozaiczne… przy kiosku z gazetami. Chłopiec poznawał - nie poznawał jej, ale nie podszedł do niej, nie porozmawiał, może to nie ona, myślał… ta jego totalna, nie dająca się objąć w karby nieśmiałość zaważyła… i w końcu przestała do niego pisać, słusznie podejrzewając, że ją lekceważy… a przecież nie lekceważył jej… panicznie bał się… uczucia? Bóg jeden wie czego się obawiał. Najpewniej pomimo zdania egzaminu maturalnego, nie zdał egzaminu dojrzałości.
A dzisiaj, po tylu latach, dawny chłopiec chciałby się stać po raz pierwszy mężczyzną, chciałby odnaleźć nadawczynie tych listów i powiedzieć jej „przepraszam”, choć to niewiele zmieni, choć może jedynie doprowadzi do tego, że ciężki kamień spadnie mu z serca…ale chyba musi, po prostu musi ukłonić się uczuciu, którym może nie wzgardził, lecz nie był w stanie zapanować, bo w nie nie wierzył???
Dawny chłopiec doskonale wie, że nie zawróci biegu rzeki życia, nie zamierza też przypominaniem siebie niszczyć rzeczywistości, w jakiej porusza się osoba, która adorowała go i tak bardzo się na nim zawiodła. Dawny chłopiec a dzisiejszy mężczyzna wie jednak, że powinien… musi ją przeprosić.

[03.02.2016, Bourg des Comptes we Francji]