Korneli Szlegel, "Polonez pod gołym niebem"
ROZDZIAŁ 2
§. 7.
O przywilejach
studenckich za Augusta I I I.
Akademie publiczne
miały bez wątpienia i mają przywileje immunitatis, jako to:
krakowska, zamojska i wileńska, iż się niegodzi tak studentów jak
i professorów, w sprawie jakiéj osobistéj, pociągać do żadnego
sądu, tylko do zwierzchności szkolnéj. O takich przywilejach samym
akademiom służących, wspominają krajowe kroniki i volumina legum.
Lecz inne szkoły jezuickie i pijarskie, nie rozumiem, ażeby
takowemi prerogatywami zaszczycone były, a przynajmniéj gdy mi się
o nich czytać lub słyszeć niezdarzyło.
Wnoszę tedy, iż
sobie używanie takowych swobód, biorąc wzór z akademiów,
przywłaszczyli, a nadstawiając pomienionych swobód, do takiéj
przyszli zuchwałości, że
nieodpowiadali przed
żadnym sądem, tylko szkolnym za psoty komukolwiek wyrządzone, sami
swoich krzywd wydarzonych, rzetelnych lub czasem tylko dumą
studencką w zagorzałéj głowie urojonych, mocą i gwałtem
dochodzili, nachodząc domy i wyciągając z nich osoby, do których
sobie uroili pretensyą, a z zawleczonych raczéj, niż
zaprowadzonych do szkół, czyniąc sobie sprawiedliwość batogami,
nadto jeszcze do najniższych przeprosin, przez upadanie do nóg
swoim oprawcom i siepaczom przymuszając. Niechaj tam był kto
chciał, jakiéj godności urzędnik, szlachcic, oficer, żołnierz,
który studenta chcący lub niechcący, zaczepił, słowem zelżył,
albo popchnął albo uderzył. Jeżeli się zawczasu z miasta nie
wyniósł, albo gdzie w ciasny kąt nieskrył; już on się od
surowéj szkolnéj exekucyi niewybiegał, bo chociaż chciałby się
bronić, to jakże było na tę gawiedź szkolną, na drobne dzieci
używać słusznéj broni, gdy tymczasem to szamrajstwo, kijami,
kamieniami i błotem szturmując do winowajcy, a oraz z tyłu i z
przodu
właśnie jak
pszczoły rozdrażnione, garnąc się mu naciskiem, do głowy, do
rąk, do nóg, zgoła do całego ciała i odzienia, zmordowanego i
razami zmęczonego, pochwytowali i co tchu do szkół wlekli.
Bywały takie
przypadki, że panów nawet z karet wyciągali, i gdy komu takową
krzywdę zrobili, uchodziło to za jakowąś sprawiedliwość, jakoby
za dekretem ważnym sądu jakiego
wypełnioną. Nie
było naprzeciw takowemu nieszczęściu innego ratunku, tylko poddać
się z jak największą powolnością owéj szarańczy, ująć sobie
coprędzéj obietnicami jak najpożyteczniejszemi pryncypałów, albo
zyskać zastęp spieszny i mocny samych księży Pijarów, lub
Jezuitów, którzy jeżeli kogo pochwyconego z przyjaciół swoich,
albo osób respektu godnych uratować chcieli od ostatniéj hańby i
nieżartobliwego bólu; wybiegali hurmem z kolegium, otaczali sobą
brańca, odsuwającod niego ów tłok studentów, a tymczasem dla
zwolnienia pierwszéj zapalczywości, rzecz, o którą szło,
rozbierali na uwagę; i gdy już widzieli umysły z pierwszéj
zawziętości cokolwiek opłonione, albo wcale zganiwszy studentom
napaść, jeżeli była niewinna, do domów się rozejść pod karą
szkolną rozkazywali, a obwinionego, dla wszelkiego bezpieczeństwa z
sobą do kolegium brali, albo téż, jeżeli się tak nie dało, że
była jakakolwiek wina z strony porwanego; tedy stawając niby za
stroną studentów, ale sposobem łagodnym i niejako sądowym,
zatargę onę do zgody prowadzili. Zgoda zwykle następowała za
daniem studentom in gratiam winowajcy rekracyi na cały dzień, albo
dwa dni, i za ucztą natychmiast studentom od tegoż, w jakim domu
sprawioną, z miodu, sucharków, jabłek, gruszek i tym podobnych
dziecinnych łakotek, po którym traktamencie odbytym przy
oświadczeniu jak najwyższego szacunku studenckiéj godności; bywał
winowajca uwolniony i bezpieczny; ale się dobrze napocił, nim z téj
prassy wyszedł. Taka absolutność studentów przez wiele lat
cierpianą była, i już wszyscy wierzyli, że studenci są to osoby
bardziéj nad wszystkie urzędy najwyższe i godności
uprzywilejowane, a studenci wierząc takowemu zdaniu i mając go w
takiéj pewności, jak artykuł wiary, dziwnie zuchwałymi, i za lada
przyczyną do zniewag wyżéj opisanych, porywczymi byli. Żydów zaś
na ulicy szarpać, tak wnieśli w zwyczaj, że żydzi mieli się na
wielkiéj ostrożności pod te godziny, w które studenci szli do
szkół, albo z nich do domów powracali. Jeżeli zaś żydek jaki
trafunkiem postrzeżony był tam, gdzie studenci rekracyą
odprawiali, miał się tak, jak zając, kiedy wpadnie między charty
i ogary; wszystkie zabawy swoje studenci porzucali, a żyda obracać
spieszyli i dobrze go poszamotali.
Takie zuchwalstwa
niebaczném uleganiem w kraju całym cierpiane, najwięcéj
dokazywały w Warszawie, gdzie téż najpierwéj upokorzone zostały
takim sposobem: niejaki Dąbrowski, lat kilka będąc w szkołach
jezuickich dyrektorem, porzuciwszy szkoły, udał się w służbę do
szlachcica, nazwiskiem Żółtowskiego; ten szlachcic miał dobre
zachowanie
z jednym karczmarzem
na Pradze, u którego zawsze stawał gospodą, ile razy był na
Pradze. Jednego razu, widząc samego Dąbrowskiego, przybyłego bez
pana wózkiem okrwawionym próżnym, zapytał się go o pana i o krew
na wózku, coby znaczyła? Dąbrowski karczmarzowi odpowiedział: że
pan chory, pozostał w domu; a zaś na krew, iż ta jest z cielęcia
dorzniętego na drodze, gdy było dużo słabe, które sprzedał
razem z drugiemi trzema, żywcem dowiezionemi. Taka odpowiedź
Dąbrowskiego, przy krwią polanym wozie, sprawiła w karczmarzu
podejrzenie o zabój Żółtowskiego, i wzajemnie w Dąbrowskim
inkwizycya karczmarska uczyniła w sumieniu jego pomieszanie, które
zawsze miesza szyki w rzeczach, by téż najroztropniéj ułożonych.
Dąbrowski coprędzéj wyjechał z karczmy, a karczmarz dający na
niego baczenie z nienacka, gdy widział, że się nie wracał do domu
pana swego, ale przewiózł się do Warszawy, natychmiast przewiózł
się tamże za nim, a skoro Dąbrowski nie opierając się w
Warszawie, wyjechał za nię; karczmarz utwierdzony tém bardziéj w
swojem porozumieniu, że zabił pana, dał znać do sędziego
marszałkowskiego. Sędzia marszałkowski wysłał natychmiast za
Dąbrowskim pogoń, ta zastała go w karczmie pod Bielanam.
Przyprowadzony do sędziego, zaraz na pierwszém pytaniu przyznał
się, że zabił swego pana; ale usprawiedliwiał zabójstwo swoje tą
przyczyną, że pan jego był rozbójnikiem: tego dnia, kiedy zginął,
zasadził się w boru pod Okuniowem na żydów kupców, mających
tamtędy przejeżdżać. A gdy tę myśl swoję oznajmił
Dąbrowskiemu, a Dąbrowski miał się oświadczyć panu, iż mu w
tém nie posłuży, Żółtowski natychmiast miał strzelić do
Dąbrowskiego i chybić, Dąbrowski zaś salwując swoje życie i nie
czekając drugiego do siebie pańskiego wystrzelenia, ciął pana
szablą w łeb raz i drugi tak dobrze, że więcéj do skonania nie
potrzebował. Ta jednak wymówka nie posłużyła Dąbrowskiemu w
sądzie marszałkowskim; Bieliński, marszałek w. kor., surowy i
sprawiedliwy, zważając, że Dąbrowski po zabiciu pana swego,
jeżeli w obronie życia popełnionym, powinien był według prawa
przywieść trupa do kancelaryi, oświadczyć tam całą rzecz, jak
się stało, a nie iść wykrętami i nieujeżdżać z rzeczami
zabitego, kazał mu łeb uciąć. Że tedy ów Dąbrowski rzecz swoję
tak udawał, iż broniąc swego życia, musiał je zbójcy odebrać,
a jako świeżo od szkół oddalony, miał w nich wiele przyjaciół;
więc studenci skłonni do miłosierdzia tam, gdzie go świadczyć
nie należało, zmówiwszy się z sobą z rzemieślniczkami i
dworskiemi służalcami, owego Dąbrowskiego na plac do stracenia
prowadzonego odbili, do Dominikanów na Nowe-Miasto do kościoła
wprowadzili i Te Deum Laudamus nad nim krzyżem leżącym w
śmiertelnéj koszuli i w szlafmycy tak, jak był z placu porwany,
odśpiewali, a po tym tryumfalnym ceremoniale, Dominikanom go do
przechowania i ułatwienia mu ucieczki oddali. Marszałek Bieliński
srodze urażony tém zuchwalstwem, kazał studentów szukać, łapać
w domach, na ulicach, gdzie tylko którego jego żołnierze przydybać
mogli, a zchwytanych serdecznie w kordygardzie batogami ćwiczyć,
tak, że przez kilkanaście dni żaden z roślejszych nie śmiał się
pokazać studentów, (małym albowiem dzieciom, lubo i te bębny
mieszały się do odbicia Dąbrowskiego przepuszczono). Jedni
pouciekali z Warszawy do innych szkół w kraju, którzy byli
pryncypałami i zostali do schwytania podanymi; drudzy zaparli się
być studentami, a inni wcale od téj daty szkoły porzucili. I tak
od tego czasu Bieliński miał pilne oko na studentów, a za
najmniejszą okazyą porywając studentów pod swoję wartę,
niezmiernie upokorzył owę dawną studencką dumę.
Co się zaś tyczy
rewolucyi Dąbrowskiego, rozumiem, iż mi nie będzie miał za złe
czytelnik, lubo ta do mego zamiaru nie należy, gdy mu opiszę, jak
się zakończyło. Jak prędko dano znać marszałkowi, iż
Dąbrowskiego studenci z placu porwawszy, do Dominikanów
zaprowadzili, natychmiast kazał otoczyć klasztór i kościół
żołnierzem, aby z niego Dąbrowski nie uszedł, którego Dominikani
na rekwizycyą marszałka wydać nie chcieli, dodając przyczynę, iż
popełniający zabójstwo w obronie życia własnego, powinien być
zasłoniony od kościoła, przeciw surowości świeckiego sądu.
Marszałek trzymał w oblężeniu kilka dni klasztór z kościołem,
a tymczasem nalegał u nuncyusza o przymuszenie Dominikanów do
wydania Dąbrowskiego. Nuncyusz jednego będąc rozumienia z
Dominikanami, a pokazując na pozór, jakoby się mieszał w
rezolucyi, czy ją ma dać za Dąbrowskim, czy przeciw Dąbrowskiemu,
dla wywikłania się z niéj politycznie, bez urazy albo marszałka,
albo praw kościelnych, zdał tę rozprawę na teologów, nakazawszy,
aby z każdego klasztoru, co ich jest w Warszawie, po dwóch teologów
zgromadziło się w jedno. Przypadek Dąbrowskiego rozstrzygnęli i
podług prawideł świętéj teologii rozcięli. Zgodzili się
wszyscy na jedno, iż ponieważ nie masz innéj wiadomości, z
jakiego powodu zabił Żółtowskiego Dąbrowski, tylko własne jego
wyznanie, a to stoi za nim, nie przeciw niemu; więc w takowym razie
Dąbrowski powinien być zasłoniony kościelną protekcyą, i nie
może być wydany pod miecz, bez urazy kanonów świętych. Zatém
nuncyusz tę rozolucyą aprobował; a marszałek nie śmiejąc gorzéj
klasztoru dominikańskiego gwałcić, kazał wartę ściągnąć, po
odstąpieniu któréj, Dominikanie przestroiwszy Dąbrowskiego w
habit, wywieźli za Warszawę. Marszałek atoli zawsze o skutek
swoich dekretów gorliwy, a tém bardziéj takiem złudzeniem
teologiczném urażony, rozpisał listy do wszystkich grodów z
dokładnem postaci Dąbrowskiego wyrażeniem, aby gdziekolwiek się
pokaże; był schwytany i do jego straży odesłany. Wymknąwszy się
Dąbrowski z pod miecza, myślał, że już wszystkiego pozbył
nieszczęścia, a zawziętość marszałka, że sam czas uspokoi. Ale
się nieborak omylił na swoich ułożeniach, w 4 lata bowiem po
ucieczce z Warszawy, przyszedłszy do kancelaryi zakroczymskiéj, dla
uczynienia jakowejś tranzakcyi z bracią żony, którą był pojął,
tam poznany, pojmany i do Warszawy odwieziony, stracił głowę,
dawniéj pod miecz osądzoną. I tak studencka protekcya tyle mu
łaski wyświadczyła, że żył dłużéj niż miał żyć, cztery
lata.
A co się tyczy
studentów, ci lubo w szkołach warszawskich od téj okazyi
zbankrutowali na swojéj samowładności, po innych atoli szkołach,
gdzie władza marszałkowska nie zasięgała, tak byli zuchwali, jak
i przedtém, aż do czasu zniesienia zakonu jezuickiego, z którym
razem upadły i szkoły, jako się to da widzieć niżéj pod
panowaniem Stanisława Augusta.
[03.05.2023, Toruń]