Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

10 lutego 2018

***

Dotarłem do tego tekstu, aby odizolować się od obecnych wydarzeń.
Pod tym wierszem była jeszcze dedykacja…

***
Meteorowa nocy
czekana
nieogarnięta rozumem
uwierz że kocham
opadające na twoje ramiona
włosy przyprószone
kryształkami perseidów
Wzdragam się przed ich dotknięciem
Moje dłonie wyciągnięte ku tobie
niezmiennie drżą
wypowiadam życzenie
zawsze niespełnione
światło wyprzedza myśli
już sam nie wiem
czy kiedykolwiek zdołam powiedzieć
jak bardzo…

[26.03.1979, Łódź]

09 lutego 2018

KRAJOWE ZAPISKI - ALTERNATYWA

A gdyby tak popuścić wodze fantazji i poprzestawiać meble swojej historii? Znaczy się napisać alternatywny scenariusz swojego życia.
Czy ktoś pamięta „Przypadek” Kieślowskiego? Tam główny bohater grany przez Bogusława Lindę w początkowej scenie filmu ściga uciekający mu pociąg. W jednym przypadku zdoła go doścignąć, w dwóch pozostałych pozostaje na peronie. Los oferuje mu trzy alternatywne ścieżki życia. Dościgając pociąg, przy pomocy podstarzałego działacza partyjnego osiąga zawodowy sukces; kiedy nie zdąża na pociąg i jest zatrzymany przez służbę ochrony kolei, jego przyszłość związana będzie z opozycją; w trzecim wariancie również nie zdąży na pociąg, lecz tym razem spotka na peronie koleżankę, ożeni się z nią, a jego życie wolne będzie od politycznych wyborów.
Oczywiście mam świadomość tego, że tworzenie alternatywnego życiorysu w trybie przypuszczającym (w języku angielskim byłby to III tryb warunkowy) nie ma głębszego sensu, albowiem rzadko się zdarza, abyśmy byli totalnie niezadowoleni ze swojego życia. Tymczasem komponując zupełnie inne, lepsze życie, pozbawilibyśmy się tych dobrych, pozytywnych składników naszej rzeczywistej egzystencji, szkodzilibyśmy sobie, naszej pamięci, ale też uczynilibyśmy wielką krzywdę tym, którzy obecnie są z nami i przy nas.
Z tego też powodu, jeśli już zdecydowałem sobie pomajstrować w swoim życiorysie, to należy tę czynność potraktować jako zabawę, choć niepozbawioną elementów racjonalnych.
Decydując się na wymyślenie scenariusza życia innego niż ten, który jest realizowany, konieczny był pewien impuls, istniejąca w podświadomości podpowiedź, co do słuszności obranej przed laty drogi. Niewątpliwie w moim przypadku tym impulsem jest świadomość życiowej, zawodowej porażki.
Z perspektywy minionych lat mam świadomość tego, że nietrafnym okazał się mój wybór zawodowy, tj. niepotrzebnie po roku 1989 pozostałem w zawodzie nauczycielskim, tkwiąc  w nim aż do roku 2010 i straciłem przez to całkiem sporo lat swojego życia, a przecież wcale nie musiałem „zdążyć na ten pociąg”. Było, minęło i się nie wróci, lecz marna to pociecha. Stąd pewnie pragnienie pobuszowania w swoim życiorysie i wskazanie na to, czym mógłbym się zajmować, gdybym w porę zorientował się, że popełniłem błąd.
Widzę siebie kończącego polonistykę i biorącego się za kulturoznawstwo, potem może za historię sztuki lub filologię klasyczną. Już podczas studiów współtworzę jakąś krytyczno-literacką grupę młodych, nieopierzonych jeszcze twórców, wrogo nastawionych wobec rzeczywistości zdominowanej przez konsumpcjonizm. Pochłania nas niezależna, lewicująca twórczość, aczkolwiek nie ubliżamy tradycji; pragniemy jednak wnieść coś nowego do chylącej się ku upadkowi spuściźnie rewolucyjnych, anarchistycznych i futurystycznych trendów; stajemy się swoistą cyganerią, przestrzegającą przed bezideowością Zachodu, przed  postmodernizmem, przed neoliberalizmem, dla którego człowiek tyle znaczy, ile można na nim zarobić.
Powiedzmy, że funkcjonuję w podwawelskim grodzie; może to być tez inne miasto, w którym miałbym oparcie w małej ale prężnej grupie szaleńców, nie przywiązujących zbyt wielkiej wagi do wszechwładnej władzy pieniądza. 
Powiedzmy, że wespół z innymi tworzymy coś w rodzaju cyganerii, skupiającej się na dyskusjach o sztuce, literaturze, muzyce, czy szerzej, o kulturze, o kulturze i społeczeństwie. Żyjemy biednie w tej artystycznej komunie zdani jedynie na własny talent i pasje. Oprócz dyskusji, toczonych czasami w oparach nikotynowego dymu i zapachu taniego alkoholu, każdy z nas pochłonięty jest twórczością, niezależną ale szczerą, po trosze rewolucyjną, ale nie wojującą na oślep. Ja osobiście angażuję się w pisanie rymowanych kuplecików do songów, piszę jednoaktówki do studenckiego teatru, a nocą w zaciszu dzielonego z przyjaciółmi pokoju, opłacanego z resztek tego, co nam zostało po jedzeniu i alkoholu, piszę coś poważniejszego, co, jak sądzę, przetrwa dłużej, aniżeli komercyjna śpiewogra o miłości, która sprowadziła do teatru rzesze młodych i nowocześnie myślących ludzi.
Zdajemy sobie sprawę z tego, że zaistnieć w kulturze w pojedynkę trudniej, zakładamy nieformalną grupę, tworzymy zgrany, acz niejednorodny zespół przyjaciół, których ambicją jest dotarcie z naszymi poglądami do jak najszerszego kręgu odbiorców. Udaje nam się wystartować z własną gazetą, bierzemy w posiadanie teatr, próbujemy odnaleźć dla siebie miejsce we wszechświecie nowej kultury. I jeśli mamy świadomość tego, że nadejdzie czas na to, że kiedyś nasze się rozejdą, to pozostaniemy do końca naszych dni braćmi w wierze w kulturę, jaką udało nam się wskrzesić.
Tak mogłoby wyglądać moje życie, które oczywiście uzupełniłbym prywatnością. Ta sprowadziłaby mnie na ziemię, bo nawet największy artysta potrzebuje miejsca, w którym poczułby się zwykłym, normalnym człowiekiem, którego pragnienia sprowadzają się do założenia rodziny, spłodzenia i wychowania dzieci, do miłości realnej, trudnej, ale możliwej do spełnienia, do bycia szczęśliwym pomimo tego, że, jak się okazuje, otaczająca go rzeczywistość nie przedstawia żadnej wartości i sensu.
Tymczasem dożywam swych lat w dyskomforcie, utraciwszy wiarę w to, że będzie mi dane przynajmniej umrzeć w spokoju.

[06/07.02.2017, „Dobrzelin”]

KOLOROWANKI (6) MARC CHAGALL

 Marc Chagall (1887-1985),  urodzony w Łoźnej na Białorusi, malarz i grafik pochodzenia żydowskiego, posiadający obywatelstwo rosyjskie i francuskie to artysta niezwykły, zaś jego twórczość trudna jest do zaszufladkowania.
W jego obrazach można doszukać się wpływów impresjonizmu, fowizmu surrealizmu, malarstwa naiwnego i kubizmu, co znajduje swoje uzasadnienie w długim życiu artysty, któremu udało się przeżyć twórczo niemal cały wiek dwudziesty z jego różnorodnością kierunków, trendów, stylów, technik i mód.
- W "Młodej parze pod wieżą Eiffela" skupia się jedna z charakterystycznych cech malarstwa Chagalla - przewrotna kompozycja, lekkość "falujących na wietrze" postaci, radosne i wręcz naiwne potraktowanie tematu oraz specyficzna kolorystyka płótna


W malarstwie Chagalla obecne są motywy biblijne, zwłaszcza odnoszące się  do przypowieści Starego Testamentu. Artysta urodzony w rodzinie chasydzkich żydów, chociaż pod koniec życia nie był praktykującym żydem, ni zapomniał o religii i kulturze, w której wyrósł. Poniżej "Noe wypuszczający gołębia przez okno Arki"


Kolejny obraz przedstawia "Mojżesza otrzymującego od Boga kamienne tablice żydowskiego prawa"


W następnym obrazie -  "Sen nocy letniej" artysta wykorzystuje często obecny w judaiźmie motyw kozła ofiarnego, odnoszącego się do losów narodu żydowskiego. Zestawienie panny młodej z kozłem w połączeniu z krwawym aniołem unoszącym się w przestrzeni powoduje, że nastrój tego "weselnego" dnia staje się refleksyjny, by nie powiedzieć smutny.


"Kochankowie w szarości" to obraz z cyklu kochanków prezentowanych przez malarza w różnych odcieniach tła. W tym portrecie Chagall połączył elementy fowizmu i kubizmu.


Z kolei w "Starej kobiecie z kłębkiem przędzy" mamy do czynienia z nieco innym, oryginalnym Chagallem. Ten portret starej kobiety, niezwykle sugestywny, ekspresywny przykuwa uwagę ciepłem ale i refleksją nad ludzkim losem, tu reprezentowanym przez starą, steraną życiem kobietą. Niewątpliwym atutem tego obrazu jest zastosowana przez artystę technika gwaszu, która pogłębia atmosferę zadumy. Nie ukrywam, że darzę ten obraz szczególna sympatią.


Na koniec jeszcze jeden obraz bardzo typowy dla Chagalla, obraz wtłoczony w pejzaż bliskiemu artyście Witebska. "Akt kobiecy nad Witebskiem" jawi się tutaj jak surrealistyczny sen, w którym nagiej kobiecie towarzyszą róże, a miejski pejzaż staje się nostalgicznym wspomnieniem o krainie dzieciństwa artysty.


[09.02.2018, "Dobrzelin"]

08 lutego 2018

KRAJOWE ZAPISKI - HISTORIA

Zanim skończę „Nikt nie woła” Hena i po raz kolejny przeczytam „Opętanych” Gombrowicza, zanim dokończę drugą opowieść stangreta i popracuję nad korektą i dokończeniem paru opowiadanek, w tym swoim pseudoliterackim życiu przystanę, aby parę słów powiedzieć o historii.
Oto one - nie lubię historii.
A lubiłem.
Od początku. Lubiłem jeszcze w podstawówce, aczkolwiek przyduszony byłem na samym początku każdej lekcji stałym, powtarzającą się kwestią historyczki:
- No proszę, Iksiński, opowiedz mi ostatnią lekcję.
I się opowiadało. Może nie dosłownie na temat, bo nie potrafiłem precyzyjnie odtworzyć przebiegu tej poprzedniej lekcji.
Potem, już w szkole średniej, było znacznie lepiej, można powiedzieć rewelacyjnie. Młody, ambitny nauczyciel - redaktor wspomagał swoje pogadanki żywym obrazem przeźroczy, mapami, albumami, precjozami, między którymi rozpoznawaliśmy kopie rzeźb, obrazów i przedmiotów codziennego użytku. Historia stawała się ciekawsza, tym bardziej, że tak bardzo odległa, wręcz legendarna. Odbywaliśmy podróże po starożytnym Egipcie, Mezopotamii, Atenach i Rzymie, także w scenerii puszczanych filmów oraz telewizyjnych programów edukacyjnych. Telewizja w owych siermiężnych czasach edukowała i wychowywała.
Po pierwszym roku odszedł nasz nauczyciel na redaktorską posadę w płockim tygodniku, a jego miejsce zajęła historyczka z prawdziwego zdarzenia, ale nie dysponująca już takim arsenałem pomocy naukowych.
Wtedy jeszcze lubiłem historię, ale z biegiem lat, z biegiem dni doszedłem do wniosku, że… historia wbrew przysłowiu, nie jest nauczycielką życia, że nie wyciąga się z niej wniosków, że nie ma w niej za grosz obiektywizmu, że się nią fałszuje i zniekształca, że wykorzystuje się ją dla własnych, niecnych celów….
Historia najbardziej lubi władców, carów, hetmanów, królów, pułkowników, dygnitarzy, panów szlachtę i magnatów; uwielbia wojny, chrzęści orężem, nadaje się do wytyczania granic; historia jeździ w złotych karetach, zasiada na tronach i sofach, układa swe zmęczone ciało na szezlongach, układa księgi w bibliotekach, przysiada przed sekreterami, jeździ konno dla zabawy, tańczy chodzonego gawota… a ja, ja chciałbym się zapytać historii jak się nazywali budowniczy piramid i ilu z nich pomarło z wysiłku i saharyjskich upałów; jak się nazywał zdun, co szanownemu państwu piec paradny, kaflowy wzniósł, przy którym mroźne noce niestraszne; jak się zwał ten, co gdańską szafę inkrustował i ile to mu zajęło czasu; chciałbym się dowiedzieć, kto wymłócił pańskie zboże na chleb, kto ośkę karocy dziedzicowi naprawił; o co modlili się parobczaki w czworakach na przednówku; dlaczego górnik nie wyjechał na powierzchnię, a robotnik cisnął w fabrykanta okno kamieniem; dlaczego proletariatowi spodobała się Międzynarodówka i jak długo łódzka włókniarka opłakiwała swoje trzecie już dziecko, co na tamten świat się udało, myśląc, że czeka tam nań drewniany talerz z kartoflami i okrasą. Pragnę się dowiedzieć, czemu to ci od kosy i pługa zabrani nie mają takiego pomnika jak hetman, którego koń podczas bitwy nie poradził, czemu pleban jak ten ptaszek nie zaorał, nie posiał, nie zebrał, a drugi podbródek mu wyrósł i nigdy głodnym spać nie chodził.
Historio, czemu bałaś się i boisz Murzynów, Indian, Wietnamczyków, muzułmanów, żydów?
Mógłbym sto innych przytoczyć przykładów, historio, na to, że cię nie lubię.
A są tacy, co cię uwielbiają i gęby tobą wycierają
A kiedy jedni patrzą na pałace, klękają przed sławnym wodzem na spiżowym koniu usadzonym ku chwale zwycięstwa nad wrogiem, ja widzę sługę ćwiczonego batem, widzę płonące zagrody, miasta, widzę zadaną śmierć, z której na kartach kronik wojennych narodziła się sława.
- Przykro mi, Iksiński, ale stanowczo za daleko odbiegłeś od tematu. Miałeś mi przecież opowiedzieć ostatnią lekcję… dwója. 

 [06/07.02.2017, „Dobrzelin”] 

06 lutego 2018

MUZYCZNE POCZTÓWKI (8) MAHLER, LISZT, POULENC

1.
O III Symfonii Mahlera Ryszard Daniel Golianek powiedział: „Przyroda nieożywiona, rośliny, zwierzęta, ludzie – tak w koncepcji materialistycznej prezentuje się hierarchia bytów. Dla Mahlera taka wizja świata była zbyt uboga; w jego światopoglądzie, obok rzeczywistości naturalnej, istotne miejsce zajmowała również sfera niematerialna i duchowa. Twórczość artystyczną kompozytor postrzegał jako budowanie świata w jego totalności, stąd też w jego muzyce co i rusz objawiają się idee ontologiczne i metafizyczne.”
Powstała w latach 1893-1896 III Symfonia jest dziełem przeogromnym, składającym się z 6 części, które początkowo, niejako w ramach obowiązującej w neoromantyzmie mody na łączenie funkcji muzyki, literatury i sztuki, nazwane były przez autora takimi oto tytułami:
1. Pan budzi się, wkracza lato - dionizyjską idea czystej natury;
2. O czym opowiadają mi kwiaty na łące - opowieść o naturze;
3. O czym opowiadają mi zwierzęta w lesie - pogodny charakter sielskich motywów pastoralnych;
4. O czym opowiada mi człowiek - medytacyjne słowa „Pieśni o północy” z „Tako rzecze Zarathustra” Nietzschego
5. O czym opowiadają mi aniołowie - chór dziecięcy i żeński śpiewa jedną z pieśni ze zbioru „Des Knaben Wunderhorn” tegoż kompozytora
6. O czym mówi mi miłość - niezwykle romantyczne, smyczkowe Adagio, wieńczące ten ponad półtoragodzinny utwór.
A mnie III Symfonia Mahlera kojarzyć się będzie z pewnym niezwykle ważnym wydarzeniu w moim życiu…
Całość III Symfonii w wykonaniu filharmoników z Lucerny pod dyrekcją Claudio Abbado...

... zaś sama część pierwsza w wykonaniu Londyńskiej Orkiestry Symfomicznej pod dyrekcją... oczywiście Walerego Giergiewa...



2.
Od Mahlera przechodzimy do wielkiego kompozytora i pianisty epoki romantyzmu, kontynuatora myśli muzycznej Fryderyka Chopina. Chodzi tu oczywiście o węgierskiego twórcę - Franciszka Liszta, autora między innymi zbioru 19 rapsodii opartych się na motywach węgierskiej muzyki ludowej. Dziś do wysłuchania rapsodia nr w wykonaniu polskiego pianisty Grzegorza Niemczuka.

3.
I na koniec muzyka bardziej współczesna. Znany i lubiany w kawiarence francuski kompozytor Francis Poulenc (1899 - 1963 i do wysłuchania  allegretto z koncertu na pianino - tu przy fortepianie  Gabriel Tacchino.


[06.02.2018, „Dobrzelin”]

04 lutego 2018

KRAJOWE ZAPISKI - REDLIŃSKI

Edward Redliński, który musi być znany choćby z powodu sfilmowanej „Konopielki” jest jednym z najbardziej interesujących pisarzy ostatniego czterdziestolecia. Wywodzący się z kręgu literatury chłopskiej, Redliński nie tylko doskonale rozumie problemy polskiej wsi i jej mieszkańców, ale w miarę rozwoju swojej twórczości staje się krytycznym obserwatorem rzeczywistości, w jakiej przyszło mu żyć i tworzyć i, co najważniejsze, bez względu na to, czy opisuje realia Polski Ludowej czy Trzeciej Rzeczypospolitej, czyni to w sposób niezależny, a trzeba powiedzieć, że w swojej prozie i utworach dramatycznych porusza tematy trudne i niełatwe do wypowiadania jednoznacznych, jedynie słusznych sądów. W „Konopielce” przeciwstawia zacofaną wieś nowoczesności; w „Awansie” potęguje spór pomiędzy może już nie zacofaniem polskiej wsi, lecz tradycją, a nadciągającą cywilizacją miejską; w „Telefrenii” skupia się nad problemem wpływu mediów na ludzkie postawy i zachowania; w „Szczuropolakach/Szczurojorczykach” rozprawia się z mitem Polaka - emigranta; w „Krfotoku” popuszcza wodze fantazji, przedstawiając losy ojczyzny w wyimaginowanej sytuacji wojny jaka wybucha w Polsce z racji niewprowadzenia stanu wojennego; w "Transformejszen, czyli jak golonka z hamburgerem tańcowała" dworuje sobie z cywilizacyjnych przemian, jakie nastąpiły wraz z upadkiem dawnego systemu.
Autor „Listów z Rabarbaru” do perfekcji opanowuje satyryczny, groteskowy, momentami Gombrowiczowski język narracji, oparty nie na rozbiorze psychologicznym stworzonych przez siebie postaci, lecz na dialogu, ostrym i bezpośrednim, uwikłanym w sytuacje zgoła surrealistyczne, przy pomocy których opisuje namacalną rzeczywistość, w jakiej funkcjonuje nie tylko sam autor, ale i dwa, a nawet trzy pokolenia, zaprzężone,  nierzadko wbrew swej do pługu historii.
W „Transformejszyn”, w której to powieści autor obnaża słuszną, wolnorynkową teraźniejszość, Redliński przedstawia surrealistyczny pomysł prywatyzacji szkoły na wzór tej, która dokonała się w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych minionego wieku.
Zamiast opowiadania o tym pomyśle, przytoczę fragmenty utworu:
… oto jak się przygotować do prywatyzacyjnej reformy:
„Idzie o powołanie dwóch ciał: Zarządu, który przedstawi projekt reformy. I sejmiku szkolnego - który ten projekt zatwierdzi. Projekt reformy ma wyglądać niewinnie. Sejmik zatwierdzi go, nie bardzo rozumiejąc, o co chodzi. My zrealizujemy reformę według głębokich możliwości ukrytych w projekcie. Nadążacie?”
…do przeprowadzenia reformy potrzebni są odpowiedni ludzie:
„Jak wynika z określonych przed chwila zadań, do sejmiku, który ma gapiowato zatwierdzić projekt reformy - wybrać trzeba osoby niezbyt rozgarnięte. Natomiast do Zarządu, który ma reformę cwanie zrealizować, trzeba wybrać kilku super-cwaniakow”
…teraz pomysłodawca prywatyzacji szkoły, stara się uwiarygodnić planowane działania, odnosząc je do wydarzeń historycznych…
„Wziąłem to z historii. Powtórzymy najlepszy zamach stanu w historii nowożytnej Europy.”
…tu wymienia się: rewolucję francuską, październikową, zamach Piłsudskiego, stan wojenny, „okrągły stół” i wreszcie…
„- Wstyd mi, ale nie słyszałam o żadnym więcej - przyznała się Zuza.
- Nie macie się czego wstydzić - pocieszał. - Dziewięćdziesiąt procent narodu nie zauważyło, że właśnie dokonywany był zamach. Obudzili się w innej Polsce - i nadal nie wiedzieli, ze dokonano zamachu. I dlatego właśnie uważam ów zamach za doskonały! Modelowy! Wzorcowy! Nie sztuka, dzieci, narobić huku, rozlać krew - i nic nie zmienić. Sztuka zmienić wszystko - niby nie zmieniając niczego. O, to był majstersztyk!”
To prawda, to był prawdziwy majstersztyk.

[04.02.2018, „Dobrzelin”]

03 lutego 2018

KRAJOWE ZAPISKI - O CZYM OPOWIADA TELEWIZOR

Kiedy zatem zjechałem do kraju, do domu, to sprawy potoczyły się tak, jak to zazwyczaj bywa po podróży, tym razem krótszej przez opisane uprzednio okoliczności.
 Nie będzie chyba tajemnicą, że już podczas pierwszego posiłku dźwiękiem i obrazem przemawiał do mnie telewizor, mój własny, kuchenny, umieszczony na wprost miejsca przy stole, gdzie zazwyczaj siadam, spożywam, piszę i się zaczytuję.
Przebiegając po kanałach, niestety nie mogłem uniknąć polityki, której serdecznie nie cierpię, gdyż w połączeniu z konsumpcją potraw pogarsza ich smak, będąc przysłowiową łyżeczką dziegciu, tu uzupełniającą zawartość zupy podanej w głębokim talerzu.
Wsłuchuję się i wpatruję w celebrację ustawy o zakazie prowadzenia działalności handlowej w niedzielę, co może nie jest wydarzeniem budzącym we mnie przestrach i grozę, ale to pewnie z tego powodu, że niezmiernie rzadko wchodzę na salony galerii, choć akurat w moim wypadku, wtedy, gdy przebywam w podróży we Francji (tam również markety są zamknięte w niedziele), czasami miałbym ochotę w ten właśnie dzień zrobić zakupy, gdyż nie zawsze mi się to udaje w dzień powszedni. Widząc wszakże promyczek sensu w tym ograniczaniu pracy handlu w niedziele i święta, trudno mi jest pogodzić się z tym, że owe ograniczenia wynikają z przyczyn, jak się zdaje, czysto ideologicznych. Innymi słowy intencją ustawodawcy jest to, abym miast do galerii handlowej przekraczał z całą rodziną progi świątyni, co przecież mogę i tak zrobić nie korzystając z „dobrodziejstw” ustawy.
Ośmielę się jednak mieć swój własny pogląd na temat, może nie samego handlu w niedzielę, ale poszerzając to zagadnienie - spędzania wolnego czasu na zwiedzaniu galerii handlowych.
Otóż jestem zaciekłym przeciwnikiem dzisiejszych czasów, w których panuje konsumpcjonizm i towarzysząca tej zarazie reklama, której nigdy, ale to przenigdy nie daję się wodzić za nos. Ja naprawdę kupuję to, czego akurat nie mam i co jest mi rzeczywiście niezbędne do w miarę rozsądnego funkcjonowania. Dość powiedzieć, że udając się na zakupy z całą rodziną, pozostaję w aucie na parkingu, a jedynym moim zadaniem jest to, że bywam pomocny, gdy zakup okazuje się nazbyt ciężki dla kobiecych ramion. Z tego też powodu, czy wszystkie sklepy (nawet te, których ustawa nie obejmuje) zostaną zamknięte w niedziele i święta, czy też byłyby otwarte 24 godziny na dobę każdego dnia, mnie to nie rusza, choćby nawet w galerii handlowej funkcjonowało super kino i puszczano i w nim jakąś idiotyczną, ogłupiającą superprodukcję hollywoodzką, która w pierwszym miesiącu emisji tych pociesznych ruchomych obrazków pobiła wszelkie finansowe rekordy oglądalności. 
Telewizor doniósł mi też politycznie o nowelizacji ustawy o IPN, w której pod groźbą więzienia zakazane będzie mówienie o tym, że państwo polskie i naród miały cokolwiek wspólnego z holocaustem. U samych źródeł tej ustawy tkwi ignorancja, niewiedza, a może i bezczelność zachodnich mediów i pewnych osób, które przypisują Polsce władztwo nad obozami koncentracyjnymi, jakie faszystowskie Niemcy pobudowały na okupowanych terenach naszego kraju. Rzecz jasna jest to idiotyzm, bo, o ile nie zmyla mnie pamięć, po klęsce wrześniowej nie istniał na terenie naszego kraju, ani też na uchodźctwie jakikolwiek rząd kolaborujący z Niemcami, który przykładałby swoje brudne dłonie do eksterminacji Polaków narodowości żydowskiej.
Intencja PIS-owskich ustawodawców poszła jednak o krok dalej i wydaje się, że raczą oni (ustawodawcy) przymykać oczy na to, że w dawnej, przed i wojennej Polsce, także i powojennej, nie wszyscy moi rodacy zachowywali się szlachetnie wobec żydowskich współbraci. Nie chcąc pogrążać się w dyskusję i szafować argumentami, coś mi się wydaje, że słuszne skądinąd domaganie się szacunku dla historycznej prawdy zostało wylane jak dziecko z kąpielą, gdyż, jak widać, więcej ujemnych plusów przynosi ta ustawa, aniżeli tych dodatnich i co z tego wyniknie na przyszłość, Bóg jeden wie.
Abstrahując od tej konkretnej ustawy nietrudno zauważyć, że PIS pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego, co zbawia Polskę, postrzega świat w dwu jedynie barwach - białej i czarnej. Zaczął był od tego, że przestawił oponentów tam, gdzie stało ZOMO, następnie posegregował Polaków, przychylił nieba żołnierzom wyklętym, nie bacząc na to, że dżentelmenami to ci panowie nie byli; następnie poszedł dalej i wzorując się na prawie odpowiedzialności zbiorowej (zgadnijmy w jakim to państwie/państwach karano, także śmiercią, za przynależność do konkretnego narodu) rozprawił się z pewną grupą emerytów; mało tego, powykreślał też nazwy podejrzanie brzmiących ulic, placów i instytucji.
W obecnym stanie zacietrzewienia jest przecież prawdopodobne, że w pewnym momencie do laski marszałkowskiej trafi projekt ustawy, w której będzie napisane: „kto publicznie ośmieli się krytykować jedynie słuszny rząd PIS-u, podlegać będzie karze…” i w tym miejscu pojawią się paragrafy, wyszczególniające sytuacje, w których za takie a takie słowa czeka delikwenta taka a taka kara, a w preambule do tej ustawy będzie napisane, że „ręka na PIS podniesiona, będzie ręką zwróconą przeciwko Polsce i Narodowi”, bo PIS i Polska to jedno.

Szczęśliwie w telewizorze pokazuje się German Masters w snookerze, udało mi się obejrzeć „Pełnię” Andrzeja Kondratiuka, „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy” Gruzy według Himilsbacha; zobaczyłem też świetny dokumentalny film o Teresie Tuszyńskiej, a i obejrzało mi się czeską komedię „Adéla ještě nevečeřela”.

[03.02.2018, „Dobrzelin”]

02 lutego 2018

OPOWIEŚCI STANGRETA. OPOWIEŚĆ PIERWSZA - DZIEDZICZKA KONSTANCJA

To ja, panie Leszku, kiedy się dowiedziałem, że pani Konstancja zaniemogła, a odkąd ją znałem, nigdy nie korzystała z opieki lekarzy, pomyślałem sobie, że przyszedł i na nią czas rozstania się z tym światem, bo w samej rzeczy nie była już młodą, liczyła sobie wiosen osiemdziesiąt cztery, więc chyba nie gniewała się na Pana Boga o to, że zabiera ją na tamtą stronę, więc ja otworzyłem wrota szopy i dalejże pucować ten wóz, który służył państwu do polowań, jakie wiele, wiele lat przed wojną urządzali, a którym to ja jako stangret jaśnie państwa powoziłem. Pomyślałem sobie wtedy, że pani Konstancja rada byłaby udać się w ostatnią podróż właśnie tym powozem, bo bryczką wprawdzie dostojniej, ale gdzież tu na nią trumnę włożyć, choćby i taką malusieńką, jaką stolarz Okrasa dla niej przysposobił, bo trzeba panu wiedzieć, że dziedziczka od młodości posturę nikczemnie niewielką miała, zaś pod koniec życia jeszcze zmalała, a ważyła chyba około czterdziestu kilogramów, albo i mniej - sama skóra, kości i dusza, która waży tyle co powietrze w płucach.
A pogorszyło się jej tak z dnia na dzień; mówią, że to przez tę jamniczkę, która pewnej nocy opuściła dziedziczkę bez kwilenia pożegnania; umarła ze starości, wieleż to lat miała, pewnie ze dwadzieścia, co w psim kalendarzu oznacza wiek więcej niż sędziwy. W ogrodzie pod rozłożystym krzakiem piwonii ją pochowała, z tej racji, że suczka wyprowadzając na spacery swoją panią, tam najczęściej przestawała, musi, że wielką była adoratorką zapachu piwonii, skoro ku tym krzewinom się garnęła i wokół nich swymi odchodami wyznaczała własne terytorium.
Pani Konstancja od tego nieszczęsnego poranka, kiedy to w korytarzu pod progiem drzwi prowadzących do salonu ujrzała truchło swej ulubienicy, stała się jednym wielkim uosobieniem tęsknoty i żalu. Nie było dnia, aby nie wystawała nad grobkiem psiny, a że był to słotny, kapryśny kwiecień, tedy o przeziębienie nietrudno, co w wieku tak dostojnym musiało doprowadzić do sercowych powikłań, do niewydolności w oddychaniu i w konsekwencji do zejścia. W szpitalu, dokąd trafiła dzięki sąsiadowi, którego zadziwiła nieobecność dziedziczki pod usypanym na cześć Abisynki kopczyku, lekarze nie dawali nadziei na wyzdrowienie starszej pani, odliczali nie miesiące i tygodnie, a dni i godziny, i sędziwy, choć młodszy od pani Konstancji sąsiad Rzepecki, wywiedziawszy się o stanie zdrowia cierpiącej, pierwsze swoje kroki skierował ku mnie i do dyrekcji cukrowni. Do mnie ze zrozumiałych względów zaszedł obolały - byłem wszak stangretem jaśnie państwa, ostatnim, który małżeństwo Grzybowskich nie tylko pamiętał, ale i służył mu wiernie, dopokąd na roboty w głąb Niemiec nie został wywieziony, a że do dyrekcji zaszedł, to nie nowina, bo nieboszczyk Grzybowski, mąż pani Konstancji dyrektorował tutejszej cukrowni przed wojną, w samą okupację stanowisko swoje utracił na rzecz Niemca, lecz w kierownictwie zakładu pozostał. Również i po wojnie przez dwa lata sprawował pieczę nad zakładem, choć odbywało się to wbrew ideologii, lecz drugiego takiego fachowca jak on, póki co na podorędziu nie posiadano, więc stanowiska nie tracił, jednakowoż niebawem los sam zechciał rozwiązać sprawę dyrektora Grzybowskiego po swojemu - oto sekretarka znalazła go przed piętnastą siedzącego z głową odchyloną poza krawędź oparcia fotela, na którym siedział przy swoim biurku. Rozległy zawał zabrał mu życie, a pani Konstancja pozostała wdową, dzieci Grzybowscy nie mieli.
Jakkolwiek małżeństwo Grzybowskich nie cieszyło się estymą robotniczej władzy, to wdowę po dyrektorze traktowano z należnym jej szacunkiem i kolejna dyrekcja przymykała oczy na fakt, iż pani Konstancja zajmuje mieszkanie, w którym pomieściłyby się swobodnie cztery rodziny; stąd zresztą obszerny dom Grzybowskich, „Pałacem” nazwano. Pani Konstancja, opłakawszy męża (tak po prawdzie nigdy do końca go nie opłakała), nie chcąc wydawać się na pokusę plotek, w niecały rok po nieszczęsnej śmierci Bolesława, trzy czwarte swej wilii przeznaczyła na zakładowe przedszkole, pozostawiając sobie dwa pokoje z kuchnią i balkonem po zachodniej stronie budynku oraz część ogrodu.
Ale wróćmy, panie Leszku, do tych trzech dni, kiedy to pani Konstancja bez świadomości w szpitalu leżała, zmiłowania Pańskiego oczekując. Trzebaż było krewnych dziedziczki przywołać, aby choć w ostatniej drodze jej towarzyszyli, bo co do tego, że tygodnia nie przetrzyma, nikt wątpliwości nie miał. Na tę okoliczność przydał się sąsiad Rzepecki, który świadkował, gdy karetka panią Konstancję zabierała, on zaś wszedł w posiadanie kluczy od „Pałacu” dziedziczki. Teraz mając na uwadze skontaktowanie się z krewnymi pani Grzybowskiej, należało rozewrzeć drzwi jej mieszkania i odnaleźć jakowyś ślad rodzinny, czy to z notatek, jakie po sobie zostawiła, czy też z listów, które rzadko bo rzadko, ale otrzymywała. Rzepecki był w o tyle dobrej sytuacji, że czasami gościł u dziedziczki, choćby z powodu bliskiego sąsiedztwa, a także z tej racji, że sam wdowiec, toczył swój żywot w samotności, a ta w pewnym wieku przyjemną nie jest i z chęcią rozgląda się za równie odosobnioną od świata duszą. Rzecz jasna pan Rzepecki za żadne skarby nie zgodziłby się podczas nieobecności pani Konstancji odkluczyć drzwi od jej mieszkania, celem dokonania przeszukania krewnych dziedziczki w jej rodzinnych papierach. Owszem, uzgodnił z dyrektorem cukrowni, że poproszą miejscowego komendanta milicji, aby ten sprawował pieczę nad przeszukiwaniem śladów obecności krewnych; ten zaś dowiedziawszy się od Rzepeckiego, że jestem jedynym pozostałym przy życiu sługą państwa Grzybowskich, nakłonił mnie do tego, abym i ja uczestniczył w poszukiwaniach krewnych dziedziczki.
Tych pani Grzybowska wielu nie miała. Ze strony matki, Melanii Odrowąż-Kałuckiej pomieszkiwała na Podlasiu jakaś kuzyneczka, lecz tej w czas zawieruchy wojennej zmarło się śmiercią naturalną, w odróżnieniu od dwóch synów, którzy walcząc pod Kutrzebą jeszcze w czasie kampanii wrześniowej polegli. Została się żona starszego z nich, do tych pór (jesteśmy, panie Leszku w roku 1966) żyje, o czym świadczy znaleziona przez nas korespondencja, ale na zdrowiu podupadła; ma córkę, a jakże, ta osiedliła się w Szczecinie, lecz aby cokolwiek więcej się o niej dowiedzieć, należałoby szukać adresu jej zamieszkania poprzez matkę.
Z kolei pan Grzybowski posiadał rodzeństwo: siostra zaraz po wojnie umarła w zgliszczach Warszawy (Grzybowscy brali udział w jej pogrzebie) oraz brat z żoną i dwojgiem dzieci; ci już w czasie wojny wyjechali do Kanady, skąd często pisywali do Grzybowskich, także, a może przede wszystkim do pani Konstancji, gdy ostała się na świecie sama, bez męża.
Może to nieprzystojnie czytywać cudzą korespondencję bez wiedzy adresatki, ale czyniliśmy to przecież w szlachetnym celu, pragnąc dowiedzieć się, gdzie pomieszkują dorosłe już dzieci szwagra dziedziczki, albowiem ten, z którym pani Konstancja korespondowała, chorowitego był zdrowia, też sercowy, może to przypadłość rodzinna i trudno było przypuszczać, że stawi się na pogrzebie, a rzecz to tym bardziej przykra, że, czego dowiedzieliśmy się z jednego z listów, Karol Grzybowski nie był obecny także na pogrzebie brata, albowiem przez ówczesne władze traktowany był jako jednostka niepożądana w kraju demokracji ludowej.
Nie rozwodząc się ponad miarę, panie Leszku, powiem, że kiedy pani Konstancja ostatecznie nam zagasła, w ostatniej drodze towarzyszyli jej syn pana Karola z małżonką oraz owa pani Felicja Wiernikowska, z Podlasia, wdowa po synu Odrowąż-Kałuckim, który oddał swoje życie na polu chwały.
W tym miejscu rozpoczyna się moja rola. Otóż zdołałam przekonać księdza proboszcza do tego, aby pani Konstancja mogła ostatnią swoją podróż odbyć nie, jak nakazywał zwyczaj, w pogrzebowym karawanie, ale ciesząc moje serce, być oddana w opiekę mnie, jej wiernemu stangretowi. Jakaż piękna była to demonstracja boskiej woli! Pogrzeb z księdzem dobrodziejem, z orkiestrą cukrowniczą, z tłumem ludzi, zarówno z osady jak i z miasta, i ten mój powóz dostojny, ciągniony przez dwa gniadosze holsztyńskiej hodowli, wypielęgnowane, silne, potulne, co to oczkiem w mojej głowie były w tamte lata.
Rozumie pan, panie Leszku, jak trudno żyć, kiedy sens mojego żywota opierał się na koniach, które mnie od przedwojnia karmiły i darzyły mnie swoją przyjaźnią, i do ostatka z całych sił zawalczę o schronisko dla nich, i póki życia starczy przygarniał będę te stare, ociemniałe, kulawe, niezdatne do pracy, aby uczynić ich starość łaskawszą do zniesienia.
Niech pan zaczeka chwilę, tylko podrzucę kobyłce obroku i wymienię wodę w wiadrze, a pójdziemy na grób pani Konstancji, złożyć jej uszanowanie. 

[27.01.2018, Bab Eifel-Ost, Niederoefflingen w Niemczech]

KRAJOWE ZAPISKI - NIETYPOWY ZJAZD

Ta ostatnia podróż, w która się wybrałem, zakończyła się przymusowym zjazdem, znacznie wcześniej niżby wynikało to z moich i firmy wcześniejszych planów. Zjechałem wcześniej, bo 24-go stycznia zostałem w dosyć brawurowy sposób okradziony na automatycznej stacji paliw pod Wersalem we Francji. Wystarczyło obejście auta, nie dłuższe niż minuta, i czyjeś sprytne dłonie pochwyciły z siedzenia renówki pozostawiony tam portfel z dokumentami i kartami płatniczymi.
Na komisariacie spędziłem prawie dwie godziny, a podczas składania zeznań i sporządzania przez policjanta protokołu pomagała mi znajoma z Francji, służąca za tłumaczkę. Tutaj też otrzymałem dokument, którym miałem się posłużyć, gdybym został zatrzymany przez francuską policję. Nie jestem pewien, czy tenże dokument okazany policji niemieckiej czy polskiej uchroniłby mnie od konieczności zapłacenia mandatu za brak prawa jazdy, dokumentów auta oraz dowodu osobistego
Na szczęście na obu kartach, firmowej i prywatnej nie było w dniu kradzieży środków, a kontaktując się z bankiem w celu zablokowania mojej karty dowiedziałem się, że dwukrotnie próbowano podjąć z niej 100 euro.
Najpoważniejszy problem spowodowany był utratą tej firmowej karty, na którą przelewano mi pieniądze potrzebne do kupna paliwa. Na szczęście firma przekierowała pod Wersal inne auto i zdołałem zakupić paliwo za środki pochodzące z karty podesłanego kierowcy.
Zjechałbym wcześniej, ale firma zażyczyła sobie, abym jeszcze w Niemczech wziął towar do Polski, co miało miejsce w poniedziałek. Do kraju (Leszno) zjechałem we wtorek po południu.
Środa to dzień, w którym gościłem w gminie (podanie o dowód osobisty), wydziale komunikacji starostwa (prawo jazdy), na policji (niestety nie mogę prowadzić samochodu do chwili otrzymania wtórnika prawa jazdy, albo mogę za cenę 50 złotych mandatu) oraz w bibliotece (kartę biblioteczną również mi skradziono). Pozostała mi tylko wizyta w NFZ, aby uzyskać kartę gwarantującą bezpłatne leczenie w krajach UE.
Tak oto chwila nieuwagi połączona z nadzwyczajnym sprytem złodzieja kosztowało mnie sporo nerwów i nieplanowaną przerwę w pracy.
Muszę sobie omówić te kwestię z moim osobistym Aniołem Stróżem, który najwidoczniej w dniu 24 stycznia zaniedbał swoje obowiązki. 

[02.02.2018, „Dobrzelin”]

01 lutego 2018

ZIMOWA ROZMOWA

W miejscu, gdzie nosek zetknął się z szybą, powstał transparentny odcisk, przez który widać było ośnieżoną ciemność pobocza: i śpiące ramiona kasztanowców, i ceglane daszki murowanych płotów, i domki przydrożne, i oziminy na polach ubrane w kożuchowe czapy. Trzeba było tym noskiem, odrobinę już chłodniejszym, wytopić w lodowej tafli drugi otwór wyprowadzający oko na świat i wtedy jak przez lornetkę podążyć wzrokiem za wolno umykającą przestrzenią. Autobus stąpał po omacku po zmrożonym, śnieżnym błocku, a na zakrętach jeszcze bardziej spowalniał.
Konduktorka zbliżyła się do tych, którzy zajęli miejsce pośrodku i sprzedając bilety przysiadła na siedzeniu naprzeciwko. Pociągała nosem, chlipała, narzekając sobie na zepsute ogrzewanie i mówiła, że tylko przy kierowcy jest trochę cieplej, więc może by przesiedli się do przodu. Ale chłopiec zdążył już zaprzyjaźnić się z szybą, a chuchając na nią, zdołał roztopić lód tak, że poszerzył sobie znacznie powierzchnię obserwacji.
Konduktorka powiedziała, że, na szczęście, to jej ostatni kurs i będzie mogła sobie pójść do hoteliku znajdującego się niedaleko końcowej stacji w miasteczku Z. Ilekroć kończy trasę w Z., zawsze nocuje w tym hoteliku, ponieważ firma wynajmuje dwa jednoosobowe pokoje, dla kierowcy i konduktorki. Tym razem kierowca jest z Z., więc spędzi noc we własnym domu, a ona odpocznie po pracy w pokoju hotelowym.
Matka ośmieliła się zwrócić jej uwagę na to, że przed pójściem spać powinna wypić szklankę herbaty z cytryną i wziąć aspirynę, a jeżeli aspiryny nie ma, to ona akurat wybiera się do apteki (jeszcze jest otwarta), chętnie kupi kilka tabletek dla niej, a może też poprosić aptekarza o zrobienie naprędce syropu (jej zawsze pomagał na przeziębienie) i później doniesie te lekarstwa do hotelu, który jest po drodze do miejsca, gdzie udaje się z chłopcem, więc nie stanowi to dla niej żadnego problemu.
- A czy w pani hotelowym pokoju jest ciepło? - zapytała.
Chłopiec dostrzegł już lekko oświetlone zabudowania przedmieścia.
- Mamy tam w hoteliku takiego recepcjonistę - staruszka, który wie, o której godzinie przyjeżdża ostatni autobus i kiedy na dworze jest zimno, rozpala w piecu, więc wchodząc do pokoju, czuję od progu ciepło. A potem on zagląda do mnie, przynosi herbatę, stawia ją na malutkim stoliczku, następnie podchodzi do pieca i otwartymi dłońmi sprawdza, czy kafle są dostatecznie rozgrzane i czy nie trzeba dołożyć węgli.
Autobus kierował się w stronę centrum miasteczka. Kilka osób wysiadło na pierwszym przystanku wprost w śnieżną zawieję.
Matka słuchała.
- Pani wie - ciągnęła konduktorka - ten starszy pan jest wielkim miłośnikiem teatru i zbiera wszystko, co jest z nim związane: programy, plakaty, afisze, zdjęcia aktorów, a nawet bilety. Kiedy mam trochę czasu, a wracam z wielkiego miasta, przywożę mu gadżety z „Noweg”, „Jaracza”, także z operetki. Zdarzyło mi się też spotkać paru aktorów, którzy złożyli własnoręczne podpisy na programach albo na odwrocie swoich zdjęć.
Nie zorientowali się, kiedy autobus zatrzymał się na docelowym przystanku przed kościołem, a kierowca odezwał się do konduktorki mówiąc, że weźmie kasetkę z pieniędzmi do domu, bo tak będzie bezpieczniej.
- Gdyby miała pani ochotę odwiedzić kiedyś tego pana, to proszę powołać się na mnie. Mieszka w tej samej starej kamieniczce, gdzie mieści się hotel - dwa mizerne pokoiki, kuchnia - klitka, nic więcej. Całe ściany oblepione są zdjęciami, afiszami, a na półkach programy, książki o teatrze, sztuki, posegregowane bilety w tekturowych pudełeczkach, czasopisma teatralne i wycinki z gazet wpięte w segregatory.
Padał drobny sypki śnieg. Kobiety nawet nie zauważyły, że wraz z małym chłopcem idą śliskim chodnikiem w stronę apteki.
- Nie, proszę pani, pytałam go o to, nie chciał być aktorem, po prostu uwielbia teatr. Czy jeździ do teatru? O, tak, rzadko, ale jeździ. Wsiada do autobusu odświętnie ubrany, aż nie do poznania. Czasami, głównie latem, zdarza mi się wracać z wielkiego miasta tym najpóźniejszym autobusem, który jest w tym miasteczku 10 minut przed północą, jest taki - tylko w soboty - wtedy jedziemy razem.
Aptekarza spotkali tuż przed wejściem do apteki - omiatał ze schodków śnieg.
Zanim weszli do środka bardzo starannie oczyścili buty, wykorzystując w tym celu pozostawioną przed progiem miotłę.
- Grzecznego ma pani synka - zauważyła konduktorka - tylko taki… małomówny.
Matka uśmiechnęła się znacząco, a miało to miejsce wtedy, gdy aptekarz na zapleczu swojej farmakologicznej świątyni sporządzał miksturę na przeziębienie.
- To pewnie dlatego, że się wstydzi - wyrzekła matka.
- Wstydzi się? Dlaczego?
- Nie pamięta pani? To przecież on majstrował przy popielniczce w autobusie, majstrował, aż w końcu ją zepsuł.
Przypomniała sobie.
- Pamiętam. Powiedziałam wtedy pani: proszę się tym nie martwić, to tylko dziecko.
Chłopiec spojrzał na przymilnie roześmianą twarz konduktorki, a jego twarz oblała się rumieńcem.
Kiedy szli z powrotem w stronę hoteliku (dla matki i syna było to po drodze), konduktorka przystanęła przed jedną z palących się latarni i wyjęła ze swojej obszernej, skórzanej, służbowej torby nieduże pudełeczko. Otworzyła je a wtedy oboje, matka i syn ujrzeli spoczywający w czerwonym, aksamitnym łożu puzderka okrągły, płaski zegarek, jaki zwykli dżentelmeni chować w kieszonce kamizelki; zegarek przytroczony był do pozłacanego łańcuszka o niewielkich ogniwach.
- Ależ się ucieszy mój staruszek. To jest rekwizyt ze spektaklu Szaniawskiego „Zegarek”. Niech pani nie pyta, jak udało mi się go zdobyć dla starszego pana.
Chłopiec pomyślał sobie, że kiedy dorośnie, chciałby mieć taki zegarek, a śnieg padał coraz mocniej, drobniusieńki i przysypywał wszystko dokoła. 

[28.01.2018, Bab Eifel-Ost, Niederoefflingen w Niemczech]