Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

27 stycznia 2022

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (635 - 637) JA NA KŁOPOTY. UMAWIAM SIĘ NA SEN. PRZEJAŻDŻKI PO PAMIĘCI.

 

635.

    Podobno na kłopoty był Bednarski. Okazuje się, że nie tylko on. Mnie również zdarzają się takie sytuacje. Owszem, mam na miejscu z kim pogadać, ale chciałoby się poznać opinię, a może i usłyszeć radę od kogoś niezaangażowanego bezpośrednio.

    Pamiętam swoje nauczycielskie, a zwłaszcza dyrektorskie czasy, kiedy to z kolei ja próbowałem pomagać uczniom w sprawach, z którymi nie mogli sobie poradzić. Próbowałem ja, próbowała żona, żeby nie wyszło, że byłem i jestem tym, który oferuje najcenniejsze rozwiązania.

    Kiedy jest się po drugiej stronie, sprawa staje się bardziej skomplikowana.


636.

    Kto chce, niech się śmieje, ale sny odgrywają ważną rolę w moim życiu. I to nie dlatego, aby były prorocze lub takie, które pamięta się w całości po przebudzeniu. Specyfika moich snów, najczęściej krótkich ale treściwych, polega na tym, że potrafię je wywołać, leżąc to na jednym, to znów na drugim boku. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego tak jest, a tę moją dziwną przypadłość staram się wykorzystać wtedy, gdy padam zmęczony, co nie jest znów takie rzadkie, zwłaszcza gdy zasypiam w okolicy czwartej czy nawet piątej nad ranem.


637.

    Oprócz snów specyficznych, wywoływanych na życzenie, co jakiś czas wydobywam ze swej pamięci rzeczywiste obrazy z moich niedawnych i dawniejszych podróży. I dziwię się sobie, że nagle "przejeżdżam" pamięcią przez lasy pod Fontainebleau, przejeżdżam przez Brignoles jadąc do Tulonu, albo okrążam winnice w Fitou, gdyż na trasie do Narbonne wybuchł pożar i policja wstrzymała ruch główną trasą. Miłe są takie przejażdżki.

na przykład górzyste okolice Aiguines
we Francji (na północny wschód od Marsylii


a tak wyglądają Tatry
od strony Słowacji
wraz z nadejściem wiosny


[27.01.2022, Toruń]

WE FRAGMENTACH - BRUNO SCHULZ - REPUBLIKA MARZEŃ

 



Bruno Schulz – prozaik, krytyk literacki, grafik.

    Urodził się 12 lipca 1892 w Drohobyczu. Pochodził z drobnomieszczańskiej rodziny żydowskiej. 
- Ukończył gimnazjum w Drohobyczu, studiował architekturę na Politechnice Lwowskiej i w latach 1914-15 malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu;
- Od 1924 do 1941 roku był nauczycielem rysunków ręcznych w gimnazjum i szkołach drohobyckich;
- Do bliskich mu pisarzy należeli: Zofia Nałkowska (wypromowała jego twórczość), Witold Gombrowicz, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Tadeusz Breza. 
- W roku 1939 po zajęciu Drohobycza przez Armię Czerwoną, zatrudniony był także w żydowskim Domu Starców, katalogując książki.
- Zginął 19 listopada 1942 zastrzelony przez gestapowca w getcie w Drohobyczu.
Twórczość literacka – proza
- Debiut: pierwszy znany utwór Noc lipcowa 1928, druk dopiero w 1936 (tom Sanatorium Pod Klepsydrą), lecz jako debiut literacki uznaje się cykl opowiadań "Sklepy cynamonowe" (1934); 
- Sanatorium Pod Klepsydrą 1937 – zbiór opowiadań składający się w znacznej części z utworów wcześniejszych od "Sklepów cynamonowych";
- Od 1934 Schulz pracował nad powieścią Mesjasz, ale zachowały się jedynie dwa wyodrębnione fragmenty powieści: Genialna epoka i Księga, które weszły jako samodzielne utwory do tomu Sanatorium
- Zachowały się poza tym 4 utwory prozatorskie drukowane w prasie literackiej, między innymi "Republika marzeń", którego fragment zamieszczam poniżej.



Republika marzeń (fragment)

Tu na warszawskim bruku, w te dni zgiełkliwe, płomienne i oszałamiające przenoszę się myślą do dalekiego miasta mych marzeń, wzbijam się wzrokiem ponad ten kraj niski, rozległy i fałdzisty, jak płaszcz Boga zrzucony kolorową płachtą u progów nieba. Bo kraj ten cały podkłada się niebu, trzyma je na sobie, kolorowo sklepione, wielokrotne, pełne krużganków, triforiów, różyc i okien na wieczność. Kraj ten wzrasta rok za rokiem w niebo, wstępuje w zorze, przeaniela się cały w refleksach wielkiej atmosfery. Tam, gdzie mapa kraju staje się już bardzo południowa, płowa od słońca, pociemniała i spalona od pogód lata, jak gruszka dojrzała — tam leży ona, jak kot w słońcu — ta wybrana kraina, ta prowincja osobliwa, to miasto jedyne na świecie.
Daremnie mówić o tym profanom! Daremnie tłumaczyć, że tym długim falistym językiem ziemi, którym dyszy ten kraj w skwarze lata, tym kanikularnym przylądkiem ku Południowi, tą odnogą wsuniętą samotnie między smagłe węgierskie winnice - oddziela się ten partykularz od zespołu krainy i idzie samopas, w pojedynkę, niewypróbowaną drogą, próbuje na własną rękę być światem. Miasto to i kraina zamknęły się w samowystarczalny mikrokosmos, zainstalowały się na własne ryzyko na samym brzegu wieczności. Ogródki przedmiejskie stoją jakby na krawędzi świata i patrzą poprzez parkany w nieskończoność anonimowej równiny. Tuż za rogatkami mapa kraju staje się bezimienna i kosmiczna, jak Kanaan. Nad tym skrawkiem ziemi wąskim i straconym otworzyło się raz jeszcze niebo głębsze i rozleglejsze niż gdzie indziej, niebo ogromne, jak kopuła, wielopiętrowe i chłonące, pełne niedokończonych fresków i improwizacyj, lecących draperyj i gwałtownych wniebowstąpień.
    Jak to wyrazić? Gdy inne miasta rozwinęły się w ekonomikę, wyrosły w cyfry statystyczne, w liczebność - miasto nasze zstąpiło w esencjonalność. Tu nie dzieje się nic na darmo, nic nie zdarza się bez głębokiego sensu i premedytacji. Tu zdarzenia nie są efemerycznym fantomem na powierzchni, tu mają one korzenie w głąb rzeczy i sięgają istoty. Tu rozstrzyga się coś każdej chwili, egzemplarycznie i po wszystkie czasy. Tu dzieją się wszystkie sprawy raz jeden tylko nieodwołalnie. Dlatego jest tak wielka powaga, głęboki akcent, smutek na tym, co się tu zdarza. Teraz na przykład podwórza toną w pokrzywach i chwastach, szopy i komórki krzywe i omszone zapadają po pachy w ogromne łopuchy spiętrzone aż po okapy gontowych dachów. Miasto stoi pod znakiem zielska, dzikiej, żarliwej, fanatycznej wegetacji, wystrzelającej tanią i lichą zieleniną, trującą, zjadliwą i pasożytniczą.
     To zielsko pali się zażegnięte słońcem, tchawki liści dyszą płonącym chlorofilem - armie pokrzyw, wybujałe i żarłoczne, pożerają kultury kwiatowe, wdzierają się do ogrodów, zarastają przez noc tylne nie dozorowane ściany domów i stodół, plenią się w rowach przydrożnych. Rzecz dziwna, jaka witalność opętańcza, daremna i nieproduktywna tkwi w tej żarliwej odrobinie zieloęej substancji, w tym derywacie słońca i wody gruntowej. Z szczypty chlorofilu wyprowadza, rozbudowuje ona w pożarze tych dni tę tkankę wybujałą i pustą, miękisz zielony, rozpłodzony stokrotnie na miliony blach listnych, prześwietlonych zielono i pożyłkowanych, przeświecających wodnistą, wegetatywną krwią zielną, omszonych i włochatych, o zapachu ostrym, chwastowym i polnym. W tych dniach tylne okno magazynu sklepowego wychodzące na podwórze stawało się ślepe od zielonego bielma, pełne zielonych lśnień, listnych refleksów, bibulastych łopotów, falujących płatów zieleni, monstrualnych wybujałości tej podwórkowej, potwornej abundancji. Schodząc w głęboki cień magazyn kartkował się migotliwie wszystkimi odcieniami zieleni, zielone refleksy rozchodziły się w nim falisto przez całą głębokość sklepienia, jak w szumiącym lesie. Jak w stuletni sen zapadało miasto w tę wybujałość, nieprzytomne od pożaru, ogłuszone blaskiem, spało stokrotnie oprzędzone pajęczyną, zarośnięte zielskiem, zdyszane i puste.     W pokojach zielonych od powoju na oknach, podwodnych i mętnych, jak na dnie starej butelki dogorywały plemiona much na zawsze uwięzione i zamknięte w bolesnej agonii, rozprowadzonej w monotonne i rozwlekłe lamenty, w buczenie gniewne i żałosne. Z wolna gromadziło w sobie okno całą tę koronkową rozprószoną faunę na ostatni przedśmiertny pobyt: ogromne długonogie komary, które długo opukiwały ściany cichą wibracją błędnych lotów, zanim wylądowały już ostatecznie na szybach nieruchome i martwe, całe drzewo genealogiczne much i insektów wyrosłe w tym oknie, rozgałęzione powolną wędrówką po szybach, rozmnożone pokolenia tych misternych skrzydlaczy, błękitnych, metalicznych i szklanych.
    Na wystawach sklepowych łopocą cicho w gorącym powiewie wielkie, jasne, ślepe markizy i płoną w blasku pasiasto i falisto. Martwy sezon panoszy się na pustych placach, na wymiecionych przez wiatr ulicach. Dalekie horyzonty wezbrane ogrodami stoją w blasku nieba, olśnione i nieprzytomne, jak gdyby dopiero co zleciały ogromną, jaskrawą płachtą z pustkowi niebieskich - jasne, płonące, poszarpane od lotu - i za chwilę, już zużyte, czekają na nowy ładunek blasku, w którym się odnawiają.
    W te dni cóż robić, dokąd uciec od żaru, od ciężkiego snu, który się wali zmorą na piersi w gorącej godzinie południa? W te dni, bywało, matka wynajmowała powóz i wyjeżdżaliśmy wszyscy stłoczeni w jego czarnym pudle — subiekci na koźle z tobołkami lub uczepieni resorów — za miasto, na „Górkę”. Wjeżdżaliśmy w pagórkowaty, falisty krajobraz. Kareta długo gramoliła się samotnie w upale między garbami pól, ryjąc się w złotym i gorącym pyle gościńca." (...)

[27.01.2022, Toruń]


26 stycznia 2022

ZACZNIJ OD BACHA (8) FRANCISZEK SCHUBERT

 

Karl Truppe (1887–1959) Niemcy
"Portret Franza Schuberta"

    Franciszek Schubert utrwalił się w mojej pamięci szczególnie podczas moich podróży po Francji, kiedy to na kanale France Musique prowadził swoje audycje poświęcone muzyce klasycznej Frédéric Lodéon. Wprawdzie twórczość Schuberta nie była mi obca, to jednak zafascynowanie tą muzyką Lodéona podziałało wtedy i na mnie, czyniąc długie podróże znośniejszymi ilekroć w głośnikach radia pojawiały się melodie twórcy "Serenady".

    Poniżej garść faktów z życia Franza Schuberta zaczerpniętych z różnych stron internetowych.

Franz Peter Schubert (ur. 31 stycznia 1797 w Himmelpfortgrund koło Wiednia [Austria] – zm. 19 listopada 1828 w Wiedniu), austriacki kompozytor, który połączył światy muzyki klasycznej i romantycznej.

[https://www.britannica.com/biography/Franz-Schubert/]


Jedno z najdoskonalszych jego dzieł:
VIII, niedokończona symfonia.

    W całym Wiedniu słynne były tzw. „schubertiady”, czyli wieczory, podczas których Schubert wykonywał swoje dzieła przed znajomymi artystami. Do 1822 r. kompozytor stworzył 3 opery, parę sonat fortepianowych i mszy, a także kolejne pieśni (np. „Śmierć i dziewczyna”, „Pstrąg”, „Bądź mi pozdrowiona”) oraz dzieła kameralne (m.in. „Kwintet fortepianowy A-dur- Pstrąg”) i symfoniczne („Niedokończona symfonia”). (...)

    Franz Schubert tworzył muzykę niezwykle osobistą. Poprzez nuty wyrażał najgłębiej skrywane słowa i tajemnice swojej duszy. Ten austriacki kompozytor był nieśmiały i zagubiony we współczesnym mu świecie, dlatego też nie zabiegał o uznanie dla swojej twórczości, mimo iż desperacko próbował w pełni wykorzystać swój muzyczny dar.

    Dziś uznawany jest za jednego z najznakomitszych kompozytorów w historii muzyki. [http://agencjafilharmonia.pl/franz-schubert/]


Mistrzowskie "Trio" z opusu 100.

    Podobnie jak poeci, do utworów których też pisał swoją muzykę, Schubert był niezrównanym mistrzem lirycznego piękna. Nie jest tajemnicą, że Schubert uwielbiał Beethovena – był nim zachwycony do tego stopnia, że był zbyt nieśmiały, by nawet przedstawić się muzycznemu gigantowi, gdy mijali się na ulicach Wiednia. Ale nie jest zbyt daleko, by w jednym zdaniu wspomnieć o tych dwóch muzycznych gigantach. Schubert stworzył mistrzowskie dzieła z bogatą harmonią i legendarnymi melodiami dla różnych gatunków, a jego wpływ okazał się znaczny u późniejszych kompozytorów, takich jak Robert Schumann, Johannes Brahms i Hugo Wolf. A dla niektórych historyków muzyki jego bardzo chwalona „Dziewiąta Symfonia” otworzyła drogę dla innych wielkich mistrzów, takich jak Anton Bruckner i Gustav Mahler.

[https://www.biography.com/artist/franz-schubert]


Kwintet skrzypcowy C-dur

W 1826 r. Schubert ubiegał się o wakujące stanowisko zastępcy kapelmistrza, ale mimo silnego poparcia kilku wpływowych osób nie powiodło mu się. Od tego czasu, aż do swojej śmierci, która nastąpiła  dwa lata później, wydaje się, że pozwalał swoim sprawom "odpłynąć".  Trudno uwierzyć, że Schubert nie zdawał sobie sprawy ze swoich wyjątkowych umiejętności. Ta niska samoocena sprawiła, że stał się nieśmiały, powściągliwy i niezdecydowany. Jego życie było prawie całkowicie poświęcone komponowaniu muzyki, a utrzymywał się z honorariów wydawców i okazjonalnego nauczania. (...)

    Jedyny publiczny koncert Schuberta odbył się 26 marca 1828 r. Był to sukces zarówno artystyczny, jak i finansowy, a niezamożny kompozytor mógł wreszcie kupić sobie fortepian. Pod koniec sierpnia tego roku przeniósł się do kwatery ze swoim bratem Ferdynandem. Zdrowie Schuberta, złamane chorobą weneryczną z 1823 roku, pogorszyło się, a nieustanna praca go wyczerpała. W październiku zachorował na tyfus w wyniku picia skażonej wody. Ostatnie dni spędził w towarzystwie brata i kilku bliskich przyjaciół.

[https://www.britannica.com/biography/Franz-Schubert/]


Nokturn na fortepian, skrzypce i wiolonczelę
Es-dur, opus 148

[26.01.2022, Toruń]


24 stycznia 2022

POD JEDNYM DACHEM

 

Gerard Dou (1613 -1675) - Holandia, uczeń Rembrandta
"Stara kobieta czyta książkę"



Pod jednym dachem

    Dała mu do ręki koszyk z dużym, elipsoidalnym uchem oraz mały, metalowy szpadelek, taką dziecięcą "kopareczkę", którą można kopać fosy wokół pobudowanych na morskiej plaży zamków z piasku.

- Idź od strony tej samotnej dzikiej gruszy, o tam - wskazała ręką na odległe drzewo rosnące na polu najbogatszego rolnika na wsi. - Tam znajdziesz najwięcej bulw.

    Spojrzał na staruchę z niepokojem.

- Nie obawiaj się, ten bogacz nie jest znowu taki zły. Pozwala przetrząsać ziemię po tym, jak maszyna zbierze kartofle. Ale wiesz, że maszyna to maszyna, nie ma oczu, brak jej pomysłowości i wytrwałości - nie zbierze wszystkiego, a ten mój sąsiad z przeciwka nie będzie zawracał sobie głowy przesiewaniem ziemi przez sito.

    Patrzył na nią z uwagą, z pewnym zrozumieniem, ale czy był już usatysfakcjonowany?

    Stara kobieta kontynuowała:

- Kiedy byłam młodsza i miałam więcej sił, chodziłam do niego w pole na odrobek. Dawał mi prawdziwe pieniądze, mąkę, warzywa za tę pracę, a zdarzyło się raz, że i żywą kurę przyniósł mi do domu. Gdyby cię spotkał na polu, nie obawiaj się - będzie wiedział, że jesteś ode mnie, bo niby od kogo miałbyś być, jak nie ode mnie?

    Uspokajał się. Usiadł przy kuchennym stole, kładąc koszyk, do którego wsunął łopatkę, na podłodze.

- No, masz tu papierosa, wypal sobie. Poprosiłam sołtysa, aby kupił paczkę dla ciebie... bo ja nie palę, wiesz... i jak będziesz palił to dmuchaj w okno, nie znoszę dymu.

    Wsunęła mu papierosa pomiędzy jego spieczone, wydatne wargi, skrzesała zapałką ogień i przypaliła fajkę. Zaciągnął się dymem. Widać, że mu ulżyło.

- Tylko pamiętaj. Pozwolę ci wypalić trzy papierosy dziennie: ten pierwszy po śniadaniu jak teraz, drugi po obiedzie, a trzeci przed snem, ale wtedy wyjdziesz sobie na ganek, abyś nie rozniósł dymu po mieszkaniu.

    Na twarzy mężczyzny pojawił się uśmiech. Nie palił łapczywie, raczej delektował się paleniem i chyba pomyślał coś przyjemnego o kobiecie, która starała mu się dogadzać we wszystkim, lecz jednocześnie to ona określała zasady ich współżycia.

- Ty musisz być dobrym człowiekiem - zwróciła się ponownie do znacznie młodszego od niej mężczyzny - skoro masz obiekcje co do tego, czy wypada jest wchodzić na czyjeś pole i zbierać pozostałe po pracy kombajnu kartofle czy nie. Matka musiała cię dobrze wychować, kiedy dawno, dawno temu mieszkaliście z sobą. Myślę sobie, że gdybyś potrafił mówić... oj nagadalibyśmy się do woli, ale i tak mnie rozumiesz, prawda?

    Skinął głową, a na jego całkiem już pogodnej twarzy pojawił się uśmiech. Odczekała chwilę aż wypali papierosa. Sina smużka dymu dotykała delikatnej, białej, ażurowej struktury firanki, po czym unosiła się coraz wyżej i opuszczała pomieszczenie kuchenne przez uchylone okno.

- Tylko nie marudź zbyt długo. Jak nazbierasz cały koszyk, zobaczysz, że ci się to uda, wracaj do domu. Ja wiem, że chciałbyś potem skręcić nad staw i zobaczyć łabędzie, które nie odleciały. Zaręczam ci, że nie odlecą. Ta para już raz została na zimę i ludzie ze wsi dokarmiali je podczas mrozu, dokarmiali i wykuwali bryły lodu, aby ptaki miały gdzie pływać, i nanosili naręcza siana i słomy, aby miały się gdzie schować przed północnym wiatrem. Prawda, że chciałbyś pójść nad staw?

    Z jego otwartych ust wydobył się nieartykułowany dźwięk, w rodzaju:

- Aaauooo.

- Ale tym razem nie zabaw zbyt długo. Wczoraj zapomniałam ci przeczytać jeden rozdział tej książki, którą tak lubisz. Byłam zmęczona, położyłam się, a ty nakryłeś mnie kocem i zadbałeś o to, aby ogień nie wygasł w kuchni. Dobre masz serce. A teraz... teraz już idź

    Kiedy już sobie poszedł, przyjechali tamci z ośrodka, więc kobieta upewniwszy się, że mężczyzny nie widać z drogi, ani z jej okna, powiedziała tamtym, że go tu nie było. Ta z ośrodka nie dała się wyprowadzić w pole, wiedziała, że stara kobieta kłamie, lecz nie dała tego po sobie poznać; prawdopodobnie pomyślała, że temu nieszczęśnikowi może być tutaj lepiej, więc niech zostanie, a policji nie ma co zawiadamiać. W ten sposób łamała prawo, ale kto go dzisiaj nie łamie. Odjeżdżając z kierowcą ucieszyła się, że po tym wszystkim bardziej jest człowiekiem, aniżeli urzędnikiem.

    Wrócił z koszem pełnym kartofli, przejęty tym, że jednak nikt go nie zobaczył oraz faktem, że usłyszy dalszą część pierwszej wielkiej powieści Myśliwskiego. Był dumny z tego, że przyniósł aż tyle kartofli, które wyśmienicie smakują z mizerią, albo po prostu zjada się je kraszone z pociętym na drobne kawałki boczkiem.

    Zanim przystąpili do obiadu - dzisiaj miał być rewelacyjny: kartofle z sadzonym jajkiem i okrasą przysiedli do stołu, ale wcześniej przyniósł z sypialni nocną lampkę, postawił ją na stole, włączył i zainstalował w taki sposób, aby punktowe światło położyło się kartkach czytanej opowieści i nie raziło oczu starej kobiety.

    Słuchał z ukontentowaniem.


[24.01.2022, Toruń]

SZTUKA - WIESŁAWA BURNAT - MALARSTWO SZCZERE I POGODNE - PODRÓŻ W KRAINĘ DZIECIŃSTWA.

 

    Akurat mam na uszach słuchawki, a w nich "Kartoteka" Różewicza... ale ja nie o tym. Mówią, że z wnętrza tego nadrealnego facebooka niczego pożytecznego nie da się wydobyć poza wiecznym sporem Polaka z Polakiem, która Polska jest lepsza a która gorsza, gdy tymczasem...

    .... zaczęło się od tego obrazu... piękny...


    ... prawda? Rzucił mnie na kolana. Akrylowy kot ukazuje się ponad zwartą kępą purpurowych maków. Obok niego mądra sowa, poniżej ptaszęta i zajączek łypiący czarownym okiem w stronę oglądającego. Ileż tu kolorów, rzekłbyś cały obraz, cała jego płaszczyzna zaczarowana jest barwnymi farbami, a każdy kolor płaski jest i jak u nabistów otoczony wyraźnym konturem. Szukam w pamięci w podobnej technice tworzone obrazy. Odnajduję manierę "trippy", też mnóstwo kolorów, ale obrazy w stylu trippy są z znacznej mierze psychodeliczne, niepokojące, a tutaj mamy do czynienia z malarstwem, które można do siebie przytulić, tak mój kocie stojący słupka pośród dorodnych maków. A cóż za tytuł tego dzieła... "Cisza jak makiem zasiał".

    Poszukuję dalej i pierwszym skojarzeniem jest malarstwo naiwne z imć Henriego Juliena Félixa Rousseau i jego świetnych następców. W tym miejscu sprzeciwiam się nazwie stylu - malarstwo naiwne lub prymitywne, gdyż przynajmniej w języku polskim przymiotnik "naiwny" i "prymitywny" ma konotacje pejoratywne. Nie, ten typ sztuki winien się nazywać "malarstwem szczerym", gdyż w szczerości plastycznej wypowiedzi upatruję sukces obrazów malowanych w tym "duchu". Sądzę, że sztuka malarska Pani Wiesławy Burnat jest właśnie szczera, z samego głębokiego wnętrza duszy pochodzi i należy się do niej uśmiechać.

    Szukam zatem dalej...

 


    ... i znajduję " Magiczny klimat spotkania" - kolejną feerię barw, i ten kot - muza poetki akrylowych baśni.

"Przystanek podróży"

    Znów ten kot, aktor pierwszoplanowy. Tutaj w towarzystwie ptaszków i konika na biegunach... przywodzi na myśl wspomnienie lat dziecinnych, kiedy to nazbyt wcześnie oddany do przedszkola, tak jak ten kotek Pani Wiesławy bujałem się, mając łezki w oczach.

    Ale to tylko wspomnienie. Każdy obraz Pani Wiesławy Burnat jest pogodny i każde dziecko chciałoby mieć książeczkę z ilustracjami artystki, ba, nie tylko dziecko, i ja w nader słusznym wieku, jak na kawiarennika przystało, chętnie budziłbym się mając przed oczami ten lub jakikolwiek inny obraz mistrzyni kolorowych baśni. A czy kto zwrócił uwagę na te majestatyczne drzewa - dmuchawce - mniszki na dalszym tle?

    Na koniec jeszcze dwa obrazki:

"Zagubieni w jesieni"


    oraz

                                    "Poznaj mój świat"


    Pani Wiesława wypracowała własny styl malarstwa pogodnego, kolorowego, ukazującego naturę w specyficzny sposób, nieuchronnie oddający klimat dzieciństwa, a że w pamięci większości z nas dzieciństwo to najpiękniejszy okres w życiu człowieka, to i z ogromną satysfakcją wkraczamy w wyimaginowany świat obrazów artystki ze Szczecina, sycimy oczy wszechogarniającymi kolorami, pragniemy chociaż na chwilę przeżyć przygodę w krainie zachwycającej baśni.

[24.01.2022, Toruń]



23 stycznia 2022

KAWIARENKA. ROZDZIAŁ 35. BASIA

 

F. G. Grust (1889 - ?) Holandia
"Holenderskie wnętrze mieszkania"


ROZDZIAŁ 35.  BASIA

(z którego  dowiemy się, że Ciżemki zyskały kolejną obywatelkę, malutką córeczkę Anny i Wołodii)


    Bezśnieżny, mglisty i kapryśny grudzień rozlał się po całym świecie, sięgając również ulicy Słonecznej, gdzie kawiarenka stała niewzruszona chłodem i wilgocią. W Ciżemkach podobnie: biały a poszarzały całun chmur przedzimowych zwisał upiornie nad krainą łąk, pól i lasów, lecz w jednym domostwie tę burą ćmę rozświetlały światła przedwieczoru. Nie mogło być inaczej, skoro w samo południe dotarł był do onego leśnego domku samochód radcy Kracha, którym z małżonką przyjechał, aby pokłonić się dziecięciu, co przed dwoma dniami na świat się dostało, a dzisiaj, tuż przed południową porą przemieściło się wraz z matką i ojcem swoim ze szpitalnego niewielkiego posłania, aby zamieszkać w swojej i rodziców posiadłości.

    Anna poród zniosła znakomicie, jakby przywykła do rodzenia, choć przecież powita dziewczynka była pierwszym jej dzieciątkiem, jakie na świat wydała. Wołodia tłumaczył ową szybkość i nieskomplikowanie rozwiązania tym, że Anna przywyknąwszy wszakże do niewygód syberyjskich wycieczek, do spełnienia się jako matka takąe łatwiej przygotowaną była. Leżąc obok maleństwa, które jej podano, sił miała tyle, że nic tylko ubrać się natychmiast chciała i powędrować z mężem i dzieciątkiem do domu, i ledwie położnej udało się ją przekonać, że za wcześnie dla niej, aby na równe nogi wstać i do Ciżemek pędzić w domowe pielesze, choć było widać, widać, że młoda matka jak ta sarna gibka jest i  zdrowa.

    Wołodia cieszył się z dziewczynki i chociaż onegdaj marzył sobie zostać ojcem syna, to przecież natychmiast sobie to marzenie wybił z głowy, i nawet żałował tych myśli, gdy tylko córkę zobaczył, pulchniutką, z krągłymi oczkami i perkatym noskiem, który to nosek delikatnie ucałował.

    Została dziewczynka Barbarą, albowiem o pierwszej w nocy, w dzień świętej Barbary na świat gładko przyszła. Zaraz też w szpitalu się zjawił Wołodia, zły na siebie, że o dwudziestej drugiej dnia poprzedniego do domku leśnego pojechał, gdyż oznajmiono, że na dziecko zaczekać mu przyjdzie jeszcze dobę. A tu masz, pospieszyła się Basia o dzień cały zaczerpnąć swojskiego powietrza, oj pospieszyła. 

    Radca Krach z małżonką napatrzyć się na wnusię nie mogli, a jakie miny do dziecięcia stroili, jakimi słowy komentowali wdzięczną postać Basi, tego opisać nie sposób. Kiedy tak patrzyli z miłością na kontynuatorkę rodu, kiedy się z nią przekomarzali ilekroć miała otwarte oczęta lub buzię skorą do wydawania przemiłych wrzasków, Wołodia po raz kolejny z syberyjską swoją matką rozmawiał przez telefon, a łzy płynęły mu ciurkiem po policzkach, choć był to chłop na schwał, co zwykł wzruszenie swoje ukrywać przed światem.

    Nie upłynęła godzina, kiedy w leśnym domku pojawili się Joanna z Piotrem, Anny i Wołodii najbliżsi sąsiedzi. Ci również dzieckiem zauroczeni byli, a przynieśli z sobą jakieś kaftaniki i sweterki różowe, jakieś grzechotki do zabawy, kocyk mięciutki, aby uczcić w ten sposób to nowo powstałe życie. Patrzyli na Basię takim ciekawym, poważnym, by nie powiedzieć zazdrosnym wzrokiem, lecz patrząc w ten sposób, nic do siebie nie mówili, choć w ich oczach, jeśli kto uważnym jest obserwatorem, niejedno można było wyczytać.

    I tak do późnego wieczora państwo Krachowie i przyjaciele z sąsiedztwa raczyli się rozmową i kolacją, którą pani Krach z Joanną przygotowała, nie chcąc trudzić Anny, gdyż ta poświęcała się karmieniu małej Basi… 

- Ech, doprawdy nieziemski apetyt ma ta nasza wnusia - wyrzekł pan radca - po mnie, dalibóg, po mnie go odziedziczyła.


[24.01.2022, Toruń]

22 stycznia 2022

POEZJA (12) JERZY LIEBERT - "SŁOWACKI"

 

Witold Wojtkiewicz (1879 - 1909)
"Orka"

Krótka notka biograficzna zdolnego i przedwcześnie zmarłego poety - [źródło - Wikisource]


      Jerzy Liebert, urodzony w Częstochowie 23 lipca 1904 r., uczęszczał do szkół w Warszawie (gimnazjum im. Reja — 1913 r.), w Moskwie (Szkoła Giżyckiego — 1914-1918 r.), — a po powrocie do kraju — w Warszawie do gimnazjum Giżyckiego, po ukończeniu którego wstąpił na Wydział humanistyczny Uniwersytetu Warszawskiego (1925 r.).

     Systematycznemu kontynuowaniu studiów uniwersyteckich przeszkodziła konieczność pracy zarobkowej oraz utajona a wyniszczająca siły choroba. W lecie roku 1929 zaczął pracować w redakcji Pamiętnika Warszawskiego, następnie w redakcji Drogi. W okresie tym coraz częściej zapadał na zdrowiu. W styczniu 1930 r. lekarze stwierdzili istnienie otwartej gruźlicy.

     Dzięki pomocy Departamentu Sztuki Jerzy Liebert udał się do Worochty, początkowo na okres 3 — 4 miesięcy, — następnie skutkiem nieustępliwości choroby pobyt ten został przedłużony. Dalsza troskliwa pomoc Departamentu Sztuki, redaktora Mieczysława Grydzewskiego, kolegów i przyjaciół umożliwiła poecie podjęcie nowej kuracji.

     Cały ten okres pobytu w górach Jerzy Liebert spędził na intensywnej i wielostronnej pracy naukowej i literackiej. Po półtorarocznej kuracji, gdy płuca były zaleczone — nastąpiło nagłe, a tragiczne przerzucenie się choroby na mózg. Wobec gwałtownego jej przebiegu przewieziono Jerzego Lieberta do Warszawy, gdzie w dn. 19 czerwca 1931 r. zmarł.


SŁOWACKI


Gdy z ziemi cudzej wreszcie dobyty,

Przypłyniesz ku nam rzecznym korytem,

Na progu staniesz, swoich przywitasz —

Na pewno wtedy będziesz się pytał:


Jakżeście żyli, jakże się działo,

Gdy z każdej miedzy w oczy wam wiało,

Lęk nieustanny, niepokój miałem,

Czy w domu wszystko, czy w domu cało?


Kiedym was odbiegł, chodziłem wokół

Po różnych krajach z płomieniem w oku,

Nie mogłem spocząć, powstrzymać kroków,

Jednego tylko tęskny widoku.


Gdy ku domowi zwracałem głowę,

Widziałem nad nim chmury gradowe,

Zwały kraczące, ciemno-wiorstowe...

Chciałem je moim odpędzić słowem!


Chciałem wam chociaż z daleka pomóc —

Biegłem naprzeciw gońcom hiobowym,

Z chmurą, stuwichrem przy blaskach gromu

Walczyłem w barwach naszego domu.


Myślałem błędny, że ktoś z domowych

Podsłucha moje z sobą rozmowy,

Niedomówione słowa podpowie,

Wichry, sny czarne zdejmie mi z powiek.


Cudowną wodę rodzinnych dolin

Do ust przyłoży, z czarów wyzwoli,

Że wyprowadzi z zaklętych stolic

Na drogi dobrze znanych okolic.


Tam mi doręczy zielę nad zioła,

Przed którem nic się oprzeć nie zdoła...

Daremniem czekał... W kredowe koła

Wdarł się sen wielki, sen mnie pokonał.


I śniło mi się, że gdy grom zamilkł,

Przyszli mnie szukać, idąc śladami,

Że wracam wreszcie godzić się z wami,

Odnaleziony między słowami...


I w wieczność moją, w mój sen głęboki

Wbiegły wiślane szepty, potoki,

I sam widziałem moje obłoki

Odbite w wodzie — trudy wysokie.


[22.01.2022, Toruń]




20 stycznia 2022

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (632 - 634) NA CAŁEJ POŁACI ŚNIEG. TELEWIZYJNY DYLEMAT. ZBRODNIA I KARA.

 



632.

    Spadło trochę śniegu, choć myślałem, że posypie więcej. Jakoś tak przypomniały mi się dawniejsze lata, kiedy to opady śniegu w centrum kraju były obfitsze. Obserwowałem z okien swojego rodzinnego domu postępującą grubość warstwy białego puchu i kiedy nasypało na ławkę w ogrodzie na wysokość około 20 centymetrów, byłem zachwycony. Dzisiaj śniegu jest mniej, a skoro pod wieczór przymroziło, to chyba nie dopada w nocy. Że akurat nie muszę korzystać w auta w taką porę, cieszę się z tego fragmentu śnieżnej zimy. Przynajmniej świat wygląda atrakcyjniej.

633.

    Dzisiaj w TVP Kultura leci akurat "Rękopis znaleziony w Saragossie" - słynny film Wojciecha Hasa nakręcony na podstawie szkatułkowej powieści Jana Potockiego. Pewnie napiszę jeszcze o tym filmie, a teraz chciałbym przytoczyć pewien miękki spór, jaki potoczył się pomiędzy mną, a pewnym, jak sądzę, nie do końca żyjącym w realnym świecie sympatykiem pisu. Spór miał miejsce na facebooku i rozpoczął się w momencie, gdy zareagowałem na wpis jednej pani, która wyraziła się, że raczej nie obejrzy filmu w telewizji kierowanej przez kurskiego, gdyż telewizję pisowską bojkotuje. Ośmieliłem się poprzeć komentarz tej pani, wyjaśniając dość oględnie, że i ja bojkotuję tę dawną telewizję publiczną, gdyż stała się ona telewizją jednej partii, co mnie się akurat nie podoba, gdyż rozumiem, że taka telewizja powinna prezentować szeroki wachlarz poglądów społecznych i politycznych. Wspomniałem też, że takie stacje jak Polsat, TVN czy Trwam mają zupełnie inny charakter - są to kanały prywatne lub quasi prywatne, jak Trwam, i te trzy stacje nie mają wymogu wypowiadać się za całe społeczeństwo, gdyż są to instytucje medialne prywatne lub stworzone dla określonych odbiorców, więc nie muszą prezentować programów, które zaspokajałyby gusty wszystkich odbiorców. Między innymi dlatego nie bojkotuję, chociaż nie oglądam, telewizji Trwam, bo wiem, że musi ona przekazywać informacji przydatnych dla środowisk liberalnych czy lewicowych.

    Zwróćmy uwagę, że ilekroć w Polsce wkracza się na drogę medialnego sporu, to na linii frontu staje TVP i TVN, a jest to u samego zarania spór fałszywy: TVN nie ma obowiązku trafiać do serc i mózgów wszystkich Polaków, a TVP taki obowiązek posiada.

    I oczywiście odezwały się nożyce, które wypowiedziały się, że (no, co mogły powiedzieć?), że tak samo było za PO/PSL i że w każdym europejskim kraju tak jest, że stacja państwowa prezentuje li tylko poglądy zwycięskiej partii i jej elektoratu. Ponadto mój adwersarz ośmielił się włączyć do telewizji państwowych prywatne, komercyjne konsorcjum RTL. Oczywiście zawsze kiedy spotykają mnie takie niedorzeczności ze strony interlokutora, przerywam dyskusję, bo kontynuowanie jej uważam za bezcelowe, gdyż trudno mi brać się za bary ze słoniem. W przypadku korzystania z facebooka jedyną możliwością przerwania bezsensownej dyskusji jest zablokowanie gości, co też uczyniłem.

634.

    Sięgnąłem przed paroma dniami po "Zbrodnię i karę" Dostojewskiego (podejrzewam, że czytam tę powieść już po raz czwarty). Tym razem cel przeczytania tej opowieści zabrzmiał jednoznacznie: chciałem sprawdzić, czy po którymś tam razie czytania tej lektury "Zbrodnia i kara" pozostanie najlepszą według mnie powieścią, jaką kiedykolwiek czytałem. A może jednak zmienię zdanie? Nie, nie zmieniam swojego stosunku do tej powieści i, co może wydać się dziwne, czytając tę znaną mi przecież opowieść, podświadomie pragnę, aby zbrodnia jaką dokonał Raskolnikow na dwóch kobietach, nie wydała się. Dziwne to, gdyż właściwie zdrowy rozsądek powinien nakazywać mi, abym potępiał jakąkolwiek zbrodnię.

    Równocześnie czytam świetną sztukę Frederico Garcii Lorki, "Yerma".


[20.01.2022, Toruń]


FRAZEOLOGIZMY (41 - 50)

 

Tamara Łempicka (1898 - 1980)
Portret  Markiza  d'Afflito, (1925)


41. egipskie ciemności - nieprzenikniona ciemność:

"Acha, nie ma prądu! Zupełnie tak jak w PRL-u. Zapalmy chociaż świeczkę, bo tu panują egipskie ciemności."


42. eliksir młodości - napój, wywar, produkt kosmetyczny, który poprawia wygląd bądź kondycję człowieka:

"Zielona herbata jest często reklamowana jako eliksir młodości. Trudno powiedzieć, ile w tym prawdy."


43. efekt kuli śniegowej - coś przybiera na sile, na mocy, coś wzrasta, powiększa się itp.:

"Na początku tylko mówiło się łatwiejszym dostępie do kredytów, ale potem zadziałał efekt kuli śniegowej i budować swój dom chciał prawie każdy. Wydaje się, że nasi rodacy zaczęli rozumować w taki sposób, że jeżeli mojego sąsiada z bloku stać na pożyczkę, to dlaczego mnie ma nie stać na taki luksus."


44. egzamin dojrzałości - matura: Każdego roku w maju do egzaminu dojrzałości przystępuje kilkaset tysięcy młodych ludzi.


45. eksmisja na bruk - usunięcie z zajmowanego mieszkania, domu bez zapewnienia lokalu zastępczego:

"Marian nie mógł się odnaleźć w nowych realiach. Zmieniał pracę co rusz, aż w końcu zasilił szeregi bezrobotnych. Od kilku cienko śpiewa i grozi mu eksmisja na bruk."


46. elegant z morskiej piany/z morskiej pianki/z Mosiny (regionalne) i - zazwyczaj z ironią, żartem o kimś ubranym z przesadną elegancją nieadekwatną do okoliczności:

"Wszyscy w urzędzie zapamiętali go po pierwszej wizycie. Taki elegant z morskiej piany wśród szaro ubranych ludzi stojących w kolejce po zasiłek. Co prawda marynarki i spodnie pamiętają modę sprzed kilku lat, ale chustkami i fryzurą nadrabia wiele."


47. emigracja wewnętrzna - wycofanie się z czynnego życia politycznego, artystycznego, umysłowego itp., protestując przeciwko czemuś:

"Wielu artystów po ogłoszeniu stanu wojennego wybrało emigrację wewnętrzną, choćby z tego powodu, żeby nie kojarzyć się w żaden sposób z aparatem władzy."


48. erotoman gawędziarz - ironicznie lub - żartobliwie o mężczyźnie przechwalającym się podbojami miłosnymi:

"Z Mirka to był zawsze erotoman gawędziarz, a kiedy jakaś kobieta nim się zainteresowała naprawdę, to ze wstydu słowa nie mógł wydobyć z siebie i robił się cały czerwony. Sześćdziesiątkę miał na karku, a bez pomocy kolegów z sanatorium sam siedziałby przy stoliku przez cały dancing."


49. ezopowy język - zakamuflowany sposób mówienia lub pisania; styl enigmatyczny, zagadkowy


50. fakt faktem - rzeczywiście, istotnie; tak jest i nie inaczej:

"Zawsze są dwie strony medalu. Fakt faktem, działalność artystyczna daje mnóstwo wolności, ale też najpierw wymagane jest dużo samozaparcia, a potem długo trzeba udowadniać, że jest się dobrym. Na początku tej drogi zdarzają się chwile zwątpienia i czasem mocno odczuwalny jest brak stabilizacji w życiu."


[20.01.2022, Toruń]