Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

16 listopada 2015

WIELKA RADOŚĆ

Zdarzyło się to, co zdarzyć się musiało - w odnowionej części kawiarenki, z tym transparentnym, otwartym na niebiosa dachem przywitali się nareszcie najnowsi obywatele Ciżemek: Anna z zacnego państwa Krachów domu wraz ze swym syberyjskim mężem  Wołodią, Joanna i Piotr, którzy wcześniej zaludnili ciżemkowskie włości wraz z pięknym zwierzęcym inwentarzem, oraz pan radca Krach z małżonką, którzy zażyczyli sobie, aby pierwsze oficjalne spotkanie młodych właśnie w kawiarence się odbyło. Na specjalne życzenie pana radcy za stołami do wspólnej wieczerzy usiadła pani Marysia z małżonkiem. Tak, tak, tego wieczoru pan Adam miał być gościem w swoim własnym przybytku, nie zaś jego właścicielem, a gospodarzem uroczystości została pani kucharka, która przepięknie dyrygowała kawiarenkową młodzieżą, aby wszystkim gościom nie zabrakło ani jadła, ani napoju, ani też przyjemnego samopoczucia.
Zatem przy pierogach z mięsem i kapustą, przy tej straszliwie niezdrowej golonce, przy ćwikle i śmietankowym chrzanie, przy roszpunce i rukoli nasączonych oliwkowo-winno-octową zalewą, przy   
borówkowo-żurawinowej konfiturze, przy pstrągu w cytrynowym sosie, przy brzozowej lemoniadzie, szampanie i żmijówce z Korei, przy serniczku puszystym, wiedeńskim, przy zielonej herbacie i kawie z kardamonem, przy tym wszystkim, co podniebieniu miłe bawiono się rozmową; najczęściej o tej dalekiej wschodniej krainie, skąd Wołodia z żoną  przyjechali w rodzinne Anny strony.
Prześlicznie kaleczący akcent Wołodia początkowo syberyjskim opowieściom ustępował żonie, lecz wkrótce po wypiciu i koniecznym rosyjskim, długim i z samego serca wyrwanym toaście ośmielił się do opowieści Anny przyłączyć skwapliwie, a później to już prawie wcale wódki nie pił, bo w rzeczy samej nie był on alkoholu gorliwym zwolennikiem. O tak, podczas wypraw w tajgę zabierał flaszeczkę z tym napojem, lecz głównie to po, aby przed snem rozgrzać swoje trzewia i pokornie przymknąć oczy przed kolejnego dnia świtem. A teraz szczególnie, gdy Anna w błogosławionym stanie przebywała, postanowił na ten daleki z jego perspektywy kraj, jedynie trzeźwym patrzeć wzrokiem.
A kiedy już goście nasycili chętne opowieści uszy, Wołodia wstał i porwał swego teścia, pana radcę Kracha w swoje ramiona, i wyrzekł:
- Panie ojcze kochany, mnie się nikadga nie marzyło to, co pan ojciec uczynił dla nas w tym hutorze dom postawiwszy. Ja tobie obiecuję odpłacić nie tolka córkę twoją miłując do kańca żywota, lecz uczynię wsio sztoby nam wmiestie chwatiło i dienieg i szczastia.
To mówiąc radcę Kracha wyściskał tak szczodrze, że ten niemal by z tych pieszczot ostatni dech postradał. A kiedy już Wołodia pana radcę na ziemi postawił, obrócił się ku swej brzemiennej małżonce, w ramiona ją pochwycił i uniósł, uniósł pod żyrandole tak wysoko, i głowę swą do jej wzniosłego łona przytulił, a uczyniwszy to wykrzyknął:
- Mojaż ci ona, i żiena i riebioniok moj wljublionnyj!
A przyjaciele natenczas wstali, klaszczeniem w dłonie swoją radość w górę wznieśli, a Piotr z Joanną tak czule wpatrzyli się w siebie, a kawiarennik napotkał Marysi druzgocące spojrzenie i taka spontaniczna radość rozniosła się po sali, takie to teatrum się napoczęło, że i w sąsiedniej sali podniósł się tumult i co i rusz który z pozostałych gości zaglądał, by sprawdzić, co też Wołodia z Anną wyczynia i skąd ten aplauz powstawał.
A kiedy już tę arię prześwietną odbyto, panie skupiły się w jednym miejscu, panowie inny stolik do posiedzenia przysposobili i rozmowom w tych mniejszych gronach nie było końca.
A o czym rozprawiali, tego sam stary pisarz siedzący swoim zwyczajem w kąciku przy kubku ciepłego jeszcze mleka nie był w stanie dociec, więc co tylko mógł, co zasłyszał, jakieś urywki konwersacji pilnie w swoim kajecie opisywał - on również cieszył się szczęściem ogółu, a jeśli tak było, to przecież że i dla jego pisania lepiej, bo wtedy samo pióro znaczy błękitne ślady na białej karcie papieru i nie trzeba mu w tym pomagać.

[14.11.2015, Grabonoš, w Słowenii]

13 listopada 2015

TAM GDZIE NIE ISTNIEJE CZAS (2)

- Pawełku, zjadłeś wszystko?
Opiekunka jak zwykle pilnowała mnie, abym nie zaniedbywał ustalonych godzin posiłków. Współczułem jej, gdyż codziennie cztero- czy pięciokrotnie odbywała drogę krętymi schodami do mojego pokoju znajdującego się na najwyższym pokładzie zamkowej baszty.
- Zjadłem wszystko - odpowiedziałem - i te gotowane jajka, i pomidory z sałatą, i ten razowy chlebek posmarowany masełkiem. Nawet bawarkę wypiłem.
- Dobre dziecko - westchnęła - a brałeś już kąpiel? - zapytała z pewnością dlatego, że siedząc w bujanym fotelu w samym rogu mojego pokoju, z dala od okna, widziała mnie w szarym szlafroku z granatowymi lampasami. W tym szlafroku mogłem wyglądać na 55 lat a może i więcej.
- Brałem, proszę pani - odpowiedziałem beznamiętnie, a przy okazji zastanowiłem się, czy ta codzienna kąpiel nie jest przypadkiem zbędna, zważywszy na to jak sterylny tryb życia prowadzę.
- Na pewno nie umyłeś dobrze plecków, Pawełku - stwierdziła - pamiętaj, aby następnym razem mnie zawołać. Mali chłopcy nie zawsze dbają o higienę.
To ja jej wtedy opowiedziałem o tym, co wydarzyło się w telewizorze w czasie przeznaczonym na relaks. Zszedłem zatem o wiadomej porze do sali telewizyjnej, włączyłem odbiornik, w którym szedł sobie równym krokiem pewien program o książkach. Trzy panie opowiadały sobie o tym, co ostatnio przeczytały i w związku z tym były mniej lub bardziej zachwycone, a nawet uskarżały się na to, że może nie do końca podoba im się to, co napisano. Były trzy książki - wszystkie powieści i każda z pań je wcześniej przeczytała. Opowiadały sobie o nich, opowiadały, a potem odbyło się głosowanie nad tym, która powieść zachwyca bardziej, która mniej, a która nie zachwyca wcale.
Jedna z pań słusznie zauważyła, że w jednej z opowieści nie ma niczego nowego, przed czym mogłyby uklęknąć albo poważnie się zastanowić. Chodziło jej o brak nowego ujęcia tematu, jakiejś oryginalnej siły przekazu, co to miałaby wprawić czytającego w podziw i wtedy pomyślałem sobie, że pewnie tej pani chodzi o coś takiego, co wydarzyło się dawno temu i stało moim udziałem podczas gry w piłkę nożną z chłopakami, kiedy to dostając z lewej flanki podanie wprost na nogę do uderzenia z woleja, wmieszała się w to wszystko kura sąsiadki i uprzedzając podawaną piłkę, przymusiła mnie do oddania strzału, który dla niej był egzekucją, bo trafiłem z czuba prosto w serce i podgardle, przez co kura przeniosła się automatycznie na tamten świat, nieświadoma tego, że wpadła w samo okienko bramki. Tak, to był niezwykle oryginalny sposób strzelenia gola.
Druga z pań zganiła z kolei inną opowieść za to, że nie jest dostatecznie uniwersalna i w końcu wszystkie panie zgodziły się co do tego, że trzecia powieść traktująca o drugorzędnych cechach płciowych autorki książki zachwyca najbardziej, albowiem posługuje się językiem więcej niż śmiałym, co już samo w sobie jest interesujące.
Opowiadałem jeszcze przez godzinkę o tym, co zdarzyło się tego dnia, a opiekunka cierpliwie słuchała, lecz przecież każda cierpliwość ma swoje optymistyczne zakończenie i opiekunka zasnęła na tym bujanym fotelu, więc wziąłem ją na ręce i zniosłem do pokoju opiekunek, a nawet ułożyłem ją na jednym z łóżek i przykryłem kołdrą aż po sam podbródek.
Wspiąłem się potem po schodach do swojego pokoju i rozesłałem łoże, i myślałem intensywnie o jutrzejszej podróży, bo chciałem koniecznie dotrzymać obietnicę złożoną matce.
- A to się zdziwią panie Ela, Dziuńka i Wala, kiedy zapytam je o swoją matkę - pomyślałem, ale byłem nadzwyczaj spokojny - przy okazji zapytam się o ojca - dodałem kolejną myśl i w czasie tego myślenia odezwał się telefon, a w nim jakiś zakłopotany głos.
Zawsze mi się wydawało, że to mój głos docierający do rozmówcy przez telefon wprawia w zakłopotanie; tym razem było inaczej.
- Czy wiesz, Pawełku, że jeden taki pan w telewizorze powiedział dzisiaj, że twoi rodzice razem z tymi wszystkimi innymi byli zdrajcami? Zdrajcami kraju! - dodał pospiesznie.
- Nie wiem, proszę pana - odparłem - jadłem kolację, a potem poszedłem się wykąpać, a później opowiadałem opiekunce o swoim dniu, co zazwyczaj robię, więc nic takiego nie słyszałem. Czyżby była to prawda?
Wtedy ten głos kategorycznie zaprzeczył, że oczywiście w to nie wierzy, ale musiał mi o tym powiedzieć, choćby dlatego, że jestem ich jedynym synem, więc powinienem o tym wiedzieć. Ten głos powiedział jeszcze, że na pewno mój ociec i moja matka to w grobie by się przewrócili, gdyby to usłyszeli, więc może lepiej by było, gdybym im nie mówił. Odpowiedziałem na to, że byłem u matki i ona wie o tym, co wygadywał ten kunus i przyjęła to neutralnie, nie była poirytowana, jedynie lekko zakłopotana i chyba bardziej martwiła się tym, co ja myślę o tych słowach.
- Tam jest, proszę pana, inaczej - powiedziałem - tam nawet czas nie istnieje - dodałem.
Na zakończenie uzupełnił, że powtórka programu jest pojutrze, a gdybym nie miał sposobności obejrzeć i wysłuchać, to on mi nagra tę wypowiedź.
Odłożyłem słuchawkę.
- No to, Pawełku, teraz pora spać - powiedziałem do siebie - jutro czeka cię ciężki dzień… i nie zapomnij zjeść rano na śniadanie kaszki manny, bo wiesz, że od kaszy…

[11.11.2015, Wiedeń]

PATYK (fragment Prowincji)

Chłopiec brał do ręki patyk (wcześniej go urwał albo znalazł w gęstwinie nadbrzeżnych krzewów), który miał imitować kierownicę autobusu. Później ten patyk został zastąpiony przez zaciśnięte na niewidzialnej kierownicy dłonie. Podczas każdego zakrętu jego piąstki mocno obejmujące wyimaginowany ster zataczały obszerne kręgi; także kiedy przystawał, delikatnie skierowywał przednie koła autobusu w prawo, aby całe auto idealnie pomieściło się w owalnej zatoczce przystanku. Kiedy zatrzymał się, warkot silnika dobywający się z jego gardła przycichał, a on miał czas na to, aby zająć się sprzedażą i kasowaniem biletów.
- Pani do Krakowa, aha, dwanaście pięćdziesiąt. Pan do Warszawy? Równe sześć złotych, a państwo aż do Szczecina - to będzie dwadzieścia cztery złote, piętnaście groszy.
I wyruszał objeżdżając cały kraj, a w rzeczywistości te wszystkie miasta, jakie mijał, te autobusowe dworce, gdzie przystawał, mieściły się na dłoni jego dzieciństwa.

[Budapeszt, 09.11.2015]

KWIATKI STOKROTKI

„- Babciu, a możesz się spóźnić?
- Gdzie?
- No.. na to umarcie…”
Tym optymistycznym akcentem kończy się ciepła, radosna, momentami wzruszająca i pełna humoru, z wielką swadą i starannością napisana książeczka Stokrotki.
Obawiam się, że nie będzie to recenzja.
Ale zacznijmy jak Pan Bóg przykazał i wszyscy Aniołowie.
Na początek stanowczy protest. Dlaczego „Zwariowałam”? Nie tylko nie „zwariowałam”, lecz uczyniłam to, co do mnie należało. Dlaczego? Wyjaśnienie niech poniżej będzie położone.
„Po domu i ogrodzie babci Broni, w którym przez całe dzieciństwo spędzałam dwa miesiące wakacji, nie pozostał nawet ślad”.
Tak, Stokrotko, jeżeli w twoim przekornym stwierdzeniu o podjęciu ryzyka pisania jest jakaś odrobina szaleństwa, to widzę w nim całkiem logiczną i uzasadnioną konieczność pozostawienia po sobie śladu.
Czy w naszym życiu przypadkiem nie chodzi  t a k ż e  o to, aby ślad swój w pamięci naszych najbliższych, bliskich i cokolwiek dalszych pozostawić?
Ogródka babci Broni już nie ma, lecz wciąż istnieje w Twojej pamięci i pamięci tych, którzy Ciebie czytali.
Łazienki Królewskie pewnie zostaną, lecz przecież sedno opowieści o nich nie zamyka się w opisie architektury i wspomożonej pieczołowitymi rękoma ogrodnika naturze, lecz nade wszystko ten park przeuroczy, historyczne i kulturowe płuca Warszawy liczą się r ó w n i e ż  dlatego, że zamieszkała w nim Twoja świadomość, uczucia i pamięć. 
Ci, którzy podejmują się tego niezwykle trudnego i żmudnego opowiadania o życiu swoim i najbliższych, obierają rozmaite formy kompozycyjne. Jedni prowadzą dziennik, decydując się na opis niemal każdego dnia; inni - kronikarze skupiają się na najistotniejszych wydarzeniach minionego życia; biografowie i autorzy wspomnień łączą wyżej wymienione schematy, Ty, Stokrotko wybrałaś z kolei formę luźnych, aczkolwiek na swój sposób uporządkowanych refleksji o życiu tym minionym i tym, które zatacza wokół Ciebie kolejny krąg… i ta koncepcja bardzo mi odpowiada, i świadczy ona także o tym, że ten pomysł opisania świata w znacznej mierze dojrzewał powoli, lecz sama decyzja zapadła spontanicznie. Czy mylę się?
Jeśli już mówimy o uporządkowaniu, to trzeba pochwalić Twój zamysł podzielenia się z czytelnikiem zasadnie nostalgiczną, choć wyważoną i ciepłą przeszłością, jaka pobrzmiewa w pierwszym rozdziale Twojej książeczki; drugą poświęciłaś podróżom, pewnie nie wszystkim, lecz tym szczególnie wartym upamiętnienia; w trzeciej odnajdujemy Ciebie w czasie rzeczywistym… i w końcu czwarta, w której każesz żyć pełnią radości najmłodszemu pokoleniu.
Taka właśnie kompozycja książki wydaje się jak najbardziej logiczna, bo mimo tego, że opowiastki w znacznej mierze krótkie, to jednak pozostają pod kontrolą autorki.
No dobrze, rozbijmy jednak atomy materii, nie wszystkie, lecz te, które piszącemu te słowa wydają się najbliższe - o pozostałych dajmy wypowiedzieć się innym. W rzeczy samej te opowieści o babcinych ogródkach i o tym drzewie schadzek w łazienkowskim parku trafiają w czułe punkty mojej pamięci, bo przecież czytając te ciepłe, pełne uroku i skrywanego pod powiekami smuteczku słowa, każdy z nas, czytelników automatycznie sięga do historii swojego życia. Tak, tak, Stokrotko i moja babcia miała taki ogród, co ślad już po nim zaginął, i miałem takie drzewo, którego nazwy nigdy nie znałem. 
Zaprawdę, dobra literatura to taka, przez kontakt z którą sięgamy do źródeł własnej pamięci… czyż trzeba cokolwiek dodawać?
Są w książeczce również podróżnicze opowieści, które czyta się z zapałem już choćby dla poznania lub dowiedzenia się czegoś więcej o krainach, do których nie dane było dotrzeć każdemu z nas. W Stokrotce tkwi ta pasja poznawania nowego, obcowania z kulturą, architekturą, z ludźmi, których nie ocenia, lecz im się przygląda ciekawie. Urzekający i niepowtarzalny jest opis nie znanej mi Argentyny; zwraca też uwagę bystrość i przenikliwość postrzegania Rosji - kraju kontrastów; fascynuje miłość do Tatr, a dla mnie też odwaga z jaką Stokrotka przemierza trudne i zbyt niebezpieczne, jak dla mnie szlaki.
Ale ta podróż szlakiem Mickiewicza wydaje się przebijać wszystkie pozostałe opowieści. I nie wiem, czy jest to uczucie zobiektywizowane, czy może formułując ten sąd, orzekam to we własnym, bardzo subiektywnym odczuwaniu pisanego słowa. A może przemawia przeze mnie nieagresywna zazdrość, gdyż chciałbym pewnego dnia, jeśli życia starczy, wybrać się w Nowogródzkie Strony.
A teraz pora na zabranie głosu z innego punktu widzenia. 
Upraszam wszystkich, którzy książeczkę Stokrotki znają, aby przeczytali po raz wtóry dwa króciutkie opowiadanka: „Babuszka” i „Dziedziczenie?”. Zwłaszcza to pierwsze. Stokrotko, czy ty wiesz, ze to jest klasa światowa?  To prawdziwy majstersztyk. Nie żartuję. „Babuszka” w swoim obrazowaniu, prostocie, zwięzłości, celnej poincie przywodzi mi na myśl „Starego człowieka przy moście”  Hemingwaya, opowiadanie które ten genialny pisarz przesłał, bodajże do chicagowskiej prasy telegraficznie. Nie żartuję - to doskonały tekst. W „Dziedziczeniu?” z kolei potrafiłaś bardzo celnie wyrazić swoje uczucia nie mówiąc o nich wprost - to niezwykle trudne, kiedy pisze się, mając na uwadze osobę, którą bardzo się kochało… a ponadto ten tekst ma tak wiele wspólnego z moim światem… 
Podobna w klimacie jest opowiastka „Nie chciałam”. Tutaj nie potrafiłaś wygasić swoich uczuć… bardzo rozumiem, też bym nie potrafił.
Zdecydowana większość Twoich króciutkich tekstów, Stokrotko, to takie osobliwe perełki i nie piszę tego, aby Ci kadzić, po prostu jako zwariowany adorator zwięzłych, precyzyjnych i dających wiele do myślenia form literackich, tak uważam… kropka.
Poprzestańmy na tym, choć chciałoby się jeszcze raz odwiedzić Kazimierz nad Wisłą, sprawdzić, czy Szczerbatemu na poduszce kolejny ząb nie wyrasta, podyskutować z Pytalskim o seksie i przekonać się, czy osobisty małżonek Stokrotki nie pomyli… tym razem szkoły… ale i czas pogania, i chcąc być w zgodzie z samym sobą, należałoby może w tym miejscu kropkę postawić, skoro nie potrafiło się napisać zwięźlej i dosadniej.
Dziękuję za tę książeczkę, Stokrotko.

[13.11.2015, Vasegerszeg na Węgrzech]

12 listopada 2015

TAM GDZIE NIE ISTNIEJE CZAS (1)

(1)
Kiedy pierwszy raz usłyszałem od niego, że są przestępcami, a dokładniej - należą do grupy przestępczej, po prostu go wyłączyłem.
Ubrałem się w ten granatowy dresik i włożyłem na siebie szarą kurtkę z kapturem, rumuńską, bardzo dobrze ja pamiętam, i mogłem w niej wyglądać jak street dancer albo jaki raper, co to wypluwa z siebie słowa i wykrzykuje rękoma, a na głowie ma taki kaptur i głowę ma łysą, i ma brzuch solidny, taki wypasiony, a w ogóle jest umięśniony, bo spędza sporo czasu na siłowni. Ale wtedy moja rumuńska kurtka nie wiedziała jeszcze, że istnieją raperzy; co najwyżej mogli ją nosić amerykańscy bokserzy na filmach albo murzyni z Harlemu, ciskający piłkę do kosza.
Ubrałem tę kurtkę, bo był wiatr, strasznie wtedy wiało i natychmiast pobiegłem do niej, a oburzenie trzymałem w zaciśniętych pięściach.
Matka poznała, że jestem wstrząśnięty. Skąd u wszystkich matek świata ten dar rozpoznawania myśli dziecka? Nie wiem.
Oczywiście przywitaliśmy się i usiedliśmy na ławeczce pod świerczkiem. Gdyby nie ten wiatr byłoby przyjemnie a nawet ciepło, a moja matka była biała, zupełnie biała i było jej zimno, więc przysunęła się do mnie i wiem, że nogi jej drżały. Zaproponowałem jej, aby okryła się moją kurtką, zwłaszcza plecy, bo w plecach, odkąd pamiętam, zawsze czuła chłód i mówiła, że to od pleców się zaczyna, od pleców i zimnych stóp. Ale nie chciała założyć mojej rumuńskiej kurtki z kapturem, mówiła, że chociaż drży, to już się przyzwyczaiła do zimna - człowiek do wszystkiego się przyzwyczai.
Ja nie mogę. Od zawsze tkwi we mnie jakiś opór i niezgoda, tak jak wtedy, kiedy ten kunus nazwał mojego ojca i matkę przestępcami, bo tak mu pasowało.
Zapytałem gdzie podział się ojciec i czy wobec braku jego obecności będziemy tak siedzieć tylko we dwoje, a ja przecież przyszedłem w odwiedziny do obojga.
W jej bladym spojrzeniu mieszała się konsternacja z dobrotliwym uśmiechem. Przemówiła:
- Mamy do wyboru następujące możliwości: pojechał z Leszkiem na ryby albo z Doleckim do lasu na grzyby. Możliwe też, że puszcza race w noc świętojańską lub czyści broń przed zawodami. Jest też prawdopodobne, że poszedł wyszukać choinkę na święta albo też ma zmianę zmian, a to oznacza, że śpi i wolałabym go nie budzić, bo wiesz, że ta zmiana zmian oznacza….
- …że pracuje  się szesnaście godzin na dobę - dokończyłem.
- Właśnie. 
I właśnie wtedy opowiedziałem jej o tym, co powiedział ten kunus, a ona odparła, że nie jest zdziwiona, ale może to i lepiej, że ojca nie ma, bo jest porywczy i mógłby tego nie przeżyć. Potem zastanowiła się nad tym, co jej powiedziałem, spojrzała na mnie z taką miną, której nie potrafiłem rozszyfrować i zapytała mnie, czy w to wierzę. Dosłownie wyraziła się w ten sposób:
- Chyba syneczku w to nie wierzysz - jej biała, przezroczysta twarz zdradzała niepokój, niepotrzebnie, bo nie dawałem wiary tamtym oskarżeniom, lecz matka musiała jednak dodać: 
- Gdybyś miał jakieś wątpliwości, zawsze możesz zapytać ludzi, którzy mnie znali… zrobisz to?
Rzadko całowałem dłonie swojej matki, ale wtedy je ucałowałem. Były zimne, a mogę przysiąc, że moje usta wprost przedostawały się przez tę bielutką tkankę jej dłoni, jakby te dłonie zbudowane były z mgły.
Wierzyłem jej, nie miałem najmniejszego powodu, aby w nią wątpić, lecz obiecałem jej, że odszukam tych wszystkich ludzi, którzy ją znali i zapytam.
- Mój ty syneczku - powiedziała i, przyznać muszę, że wzruszyła mnie ta tkliwość z jej strony, bo zwykle nie okazywała przesadnie swoich uczuć w stosunku do mnie; one rodziły się bez słów.
Potem sobie porozmawialiśmy, bo chciała się dowiedzieć jak najwięcej, a ja odpowiadałem, lecz niechętnie, bo w sumie wolałem o sobie nie mówić zbyt wiele, nie było o czym.
Tam na ławeczce pod świerczkiem moja matka miała 33 lata i była sporo młodsza ode mnie, bo ja zawsze myślałem, że ma akurat tyle lat i wcale się nie zestarzała.
- Tutaj, Pawełku, czas nie istnieje - powiedziała, a kiedy porozmawialiśmy wystarczająco długo, moja matka rozpłynęła się i poszła do siebie, a ja planowałem już w rozproszonych swoich myślach podróż do pani Dziuni, do pań Basi, Eli, Walentyny, do sąsiadki; także do pana Leszka i brata pana Leszka i do kilku jeszcze innych, aby zapytać ich o moją matkę.

[11.11.2015, Wiedeń]

07 listopada 2015

NAD STAWAMI (fragment 8.)

- O nic nie pytaj i nie sprzeciwiaj się - tłumaczył. 
Chociaż doskonale znał drogę, jechał wolno. Mgła snuła się wąskimi pasami równolegle do mokrej tafli asfaltu na wysokości reflektorów.
- Początkowo myślałam, że…
- Myślałaś, że odwożę cię do ciotki. Skoro już ustaliliśmy, że spędzisz ze mną dwie noce i rozmawiałaś o tym przy mnie z ciotką, choć pięknie skłamałaś, że jesteś wciąż u koleżanki i wybieracie się jutro na wycieczkę, oczywiście w towarzystwie rodziców koleżanki - mówił to z uśmiechem - skoro więc jest to ustalone, to nie będziemy się temu przeciwstawiać - nagle ściszył głos - no chyba, że nie chcesz… boisz się…
- Nie boję się. Wydawało mi się, że miałeś inne plany na weekend i przeszkodziłam ci w tym.
- Ryby grzecznie na mnie poczekają.
- Wiem, ale tym sposobem robisz krok dalej. Może niepotrzebnie?
Całkiem miło było nam nad  t w o i m i  stawami.
- Dziewczyno… gdyby to była inna pora roku, to i owszem, mogłabyś tam ze mną zostać i nie musiałbym się o ciebie martwić. Co innego facet taki jak ja, a co innego dziewczyna.
- Uważaj! - krzyknęła.
Dwie sarny przechadzały się poboczem, nie zdradzając wszakże chęci przejścia na drugą stronę drogi. Mimo to przyhamował i przezornie zjechał na lewy, przeciwległy pas.
- Częściej wychodzą na żer nad ranem. Pewnie otumaniła je mgła - stwierdził. W dalszym ciągu jechał ostrożnie na niższym biegu.
- Dlaczego „co innego”? Nie rozumiem.
- Przecież nawet się porządnie nie umyjesz, nie wyśpisz. To nie są warunki dla kobiety. Tak, tak… teraz mi pewnie powiesz, że nie masz wygórowanych wymagań.
- Bo nie mam… choć wiesz… z drugiej strony chciałabym poznać, jak mieszkasz. Może się jednak nie zawiodę.
Przejeżdżali teraz przez miasteczko. Mgła wciąż gęstniała, a uliczne latarnie emanujące wątłym, pomarańczowym światłem potęgowały jedynie wrażenie nieprzezroczystości powietrza. Samochód przedzierał się przez coraz bardziej lepkie i przesycone wilgocią pokłady matowej zawiesiny nietkniętej najmniejszym podmuchem wiatru. Przez chwilę, kiedy auto zagłębiało się w tę białą masę, drobinki chmurnej pary unosiły się nieznacznie ponad dach busa, lecz wkrótce opadały bezszelestnie i łączyły na trwale z hurmą miliardów nasyconych kropel mgły rozlanej nad miasteczkiem.
Przypomniał sobie, że w czasach, gdy miasteczko było jego domem, lubił przechadzać się uliczkami podczas takiej permanentnej mgławicy, podczas której nieliczni przechodnie jakich mijał, pojawiali się nagle i zdecydowanie wcześniej słyszał ich, aniżeli był w stanie zobaczyć.
Podróżowali dalej i jeszcze wolniej niż uprzednio, gdyż wjechali właśnie na drogę biegnącą wzdłuż zwartego kompleksu lasu, gdzie wysokie dęby i buki podszyte były niższymi krzewami głogu, kaliny koralowej i dzikiego bzu. Las zdawał się oddychać intensywniej niż miasto.
Pomyślał, że w jego pokracznym, murowanym domku, wciśniętym w leśną kotlinę panuje niemiłosierny chłód i będzie musiał napalić tak w kuchni, jak i w piecu; łatwiej będzie z łazienką, w której wystarczy wsadzić wtyczkę do kontaktu, uruchamiając podgrzewacz wody, ale i tak będzie chłodno, więc włączy starą farelkę, aby osuszyć wilgotne powietrze. 
Całe szczęście, że zarówno w kuchni jak i w piecu umieścił już szczapy drewna na podpałkę.
Z wiekiem stawał się coraz bardziej zapobiegawczy, jeśli chodzi o te najbardziej typowe, monotonnie powtarzające się dzień po dniu czynności. Nawet lodówkę musiał mieć wypełnioną, niekoniecznie ekskluzywnym towarem, ale zawsze można było coś zjeść, choć jako wszystkożerne zwierzę, nie miał wygórowanych wymagań, a na parapecie w kuchni, w wiklinowym, podłużnym koszyku leżały pomarańcze i mandarynki, lecz nie było jabłek. Nie zdążył wprawdzie posprzątać mieszkania, bo w końcu nie spodziewał się gości i zostawił na oparciach krzeseł spodnie, koszulę, a na stole korespondencję z dwóch tygodni, wodę po goleniu, jakiś tygodnik i teczkę, której nie zabrał z sobą. A czy w ogóle odkurzył dywan w pokoju, czy przetarł lustro w przedpokoju, czy naprawdę nie pozostawił w zlewie nieumytych szklanek.
- Co mówisz? - zapytała nagle i wtedy pomyślał, że to niemożliwe, aby słyszała jego myśli… a może jednak zdarza się coś takiego, jak percepcja czyichś niewypowiedzianych słów.
- Dojeżdżamy - powiedział i wykonał ostry skręt autem kierując się po szutrowej wyboistej drodze w stronę murowanego domku, śpiącemu w ciemności mglistego wieczoru.
A kiedy wysiedli i przeszli przez niedomkniętą bramę na podwórze, kiedy nacisnął klawisz włącznika, zapłonęło światło jedynej żarówki przymocowanej nad drzwiami pod ostrym skłonem dachu. Otworzył drzwi wejściowe i pospiesznie zapalił światło w przedpokoju, kuchni i pokoju. Pospiesznie zdejmowali z siebie wierzchnią warstwę ubrań. 
Podeszli do otwartych drzwi do pokoju. Przymknął mocno oczy zorientowawszy się, że to wszystko, o czym myślał w kontekście pozostawionego nieporządku, było prawdą.
- Jak tu ładnie… pięknie mieszkasz - usłyszał jej głos, kiedy przekraczała próg pokoju.
Odetchnął głęboko, zbyt głęboko. Był skonsternowany.
(...)


05 listopada 2015

NAD STAWAMI (fragment 7.)

Nasunął się zmierzch. Przed godziną uruchomił auto. Przez dwa kwadranse silnik chodził na jałowym biegu. Pod sam koniec włączył ogrzewanie. Zrobili jaki taki porządek, a potem zaskoczyła go pytaniem:
- Pozwoli pan, że będę się zwracać do pana „pozwolisz”?
Udał głębokie zamyślenie, po czym roześmiał się na głos.
- Pozwalam.
Nie mniej zaskoczony był kolejnym:
- Pozwolisz, że przez godzinkę pouczę się biologii?
- Dlaczego nie miałbym pozwolić - odparł - naciśnij ten klawisz, będziesz miała jaśniej.
Zrobiła to i poszperała w torbie. Wydobyła książkę i jabłko. Podała mu jabłko, wsunęła je do jego dłoni.
- Przekrój, zjemy po połowie - powiedziała.
- Dajesz mi jabłko - stwierdził.
- Daję.
- Dajesz mi jabłko, biorę je, kroję na dwie równe połowy, podaję ci jedną część i zanurzamy zęby w miękkim miąższu jabłka.
Wypowiadając te słowa bardzo powoli, wykonywał skrupulatnie poszczególne czynności.
- Co ci jest? - zapytała przełykając pierwszy rozdrobniony kęs jabłka.
- Nic. Poczęstowałaś mnie jabłkiem.
Kiedy czytała, siedząc w środkowej części auta przy składanym stoliku, zrobił herbatę dla obojga i usiadł po drugiej stronie stolika. Milczeli i co jakiś czas skradali się dłońmi po szklane kubki wypełnione gorącą, a później już tylko ciepłą, czarną herbatą, robili łyk lub dwa i odkładali kubki na miejsce. Kiedy skończyła się uczyć biologii, herbata była już chłodna.
- Żebyś sobie nie pomyślał, że ja to już się nie uczę i sobie tak wszystko lekceważę. Mam swoje zasady - powiedziała.
- Cenię to - odparł.
- Bo jeszcze te dwie noce będę tutaj z tobą, jeśli mnie nie wyrzucisz… i pójdę stąd prosto do szkoły w poniedziałek.
- Nie wyrzucę cię. Przecież dałaś mi jabłko.
- Co ty z tym jabłkiem…? To takie ważne dla ciebie?
- Bardzo ważne.
- Nie martw się. Zadzwonię przy tobie do ciotki. Wszystko jej wyjaśnię. Oczywiście nie powiem, że jestem z tobą, bo mogłaby sobie coś pomyśleć złego… ale ona jest wyrozumiała i bardzo dobra dla mnie.
- Więc dlaczego…?
- Dlaczego uciekłam? Tak myślisz? Ja nie uciekłam. Szłam po prostu inną drogą do domu. Tak, to prawda, dalszą i dopadł mnie zmierzch, chwyciło mnie zimno, spotkałam ciebie, to wszystko.
- Bardzo logiczne wyjaśnienie sytuacji - powiedział.
Podciągnęła pod siebie skurczone nogi i przykryła je kocem.
- Nie odpowiedziałeś mi na tamto pytanie - zaczęła.
- Jakie?
- O ten trzeci postulat. Może niedostatecznie jasno się wyraziłam, nazywając to, o czym myślałem postulatem. Wtedy na tym mostku dodałam, że dla mnie byłby ważny.
- Pamiętam. Poruszyło mnie to. Naprawdę. Nie sądziłem…
Wyciągnęła ku niemu dłoń, natrafiając na jego chłodne, zaciśnięte palce.
- Wiesz, wydaje mi się… wyczuwam twój niepokój… coś cię boli.
Nie odpowiadał. Czuł tylko i aż ciepło jej niewielkiej dłoni, i pomyślał sobie, że właściwie to jego palce powinny chwycić drobne kosteczki jej palców, a było odwrotnie.
- Może zrezygnujemy dzisiaj z nocnego połowu ryb - zasugerowała - porozmawiamy sobie… wiesz, chciałabym polubić rozmowę z tobą.
(...)

04 listopada 2015

NAD STAWAMI (fragment 6.)

- To właśnie w tym miejscu - podprowadził ją niemal pod sam wał, który był w istocie kulochwytem dawnej strzelnicy sportowej. - Pamiętam, że kwiecień i maj były wtedy upalne, więc brałem koc, książki, notatki i uczyłem się do matury.
- Opalał się pan?
- Przy okazji się opalałem.
- A te drzewa panu nie przeszkadzały? - wskazała wzrokiem na gęste szpalery brzóz i osik otaczające strzelnicę z południa, zachodu i północy.
- Widzisz… w tych czasach były to niewielkie drzewka, które zresztą sam sadziłem. Nie przypuszczałem nawet, że tak pięknie wyrosną na tym glinianym podłożu.
Przystanęła przy jednej z brzóz i objęła jej pień ramionami. Białe płaty kory były ciepłe.
- Możesz się przytulić do tego pnia. Podobno brzoza ma właściwości lecznicze - powiedział.
- I sok - dopowiedziała.
- Ach tak… i sok. Piłaś?
- Piłam. Lubię sok z brzozy - uśmiechnęła się zagadkowo - to znaczy, że zasadził już pan drzewo. Niejedno drzewo pan zasadził.
- Owszem, mam na swoim koncie wiele drzew.
- A dom? Ma pan swój dom?
W niskim, żółtym, rażącym oczy słońcu, na lekkim, ciepławym wietrze drżały zwiędłe listki brzóz i te większe, bladozielone liście osik. Nasycona wilgocią trawa zdawała się drwić z jesieni i falowała soczystą zielenią wąskich, wysokich łodyg. W ogóle październik przeżywał drugą młodość i gdyby nie mroźne poranki i przedwieczorne mgły mogłoby się wydawać, że to połowa września, który pozazdrościł beztroskiemu latu ciepła.
- Mam swój dom, a właściwie domek - odparł - ale jeśli podążam właściwie za twoimi myślami, to nie zbudowałem tego domku, a zakupiłem.
- Ale to pana dom..
- Mój… nic specjalnego.
- Jeśli ma się swój dom, to już to samo w sobie jest niezwykłe - stwierdziła.
Przeszli dalej, kierując się w stronę niewielkiego mostku, a właściwie kładki położonej nad strumieniem.
- Zawiodłabyś się widząc ten murowany domek na skraju wsi bez wygód, w którym palę węglem i drzewem i nie ma w nim centralnego ogrzewania… są piece kaflowe i jedynie łazienka wygląda lepiej niż pozostałe pomieszczenia.
- Miałam na myśli inny dom. Przecież pan rozumie…
- Domyślam się, że chodzi o to, kto w tym domu zamieszkuje.
- Powiedzmy, że mniej więcej o to mi chodziło.
- A ty przecież nie jesteś bezdomna. Jeżeli dobrze kojarzę, a znam trochę ludzi z miasteczka, w którym mieszkasz… jeżeli dobrze kojarzę… podobna jesteś do zmarłej matki, to twój dom…
- Dużo pan wie… ale mnie chodzi o to, że każdy człowiek, kiedy dorośnie na tyle, aby móc się usamodzielnić, powinien mieć swój dom, rodzinę… tak właśnie myślę.
- I dobrze myślisz.
- A pan… ma pan kogoś? - zamyśliła się - nie, nie, cofam pytanie, nie było tego pytania.
Stali na mostku, obserwując jak krystalicznie przezroczysta woda wcieka wąskim strumyczkiem do największego stawu, jak promienie popołudniowego słońca kapią się w tej leniwie przemieszczającej się strudze.
- A ty wiesz, że właśnie w tym miejscu, tyle że nie stojąc, a siedząc na tym mostku, siedząc i mocząc nogi, napisałem jeden z pierwszych swoich wierszy?
- Da mi pan kiedyś go przeczytać?
- Jeśli tylko go odnajdę….
Oboje patrzyli w stronę niewysokiego wzgórza, spod którego wypływał ten strumień
- Tam musi być solidne źródło, niewyczerpane, skoro tyle lat zasila stawy - pomyślał.
- A to trzecie? - zaczęła niepewnie, nie odwracając ku niemu twarzy - było drzewo, był dom… jak z tym trzecim postulatem?
Chwycił jej dłoń, pociągnął.
- Chodź… zanim dojdziemy do auta, zgaśnie słońce i będzie zimno.
- Nie lubię zimna.
- Wiem. Myślisz, że ten trzeci „postulat” jest ważny? - zapytał.
- Dla mnie byłby ważny. Przebiegniemy się, co?
- Byle nie za szybko - uśmiechnął się.
- A to czemu?
- Droga biegnie blisko stawu i wystraszymy ryby.
- No dobrze. Biegnijmy powoli. Obiecuję, że dzisiaj w nocy przypilnuję tego, aby jakiś głupi szczupak dał się podejść. Sama go podetnę.


Peder Mørk Mønsted - malarz duński (1859-14941)

02 listopada 2015

DUSZE

Zawsze w Zaduszki powracam do tej kaplicy cmentarnej, gdzie rozstawiono stoły, a na nim jadło, trunki i napoje, gdzie mistrz ceremonii zaparasza:
"Czyśćowe duszeczki!
W jakiejkolwiek świata stronie:
Czyli która w smole płonie,
Czyli marznie na dnie rzeczki,
Czyli dla dotkliwszej kary
W surowym wszczepiona drewnie,
Gdy ją w piecu gryzą żary,
I piszczy, i płacze rzewnie;
Każda spieszcie do gromady!
Gromada niech się tu zbierze!
Oto obchodzimy Dziady!
Zstępujcie w święty przybytek;
Jest jałmużna, są pacierze,
I jedzenie, i napitek"
Bo w wierzeniach ludowych, w tej mądrości z ust do ust przekazywanej, jest moralny obowiązek, aby zagubione duszyczki, pełne win strasznych i tych pomniejszych, aby te dusze nakarmić i napoić, aby przynieść im ulgę w cierpieniu.
Lecz winy te nie są w święto Dziadów odpuszczane; przeciwnie, Guślarz przypomina niecne uczynki, beztrostkę, bezmyślność i zaniechanie. A i duchy świadome są swoich przewin:
"Prosim gorczycy dwa ziarna;
A ta usługa tak marna
Stanie za wszystkie odpusty.
Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
Że według bożego rozkazu:
Kto nie doznał goryczy ni razu,
Ten nie dozna słodyczy w niebie."
A przybywają także i inne, dla których postępoków o litość trudno. 
"Nie lubisz umierać z głodu!
A pomnisz, jak raz w jesieni
Wszedłem do twego ogrodu?
Gruszka dojrzewa, jabłko się czerwieni;
Trzy dni nic nie miałem w ustach,
Otrząsnąłem jabłek kilka.
Lecz ogrodnik skryty w chrustach
Zaraz narobił hałasu
I poszczuł psami jak wilka."
Albo...
"My tu czarnym korowodem,
Sowy, kruki i puchacze,
Niegdyś, panku, sługi twoje.
Któreś ty pomorzył głodem,"
Tudzież:
"Nie lubisz umierać z głodu!
Pomnisz, jak w kucyją samą,
Pośród najtęższego chłodu,
Stałam z dziecięciem pod bramą.
Panie! wołałam ze łzami,
Zlituj się nad sierotami! (...)
Ale ty, panie, bez duszy!
Hulając w pjanej ochocie,
Przewalając się po złocie,
Hajdukowi rzekłeś z cicha:
Kto tam gościom trąbi w uszy?
Wypędź żebraczkę, do licha."
Są też dusze przez innych zranione, po których dzisiaj żałoba:
To jest nad rozum człowieczy!
Pasterko! znasz tę osobę?
W tym są jakieś straszne rzeczy.
Po kim ty nosisz żałobę?
Wszak mąż i rodzina zdrowa?
Cóż to! nie mówisz i słowa?
Spojrzyj, odezwij się przecie!
Czyś ty martwa, moje dziecię?
Czegóż uśmiechasz się? czego?
Co w nim widzisz wesołego?
A nasze dzisiejsze dusze, kiedy z ciał ujdzie życie, czy przyjdą na wieczerzę, czy przejmą się tym, że muszą błąkać się po świecie z tornistrem winy na grzbiecie?
A może tak już się porobiło, że wszystko jedno i to samo dla nich jak ludzka pamięć ich wspomina?

[wykorzystano fragmenty części II "Dziadów" Adama Mickiewicza]


01 listopada 2015

NAD STAWAMI (fragment 5.)

Taka niby zwykła jajecznica na boczku, z cebulką pokrojoną w talarki, aby nie przypaliła się zanadto a ledwie zeszkliła; na wierzch drobna garstka startego, tu: zeskrobanego, edamskiego sera, który zastępował parmezan i na koniec kilka plasterków pomidorów dla zmiany smaku i udzielenia koniecznego kontrastu jeśli chodzi o barwę śniadaniowego pożywienia. Do tego oczywiście kromki jeszcze świeżego, pszenno-żytniego chleba i herbata.
A dla siebie wyszukała kakao, zalała je niewielką ilością wody, dodała mleko, a trzy kromki chleba (patrz wyżej) zaciągnęła konfiturą z truskawek.
Jego śniadanie wydawało się bardziej kaloryczne, choć jej było słodsze, więc może z porównaniem tych kalorii to nie jest tak jak sądziła; lecz z całą pewnością było obfitsze, co tłumaczyła mu tym, że jest mężczyzną i należy mu się więcej, bo jest od niej po prostu „większy” i na pewno ma adekwatny do ciężaru ciała żołądek.
Nie mógł się powstrzymać od śmiechu, takiego dobrotliwego…, zresztą śmieli się oboje, przytuleni do siebie plecami, potem bokami, a w końcu siedli naprzeciwko siebie chowając nogi pod wspólnym kocem i było im cieplej.
Potem wlała mu do kieliszka, sporego kieliszka, no, powiedzmy osiemdziesiątkę wódki i był tym faktem zdziwiony.
- No niech pan wypije, potem powiem, dlaczego - powiedziała - i on wypił, a kiedy wypił, to dowiedział się, że teraz, po spożyciu, to nie ma prawa po odpaleniu auta odwieźć ją do domu, bo po alkoholu się przecież nie jeździ.
- Spryciula - krzyknął do niej - ale to nie fair, bo umówiliśmy się, że cię odwiozę, a ciotka z pewnością się niepokoi.
- Nie umawialiśmy się na to. Przecież dzwoniłam - odparła - a wie pan, co dzisiaj za dzień? Wie pan? Dzisiaj jest sobota i nie wrobi mnie pan w żadną szkołę, i wcale nie muszę wracać do domu. Mogę sobie pozostać czas jakiś u koleżanki i pouczyć się do poniedziałkowego sprawdzianu.
- Dobre sobie. Przecież nie jesteś u koleżanki.
- Dam panu jej numer, zadzwoni pan i się dowie, że właśnie u niej jestem, biorę kąpiel, albo wyszłam z jej psem, ma takiego sporego, ale bardzo dobrze wychowanego wilczura, którego zwykle o tej porze wyprowadza się na spacer.
- Wszystko przemyślałaś sobie… podziwiam cię, podziwiam, ale czy godzi się tak kłamać?
Spojrzała na niego wzrokiem aktorki kabaretowej puszczającej oko do publiczności w momencie, w którym spodziewa się braw po zakończeniu anegdoty.
- Pozwoli mi pan z sobą zostać? Pozwoli? Proszę, proszę - i ten kpiarski uśmiech na jej twarzy przeistoczył się w taki mały, potulny smuteczek, po czym spoważniała nagle - no przecież pana nie uwiodę, niech pan się nie boi… - kto wie, czy mówiła to na poważnie, czy może znów posłużyła się łagodną kpiną - widzi pan - dotknęła pod kocem bosymi swoimi stópkami jego stóp - czuje pan, że moje stopy są zimne… bardzo zimne?
- Jesteś niesamowita, dziewczyno.
- Jestem - odpowiedziała - niech pan teraz doje śniadanko, ja na pana popatrzę, a potem powie pan, że było dobre.
A kiedy dojadł, podziękował i pochwalił, pomyślał sobie, że pewnie z tych ryb to już nic a nic nie będzie, ale jakoś nie był szczególnie rozczarowany z tego powodu. 
Dochodziła dwunasta i dzięki słońcu w aucie nie było już chłodno, choć w październiku za dnia najcieplej jest około czternastej. Miał wstać i odpalić busa, a potem, gdy silnik się nagrzeje, puścić znów ciepły nawiew.
- Szkoda paliwa - powiedziała na głos - czasami lubię poleżeć sobie w samo południe. Nic nas nie goni.
- Niech już tak będzie. Możemy sobie poleżeć jaką godzinkę, ale jak chcesz mieć ciepłe nogi, to przysuń się do mnie.
Poczuł na swoim ramieniu jej ramię, potem głowę, a włosy dziewczyny zaczęły łaskotać jego policzki.
- Chcesz jeszcze trochę pospać? - zapytał.
- Tylko przymknę oczy - odparła - lubię leżeć z przymkniętymi oczami.
Po chwili wydawało mu się, że głowa dziewczyny spoczywająca na jego ramieniu staje się odrobinę cięższa. Poczuł też jej rytmiczny, długi oddech, którym ocieplała jego policzki, a kiedy swoimi stopami objął jej drobne stópki, odczytał dotykiem, że nie były już takie zimne.