Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

11 stycznia 2018

CIĄGNIEMY OPOWIEŚĆ DALEJ

Nie był to sen, a raczej wspomnienie wciskające się pomiędzy przymknięte powieki; innym razem wyobrażenie o tym, jak moja matka i matka Anny spotykają się na alejce w parku, albo na wyasfaltowanym placu, na którym odbywały się tańce, a zimą, gdy asfalt był zalany wodą, ta stężała i zaszkliła się, służył dzieciakom za lodowisko. 
Wtedy, kiedy nasze matki się spotykały, nie mieliśmy z Anną zielonego pojęcia ani o parku, ani o tym kwadratowym placu, na jakim zmieściłyby się cztery boiska do siatkówki. Być może czuliśmy błogi chłód kwietniowego południa, gdyż matki siadały na ławeczkach w zacienionych miejscach, nie pozwalając na to, aby intensywne wczesną wiosną tego roku słońce roztapiało plastykowe dachy naszych wózków. Najprawdopodobniej spaliśmy sobie w najlepsze, czasami rozkołysani, nie wiedząc, o czym nasze młode mamy rozmawiają i dlaczego spotykają się regularnie o tej porze dnia, i czemu przychodzą tu same, bez mężów. Nie wiedzieć czemu nasze mamy nie pozwoliły nam z sobą porozmawiać, bo kiedy wybudzaliśmy się i kołysanie wózka nie zdołało nas zainteresować ponownym zaśnięciem, obie wstawały nagle, żegnały się z sobą i odjeżdżały każda w swoją stronę, a ja, jako starszy od Anny o całe trzy miesiące przysiadałem w tej swojej czterokołowej karecie i odprowadzałem wzrokiem wózek, z wnętrza którego rozlegał się płacz, tak inny od mojego, rzadszy, bardziej rozwlekły, zaśpiewany w wyższej tonacji. 
A w sierpniu to już sam pchałem wózek, bo skończywszy dziewięć miesięcy życia zacząłem chodzić i właśnie pod koniec lata mijały dwa miesiące, odkąd chodziłem samodzielnie, a najlepiej i najbezpieczniej czułem się wtedy, gdy spacerowałem sobie z rączkami wczepionymi w przednie oparcie wózka. Oczywiście popisywałem się przed Anną tą moją umiejętnością chodzenia i pchania przed sobą wózka. Anna siedziała w swoim i czasami aż wyrywała się, aby wstać, zeskoczyć z niego i podbiec do mnie. Te trzy miesiące różnicy wieku między nami to szmat czasu, bariera nie do przeskoczenia przez Annę… a dzisiaj? Trzy miesiące, jakie występują pomiędzy datami naszego narodzenia, nie odgrywają żadnej roli, jesteśmy równolatkami, chociaż Annę od znalezienia się w innym kalendarzu, dzieliło zaledwie kilka godzin. Zrobiła niespodziankę rodzicom, wydostając się na świat ostatniego grudnia, choć bilet wstępu miała na drugiego stycznia. Ale tym sposobem, gdy oboje podrośliśmy, dostaliśmy się do tej samej klasy w szkole, a nawet siedzieliśmy w sąsiednich ławkach. Anna wcale nie wyglądała na najmłodszą, ale, nie wiedzieć czemu, spotykała się z syndromem najmłodszej siostrzyczki, która jeszcze nie dorosła i nigdy nie dorośnie do tego, aby zrównoważyć wiek szkolny swoich starszych sióstr i braci, tu koleżanek i kolegów. W szkole podstawowej, w klasie, do której oboje chodziliśmy, utarł się zwyczaj, że „rządzili” w niej najstarsi, ze stycznia, lutego i marca. Ja, schyłkowy wrzesień, nie miałem najlepszych notowań, choć wobec Anny zyskałem przewagę.
Swoją drogą jestem ciekaw, czy przypadkiem syndrom najmłodszej siostrzyczki nie sprawił tego, że Anna miała się okazać najpilniejszą uczennicą w klasie. W każdym bądź razie była ambitna i pracowita, czym pokrywała kompleksy, nie tylko ten związany z tym, że urodziła się najpóźniej, że w związku z tym przy przyjmowaniu do szkoły, kierownik poddawał jej zachowanie szczególnie wnikliwej obserwacji, aby w końcu przekonać się, że mała Ania da sobie radę w grupie nieco starszych dzieci, wśród których najwięcej było „styczniowców”, „marców”, „kwietniów” i , „czerwców”, a więc sporo starszych także ode mnie. Kolejny kompleks dotyczył czego innego i nie byłem jego świadomy, aż do trzeciej klasy, kiedy to upoważniony przez wychowawczynię, w drodze powrotnej ze szkoły do domu, zaszedłem do cierpiącej na jakąś chorobę Anny, aby zadać jej lekcje.
Rodzice Anny mieszkali na krańcu wioski w jednej z dwóch, pożal się Boże, starych i zaniedbanych kamienic, które właściwie były czworakami. Kiedy wspiąłem się na drugie piętro kamienicy, na poddasze, zwróciłem uwagę na to, w jak ciasnych i niskich klitkach mieszka Anna z rodzicami i młodszym braciszkiem. Dwa pokoiki, kuchnia, na trzy kroki długa sionka, bez toalety - to było całe bogactwo rodziny S.. Owszem, schludność i czystość wszystkich pomieszczeń mogła imponować, ale w powietrzu czuć było swąd ciasnoty, wilgoć dobywająca się z nieszczelnych okien, to znów duszną spiekotę, gdy z wnętrza kaflowej kuchni unosił się żar, a ostre słońce roztapiając w samo południe lepik na bliskim dachu dokładało swoje trzy grosze do niezdrowego, stęchłego powietrza, którym wypełnione był całe mieszkanie.
Do Anny nie przychodziły koleżanki i jej kamienicy oraz z sąsiednich. Bawiła się z nimi zwykle przed domem.
(...)

[11.01.2018, „Dobrzelin”]

10 stycznia 2018

KRAJOWE ZAPISKI - O TYM i O OWYM

Unieruchomiony na przedłużającym się urlopie. Powód jest raczej prozaiczny. Na święta zjeżdża do firmy większość aut i zjechało ich ponad czterdzieści, a że trzeba je sprawdzić, czasami naprawić, to i nie dziwota, że potrzeba na to czasu. Mechanicy nie wyrobili się.
Ma to tę dobrą stronę, że akurat dopadło mnie przeziębienie (przeziębiam się zwykle, jeśli już, to po przyjeździe do kraju), więc wyruszenie w dalszą podróż nieco później niż planowałem, nie jest wielkim dla mnie rozczarowaniem.
Czy akurat fakt, iż będąc przeziębiony, wymyśliłem sobie opowiastkę, w której bohaterowi stawiane są bańki. Absolutnie nie, bo rozmyślałem nad tą opowieścią, zanim popadłem w konflikt z tą „chorobą”. A może było zgoła odwrotnie. Zwolennicy teorii spiskowych powiedzieliby, że przeziębiłem się właśnie dlatego, że napisałem o przeziębieniu.
Co porabiam podczas przedłużającego się urlopu? Niewiele. Sprzątam sobie, a najwięcej piorę, bo dzień bez prania jest dla mnie dniem straconym. Zajmuję się czytaniem i pisaniem (też mi rewelacja) a nawet wymyślam jakieś zupy. Ponadto patrzę w telewizor, w którym jest mniej niż w dawnych czasach, gdy była jedynka i dwójka. Mniej dla mnie, bo mój mózg ma awersję na amerykański chłam, niekończące się seriale komediowe i szczekające pyszczki polityków. Może ktoś mi wyjaśni, dlaczego właśnie mnie zdarzają się takie rzeczy, kiedy przebiegam po kanałach, tj.
1) w 90 procentach trafiam na reklamy,
2) w 95 procentach słyszę, jak w „Rodzince” Kożuchowska drze się wniebogłosy, a Karolak cały czas uczy się czytać… a jeszcze jest ten trzeci, nie posiadający rodziny, który albo się też wydziera (nie tak subtelnie jak Kożuchowska; jej nie dorówna żaden samuraj) albo udaje głupka.
Na Kożuchowską mam alergię, choć z jej darciem stykam się na jakieś dwie, trzy sekundy (to wina pilota, który nie potrafi szybciej zmieniać programów), wiem, powinienem się leczyć.
Człowiek chyba do końca życia nie przestanie być zaskakiwany… ja tym, że istnieje prawdopodobieństwo, iż serial „Rodzinka” jest oglądany, a co niektórym podoba się rycząca Kożuchowska.
Po Stochu przyszła kolej na Morawieckiego. Z rozdygotanymi przedsionkami serca, piłując a obgryzając szpony, niecierpliwie oczekiwałem na wyniki rekonstrukcji i w końcu około południa mile spędziłem czas, oglądając „Czterdziestolatka”.
Ale, co tam. Co się odwlecze, to nie uciecze. Morawiecki zabrał żołnierzyków Macierewiczowi, nad czym ubolewa pani Pawłowicz, ale nie przejąłem się tym, albowiem pani posłanka ma inaczej zbudowany mózg.
A ’propos mózgu. Tę uwagę zrozumieją ci, którzy posiadają czworonogi - jak to się dzieje, że Adelka, dwuipółletni biewer a la pom pom, posiadając tak skromnej wielkości mózg, rozumie tak wiele? Jak to możliwe, że yorkowaty biewer jest mądrzejszy od jednej pani posłanki?
Chwała premierowi Morawieckiemu, że przepędził Radziwiłła, odebrał ołowianych Macierewiczowi, a przy okazji strącił Szyszkę. Powie ktoś, ba, też mi sukces wykopnąć Antoniego, skoro nawet dzieci nie za bardzo lubiły się z nim bawić w piaskownicy, ale nie chcę być tak do końca złośliwy. Powiem więcej, niech się pan premier stara w tej Brukseli i odkręca Kaczyńskiego. Nie życzę mu źle, choć na PIS nie głosowałem i nigdy nie zagłosuję z kilku istotnych powodów oraz z tego najistotniejszego, o którym, wzorem Macierewicza wiem wiele ale nie powiem. Nie życzę źle rządowi, tak jak nie życzyłem źle żadnemu z poprzednich i, jak Boga kocham, jeśli tylko się nawrócą oraz sprawią, że nie będę się za nich wstydził, to niech sobie rządzą do końca kadencji. Dlaczego nie życzę źle? Bo pamiętam dawne czasy… dawno, dawno temu, za pierwszej Solidarności, co nastała, a nazywano ją Jutrzenką Swobody, pośród świetlanych umysłów solidarnościowej braci pojawiło się hasło: „im gorzej (dla rządu), tym lepiej”. Obok tego wezwania funkcjonowało solidarnościowe klaskanie na wieść o wprowadzonych przez aktora Regana sankcjach gospodarczych wobec Polski. Od tej pory datuje się moja alergia na wszystko, co z Solidarnością związane. I tak już zostało.
A życzyć komuś źle to niemęskie zajęcie, a życzyć śmierci wyimaginowanym wrogom ojczyzny (chełpi się tym niejaki Rzymkowski, poseł od Kukiza, z Kutna, psia krew, taki tam, „zerowaty”) to w chorym swym pomyślunku kombinować, kogo tu uznać za ojczyzny wroga, bo ja tam na przykład posła Rzymkowskiego za wroga ojczyzny nie uważam, lecz za wroga rozumu… dlaczego nie.

[09.01.2018, „Dobrzelin”]

08 stycznia 2018

KOLEJNY WĄTEK

Leżałem więc przykryty kołdrą na brzuchu ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami, leżałem i przysypiałem, a nade mną trwała rozmowa pomiędzy Anną a Kaśką, czyli moją żoną a naszą wspólną przyjaciółką, bo muszę dodać, że jesteśmy z tego samego rocznika i aż do matury trzymaliśmy się razem. Katarzyna, od tej chwili tak będę ją nazywał, po maturze zdała na medycynę, jest geriatrą, pracuje w szpitalu w wojewódzkim mieście, mężatka, dwoje dzieci, można powiedzieć, że życie ułożyło się jej tak jak chciała, do K. przyjeżdża regularnie, co dwa miesiące, odwiedza ojca i matkę; trzymają się nieźle jak na swój wiek i może ma to związek z tym, że zarówno ojciec jak i matka Katarzyny pochodzą z rodzin, które cieszyły się dobrym zdrowiem i długowiecznością. Dwa, trzy razy do roku widujemy się z nią, najczęściej zapraszamy ją do siebie, ale tym razem powodem jej wizyty była moja choroba. Też mi choroba - przeziębienie, ale Anna uparła się, aby przyszła i przemówiła mi do rozsądku, abym wziął się za siebie, bo za rok sześćdziesiątka na karku, a ja lekarzy nie chcę znać, ale z jakiej przyczyny mam się z nimi przyjaźnić, skoro jestem zdrowy jak ryba i przez całe lata nic poważnego mi nie dolegało, a przeziębienie nie jest przecież chorobą; każdemu to się przydarza, choćby nie wiem jak się starał i nie wiem jak by się nim opiekowano.
- Widzisz, jak naciągnęły? - pokazuje mi zdejmowane z pleców bańki w kolorze jasnego fioletu.
- To wszystko przez to, że mam urlop i mój organizm popuścił wodze fantazji. Postanowił sprawić mi psikusa - tłumaczę się nielogicznie i niezdarnie.
Anna tymczasem wciera w moje plecy spirytus, potem czuję już nie masaż, lecz solidne uderzenia otwartymi dłońmi.
- Jeśli się nie poprawi jutro, daj mu te tabletki - instruuje Annę Katarzyna, zostawiając na stoliku stojącym przy moim łóżku listek z lekarstwami, tabletkami w kolorze intensywnej zieleni. - Trzy razy dziennie po jednej po jedzeniu.
Wychodzi odprowadzona tylko przez Annę. Poza wyjściami do toalety powinienem zostać w łóżku i przespać w cieple całą noc.
Kładę się na plecach, które są teraz obolałe, jakby nie należały do mnie. Sięgam po książkę leżącą na stoliku u wezgłowia i próbuję czytać. Po kilkuminutowych próbach dotarcia do wątku, na jakim zakończyłem czytanie do pokoju powraca Anna, demonstracyjnie bierze ode mnie książkę, zamyka ją, gasi nocną lampkę i wsuwa się do łóżka obok mnie.
- Masz spać. Dzisiaj żadnego czytania!
W narastającej ciemności, jaka zawładnęła pokojem po zgaszeniu lampki, na krótką chwilę zabłysły oczy Anny, po czym i te światełka zgasły; poczułem natomiast na lewym policzku dotyk jej chłodnych, wilgotnych warg.
- Dobranoc - usłyszałem.
- Nie boisz się? - zapytałem.
- Czego?
- Że cię zarażę.
- Nie boję się. Śpij głuptasie.
(...)

[08.01.2017. "Dobrzelin"]

07 stycznia 2018

W MIĘDZYCZASIE

Ponieważ dalsza część "Kołyski" podlega jeszcze torturom korekt, nie mogąc się doczekać, obmyśliłem kolejne opowiadanie, bardzo długie, niestety i bez roboczego tytułu, z którego pochodzi niniejszy fragmencik.
(...)
Tymczasem sprawy potoczyły się inaczej… Skończyłem. 
Zbadała mi jeszcze raz puls i przykazała, abym pił jak najwięcej przegotowanej wody z cytryną, niesłodzonej, albo ewentualnie kompot, ten z szarych renet; drzewa wciąż owocowały, mniej niż w czasach ich młodości, intensywniej co drugi rok, a że mijał właśnie ten płodniejszy, więc Anna po zerwaniu ze mną dwóch koszy jabłek przykazała mi, abym zrobił dla nich miejsce w piwnicy; każde jabłko należało dokładnie wytrzeć suchą ściereczką i rozłożyć na sosnowych półkach w taki sposób, aby nie stykały się z sobą. Podobnie musiałem robić z warzywami na rosół i sałatki, gruszkami i zielonymi, lekko tylko zarumienionymi pomidorami, aby dojrzewały w zaciszu przewiewnej piwnicy, w której temperatura była niezmienna aż do nastania największych mrozów, które jednak zdarzały się coraz rzadziej. Ponieważ gospodarna Anna dbała o to, aby obficie zgromadzone zapasy owoców i warzyw wystarczały aż do połowy marca, mniej więcej do Wielkanocy, chcąc nie chcąc, musiałem wykonać sześć kondygnacji piętrowo ułożonych półek, bo w przeciwnym wypadku nasza piwnica, choć obszerna, dwukomorowa, nie zdołałaby pomieścić płodów ogrodu i sadu. Marudziłem trochę na te wskazania i wymogi odnośnie konstrukcji półek, jakimi mnie obarczyła, ale jeszcze przed nastaniem jesieni wykonałem to zadanie w zamian za to, że będę mógł sporządzić wino z dzikiej róży; Anna z kolei zażyczyła sobie, abym w małym, dziesięciolitrowym balonie przygotował dla niej słodki, gęsty zacier z limonek, który zaleje się potem spirytusem i powstanie z tego wysokoprocentowa nalewka, którą przed spożyciem przechowuje się przez dobę w zamrażalce. Niech ktoś sobie nie pomyśli, że oboje z Anną popadamy na stare lata w uzależnienie alkoholowe, nic podobnego. Zarówno jej nalewka jak i też moje wino z dzikiej róży przeznaczamy na prezenty dla najbliższej rodziny oraz przyjaciół, którzy nas nawiedzają w późnojesienne i zimowe popołudnia i wieczory, a bywa i tak, że te nasze napoje uczestniczą w braterskiej wymianie na wysoko przetworzone towary konsumpcyjne: soki, ciasta, konfitury czy też specjalnie dla nas przygotowane dania, o których sporządzeniu pojęcia nie mamy.
Znajoma lekarka, dla mnie Kaśka, z którą chodziłem do jednej klasy w podstawówce i liceum, wyszła właśnie z naszego mieszkania z półlitrową buteleczką nalewki pozostałej jeszcze z zeszłorocznych zapasów. Przedtem uspokoiła Annę, że ze mną nie jest tak źle; to nie zapalenie płuc, ale muszę się porządnie wygrzać i na razie obejdzie się bez antybiotyków, a na takie solidne przeziębienie najlepiej jest postawić bańki, wypocić się i uzupełniać płyny lekko schłodzoną wodą z cytryną albo kompotem. Oboje z Anną byliśmy zdziwieni, że Kaśka preferuje tak tradycyjne metody leczenia i nie miałbym nawet nic przeciwko zastosowaniu ich na mnie, gdyby nie fakt, że czułem lekką obawę przed tą procedurą, bo oczywiście Anna odnalazła w szufladzie szafy bańki, znalazła też spirytus i powierzyła moje plecy lekarce, i przeżyłem dawno niezaznane tortury… żartuję, ale bańki mocno wyciągały ze mnie chorobę, a obie panie zabawiały się w tym czasie rozmową, nie zważając na mnie, cierpiącego i pozbawionego możliwości wykonania najprostszych ruchów.
- Leż spokojnie, bo ci odpadną i będę zmuszona postawić jeszcze raz, tym razem „cięte”.
(...)

[07.01.2018, "Dobrzelin"]

06 stycznia 2018

ZAPISKI KRAJOWE - UCZTA

Ojojoj, to ci dopiero, zanosi się na ucztę. Będąż na niej szlachetne borowiki, smardze, rydze, trufle, małże jadalne i winniczki, jesiotrowy kawior, karczochy, polędwiczki z rekinów, dziczyzna w najwyższym sorcie, przepiórki, głuszce, karmazyny i marliny, pstrągi i łososie, wędzone węgorze, do tego burgundy, Bordeaux, szampany, koniaki, szkocka whisky, „finlandia” i żubrówka, słodkie „porto, metaxa, becherovka; ciasta francuskie, karpatki, mazurki, serniki, czekolada w płynie, crème brûlée, ananasy, pomarańcze i mandarynki, prowansalskie winogrona, raki, steki wołowe, schabowe kotlety z kością, pierogi, sery francuskie i włoskie makarony?
Czy w taki sposób przedstawia się uczta, która mnie nie ominie?
Będzie coś innego - równie smaczne danie, z samych słów złożone, albo, jak kto uważa, z wyrazów.
Zacząłem czytać „Wesela w domu” Bohumila Hrabala i ucztuję.
Smak czeskich potraw językowych szczególnie mi odpowiada, bo to oprócz Hrabala Kundera i Fuks, Hašek i Drda, Hůlová i Macourek. I czuję się jak w domu przez wielkie D (profesor Miodek rzekłby przez duże).
I tak jakoś błogo się poczułem, kiedy zyskałem pewność, że Hrabal w tych „Weselach” to pisze także dla mnie, a ma do powiedzenia niemało. 
W ogóle to lubię słuchać, czytać i obserwować ludzi, którzy coś do powiedzenia mają, a przecież zdarzają się tacy, co nie mówią nic, albo ja jestem ślepy i głuchy na to co mówią i piszą… albo, kiedy zaczynam patrzeć na coś, co miało być podobno filmem, stwierdzam, że ta obrazkowa opowieść jest o niczym.
A zdarza się więcej niż często, że potykam się o słowa, o mnóstwo słów, o całą nadętą armię słów i wiem, że znaczą one tyle, ile można się dowiedzieć od poruszającego skrzelami po wyłowieniu z jeziora leszcza, co ledwie dyszy świeżym powietrzem smogu.
A najwięcej ich, gdy otwieram płaską skrzyneczkę z wyświetlaczem i już czuję się świrem Koterskiego, gdzie wyrywają sobie z gardeł flagę narodową tej „naszejszej” Polski, gdzie codzienna modlitwa Polaka, "żeby mu okradli garaż,  żeby go zdradzała stara, żeby mu spalili sklep, żeby dostał cegłą w łeb”. Oczy przecieram, kto to mówi? Glisty, karaluchy, szarańcza, szczurza rodzina, komary, płazińce, tarantule, pluskwy i żmije.
I wracam do Hrabala, bo, wiedzą panie, że cały ratunek w literaturze, muzyce i sztuce, koło ratunkowe dla zbyt głośnej samotności. Na ile dni i nocy, tygodni, miesięcy, lat (niepodobna, aby wiele), starczy ten gambit Spasskiego - poświęcasz pionki, czasami skoczka lub gońca, aby zabezpieczyć sobie środek, złoty środek Horacego, aby wygrać życie:
„Auream quisquis mediocritatem
diligit, tutus caret obsoleti
sordibus tecti, caret inuidenda
sobrius aula.”

/Kto złoty sobie upodobał umiar,
ten się uchroni przed nikczemną nędzą
i przed zawiścią, która zawsze ściga
bogate dwory./

Czy jeszcze do wygrania, skoro czas podkrada lata?
Dobrze, że „Wesela w domu” jeszcze nieskończone, bom ostatnio głodny i pazerny na ucztowanie.
A był taki czas, kiedy o północy rozlegał się z głośników „Mazurek Dąbrowskiego”. Jestliże teraz? 
Spróbowałem, czekałem, a tu…
„Hymn polskich parlamentarzystów”




[05.01.2018, „Dobrzelin”]

04 stycznia 2018

JURGA MARTIN RAZ JESZCZE

Jurga Martin, artystka pochodząca z Litwy, obecnie mieszkająca i tworząca w Burgundii we Francji pojawiła się już w kawiarence, ale nie ma się czemu dziwić, bo też jej rzeźby cieszą się nieustającą moją sympatią.
Wdzięcznym tworzywem w artystycznych dłoniach Jurgi jest glina, z której rodzą się postaci - laleczki i lalki jak żywe, z duszą, zamyślone i zaskakujące realnością kształtów.
Co ciekawe, rzeźby Jurgi potwierdzają moją tezę, że wielcy artyści właściwie tworzą jedno dzieło, odmieniając je we wszystkich przypadkach. 
Wybrałem z internetowej strony Jurgi na fejsbuku takie oto obrazki:









Na You Tube z kolei można zobaczyć pracownię Jurgi znajdującą się w Beaune we Francji.


Jeśli ktoś z gości kawiarenki posiada konto na fejsbuku będzie mógł obejrzeć  impresję filmową przedstawiającą śpiącą dziewczynkę


https://www.facebook.com/jurgasculpteur/videos/10157059136129899/

[04.01.2018, "Dobrzelin"]

KRAJOWE ZAPISKI - W DESZCZU

Łączność z Kutnem, a ściślej z kulturą w mieście Kutnie odbyła się bardzo późnym popołudniem, gdy jechałem własnym autem do biblioteki. A jechałem w solidnym deszczu z domieszką mokrego, łatwo topiącego się śniegu, jechałem powoli, bo oczy nie zdążyły się przez te sześć kilometrów przywyknąć do szarości zmroku, a w licznych kałużach wcale nie odbijały się gwiazdy, jedynie brudny pomarańcz świateł przydrożnych latarni. A pomyślałem sobie, że w dawniejszych czasach zamiast tego deszczu w świetle reflektorów auta widziałbym bezlitosną napaść na miasto śniegu, który najpierw pobieliłby pobocza, pola pokryte oziminą, dachy domów, podrzędne uliczki i chodniki, aż wreszcie nakryłby drogę, którą jechałem śnieżnym, przymarzającym do asfaltu kobiercem. To co w dawnych czasach zdawało się być normalnym, typowym przykładem zimowej pogody, śnieżnej i mroźnej, dzisiaj jest anomalią pogodową i odwrotnie. I jak zawsze zadaję sobie pytanie, ile jest człowieka w tych pogodowych zawirowaniach na naszej szerokości geograficznej.
W bibliotece wybrałem sobie między innymi Hena, Hrabala, Dygata, Iwaszkiewicza i Redlińskiego, a skoro wybrałem, to znak to niechybny, że niedługo ruszam w kolejną podróż.
Życzyłem pomyślności w nowym roku obsługującej mnie bibliotekarce i temu starszemu panu ze skwaszoną miną siedzącemu w szatni. Oboje odpowiedzieli na moje życzenia.
W drodze powrotnej do domu nawet nie starałem się nawet pomyśleć o tym, czego sobie życzę w nowym roku i jakie mógłbym mieć postanowienia. Jeżeli już, to powrócić bezpiecznie w jednym kawałku, niczego więcej.
Nie składam sobie życzeń. Ot, aby przeżyć tych kilka dni, tygodni, miesięcy… może lat?

[04.01.2018, „Dobrzelin”]

03 stycznia 2018

KOŁYSKA (1/2)

Widziała jak samochód zatrzymał się po drugiej stronie zaśnieżonej drogi. Otwierała właśnie okno na podwórze, aby postawić na zaokiennym parapecie kamionkowy garnek z przykryciem, wypełniony w dwóch trzecich przyrządzoną przez siebie warzywną sałatką. Garnek nie mieścił się w lodówce, ale na dworze było dostatecznie zimno, aby móc pozostawić go na noc bez obawy, że sałatka się zepsuje. Oboje z Wojciechem lubili tę sałatkę składającą się z własnych warzyw, jabłek i jajek; nawet majonez był własnej roboty.
Ktoś, zapewne mężczyzna, wysiadł z auta, pozostawionego na jałowym biegu i niezgaszonych światłach, i skierował się do gospodarstwa sąsiadów. Ale nie otworzył furtki, bo Zabłoccy wypuszczali na noc psy, które niechętne były odwiedzinom obcych o tej porze. Zresztą Zabłockich nie było w domu, a zatem psy, dwa bure, kudłate mieszańce przywitały nieznajomego bardziej hałaśliwie niż, gdyby domownicy byli obecni.
Gromkie ujadanie trwało dobre dwie minuty, a osłabło nieco dopiero wówczas, gdy mężczyzna odstąpił od drewnianego płotu, wrócił do samochodu, zgasił silnik i wyłączył światła. 
Musiał spojrzeć w stronę jej domu; z pewnością zauważył, że pali się światło w kuchennym oknie; może nawet usłyszał jak je przymykała; może spostrzegł, jak kobieta wycofuje się spod okna, a potem jej postać znika w całkiem sporej przestrzeni pomieszczenia; może nie uszedł jego uwadze dym ciągnący się wąską stróżką z ceglanego, wystającego poza szczyt dachu domu komina.
Po chwili usłyszała skrzypliwy odgłos otwieranej przez nieznajomego bramy, a następnie chrzęst kroków stawianych przez mężczyznę zmierzającego w niewysokim, zmrożonym śniegu ku głównemu wejściu.
Nie, nie odczuwała lęku, choć nadeszła już noc i poza tym światłem jakie rozświetlało kuchenną izbę i światełkiem dobywającym się z drewutni, całe obejście skrywała szczelna zasłona nocy, gwiaździstej wprawdzie, ale ciemnej, granatowej i nieprzezroczystej. Wiedziała, że w każdej chwili może zawołać Wojciecha, który ma przecież dobry słuch i jeżeli zaszłaby taka konieczność pospieszyłby żonie z pomocą. 
Postąpiła kilka kroków w stronę sieni, przygotowując się otwarcia drzwi.
Zapukał w nie. Oboje chwycili klamki równocześnie. Rześkie, mroźne powietrze dworu wdarło się dołem do sieni, a to ciepłe, wionące z kuchni, płynęło wysoko tuż pod sklepieniem sionki i przepoczwarzając się w mglisty, rozedrgany obłok, wydostawało się na zewnątrz.
Mężczyzna jeszcze się nie przywitał, zatrzasnął za sobą drzwi; prawdopodobnie pomyślał o tym, aby nie wychłodzić wąskiego pomieszczenia, w którym się znalazł i dopiero wtedy, gdy zagrodził zamknięciem drzwi dostęp do późnowieczornego, grudniowego chłodu powiedział:
- Dobry wieczór pani. Przepraszam, że niepokoję o tej porze, ale chciałem wstąpić na chwilę do pani sąsiada z przeciwka, a tam ciemno… tylko psy… czy wyjechali? Wie pani coś o tym?
Stała w bezruchu twarzą w twarz z nieznajomym. Podświadomy lęk ustępował. Znikł zupełnie, kiedy ośmieliła się zapalić światło w sieni; to dobywające się z otwartych kuchennych drzwi nie wystarczało.
- Pewnie gospodarze są u Zajkowskich. To niedaleko, trzeci dom w stronę lasu. Na Zenona poszli, na imieniny. Od lat się szanują i zachodzą do siebie na rodzinne święta. Ale do północy wrócą - wyjaśniła, rozumiejąc, że skoro o tej porze ktoś życzy sobie odwiedzić Zabłockich, to pewnie przybywa z jakąś ważną sprawą.
- Mógłbym zaczekać? W aucie…
- Co też pan - przerwała mu. - W samochodzie będzie pan siedział? Pan wejdzie do kuchni.
Nie odmówił. Przepuściła go przed siebie, a gdy weszli do kuchni, powiedziała, że zrobi herbatę, albo, najlepiej kawę, która choć na chwilę zwalczy senność. 
Podbitą futrem brunatną kurtkę powiesił na oparciu krzesła. Poczuł ciepło.
- Pani sobie wyobrazi, że skończyłem ostatni kurs i na śmierć zapomniałem, że obiecałem żonie kupić karpie. Sklepy już pozamykane, ale przypomniałem sobie, że naprzeciwko jest gospodarstwo rybackie; mają stawy hodowlane i pewnie jakieś rybki dostanę.
- O, tak, Zabłoccy hodują karpie. Trzy stawy mają. Ruch u nich przed świętami wielki i chociaż oddają ryby do sklepów, to na pewno trzymają dla swoich klientów ryby w wielkich wannach, a takie karpie, pan wie, to najlepsze, bo porządnie odszlamione i niezbyt wielkie, bo, panie, karpie nie mogą być stare, przetłuszczone i cuchnące mułem. Pan na taksówce? - zapytała spoglądając przez okno. Akurat wychynął księżyc i oświetlił srebrnym światłem zabudowania z przeciwka, oświetlił też stojące nieopodal domu Zabłockich duże, białe, osobowe auto.
- Tak. Miałem właśnie kurs w okolice szkoły we wsi. Wtedy przypomniałem sobie o karpiach i o tym gospodarstwie.
- To utarg ma pan pewnie spory tuż przed świętami. Nie każdy do rodziny własnym autem przyjeżdża - stwierdziła.
- Nie każdy. Aleśmy z żoną ustalili, że w tym roku jeżdżę do dzisiaj, do dwudziestego drugiego. W końcu to święta. Pracy w domu sporo, dzieci malutkie, na choinkę czekają, na Mikołaja. A ja na Sylwestra sobie odrobię.
- Słusznie. To przecież święta, a w święta rodzina się liczy najbardziej. Może pan co zje? Późno, ale skoro jeździł pan cały dzień, pewnie głodny.
- Jeśli pani taka dobra, to napiłbym się kawy, tylko kawy.
Niedługo na nią czekał, bo wypełniony wodą i postawiony na żeliwnym blacie kuchni czajnik szumiał i wystarczyło go jedynie ustawić w miejscu, gdzie żar z paleniska największy, aby pobudzić wodę do wrzenia.
Zalała dwie łyżeczki rozpuszczalnej kawy wrzątkiem; sobie do szklanki wlała z czajniczka trochę esencji i rozcieńczyła ją gotującą się wodą. Pomimo tego, że nie życzył sobie niczego prócz kawy, postawiła na stole duży talerz z kruchymi ciasteczkami własnego wypieku.
- A do pani przyjeżdża rodzina na święta? - zapytał.
- Do nas - poprawiła. - Mąż w drewutni siedzi. Oczy psuje - westchnęła - ale spróbuj go wywołać od roboty, nie przyjdzie. Powiedział, że o północy będzie. I tak czekam tu na niego. Nie, panie. Sami będziemy w te święta, bo córka od półtora roku w Irlandii siedzi z zięciem i dwojgiem dzieci. Wcześniej przyjeżdżała, a jakże, ale teraz, gdy jest wciąż na dorobku, postanowili zostać. Mówiła przez telefon, że na następne święta to już na pewno przyjedzie, bo teraz to musi się odkuć. Dostała, panie, robotę. Nie zgadnie pan… trzypokojowe mieszkanie wynajęli i w jednym pokoju urządziła przedszkole, czy jak tam to nazwać. Pan wie, tam w okolicy sporo Polaków, małżeństwa z małymi dziećmi, więc umówiła się z taką jedną, że jak rodzice w pracy, to one tymi dzieciakami się zaopiekują, no i mają tam teraz dziewiątkę malców. Miejsca mało, to prawda, wysłała mi zdjęcia, ale wiosną czy latem to te dzieciaki hasają po ogródku, bujawki tam, piaskownica, zabawek pełno. No i, co najważniejsze, ma stały dochód, bo rodzice płacą. Może niewiele, ale jest to pewien grosz, który córka składa właśnie na wyjazd. A zięć, choć to nauczyciel z zawodu, załapał się na jakieś remonty. Pan sobie wyobrazi, że za hydraulika pracuje i nie narzeka sobie. Ale że są jeszcze na dorobku, to jeszcze w te święta nie przyjadą. Tyle co porozmawiamy sobie przez telefon, w komputerze się zobaczymy, a komputer, prawie nowy, to nam córka zaraz po przyjeździe do tej Irlandii przysłała, żebyśmy mogli się za darmo widzieć i pogadać z sobą. Wojciech musiał umówić jakiegoś speca od komputerów, bo ani on, ani ja nie wyznajemy się na nich… to dobra rzecz taki komputer.
W pewnej chwili doszło do niej, że może nie powinna tak się rozpowiadać przed, bądź co bądź, nieznanym mężczyzną, choć tamtemu dobrze z oczu patrzyło. Ma żonę, dwoje dzieci, chce rodzinnie spędzić święta, więc chyba z niego nie może być zły człowiek i ją zrozumie, że się tak rozgadała o córce.
- A pani mąż gdzie? - zapytał nagle.
- Oj, panie, ile to mogłabym o Wojciechu powiedzieć… ale niech pan przekąsi ciasteczkiem. Wyszły mi tym razem. Zeszłym za bardzo przypiekłam, a Wojciech takich nie lubi. Mąż, panie, w drewutni siedzi.
Nagle zorientował się, że przecież już mu o tym mówiła. Zmieszał się. Pomyślał, że może ze zmęczenia zadał to zbędne pytanie, bo wyjechał taksówką na dworzec o szóstej i do tej pory (już było pół godziny do północy) cały czas miał kursy: miasto - wieś, dworzec - szpital albo cmentarz.
- A co można robić w drewutni o tak późnej porze? - zapytał.
Wysiorbała dwa spore łyki herbaty, odstawiła szklankę i wsparła prawą dłonią podbródek. 
- Co można robić, panie? Kołyskę.
(...)

[02/03.01.2018, „Dobrzelin”]

02 stycznia 2018

PRZEDRUKI (4) "TAK DZIAŁA BÓG"

TAK DZIAŁA BÓG

[artykuł (nr 1-2/2018) pochodzi z dostępnej publicznie strony internetowej „Tygodnika Powszechnego”; podkreślenia moje]

ABP HENRYK MUSZYŃSKI, BŁAŻEJ STRZELCZYK 22.12.2017 ABP HENRYK MUSZYŃSKI, prymas senior: 
/Jeśli ktoś w przestrzeni publicznej deklaruje przywiązanie do wiary, a później krzewi  strach przed drugim człowiekiem, to mamy do czynienia albo z kiepskimi fundamentami tej wiary, albo ze służeniem fałszywej ideologii./
BŁAŻEJ STRZELCZYK: Księże Prymasie, jak nie zwariować w nadchodzącym roku?
ABP HENRYK MUSZYŃSKI: Niech pan będzie wierny swoim przekonaniom, niezależnie od koniunktury.
B.S. Łatwo mówić.
HM. Jeśli pan, już na początku naszej rozmowy, wyraża przekonanie, że będę tu tylko „ładnie mówił”, to się zaczynam trochę niepokoić. Chociaż z drugiej strony, taką już sobie wybraliśmy konwencję, w wywiadzie ma być ładnie, pan ma ładnie pytać, ja mam ładnie odpowiadać, a może po prostu mówić szczerze, prosto, bez pozy i udawania.
B.S. Czemu się więc Ksiądz Prymas niepokoi?
H.M Znam wielu ludzi, którzy ładnie mówią. Mam, wie pan, 85 lat, i słyszałem tysiące osób, które mogły się pochwalić świetną erudycją, a jeszcze bardziej wykwintną elokwencją. Nie jest to zresztą nic nowego, bo już Psalmista mówi: „ma oblicze gładsze od masła, a język napastliwy”.
B.S. I co z nimi?
H. M. Mają jedną, kluczową wadę – są całkowicie niewiarygodni. Zna pan takich ludzi? Mają pełne usta fraz o dobru ogółu, o szacunku, o bezpieczeństwie itd., a gdyby się tak nachylić do rzeczywistości, to się okazuje, że są niewiarygodni.
B.S. To też ładne, z tym „nachylaniem się do rzeczywistości”.
H.M. To jedyna rzecz w życiu, która nie kłamie. Rzeczywistość jest! Rzeczywistość nie umie oszukiwać, snuć insynuacji, kalkulować. Życie na ogół nie kłamie. Dlatego największy dramat jest wtedy, gdy to, co się mówi, pozostaje w sprzeczności z życiem. Boże, broń nas przed czymś takim. Biblia ostrzega, że nie po słowach, ale po owocach poznaje się jakość drzewa i ludzi.
B.S. A gdy się nie jest wiarygodnym?
H.M. Wtedy traci się zaufanie, a bez zaufania nie da się niczego trwałego i godnego uwagi zbudować.
B.S. Co to jest zaufanie?
H.M. „Tygodnik” wręczał niedawno Medal św. Jerzego panu prof. Adamowi Strzemboszowi, prawda?
B.S. Prawda.
H.M. Dzięki Bogu, że mamy drugiego z mojego, przedwojennego pokolenia człowieka, który może stanąć przed audytorium i powiedzieć: „warto być przyzwoitym”, choć, jak zwykł powtarzać prof. Bartoszewski, „warto być uczciwym i przyzwoitym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto”.
B.S. Ufa Ksiądz Prymas profesorowi Strzemboszowi?
H.M. Nie sposób nie ufać. Przede wszystkim biorąc pod uwagę jego kompetencje. Po drugie – elementarną prawość. Wobec obecnych zawirowań, półprawd, insynuacji, a także – i nie boję się tego powiedzieć – kłamliwych ideologii, musimy mieć takich ludzi jak on. Ludzi, którzy stoją nie na straży swoich przekonań, lecz na straży elementarnej przyzwoitości, prawości i konstytucji. Nie jestem prawnikiem, muszę zatem polegać na osobach kompetentnych, do których mam zaufanie. My dziś mamy, niestety, ogromny deficyt zaufania. Bo to jest, wie pan, klucz do drugiego człowieka. Jeśli nie ufamy, nie mamy relacji. A człowiek jest istotą relacyjną, „nikt nie jest samotną wyspą”, i właśnie w relacji do innych weryfikuje się wymiar naszego człowieczeństwa – na ile jesteśmy ludźmi zasługującymi na zaufanie.
B.S. Nie zwariować, czyli ufać?
H.M. Tak, bo Pan Bóg znając nasze słabości, zaufał nam, a to zobowiązuje. Oczywiście dał nam również rozsądek i mądrość, która nakazuje, by przed kleptomanem nie kłaść pieniędzy. Trzeba zaufać bez wstępnych założeń. Ja się staram każdego ranka wzbudzać w sobie na nowo zaufanie do człowieka. Prof. Strzembosz jest dla mnie człowiekiem w pełni wiarygodnym, szukającym zawsze i wszędzie obiektywnej prawdy. Stąd w sprawach jurydycznych, i nie tylko, mogę na nim polegać. Pomimo zmieniających się społeczno-politycznych uwarunkowań zawsze był i pozostał sobą.
B.S. A jak się nie dać koniunkturze?
H.M. Musi pan pogodzić się z tym, że będzie się pan narażał. Jedni będą bili brawo, drudzy będą siać wątpliwości i podważać. W takiej konfrontacji zawsze trzeba zachować spokój i wierność samemu sobie i własnym przekonaniom. Zawsze, gdy zaczną bić brawo albo podważać, należy zachować wzmożoną czujność i spokój. Znane porzekadło głosi: „ponieważ tłum ci klaskał, jest to dowód, żeś nie kłuł, lecz głaskał”.
B.S. To czym się kierować, żeby ­zachować spokój?
H.M. Szukać prawdy. A prawda jest właśnie w rzeczywistości, czyli w zgodności faktów i wydarzeń z obiektywnymi realiami. Kiedy pojawiają się wątpliwości, niech pan natychmiast weryfikuje i sprawdza, czy to, co się wydarzyło, odpowiada obiektywnej prawdzie i rzeczywistości.
B.S. A dlaczego jest tak, że jedni będą bili brawo, a drudzy podważali?
H.M. No właśnie dlatego, że się siebie boimy lub szukamy poklasku i chwały dla własnego „ja”. Jesteśmy przekonani, że światem rządzi rywalizacja, że na wierzch ma wypłynąć nie obowiązująca i elementarna prawda, tylko raczej moja racja. I to nam przeszkadza w nawiązywaniu relacji z innymi.
B.S. A mogę zmieniać zdanie?
H.M. Nie! Nie w sprawach zasadniczych. Tylko musi pan wiedzieć, jakie to są sprawy zasadnicze. Życie przyzwoite będzie miało jakby dwa bieguny. Na jednym musimy sobie powiedzieć: „bądź wierny przekonaniom, niezależnie od koniunktury”, ale na drugim biegunie: „nie przestawaj być swoim własnym siewcą niepokoju”.

B.S. Co to znaczy?
H.M. Zachowuj dystans wobec samego siebie. Umiej spojrzeć na siebie z dystansu i krytycznie, a równocześnie pogłębiaj i udoskonalaj swoje przekonania. Modyfikuj je i podawaj w wątpliwość tam, gdzie nie jesteś pewien.
B.S. Podważaj?
H.M. Niekoniecznie, zazwyczaj wystarczy krytyczna ocena, ale jeśli trzeba, to także podważaj, przede wszystkim własne, niekoniecznie innych. Przy moralnej ocenie jakiegoś czynu liczy się intencja, a przecież nie mamy klucza do poznania zamiarów drugiego człowieka. Stąd mądra zasada biblijna mówi: „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Ciągle zadawaj sobie pytanie, czy to, co mówisz, jest prawdą. A w sprawach zasadniczych – trwaj!
B.S. Od kogo się tego nauczyć?
H.M. Np. od ks. Adama Bonieckiego. Ja naprawdę nie mogę zrozumieć, skąd się wziął ten nałożony na niego zakaz wypowiadania się w mediach. To dramatyczne nieporozumienie. Znam wiele osób, które mówią: dzięki Bogu, że jest ktoś taki jak ks. Adam, bo jest jednocześnie krytyczny i autentyczny jako chrześcijanin, a to podtrzymuje moją wiarę. „Prawda jest symfoniczna” – pisze Hans Urs von Balthasar. Myślę, że ten zakaz może wynikać właśnie z przekonania, że Kościół zawsze musi „śpiewać unisono”. Tymczasem, powiedzmy to sobie wyraźnie: nikt nie może mieć monopolu na prawdziwy katolicyzm. Podobnie nie godzi się osądzać życia człowieka, który już stanął na sądzie Bożym, czyli w obliczu Bożego miłosierdzia. Nie można także nie dostrzec, jak wielkim błogosławieństwem jest modlitwa dla najbliższych, którzy przeżywają dramaty podobne do tych, które są związane z tragiczną śmiercią pana Piotra Szczęsnego. W czasie pogrzebowego kazania ks. Adam głosił Ewangelię nadziei, za co chciałem mu w tym miejscu serdecznie podziękować.
B.S. Ksiądz Prymas dobrze się czuje w świecie?
H.M. Muszę przyznać, że czuję się trochę wyobcowany. Za szybko to wszystko pędzi, chyba na złe sprawy położyliśmy zbyt duży akcent, a nie dostrzegamy dobra, które najczęściej kwitnie w ukryciu, ale niestety nie jest „medialne”.
B.S. To znaczy?
H.M.  Np. smucę się bardzo, że nie dość słuchamy papieża Franciszka. To jest prorok naszych czasów! Niech pan chwilę poczeka (wychodzi po notatki, do pokoju obok). Tu jest to zdanie papieża podsumowujące czasy, w których żyjemy, i od razu dające receptę: „Musimy ponownie odczuć, że potrzebujemy siebie nawzajem, że jesteśmy odpowiedzialni za innych i za świat, że warto być dobrym i uczciwym”. Zbyt długo pozostawaliśmy w stanie degradacji moralnej, drwiąc z etyki, dobroci, wierności, uczciwości. Nadeszła chwila, by uznać, że ta radosna powierzchowność na niewiele się nam zdała. To zniszczenie wszelkich podstaw życia społecznego prowadzi do wzajemnej konfrontacji w imię obrony swoich interesów. Powoduje pojawienie się nowych form przemocy i okrucieństwa oraz uniemożliwia rozwój prawdziwej kultury, troski o środowisko naturalne”.

B.S. „Laudato si”?
H.M. Tak, numer 229. Najpierw diagnoza: nie ma pan wrażenia, że żyjemy w świecie egoizmów indywidualnych i zbiorowych? Co to znaczy, że zaczęliśmy dbać niemal wyłącznie o swój własny interes lub interes własnej partii, najczęściej – niestety – kosztem innych? Papież pisze o egolatrii, czyli kulcie własnego „ja”. Taka postawa prowadzi do wyobcowania i osamotnienia. Bo kiedy myślimy wyłącznie o własnych interesach i korzyściach, to przestają się liczyć zdanie i dobro drugiego człowieka. „Ja wiem, co należy zrobić”. „Znam prawdę tak doskonale, że drugi człowiek jest mi niepotrzebny, albo staje się dla mnie wyłącznie przedmiotem, narzędziem do osiągnięcia tego, co sobie zamierzyłem”. Straszne.
B.S. To jaka jest recepta?
H.M. Otworzyć się na Boga i ludzi. Pierwsze otwarcie owocuje doskonałością i świętością, drugie otwarcie – na człowieka – pozwala odnaleźć bliźniego. Człowiek wzrasta i sprawdza prawdziwy wymiar człowieczeństwa właśnie w relacji z drugimi. Nie ma innego wyjścia. Tak jesteśmy stworzeni, że prawie wszystko weryfikuje się w relacjach z innymi. Ale żeby była relacja, to musi być otwartość, gotowość spotkania i miłość.
B.S. Jaka miłość?
H.M. Taka, jakiej doświadczamy ze strony Boga. Św. Jan, apostoł miłości, przypomina, że „miłość nie na tym polega, że my umiłowaliśmy, ale to Bóg pierwszy nas umiłował”. Jest to miłość, która wyprzedza sprawiedliwość. Tymczasem my chcemy żyć zgodnie z zasadami, prawami i normami, które sami wyznaczamy i uznajemy je za sprawiedliwe, i w dodatku usiłujemy je także egzekwować.
B.S. Abp Grzegorz Ryś mówił kiedyś, że „sprawiedliwość jest ­wyznaczana tylko dla satysfakcji tego, kto nakłada karę. A miłość daje szansę na poprawę”.
H.M. Jest to być może nieco jednostronne, ale prawdziwe. Bo my byśmy rzeczywiście chcieli, żeby wszystko było tak, jak wymyślimy. A teraz mamy czasy, w których ulegamy tendencji do radykalizmów, biało-czarnych, nieznoszących sprzeciwów postaw. Delikatnie mówiąc, jest to ogromne uproszczenie, bo rzeczywistość jest zawsze złożona i wielowymiarowa. Niedocenianie tego jest groźne, bo rodzi ideologie, a później dyktatury. Historia świata zna przypadki, w których zaczynały rządzić ideologie, a dyktatorzy wprowadzali swoje przekonania za wszelką cenę, nawet za cenę życia drugiego człowieka. Zanim więc ruszy pan w świat, proszę najpierw sprawdzić swój fundament. Na czym pan stoi i buduje? Bo jeszcze jest czas, żeby ten fundament uformować i wzmocnić. Jak się w świat pójdzie albo z przekonaniem narcyzmu, a zwłaszcza, nie daj Boże, egolatrii, to później modyfikować swoje „ja” będzie trudno i jeszcze po drodze skrzywdzi pan trochę ludzi.
B.S. Na czym stoi Ksiądz Prymas?
H.M. Człowiek jest dla mnie żywą ikoną Świętego Boga. Jedyną w świecie i niepowtarzalną! To daje mi oparcie wobec wszystkich ideologii. Od tej tożsamości uzależniona jest moja otwartość na świat i bliźniego. Jak się pan nie zakotwiczy w tym fundamencie, to się pan zacznie bać i przeżywać frustracje.
B.S. Czego się bać?
H.M. Świata, drugiego człowieka, siebie. Weźmy wiarę. Jeśli odnoszę się w życiu i w swojej działalności do doświadczenia wiary, a moja wiara ma kiepski fundament i chwieje się w posadach, jeśli moja wiara jest fasadą, a nie fundamentem, wówczas zewsząd będę czuł zagrożenie, drugi człowiek będzie mi się jawił jako wróg i niebezpieczeństwo. Mam takie przekonanie, że człowiek z realną wiarą w swój chrześcijański fundament nie zaciska pięści, tylko ma dłoń otwartą. Ja używam często obrazu drzewa – drzewo zakorzenione głęboko przetrzyma wszystkie wiatry i nawałnice. Natura tak to urządziła, że tam, gdzie są największe wiatry, tam też są najmocniejsze korzenie.
B.S. Ale ja zewsząd słyszę, że musimy się bronić.
H. M. Kto tak mówi, albo ma problem z zakorzenieniem, albo służy fałszywej ideologii.
B.S. Możemy osądzać czyjąś wiarę?
H.M. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Ja nigdy nie posądzam człowieka o złą wolę, bo nie mamy do tego klucza. Powtarzam raz jeszcze: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Ale jeśli, dajmy na to, ktoś w przestrzeni publicznej deklaruje swoje przywiązanie do wiary i Ewangelii, a później krzewi strach przed drugim człowiekiem, to mamy do czynienia albo z kiepskimi fundamentami tej wiary, albo ze służeniem fałszywej ideologii. Trzeba zatem zacząć służyć miłości, bo ona jest zasadniczym powołaniem i wypełnieniem sensu życia ludzkiego.
B.S. Miłość to trudne dziś słowo.
H.M. Często zdarza się taki dylemat: przychodzi człowiek i mówi, że potrzebuje np. parę złotych i wyciąga rękę. W naszych głowach od razu rodzi się przekonanie: na pewno przepije te pieniądze. Tak nie wolno myśleć! Za to, co ten człowiek zrobi z naszymi pieniędzmi, odpowiada on sam. Ja jestem odpowiedzialny za to, na ile i w jaki sposób wyszedłem mu naprzeciw. Jeżeli jest bezdomny, czy znalazłem dla niego wolny kąt? Jaki użytek czyni on z otrzymanego daru, za to odpowiada już on.
B.S. To rozrzutność i nieroztropność.
H.M.  Nie, jeśli kierujemy się logiką Ewangelii. Wie pan, miłość jest uprzedzająca. Jeśli ktoś prosi mnie o pomoc, to znaczy, że ja już w jakimś sensie zawiodłem. Miłość prawdziwa jest uprzedzająca!
B.S. Co to znaczy?
H.M. Tak działa Bóg. Jeśli ktoś wyciąga do pana rękę i prosi o pomoc, to znaczy, że pan nie wyszedł do tego człowieka, przed tym jego gestem, i nie powiedział pan: „bracie drogi, masz smutne oczy, powiedz, co się dzieje, chcę ci pomóc”. Radować się musimy z radującymi i smucić ze smucącymi. Okazało się, że empatia była tylko pozorem, dlatego w tym drugim człowieku zrodziła się myśl: muszę wyciągnąć rękę, bo jeśli tego nie zrobię, zostanę całkowicie sam. A wyciągnięcie ręki i prośba nigdy nie jest czymś łatwym, chyba że stała się stylem życia. Moja empatia nie dorosła do miary smutku tego człowieka. To jest oczywiście Ewangelia – a Ewangelia zawsze jest wielkim wyzwaniem. Ja całe życie zajmowałem się Biblią. Wykładałem Biblię. Biblia to moja wielka miłość. Teraz przeżywam raczej czas zbierania owoców. Biblia wyraźnie mówi: „Jest czas siewu; czas radości i smutków, ale także czas zbierania owoców”. Takim czasem jest właśnie starość. Jako młody naukowiec dziwiłem się często, że ci starzy są zarozumiali! Nie cytują bibliografii. Ja dziś biorę teksty, medytuję nad nimi, i mówię w głębi serca: przepraszam Cię, Panie Boże, że dopiero po tylu latach dostrzegam takie rzeczy – jak m.in. ta uwalniająca prawda, że miłość musi uprzedzać gesty wyciągniętych rąk.
B.S. A często się jeszcze zdarza, Księże Prymasie, że podczas Twojej modlitwy pada ta fraza: „przepraszam Cię, Panie Boże, że dopiero po tylu latach dostrzegam takie rzeczy”?
H.M. Powściągliwość da się pewnie w sobie wypracować, da się z pewnością nauczyć uważności, choćby przez znajdowanie czasu i miejsca na niemówienie. Pan Bóg daje mi długie życie i teraz jest właśnie to zbieranie owoców. I jeśli pan chce spytać, czy ja panu zazdroszczę, że pan jest na samym początku, a ja już schodzę z życia, to muszę powiedzieć, że nie. Jedna rada: niech pan najpierw przestanie dywagować podczas modlitwy. Niech pan usiądzie spokojnie i czeka. Bo gdy się pan trochę wycofa, to pan zobaczy, że Bóg może mówić nawet wtedy, kiedy milczy, a świat i bez pana kręci się dalej. To lekcja powściągliwości i pokory. Ale, z drugiej strony, przecież różne mamy usposobienia. Nie wolno nie akceptować swoich charakterów. Jeden z moich kolegów miał takie usposobienie, że pewnego razu przyszedł i powiedział: „Słuchaj, ja właściwie powinienem był się na ciebie obrazić, ale już mi przeszło”. A inny to by przyszedł i od razu urządził awanturę. Dlatego ja całe życie mówiłem, że nic nam nie wyjdzie w świecie, jeśli nie zaczniemy od słuchania Boga, bo tu otwiera się nowa przestrzeń i nowe możliwości dialogu z człowiekiem.
B.S. I nic już z tego dialogu nie zostało.
H.M.  Żyjemy w społeczeństwie pluralistycznym. Pluralistycznym wielorako: wyznaniowo, kulturalnie, politycznie. I nie ma innej drogi jak budowanie wspólnoty poprzez dialog. Widzimy siebie w odizolowaniu. Daliśmy się uwieść przekonaniu, że jesteśmy jakąś samotną wyspą na mapie Europy, „ostatnimi sprawiedliwymi”. W ten sposób zaprzepaszczamy piękną ideę solidarności i współodpowiedzialności. Pozwolę sobie raz jeszcze odwołać się do papieża Franciszka, który do przedstawicieli Europy, do której przecież i my przynależymy, mówił: „Niestety nazbyt często widzimy, że dialog przekształca się w formę starcia, że zastępuje go wykrzykiwanie roszczeń. Odnosi się wrażenie, że w wielu miejscach dobro wspólne nie jest już głównym celem”.
B.S. A może formuła dialogu po 1989 r. się wyczerpała?
H.M.  Budowaliśmy dialog także później. Jego owocem jest np. preambuła naszej konstytucji, z której jestem dumny. Ona pasuje do świata pluralistycznego. Nikomu niczego nie odbiera i niczemu nie uwłacza, nie ma wierzących i niewierzących, nie zostali nazwani. Nie ma innej drogi do budowania wspólnoty. Tymczasem dziś nie rozmawiamy. Oskarżamy.
B.S. Dlaczego?
H.M.  Bo każdy człowiek jest wrogiem, bo nie mamy kontaktu. I to jest wielki dramat. I psuje się, mam nadzieję, że nie bezpowrotnie, wiele z tego, co zostało zbudowane, przede wszystkim w zakresie zaufania międzynarodowego.Jako chrześcijanie jesteśmy jednak ludźmi nadziei. Nie wolno nam nigdy zrezygnować z budowania lepszej przyszłości. Nikt bardziej od papieża Franciszka nie odczuwa brzemienia współczesnych czasów, a to właśnie on przypomina ustawicznie, że naszym zadaniem jest wnosić radość tam, gdzie jest smutek, nadzieję tam, gdzie jest zwątpienie, i miłość tam, gdzie panuje nienawiść.

ABP HENRYK MUSZYŃSKI jest prymasem seniorem, biblistą, w latach 1992–2010 był metropolitą gnieźnieńskim, w latach 2009-10 prymasem Polski, później członkiem Kongregacji Nauki Wiary. Członek Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan. W 1995 r. abp Muszyński razem z kard. Walterem Kasperem zredagowali list Episkopatów Niemiec i Polski na temat dialogu, pojednania i wspólnego świadectwa chrześcijańskiego w budowie zjednoczonej Europy.

[02.01.2018, "Dobrzelin"]

KRAJOWE ZAPISKI - ZACZĘŁO SIĘ

Nie inaczej jest i tym razem. Dłuższa przerwa, święta, przełamana data i początek nowego roku. To już było. I za każdym razem jest podobnie. Brak jakiejś szczególnej radości; raczej refleksyjne zasmucenie, pomimo tego, że Kamil Stoch wygrał dwa konkursy w Obersdorfie i "Ga Pa". Nie cieszyły też sylwestry w telewizji, nie promieniowałem radością Kurskiego, że oglądalność tego na Równi Krupowej przebiła pozostałe.
Posyłałem życzenia, choć zapewne kogoś pominąłem.
W telewizorze przebiegałem po kanałach, na które zwykle wchodzę. Bez rewelacji. Przeciskając się między stacjami natrafiłem na wypowiedź pana Wojciecha Cejrowskiego, który swoim zwyczajem zadrwił sobie, tym razem z życzeń świątecznych przesłanych przez jakiegoś samorządowca z SLD, uznając, że "lewakom" nie wolno życzyć wesołych świąt, gdyż są one (życzenia) i nieszczere, i sam diabeł bierze udział w ich formułowaniu.
Przeczytałem też w internecie zabawny artykuł o pani posłance Pawłowicz, która w jednej z wypowiedzi na fejsbuku napisała "wziąść", na co bystrzy internauci zareagowali: "wziąć a nie wziąść". W odpowiedzi na tę uwagę pani profesor wyraziła się tymi słowy: "Mnie w szkole w latach 60-tych ub. wieku, uczono tak, jak napisałam: WZIĄŚĆ. I tego będę się trzymała. Wy, dzisiaj wszystko skracacie i stosowanie niechlujnych, często prymitywnych skrótów jest Waszą, lewactwa cechą, przejętą zresztą po komunistach psujących język”.
No i co, państwo profesorowie - językoznawcy, łyso wam teraz? Kłaniam się elektoratowi pani profesor.
Coraz większy niesmak odczuwam doświadczając zaokiennych huków wystrzałów sylwestrowych i noworocznych petard, a to z uwagi na Adelę, która pomimo zagłuszania tych pirotechnicznych ekscesów głośną pracą telewizora i tak słyszy te huki, i potrafi na pół dnia schować się ze strachu w najgłębsze zakamarki mieszkania.
Obejrzałem w TVN po raz drugi, a może trzeci, rozmowę przeprowadzoną z księdzem Bonieckim, zanim cofnięto mu po raz drugi "przywilej" swobodnej wypowiedzi w mediach. Ksiądz Adam Boniecki skończył 83 lata. Czemu zwracam na to uwagę? Otóż w "Tygodniku Powszechnym", w którym w drodze wyjątku, prowincjał zakonu marianów zgodził się na to, aby były naczelny tego pisma publikował swoje felietony, znalazłem obszerny wywiad z Henrykiem Muszyńskim (rocznik 1933) przeprowadzony przez redaktora Błażeja Strzelczyka.
Z uwagi na wielce interesującą treść tej rozmowy w kolejnym poście zamieszczę tę rozmowę w całości w "przedrukach".

[02.01.2018, "Dobrzelin"]