Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

03 listopada 2018

W DRODZE (III) 19-22


III
19.
Miałem już podziękować za gościnę. Droga czekała. Na mnie. Nic o tym nie wiecie, ale zatankowałem auto do pełna, obiecując sobie, że zatrzymam się na stałe dopiero wtedy, gdy skończy się paliwo. Wskaźnik pokazywał, że zostało mi cztery piąte oleju napędowego w baku.
Przypomniałem sobie pewną sytuację. Żona kolegi musiała pójść z rana do sklepu - takie tam babskie zakupy, rozumiecie? Mąż w pracy, sąsiad, a więc ja, pod ręką.
- Zostanie pan z małą pół godzinki? Bardzo pana proszę.
Ogarnąłem się w progu przed nią, związałem ściślej szlafrok. Patrzyła na mnie.
- Mnie to nie przeszkadza, nie musi pan przecież ubierać garnituru. Córka nakarmiona, nie sprawi panu kłopotu.
Zgodziłem się, a ponieważ nie miałem żadnego oryginalnego pomysłu na zabawę z dzieckiem, opowiedziałem dziewczynce bajkę o tym, jak trzej synowie króla poszukiwali dla siebie żon. Król ojciec dał każdemu z nich łuk; mieli wypuścić strzały i tam, gdzie upadną, mieli sobie znaleźć żonę. Strzała najmłodszego trafiła w bagno tuż obok przestraszonej żabki. W tej bajce oczywiście ten niepiękny płaz okazał się być piękną księżniczką zamienioną przez czarownicę w żabę. Najmłodszy książę przekonał się o tym, składając na wilgotnych ustach żabki pocałunek. Potem żyli długo i szczęśliwie.
Tam gdzie skończy się paliwo w moim aucie ugrzęźnie grot mojej strzały.
20.
- Pan zostanie, Kaźmirz przyjdzie, to panowie pogadają. My luldzie prości, cięgiem ziemia, panie, robota w polu, spółdzielnia, kościół, gmina i tak w kółko. Świata niewieleśmy widzieli, tyle co w telewizorze, no i w sanatorium, do którego syn wysłał nas dwa razy. Syna mam dobrego, panie, a synową znalazł sobie zaraz po szkole. Dwadzieścia lat miał kiedy ślubowali. Zaraz im się Joasia urodziła. Myśmy z Kaźmirzem zrazu pomyśleli, że skoro tak prędko zaczynają, to żeby tacy do roboty byli, bo trzeba przecież w końcu gospodarstwo przekazać, a miłość miłością, to gęby się nią nie nakarmi, ale przekonali my się, że i syn, i synowa głowy mają nie od parady, a robotne oboje jak pszczółki. Że my syna dobrze wychowali, to ja wiem o tym najlepiej i jestem z niego dumna, ale że z Jagodą będzie podobnie, to się zdziwiłam, bo, panie, ona z domu dziecka, sierota, biedna i skromna; kto tam ją miał do porządnej pracy przysposobić, a że chowana w mieście, to nie mieliśmy pewności, czy się do chłopskiej pracy nada… i nadała się. Minęły lata, postarzeliśmy się i gospodarstwo przeszło w młode ręce.
21.
Kartkuję „Patologię normalności” Fromma i „Socjologię kultury” Wendy Grinswold.
Poprosiłem o kawę. Antonina przyniosła mi też parę kawałków drożdżowca z kruszonką.
Zerka przez moje ramię na otwartego Fromma.
- Czyta? Jakaś mądra książka. To ja też sobie przyniosę, „Lalkę”, Joasia pożyczyła z biblioteki. Mamy swoją, ale ta pożyczona napisana jest większymi literami.
Uśmiecham się. Słownictwo gospodyni jest bardzo dosadne - trochę w nim wiejskiego żywiołu ale też indywidualności.
Przypominam sobie, że przydzielono mi grupę do ćwiczeń z socjologii kultury i z tego tez powodu sięgnąłem po Wendy Grinswold. Teraz to właściwie nie jest mi już ona potrzebna.
Antonina wodzi wskazującym palce po linijkach tekstu. Widzę, jak podczas czytania porusza ustami. Tak oto weranda zamieniła się w czytelnię.
Kot staje na tylnych łapach, przednie opiera o uda kobiety. Dopomina się o swoją porcję mleka, myślę. Antonina odkłada na chwile czytanie, wstaje od stołu, przechodzi do sieni, wraca z miska wypełnioną mlekiem, stawiając ja na brzeżku schodka werandy, wraca do czytania.
Kot chlipie dostojnie, wzbudzając w mleku łagodne fale.
Mleko, znów to mleko, pomyślałem.
22.
Kazimierz nazywany przez Antoninę Kaźmierzem nie wracał.
- Już tam, panie, spotkał się z Wilczyńskim i Antkiem, co księżą łąkę dzierżawi. Oni tak zawsze jak się zejdą na pastwisku, to pół dnia gadanie i gadanie, a przy tym dużą flaszkę gronowego wina wypijają. Ciekawam, na którego dzisiaj wypadło, aby iść do spółdzielni. Pan powie, krowy pasają, a to pierwsi gospodarze we wsi byli, i Wilczyński i Antek. Tak jak my ziemię młodym przepisali, ale tylko my z Kaźmirzem mamy jedną krówkę, Antek ma cztery a Wilczyński sześć - obaj europejskie, znakowane - wyjaśnia Antonina, odrywając się na chwile od czytania.
Wsunąłem się w oparcie wiklinowego fotela, przymknąłem oczy i nawet nie poczułem, jak Fromm zsunął się z blatu stołu, odbił o moje kolano i zamknąwszy się uderzył z hukiem o drewnianą, pociągniętą bejcą podłogę werandy.  

[30.10.2018, Roissy en France, we Francji]

28 października 2018

SZCZYPTA MUZYKI

Widoczny brak muzyki w kawiarence, a zatem bez zbędnych słów:
1. Jean Rondeau gra "Les Sauvages" Jeana-Philippe'a Rameau



2. David Fray gra Schuberta "Moment Musicaux N°3"



3. Słynna "Folia" w wariacjach Corelliego, Scarlattiego i Maraisa



I na koniec, coś w zupełnie innym stylu:

4. Leonard Cohan i "Dance me to the end of love"



[28.10.2018, Aire de Garabit we Francji]


W DRODZE (II) 14-18


14.
Pani Katarzyna wyjechała autem z synem i synową. Przed odjazdem wpadną do kościoła, właściwie to Katarzyna zażyczyła sobie tego - zawsze przed podróżą zachodzi do kościółka. Kiedy przystanąłem u wjazdu do gospodarstwa Antoniny, obie kobiety były już po słowach pożegnania i wyszło na to, że zdążyłem w ostatniej chwili wysupłać z dziecięcej pamięci obraz kobiety, do której z matką chodziliśmy po mleko, niedaleko, kilometr od osady, od kamienicy, w której mieszkaliśmy. Pokiwałem głową na taki zbieg okoliczności, pożegnałem się z Katarzyną, a syn Antoniny, kiedy już był w aucie, a silnik audi pracował nienagannie na niskich obrotach, krzyknął do mnie, abym zaczekał do jego powrotu, zaliczą ten kościół, dworzec i sklep, to niedługo potrwa. Czyżby wziął mnie za kogoś, kto był z nim umówiony? z kim miał jakiś interes?
Antonina zaprosiła mnie do środka, do domu, a właściwie siadłem sobie na werandzie wystawionej na południe. Słońce rzucało swoje promienie z ukosa, robiło się cieplej.
15.
- Co też pan, wybrał się w drogę, a nie wie dokąd?
- Bywa - odpowiadam.
- Jajecznicę podam… i mleko… pan strudzony…
Głównym motywem, głównym punktem zaczepienia jest mleko. Przypadek? Rozglądam się po ażurowych ścianach werandy - fikuśne rzeźbione w drzewie wzory - ludowo secesyjny klimat wnętrza, na który nałożono akrylowe pejzaże, kilka obrazów zawieszonych na wysokości twarzy siedzącego przy okrągłym, drewnianym stole człowieka. Pejzaże wiejskie i kwiaty. Wprawna ręka je malowała, myślę sobie, wrażliwe oczy.
16.
Powiem, że ja tu tylko na chwilę wpadłem. Mleko tak, skorzystam, ale jajecznica? To zbyt wiele. Zbyt wiele łaski w brutalności świata, z którego uchodzę. Ale jak odmówić, teraz, gdy przez otwarte okno starej chałupy dochodzi zapach świerczącego na patelni boczku. Znów kolejny zapach. Zauważam, że moje zmysły nastawiły się na zapach, na zapachy. Ale inny zmysł przeskakuje teraz z obrazu na obraz. W takim starym domu, w werandzie równie wiekowej jak ten drewniany dom spodziewałbym się raczej wytworów czysto ludowej sztuki - jakichś rzeźb z frasobliwym Chrystusem, glinianych dzbanów, jeleni na polanie, cudownych źródełek skreślonych prymitywną kreską amatora, madonny z dzieciątkiem, innych takich….
17.
- Niech je na zdrowie. Smakuje? Patrzy na te obrazki? Wnuczka. Ona, panie, bladym świtem wskoczyła na rower i do pracy. Nie zauważył pan? W domu kultury pracuje. Tam dzisiaj dzieciaki ze szkoły przychodzą na zajęcia, więc wyjechała wcześniej, aby zaraz po ósmej zająć się nimi, bo przychodzą na zajęcia z tych malunków. Ona, panie, zdolna do tego. Od przyszłego roku do szkoły pójdzie na kilka godzin. Dyrektorka obiecała. To się Joasia uczy, nauczycielską szkołę kończy i z tego powodu mało przydatna w gospodarstwie. Ale syn z synową mówią, niech się uczy, skoro taka jej wola i zamiłowanie. Oni, panie, syn z synową, znaczy się, objęli po nas gospodarstwo i dokupili ziemi. O, tam mają swój dom. Postawili, ale jeszcze niewykończony, bo syn mówi, że najważniejsza obora dla krów i ten chlew dla świń, z którego żyją. Syn mówił, matka, skoro wyszliśmy już na tę prostą, pobudujemy taki dom, że cały duży pokój na dole będziecie mieć dla siebie, gazowe ogrzewanie, mówi, że to dwudziesty pierwszy wiek, ale ja tam wolę na swoim, i Kaźmirz też woli, i prowadza tę krowę na tamtą stronę drogi, na wspólne wiejskie pastwisko, gdzie wypasają przeważnie starzy, którzy do nowych czasów nie przywykli i po staremu po krówce trzymają, a i kozy, i owce pasą. Widzę, że panu smakuje, bo z takim apetytem pan je, że aż miło patrzeć.
18.
Posiedziałbym sobie. Przeznaczenie mówi: w drogę, a ja… ja jak zahipnotyzowany siedzę i myślami zaczynam być tutaj. Piję mleko - wąsy jak namalowane kredą. Tak powinno wyglądać szczęście.

[28.10.2018, Aire de Garabit we Francji]


W DRODZE (II) 12-13


- Toż to on, Tosiu, rozpoznałam go, gdy tylko wysiadł z auta. Po czym? Wykapany ojciec. Boże drogi, jaki ten świat mały! Że też Pan bóg tak mnie poprowadził! Powiedział: jedź do krewniaczki, z najstarszych ona ci tylko została. Przywitaj się, wypłacz po stracie Staszka. Wytłumacz się, dlaczego nie zdążyłaś jej powiadomić.
A ja, Tosiu naprawdę nie mogłam, chociaż chciałam, ale jak Staszek nie obudził się w ten pierwszy dzień wiosny, smutny, deszczowy, wiatr i szaruga, kiedy go poruszyłam i poczułam chłód jego ramion, to tak mnie coś zakuło w piersi, tak ubodło, że jak stałam przy jego łóżku, jak była nad Staszkiem pochylona, tak więcej niczego z tego poranka nie pamiętam, a obudziłam się dopiero w szpitalu. Agniecha, co to zawsze z rana przychodzi do mnie na ploty, znalazła nas oboje leżących. Staszek zimny, ale wyglądał podobno jakby wciąż spał, z tym swoim dobrotliwym uśmiechem na twarzy, a ja… a mnie sączyła się krew z nosa. Agniecha zawezwała pogotowie.
Gdzie tam moi myśleli wtedy o spraszaniu dalszej rodziny. Śmierć Staszka, a do tego ja z tym swoim sercem w szpitalu. I na pogrzebie Staszka nie byłam, nie pozwolili, bo drugiej śmierci nie chcą, nie i nie. Cóż było robić? Po dwóch tygodniach wypisali i dopiero wtedy poszłam na grób męża. Wtedy napisałam do ciebie list, Tosiu, a ty odpisałaś mi, że jeśli nie zaraz po Bożym Ciele, to w sierpniu, ale przyjedziesz.
- A ty jak się teraz czujesz, Katarzyno?
- Lepiej, znacznie lepiej, nie przyjeżdżałabym.
13.
Może i ja ją rozpoznałem, ale tyle przecież czasu upłynęło… no co, dzieckiem byłem, kiedy babcia z mamą wysyłały mnie do pani Katarzyny po mleko, jajka, rzadziej po ser twarogowy. Popatrzcie… ten zapach mleka od samego rana!
Musiałem się z nią wyściskać. To prawda, że stara, ale wcale nie niedołężna.
Tak jakoś odstąpiła ode mnie. Wyrwała się z moich ramion.
- Oj, Adasiu, podobnyś do ojca, ale nie we wszystkim. Twój świętej pamięci ojciec był zawsze ogolony, bardzo starannie, i pachniał kolońską wodą… o, a jaki przystojny z niego mężczyzna, choć zwykły przecie robotnik i z pracy wracał umorusany, ale tylko z pracy. A ty? Czemuś się nie ogolił?
Zawstydziła mnie.
- Szczerze, pani Katarzyno? Zapomniałem się ogolić przed wyjazdem, a w drodze… rozumie pani….
- Zapomniał. Boże drogi, no niech ci będzie. Widzę, że się wybrałeś w podróż, tak i ja podobnie, do krewniaczki w odwiedziny przyjechałam, bo kiedy Allach przyjść nie może… a z dworca dostałam się tutaj okazją, nie uwierzysz… policja mnie dowiozła, a Tosia gdy tylko zobaczyła jak radiowóz wjeżdża na podwórze, to oczy w słup i az się przeżegnała, tak było, Tosiu?
Antonina przytaknęła głową.

[28.10.2018, Aire de Garabit we Francji]

W STRONĘ JESIENI (7) CHŁODNYM OKIEM


Podtytuł winien być: „W stronę zimy”, bo ostatnie trzy dni przypominają temperaturowo schyłek listopada, choć w dalszym ciągu jest sucho, co dało się zauważyć szczególnie w departamencie Cher, wokół Bourges, gdzie chyba od dwóch miesięcy panuje susza, a dwa lata temu tutaj i w stronę Orleanu centralną część Francji nawiedziła ogromna powódź.
Zimno już było parę dni temu we francuskiej Jurze. Tam temperatura spadła nocą do -1 stopnia, ale już podczas dnia wyszło słońce i miałem piękną, październikową jesień.
Potem jechałem do Paryża przez tę cudowną Górną Jurę, skąd rozpościera się jeden z najpiękniejszych widoków na Alpy; stąd można zobaczyć masyw Mont Blanc.
W Paryżu po zrzuceniu towaru na targach przy Porte de Versailles przejechałem do Lasku Bulońskiego. Tam odnalazłem onegdaj niezłe miejsce do postoju. No cóż, w Lasku Bulońskim aż zatrzęsienie niewiast o swawolnych obyczajach (nie skorzystałem) oraz amatorów biegania, ale najważniejszy jest spokój i cisza, które, jak widać wkomponowują się w miejsca schadzek i płatnej miłości.
Przespałem się po trudach podróży i przed 22-gą otrzymałem kurs - załadunek rano, niedaleki, z południowego-wschodu na zachód, ale w obrębie Il de France, czyli wokół Paryża.
No i w końcu ten obecny, piątkowo-poniedziałkowy kurs prowadzący mnie znajomymi trasami pod Montpelier.
Postój z piątku na sobotę zaplanowałem sobie na sławnym wśród polskich „nietoperzy” parkingu na Aire des Vignlobles przy A77, a ten sobotnio-niedzielny przy A75 na Aire de Garabit (to takie miejsce z pięknym widoczkiem na wiadukt zaprojektowany przez Eiflle’a.
Miałem wiele nieporozumień ze swoim laptopkiem, który tracił energię z baterii na tyle, że bezczelnie wyłączał mi się, kiedy tylko chciał. Zrobiłem sobie więc przerwę w kawiarence, przechodząc na tradycyjne, długopisowe bazgroły. W końcu jednak tutaj, na Aire de Garabit, nie wiedzieć czemu, laptop podpisał zawieszenie broni, a że akurat jest w tym miejscu połączenie internetowe, tedy przepisałem „na czysto”, com napisał odręcznie.
A nie pisałem wiele, bo obecny kurs obfituje w kilometry, jak i tez bywam niekiedy zmęczony, a raczej znużony podróżą, która trwa od 25 września, a potrwa, jak sądzę, do 2 listopada.
W dalszym ciągu czytam grubą knigę opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza i tak oto doszedłem do swojego ulubionego - „Kochankowie z Marony”. To dłuższe opowiadanie, podobnie jak kilka innych zostało swego czasu sfilmowane. W ogóle Iwaszkiewicz miał szczęście do adaptacji filmowych. A „Kochankowie z Marony” to proza obdarzona niezwykłym klimatem i perfekcyjnymi dialogami, których tylko pozazdrościć autorowi „Sławy i chwały”. Jednym słowem jest to tekst, do którego często wracam, jak do mocnej herbaty przy kolacji, jak do kawy o poranku.

[28.10.2018, Aire de Garabit we Francji]

W DRODZE (II) [1-11]


1.
Zupełnie jak przed laty. Kiedyż to było? Powracająca fala wspomnień, co przybiera z wiekiem, odbija się od skalistego brzegu dojrzałości i po chwili uderza weń ponownie.
Jestem z plecakiem przymocowanym do bagażnika roweru. Pod nim zwinięty w rulon dwuosobowy namiot. Skąd go wzięliśmy? Nie pamiętam. Pamiętam, że obaj go sobie załatwiliśmy, ale on w ostatniej chwili zrezygnował z wycieczki. Zostałem sam. Zwykle bywałem sam i tak jest do tej pory.
2.
Przygniatająca ciemność, choć noce coraz krótsze. W osobowym, dwudziestoletnim busie zaiskrzyło światło, mizerne, jakby jedna z najodleglejszych, najbledszych, stłumionych blaskiem księżyca w pierwszej kwadrze gwiazd wpadła do wnętrza auta odbijając się od gładkiej tafli bocznego lusterka samochodu, jakby wskoczyła za siedzenie kierowcy do tylnej części busa i harcowała przemykając się pomiędzy bałaganem uczynionym z toreb, koców, odzieży i sprzętów nie tak bardzo niezbędnych w podróży.
3.
Przekręciłem włącznik. Znów ciemność.
4.
Stoję gdzieś na wąskim wybrzuszeniu głównej drogi tuż przed skrzyżowaniem z podrzędną, wiodącą zapewne do wioski. Zanim zgasiłem światła drogowe, dostrzegłem na samym rogu krzyżówki po prawej stronie kapliczkę, jakich wiele stoi przy wiejskich drogach. Chronią one rolnicze ziemie przed złem, od złego, co nocą nie daje spać, a po przebudzeniu dnia, po otarciu twarzy z kropelek rosy, kłaniają się tym, co wedle nich przechodzą, przejeżdżają, a może i przystają, tak jak teraz ja - znużony dniem, szukający ciepłego przytulenia nocy.
5.
Tak oto wymościłem sobie posłanie w tym barłogu, w tylnej części osobowego busa, wyglądającego jak muzealny eksponat, ale wciąż jeżdżącego, poruszającego się powoli, trzęsącego i wystukującego  melodie każdej nierówności na drodze, lecz niezawodnie podążającego wskazanym przeze mnie kursem.
Położyłem się. Nakryłem kocem - karton z książkami pod głową i dopiero na nim poduszka, miękka, z gęsiego pierza w poszwie pachnącej zmiękczającym wodę płynem do płukania; głowa zapadła się w nią, wpasowała w tę miękkość; pod kocem narasta ciepło rozprzestrzeniające się z nagrzanego przed wieczorem ciała. Zamykam oczy, odpoczywam przed zaśnięciem, przedsenne myśli wiodą mnie spiralnymi obwodnicami ku przeszłości.
6.
Jestem sam. Światło półksiężyca oświetla teraz wnętrze auta. Podgląda mnie? lituje się nade mną? a może gładzi potargane włosy głowy wystającej z brunatnej pościeli koca?
7.
Kiedy jechałem, myślałem o tym:
- jak wielkim może być człowiek,
- że coś tam w końcu znaczę.
Kiedy się zdrzemnąłem i rychło obudziłem (księżyc popędził wyżej i na zachód), pomyślałem, że gdybym teraz wyszedł z auta i rozglądnął się na wszystkie strony świata, gdybym dojrzał te setki i tysiące gwiazd tkwiących na półkuli nocnego nieba, doznałbym zawodu - jestem atomem w kropelce wody oceanu.
8.
Przysnęło mi się. Porządnie mi się przysnęło. Nie obudził mnie ptak ani zorza poranka. Dopiero kiedy poczułem zapach mleka, wygramoliłem się z legowiska, usiadłem, skrzesałem iskrę zapałki, papieros zapłonął w moich ustach, zakasłałem. Chociaż drzwi i okna auta były zamknięte, czułem zapach mleka.
- Znowu kasza manna, mamo?
- Tym razem lane kluski. Lubisz przecież.
- Lubię.
Spróbowałem.
- Jeszcze trochę cukru - poprosiłem.
- Wiem, lubisz dobrze osłodzone… ale tylko jedną łyżeczkę, dobrze?
Wsypałem. Zamieszałem.
9.
- No, stara, teraz możesz przejść przez drogę - usłyszałem.
Potem usłyszałem zgrzyt łańcucha przetaczającego się wężem po asfalcie na drugą stronę drogi. Spojrzałem przez okno. Starzec uchylił czapkę i przeczłapał za krową na tamtą stronę.
To nie był sen.
10.
Wybiegłem za potrzebą. Na miedzy przy samym rowie płacheć koniczyny. Unurzałem dłonie w chłodnej rosie. Potem obmyłem nią twarz.
11.
Ciągnie mnie w tamtą stronę, konkretnie w prawo, w to miejsce, z którego wyłonił się starzec prowadzący krowę, wleczącą za sobą metalowy,  skrzący się srebrem i jazgotliwie hałaśliwy łańcuch. W milczeniu oddałem pokłon panience trzymającej dziecko w osadzonych blisko ciału ramionach. Panienka miała błękitną sukienkę; dziecko żółtą koronę.
Uruchomiłem auto i skręciłem w drogę, skąd przybył starzec. Jechałem ku zapachowi mleka, który po kilkudziesięciu metrach zmieszał się z wonią obornika.

[27.10.2018, Aire de Garabit we Francji]

W DRODZE (I)


I
To był pierwszy dzień jego podróży. Wyjechał przed południem. Słońce dopiero co przecisnęło swój blask przez srebrzystą zasłonę mgły, która zawisła jeszcze poprzedniego wieczoru po wczorajszych opdach mocnego, czerwcowego deszczu.
Jechał bocznymi drogami ciągnącymi się zakosami pośród pól, łak i lasów. Czasami wjeżdżał pomiędzy zwarte szeregi wiejskiej zabudowy; innym razem mijał z pewnej oddali rozproszone ludzkie siedziby, do których prowadziły asfaltowe lub częściej - szutrowe czy wręcz kamieniste drożyny.
Przystawał często, co można wytłumaczyć tym, że nie zależało mu na przybyciu na czas do miejsca przeznaczenia, o ile w ogóle znał cel podróży. Samo prowadzenie samochodu musiało mu sprawiać przyjemność, aczkolwiek nieabsolutną. skoro zatrzymywał auto systematycznie po przejechaniu kilku, kilkunastu kilometrów, a czas przeznaczony na postój dzielił pomiędzy wypalenie papierosa, zjedzenie przygotowanych wcześniej kanapek, picie ciepłej kawy z termosu lub też beztroskie, ale i bezwiedne nasycanie wzroku krajobrazem, najczęściej bliskich szosie pól i łąk oraz połaciom lasów zamykających wybujałą zielonością drzew i krzewów najdalsze krawędzie horyzontu.
Na którymś z przystanków dopadł go purpurowy chłód przedwieczoru, na kolejnym zgrzebne płótno nadchodzącej nocy obsunęło się niżej, tłumiąc ponurą szarością miejsce, w jakim obecnie przebywał, czyniąc krainę coraz bardziej nierozpoznawalną zmysłem wzroku.
Nareszcie pomyślał o wypoczynku - dłuższym, całonocnym.

[Zebrane 27.10.2018 Aire de Garabit we Francji]

W STRONĘ JESIENI (6) BRZEZINA


Czytam na przemian „Antologię opowiadań pisarzy czeskich” i „Brzezinę i inne opowiadania” Iwaszkiewicza. Z czeskich opowiadań spodobały mi się miniatury Jiżego Marka, Hrabal, Ota Pavel i oczywiście Ladislaw Fuchs.
Do Iwaszkiewicza sięgam nie po raz pierwszy. To bardzo psychologiczna literatura dotykająca spraw, jakie dzieją się pomiędzy kobietą a mężczyzną z delikatnym posmakiem erotycznym, zwykle pełna nostalgii, nasycona emocjami, żywiąca się krajobrazem i muzyką, świetnie skomponowana. Iwaszkiewicz często był filmowany. Akurat przeczytałem „Panny z Wilka” i „Brzezinę”. „Brzezina” jest jednym z moich ulubionych opowiadań autora „Sławy i chwały”. W odniesieniu do tego utworu trudno nie wspomnieć o jego sfilmowaniu przez Andrzeja Wajdę. Wajda zachował Iwaszkiewiczowski klimat i celnie obsadził dwie kluczowe role: Bolesława - leśnika, zasępionego po stracie żony, nieco dziwaka i odludka wspaniale zagrał Daniel Olbrychski; jego młodszego brata, schorowanego, który powrócił z sanatorium w Davos, aby dokonać swego życia w domu swego starszego brata, w lesie zagrał z kolei równie doskonale Olgierd Łukaszewicz. Wajda wiernie odtworzył nastrój opowiadania, aczkolwiek umieścił w filmie scenę, której w opowiadaniu Iwaszkiewicza nie ma. Ale jakaż to scena! Bolesław podejrzewa, że jego córka Ola wie coś o przeszłości swojej matki - żony Bolesława, słowem leśnik podejrzewając zmarłą Basię o zdradę, rozpytuje córkę na okoliczność swoich podejrzeń. Dziewczynka, choć w silnych emocjach, z oczami pełnymi łez nie zdradza matki. Myślę, że to właśnie przesłuchanie córki przez ojca to jedna z najwspanialszych scen w historii kina i jest to bezsprzecznie zasługą tak reżysera, jak i też Olbrychskiego oraz dziewczynki grającej Olę.

[14.10.2018, Bedburg (rastsatte) w Niemczech]


W STRONĘ JESIENI (5) PRZEDWYBORCZE REFLEKSJE


Za tydzień wybory samorządowe i już wiem, że nie będę w nich uczestniczył, choć tym razem chciałem. Ale wydaje mi się, że w moim rewirze niespodzianek nie będzie. Prezydentem Kutna pozostanie pan Burzyński, a jego komitet będzie miał większość w miejskiej radzie, choć może nie absolutną jak ostatnim razem. W okolicznych gminach wygrają ludowcy wkurzeni na pisiaków, a pozostałe partie i komitety będą stety lub niestety tłem. Ważne, że na wsi i w samym Kutnie nie spodziewam się wygranej pisu. Natomiast różnie może być w wyborach do rady powiatu i sejmiku, bo głosy możliwe, że tak się  rozłożą, że pisiaki mogą się stać nawet pierwszą lub przynajmniej drugą siłą, choć raczej wykluczam koalicje z pisem. Takie są moje prognozy, ale czas pokażę, czy miałem rację.
A tak w ogóle w skali kraju to jestem ciekaw, ilu wyborców podłoży się pisowi za te 500 złotych. Wiem też, że w gronie potencjalnych wyborców pisiaków są tacy, którym kłaść do głowy, że Polska pisiaków to wstyd nad wstydy, to tak jakby rozmawiać z niemym i głuchym po chińsku. Ich nie przekona to, że ich prezydent w każdym normalnie funkcjonującym kraju poszedłby pod sąd za łamanie konstytucji, nie przekona ich to, że mają premiera - patologicznego kłamcę, że tak w ogóle cofamy się w głębokie mroki średniowiecza. Wyborcy pisu wiedzą, kto jest prawdziwym Polakiem, a kto nim nie jest i będą do trzeciego - czwartego pokolenia szukali żydowskiej lub niemieckiej krwi w żyłach „gorszego sortu”, określą kto jest komuchem, a kto, choć jest komuchem jak Piotrowicz, nim nie jest.
Wyborcy pisu mają w głębokim poważaniu prawo i uważają tak jak ziobro, że wszyscy Polacy, co nie z pisem, będą siedzieć za same myślenie inaczej, za „niesłuszne” protesty wszędzie tam, gdzie powinien rządzić aplauz i akceptacja.
Elektoratowi pisiaków podobają się chamskie odzywki pawłowiczowej, ulubieńca rydzykowych stacji michalkiewicza, który przyrównuje gwałconą przez księdza nastolatkę do ku…y. Wpatrzeni jak w święty obraz w zbawcę narodu pisiakowym wyborcom nie przeszkadza fakt, że pis swoją polityką powiela znane i wypróbowane standardy rządów silnej, autorytarnej ręki, które doprowadziły do wybuchu najstraszliwszej z wojen - drugiej wojny światowej.
Ostatnimi czasy nauczyłem się nie wchodzić w dyskusję z pisiakami - to mówienie do obrazu.
Chociaż pewny jestem tego, że jeśli nie tym razem, to następnym polskie społeczeństwo w swojej większości odrzuci pisowską propagandę, o tyle mam obawy co do tego, czy następcy pisiaków kiedykolwiek rozliczą pisowski nierząd, bo tak prawdę powiedziawszy, niektórzy z pisowkich pomazańców powinni dzisiaj oglądać świat przez kraty, a dzieje się zgoła inaczej - to lumpy rządzą obecnie naszym krajem, do tego najgorzej, jak potrafią.

(dopisek po wyborach - sprawdziło się w 100%)

[13.10.2018, Bedburg (rastsatte) w Niemczech]

W STRONĘ JESIENI (4) BANALNE HISTORIE NA PARKINGU


Mijają właśnie 24 godziny od czasu, gdy zajechałem na parking przy autostradzie nr 61 wyprowadzającej mnie z Holandii.
No cóż, powrót lata, myślę, że nie na dłużej niż na tydzień, bo w końcu to jesień, a ostatnimi dniami, podróżując z Austrii przez Niemcy do Holandii dało się zauważyć tę przepiękną porę roku - oby nie zapeszyć.
Właściwie to wolę na weekend przycupnąć gdzieś w jakiejś strefie ekonomicznej (głównie we Francji), ale i wśród ludzi może być ciekawie. Było nie było, podróżując po Europie najbardziej interesują mnie ludzie, ich zachowania - ot jestem takim ich podglądaczem, zauważającym często sceny banalne, acz interesujące.
Ot, choćby pierwsza z brzegu:
- Podjeżdża jakaś pani po pięćdziesiątce, mercedesem klasy C (tak na oko 80-100 tysięcy polskich złotych). Staje tuż przede mną i… zabiera się za przeszukiwanie śmietników, gromadząc w ten sposób aluminiowe puszki po piwie i butelki po napojach typu „pet”. W tym miejscu trzeba dodać, że w niemieckich sklepach (nie wiem, czy we wszystkich, ale w sieciówkach typu Lidl czy Aldi na pewno) do każdego napoju sprzedawanego w plastykowym opakowaniu doliczane jest 25 eurocentów. Można je potem odzyskać wrzucając puste butelki do pojemnika z elektronicznym czytnikiem kodów. Zdaje się, że automat nie „płaci” za butelki polskie. W każdym bądź razie takie zestawienie: klasowe auto i kobieta zbierająca plastykowe butelki lekko mnie zaszokowało. Kiedy otworzyła bagażnik, spostrzegłem, że jest on w całości wypełniony tym chodliwym w Niemczech towarem.
- Niedługo później dostrzegam na pobliskiej ławeczce wysokiego, szczupłego młodziana w krótkich spodenkach, z plecakiem na ramieniu. Wygląda mi na studenta szukającego podwózki, ale inna rzecz zaprzątnęła moją uwagę - młodzieniec mówi do siebie głośno, po niemiecku, ale w charakterystyczny sposób, przeciągając każde słowo. Trzyma w ręku jakąś litrową puszkę, z której bez przerwy coś popija, zgaduję, że piwo. Po jego nieskoordynowanych ruchach zgaduję, że ma dobrze w czubie, aczkolwiek trzyma się w miarę prosto. Podchodzi do właścicieli stojących nie opodal samochodów, zaczepia ich grzecznie, ale odchodzi z niczym. Podszedł również do mojego auta, nie po to jednak, aby porozmawiać. Zainteresowała go antena radiowa mojej renówki - sprawdza dokładnie uchwyt, odczytuje jakieś numery, po czym wraca na ławeczkę, wyjmuje z plecaka przedmiot przypominający radiotelefon i zaczyna się nim bawić. Po dwóch kwadransach odchodzi.
- Dwaj busiarze, Polak i prawdopodobnie Ukrainiec, podchodzą do mnie, zapraszając do swego towarzystwa, ale tak naprawdę chodzi im o to, abym podjechał z nimi do sklepu, jest tuż za pierwszym zjazdem z autostrady. Powód - skończył im się alkohol. Grzecznie odmawiam. Oto, dlaczego czasami wybieram samotność.
- Będzie dłużej. Podjeżdża czarny passat na holenderskich numerach. Wysiada z niego kobieta, młoda, na pewno przed trzydziestką, szczupła, zgrabna blondynka z takim specyficznym upięciem kosmyka włosów na środku głowy. Jej ruchy są energiczne: otwiera przednie drzwi (pasażera) auta, potem tylne. Po chwili spostrzegam jak kobieta przelewa do plastykowej butelki z termosu jakiś płyn, uzupełnia go czymś białym (mleko?), potrząsa butelką i podaje komuś siedzącemu wewnątrz auta. Jej passat stoi nie więcej niż pięć metrów od mojego auta, a ja siedzę w „drugim rzędzie”, to znaczy tam, gdzie jest moje „spanie”. Ponieważ mimo popołudnia jest nadzwyczaj upalnie, siedzę sobie w negliżu, to znaczy z nagim torsem. Gdybym siedział na miejscu kierowcy, to oczywiście włożyłbym na siebie jakąś koszulkę, ale tam na tyle czuję się mniej skrępowany, po prostu mniej mnie widać. Okazało się jednak, że matka dwojga małych dzieci (tak, kobieta podróżowała z synkiem i córeczką - podejrzałem) co jakiś czas przypatruje się mojemu ukrytemu w cieniu auta obliczu. Matko Boska, a cóż to dopiero? Czym na to zasłużyłem?
Ale ważniejsze jest co innego - zwróciłem uwagę na tę kobietę z powodu jej niesłychanej energii jaką poświęca swym pociechom. No, sam nie dałbym rady, bo to musiała odprowadzić chłopca (ładny wysoki jak na swój wiek blondynek z wysokim czołem - skóra zdarta z matki), uspokoić płacząca w tym samym czasie dziewczynkę, nakarmić oboje, zrobić porządki w aucie, zjeść coś samemu, zrobić zdjęcia komórką (mam nadzieję, że sobie i synkowi, bo przecież smartfonik potrafi fotografować w „obie strony”, a nakierowała go tak, że znajdowałem się w zasięgu obiektywu).
W końcu odjechała w siną dal, pozostawiając po sobie miłe wspomnienie.

[13.10.2018, Bedburg (rastsatte) w Niemczech]