Kartka z
kalendarza na dzień
21 grudnia 2023 roku
Czwartek
Imieniny dzisiaj
obchodzą:
Piotr,
Tomasz oraz Anastazy, Balbin, Festus, Gliceriusz, Glicery, Honorat,
Temistokles, Tomisław, Tomisława
Przysłowia na
dziś:
„Jaka pogoda
Tomaszowa, taka będzie i majowa”
„Na Tomasza
najdłuższa noc nasza”
„Na święty
Tomasz dzień się z nocą sili, mniej nocy, więcej dnia będzie po
chwili”
„Gdy na
Tomasza deszcz pada, zmienną zimę zapowiada”
„Gdy na
Tomasza pogoda, styczeń silne wiatry poda”
„Na Tomasza
nie chodź do lasa”
Słońce
Świt: 06:59
Wsch. Sł.: 07:40
Zenit: 11:34
Zach. Sł.: 15:27
Zmierzch: 16:08
Cytat dnia:
„Spróbuj
zapalić maleńką świeczkę, zamiast przeklinać ciemność”
- Konfucjusz
21 grudnia 1874 w
Warszawie
urodził się Tadeusz
Boy-Żeleński -
pisarz, poeta-satyryk, kronikarz, eseista, tłumacz literatury
francuskiej, krytyk literacki i teatralny. [ zm. 4 lipca 1941 we
Lwowie]
Poniżej tekst Boya
„Dziewice
konsystorskie”.
DZIEWICE
KONSYSTORSKIE
Dochodzę do końca
moich rozważań. Rozumiano je przeważnie dość opacznie.
Imputowano mi zaciekłą walkę o rozwody. Omyłka. Nie o rozwody
walczę, ani o „wolną miłość“, jak to dudki chcą wmówić
innym dudkom, ale o coś innego, o coś więcej. W trakcie tych
utarczek, nasunął mi się pod pióro termin, który już stał się
niemal obiegowy: „konsystorskie dziewice“. I stopniowo te
„konsystorskie dziewice“ urastały mi w symbol złych sił,
zatruwających nasze życie. „Konsystorskie dziewice“ — to
symbol fałszu, obłudy, które zaczynają panoszyć się dokoła
coraz zuchwalej.
Rola duchowieństwa
była zawsze w Polsce olbrzymia. Niepodobna mi w tych szczupłych
ramach pokusić się o rozważenie, w jakim stopniu kler, który,
uporawszy się z „heretykami“, położył w dawnej Polsce rękę
na wszystkim, przyczynił się do pogrążenia narodu w owej
straszliwej ciemnocie, w jakiej tkwiliśmy przez cały wiek
siedemnasty i trzy czwarte osiemnastego, wówczas gdy inne narody
spełniały największą pracę myśli. To pewna, że, jeżeli Polska
z tej ciemnoty spróbowała się wydźwignąć, jeśli, częściowo
bodaj — niestety za późno — to się jej udało, zawdzięczała
to przede wszystkim owym do dziś jakże znienawidzonym w pewnych
sferach „Diderotom“, Wolterom i Monteskiuszom, których wpływ
wyraził się w pięknym dziele Konstytucji Trzeciego Maja. Ale już
było za późno: Polska upadła. I wówczas, dzięki warunkom w
jakich naród się znalazł, zaczął się ów proces, który trudno
określić lepiej, niż słowami najszlachetniejszej i głęboko
wierzącej pisarki, Narcyzy Żmichowskiej:
„...między
grozą schizmy rosyjskiej a protestantyzmu niemieckiego,
duchowieństwo katolickie znalazło grunt wybornie przygotowany pod
siejbę swych życzeń i zamiarów: — wszystko co polskie
przedzierzgnęli
na katolickie, wszystko co katolickie udali za szczeropolskie, i tak
dziś tymi
dwuznacznikami zręcznie szermierzą, że odrobili już prawie
wszystko, co od początku XVIII w. w sumieniu ogólnym
ludzkości uczeni i bohaterowie, rozumni i poczciwi, kosztem krwi,
życia i ciężkiej pracy, wypracowali na koniec“...
Kamień grobowy
odwalono, Polska zaczęła żyć własnym
życiem. Natychmiast kler wyciągnął rękę po nią, niby po swoje
prawe dziedzictwo. Umocniony w potędze przez naszą ordynację
wyborczą, świadom swego wpływu na masę włościańską i na
kobiety, oparł się przede wszystkim na tych czynnikach. Kwestia
cywilnego ustawodawstwa małżeńskiego jest, z tej perspektywy,
punktem bardzo drażliwym, bo odbiera klerowi supremację w
najbardziej powszechnej i życiowej sprawie. Nie tyle o dogmat tu
chodzi, nie tyle o niebo („z Niebem zawsze poradzić jakoś sobie
można“... powiada Molier) — ile o ziemię. Ta walka o władzę
tłumaczy „podwójną buchalterię“
konsystorzy wobec tłumu a wobec uprzywilejowanych: tłum trzymać
siłą, a możnych tego świata ustępliwością. Stąd pobłażliwość
dla jednych, nieprzejednanie dla drugich; stąd armia
konsystorskich adwokatów, która się stała zorganizowaną
instytucją fałszu i świętokradztwa. Stąd wynalazek nad
wynalazki: „konsystorskie dziewice“.
Ale metody te
oddziałują pośrednio na całe nasze życie. Będę mówił o tym,
co znam najbliżej. Klerykalizm pokumał się z nacjonalizmem; oba
obozy potrzebowały „ostrych piór“; poszukały ich gdzie mogły.
Toteż, kiedy przeniosłem się kilka lat temu do Warszawy, z
uśmiechem patrzałem, jak wszystkich największych wygów i cyników,
jakich znałem, skupiono w „Okopach świętej Trójcy“, w rzędzie
obrońców wiary i cnót staropolskich. Ale kiedy przyjrzałem się
bliżej, rychło przestało mi to być zabawne, a stało się
obmierzłe: widziałem zastraszające znieprawienie charakterów.
Wspomniałem już
o zjawisku, które nie istnieje chyba w żadnym innym kraju; to, że
znaczna część szermierzy katolicyzmu w naszych dziennikach, to
ewangelicy! Nie przerywając pracy w klerykalnym
piśmie, zmienia się wiarę dla celów małżeńskich i,
przeprowadziwszy własny rozwód, pyskuje się dalej o
nierozerwalności małżeństwa! I nikomu tam nawet na myśl nie
przyjdzie pytać jakiego kto wyznania: katolik z zawodu — to
wystarczy. Czy potrzeba lepszego dowodu na to, że tu nie o dogmaty
chodzi ani nie o wiarę; że inny tu jest cel, który — jak wiadomo
— uświęca środki... Dochodzi do bardzo zabawnych paradoksów:
jeden z naszych najtęższych kondotierów
katolicyzmu (oczywiście ewangelik) został przez Towarzystwo imienia
Piotra Skargi uroczyście potępiony za swą działalność pisarską,
co nie przeszkadza klerykalnym pismom gloryfikować go na wszystkich
polach jako „swojego człowieka“, jako obrońcę wiary i ołtarza,
pogromcę heretyków i masonów.
Ale zauważmy, iż
w naszym
młodym
państwie jedni i ci sami pełnią rozmaite funkcje: publicystów,
polityków, nawet doktorów Kościoła, a równocześnie literatów,
krytyków... Czego spodziewać się po takich ludziach? Gdy ktoś
szalbierzy w rzeczach religii,
czegoż żądać od niego w sprawach literatury? I tu przede
wszystkim trzeba szukać przyczyn zatrucia naszego życia
literackiego. Można by humorystyczne pismo wydawać, zapełniając
je enuncjacjami tych samych pisarzy o tych samych sprawach na
przestrzeni lat kilku. Parę dni temu ubawiłem literacką Warszawę,
cytując stary felieton
tzw. Ojca Miłaszewskiego, w którym wysławia Boya za to, że
„iskrzącym się dowcipem wypala bigoterię
zarówno patriotyczną
jak pseudo-religijną“...
W trakcie tych
moich rozważań, jeden z czytelników przesłał mi dla zabawy numer
pisemka Odrodzenie z r. 1906, z artykulikiem pt. Przestańcie, bo się
źle bawicie. Ach, co za rzeczy tam czytamy:
...Istotnym
wrogiem pokoju, zarzewiem waśni domowych i podnietą Kainowych
zbrodni, okazują się nie niewiara, lecz fanatyzm religijny; nie
świecka nauka... przewrotowe idee współczesne, lecz średniowieczna
ciemnota i zabobon, wstecznictwo starannie pielęgnowane przez
Kościół katolicki w jego własnym interesie... Adoracja dla
najświętszego Sakramentu i Matki Boskiej nieustającej pomocy,
handel szkaplerzami i obrazkami świętymi, posty i dobrowolne
umartwienia, częste komunie...
Ile to cudownych obrazów i miejsc przez Matkę Boską nawiedzanych
istnieje w naszym kraju...
...Naiwna,
szczera, gorąca wiara ciemnego i w ciemnocie utrzymanego ludu, póty
była duchowieństwu na rękę, póki lud odciągała od wieców
politycznych a gromadziła w kościele; póki hamowała pragnienie
dobrobytu, a zapełniała kościelne skarbony...
...Nie, nie, nie!
Niechaj się księża między sobą suspendują, wyklinają, niech
zanoszą do Watykanu skargi, repliki, protesty, kontrprotesty, niech
apelują do papieża, gubią się w teologicznych zawiłościach i
subtelnościach — lecz niech się nie ważą posługiwać ludem
jako narzędziem swoich waśni“...
W tym — i
jeszcze jaskrawszym — tonie paręset wierszy. A wiecie kto to
pisał? Podpisano pełnym
imieniem i nazwiskiem: pani Iza Moszczeńska. Izia, Iziula, Ziuta,
dziś zatrudniona w lewentalowskim handelku dewocjonaliami
markietanka armii
świętoszków. A przecież kiedy pani Iza Moszczeńska pisała te
słowa, nie była już dzieckiem... Ewolucja? — Zapewne...
Mniejsza o panią
Izię. Ale są ludzie, do których mam żal, kiedy widzę co się z
nich zrobiło w tej służbie. I drugi mam jeszcze żal, to jest o
obniżanie poziomu umysłowego w Polsce. W „kąciku polemicznym“
tych felietonów
miałem sposobność cytować to i owo, i pokazać, że, gdyby
zostawić „rząd dusz“ pewnym sferom, rychło doprowadziłyby nas
do ciemnoty iście z czasów saskich. I kiedy się widzi to absolutne
liczenie na bezkrytyczność, powiedzmy na... głupotę czytelnika;
kiedy się widzi złą wiarę argumentów, zaparcie się elementarnej
rzetelności i logiki, doprawdy ogarnia smutek i zniechęcenie.
Wszystko to,
powtarzam, wytwarza zatrutą atmosferę. Przez swoją politykę
rozwodową doprowadził Kościół do tego, że zmiana wiary jest
niczym,
obojętną formalnością. W kraju gdzie wiara odgrywa rzekomo taką
rolę, gdzie tyle się o niej gada, tylu ludzi wodzi nią na pasku,
taki stan, to rzecz groźna. Wytwarza to wrażenie jakiegoś
powszechnego szalbierstwa. „Prawo nie może zmuszać obywatela do
kłamstwa“, pisze w dyskusji o ustawodawstwie małżeńskiem prof.
Wł. L. Jaworski, gorliwy katolik. Widzimy znamienne symptomy: jeden
z dostojników państwa, sam katolik, dał syna ochrzcić w kościele
ewangelickim, iżby ten syn mógł przejść przez życie jako
uczciwy człowiek i korzystać z pełni praw obywatelskich. I takich
jest wielu, coraz więcej... Ludzie przechodzą na prawosławie, na
mahometanizm! Niechby wreszcie przechodzili; ale rzecz w tym,
że wszystko razem, to jest wielka szkoła fałszu dla całego
społeczeństwa. I trzeba w końcu spytać: dla kogo ta cała
olbrzymia komedia?
Zrozumiałem jest
tedy, że walka o uzdrowienie ustawodawstwa małżeńskiego staje się
wyrazem walki o ogólniejsze cele. O czystość atmosfery, o
wyrugowanie fałszu z naszego młodego życia; o to, by nas nie
straszyła na każdym kroku upiorna twarz Świętoszka. To jego
oblicze, które wyziera z ciemnych pism klerykalnych — a nawet
niektórych świeckich — jest tak nieapetyczne, że dreszcz
przechodzi na myśl, że on miałby rządzić Polską.
A wreszcie, jest
to walka o praworządność. Ciągłe kolizje między sądami
arcybiskupimi a sądami państwowymi,
walki, w których kler chce narzucić sądom państwowym swoją
supremację i swoją nietykalność; codzienne ograbianie wdów i
sierot na zasadzie starych bulli papieskich, to są rzeczy nie do
utrzymania. Nie żyjemy dziś w czasach Bolesława Śmiałego, ale
też przez prostą delikatność episkopat nie powinien był
nadużywać okoliczności, że prezydent Mościcki nie nosi miecza
przy boku. Szanujemy duchowieństwo; ale z chwilą kiedy ono
występuje jawnie przeciw naszym ustawom, przeciw naszemu wymiarowi
prawa, wówczas staje się czynnikiem przeciwpaństwowym, staje się
szkodnikiem. Szanujemy kanony religii,
dopóki pokrywają się z ludzką uczciwością; z chwilą gdy stają
się jej zaprzeczeniem, gdy stają się źródłem demoralizacji, gdy
utrwalają pojęcie nierówności ludzi wobec prawa, wobec
Sakramentu, gdy stają się ustępliwym służką wobec bogaczy,
nieubłaganym katem dla maluczkich, wówczas jesteśmy pewni, że
ktoś źle te kanony interpretuje, że ich piastunowie i tłumacze
zeszli na bezdroża.
„Musimy
dbać o to, aby Kościół nie przeciwdziałał kulturze społecznej
i obyczajowej, by nie cofał ludu wstecz, w epokę barbarzyństwa, by
go nie gubił i nie zatracał; a jeśli tego przeprowadzić nie
zdołamy, musimy celowo i świadomie zdążać do osłabiania i
neutralizowania wpływów Kościoła“...
To nie ja mówię: to mówi... pani Iza Moszczeńska w dalszym ciągu
cytowanego artykułu. I tym cytatem kończę: czy można było
skończyć efektowniej?
[21.12.2023, Toruń]