Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

24 grudnia 2023

NARODZENIE JEZUSA W MALARSTWIE

 

Tak narodzenie Jezusa, a w szczególności pokłon trzech króli przedstawiany był w malarstwie średniowiecznym, renesansowym i barokowym.


1. Peter Paul Rubens , flamandzki malarz (1577-1640)
Pokłon Trzech Króli,

między 1628 a 1629,
Museo del Prado



2. Sandro Botticelli, włoski malarz (1445-1510)

Pokłon Trzech Króli

Galleria degli Uffizi, Florencja



3. Hans Memling, malarz niderlandzki (ok. 1433 -1494)

Pokłon Trzech Króli (panel centralny)

Museo del Prado



4. Gentile da Fabriano , włoski malarz (1370-1427 )

Pokłon Trzech Króli , 1423

Galleria degli Uffizi , Florencja



5. Bartolomé Esteban Murillo, hiszpański malarz (1617-1682)

Pokłon Trzech Króli, 1655-1660,

Muzeum Sztuki w Toledo




6. Albrecht Dürer, niemiecki malarz (1471-1528)

Pokłon Trzech Króli, 1504,

Galleria degli Uffizi, Florencja



7. Theodoor van Loon, flamandzki malarz (1581/1582-1649)

Pokłon Trzech Króli



8. Giorgione, włoski malarz (1478-1510)

Adoracja pasterzy, między 1505 a 1510,

Narodowa Galeria Sztuki, Waszyngton DC



9. Szymon Czechowicz, polski malarz (1689-1775)

Pokłon Trzech Króli,

Lwowska Narodowa Galeria Sztuki



10. Gerard van Honthorst, holenderski malarz (1592-1656)

Adoracja pasterzy, 1622,

Muzeum Wallraf-Richartz, Kolonia, Niemcy



11. Jan Brueghel Starszy, malarz flamandzki (1568-1625)

Pokłon Trzech Króli 1598/1600

Antwerpia, Muzeum Mayer van den Bergh


[24.12.2023, Toruń]

23 grudnia 2023

POLSKA KRONIKA FILMOWA 74/51B



 https://35mm.online/vod/kroniki/polska-kronika-filmowa-74-51b



  • Z kronik XXX-lecia : święta Bożego Narodzenia A.D. 1945 - dzielenie się opłatkiem przez żołnierzy Wojska Polskiego i Armii Czerwonej. [wydaje mi się, że przypominam sobie całą tę kronikę, choć nie pamiętam przed projekcją jakiego filmu ją widziałem]

  • 1974: świąteczne iluminacje i dekoracje na Ścianie Wschodniej w Warszawie. [dzisiaj takie iluminacje kosztowałyby majątek]

  • Jak w „Koperniku” robi się pierniki toruńskie. [kupowałem takie pierniki – chodzi o te specjalne, przygotowane na podstawie wzorów średniowiecznych; trafiały one na choinkę lub pełniły rolę dekoracji na ścianie mojego pokoju]



  • Pięcioraczki państwa Rychterów uczęszczają już do przedszkola i przyozdabiają choinkę w swoim mieszkaniu. [już w kolejnej kronice występują gdańskie pięcioraczki, które były żywą reklamą lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku]



  • Londyńska rewia na lodzie i bajka o Kopciuszku (fragment występu). [tutaj może kogoś zawiodę – nie lubię rewii na lodzie]

  • Modelki z „Telimeny” prezentują kreacje sylwestrowe i karnawałowe w strojach z Muzeum Mazowieckiego w Płocku. [Telimena to klasowa firma; jako brzdąc będąc w Łodzi na zakupach, zawsze odwiedzałem z rodzicami sklep Telimeny na Piotrkowskiej]



  • Krakowskie szopki - efekty tradycyjnego konkursu. [pamiętam, że w dawniejszych czasach zawsze były relacje z konkursów szopek krakowskich – dzisiaj o nie cisza, choć pewnie tradycja pozostała]



  • Ludową pastorałkę śpiewają Alibabki. [świetny zespół, piękna pastorałka]




[23.12.2023, Toruń]

KARTKA Z KALENDARZA - 23.12.2023

 

Kartka z kalendarza na dzień 23 grudnia 2023 roku

Sobota


Imieniny dzisiaj obchodzą: Sławomira, Wiktoria oraz Anatola, Anatolia, Bazylides, Dagobert, Ewaryst, Ewarysta, Gelazy, Iwo, Iwona, Jan, Mardoniusz, Saturnin, Serwul, Sławomir, Teodul, Torlak


Przysłowie na dziś:

Gdy w grudniu śnieg pada, drugi rok taki sam zapowiada

Słońce

Świt: 07:00

Wsch. Sł.: 07:41

Zenit: 11:35

Zach. Sł.: 15:29

Zmierzch: 16:09


Cytat dnia:

Szczęście to je­dyna rzecz, która się mnoży, jeśli się ją dzieli” - Albert Schweitzer


W roku 1920 tego dnia w Warszawie zmarła Józefa Sawicka – nowelistka, publicystka i tłumaczka. [ur. w 1859 roku w Łopotach]



Poniżej początkowy fragment noweli autorstwa Sawickiej „Ulicznik”.

[pisownia oryginalna]

ULICZNIK

(z wileńskiego bruku)


Ojciec Jaśka był stróżem przy nędznej kamieniczce na Zarzeczu. W dzień pracował, wieczorem pił, jeżeli miał za co, a wróciwszy do izdebki pod schodami, bił żonę, syna targał za czuprynę, póki się nie zwalił spać na ławę, podsunąwszy worek z piaskiem pod głowę.

Pewnego razu, pijany, pobił się przed szynkiem z szewcem; kułak sąsiada trafił go pod żebra i obalił na ziemię. Padając, uderzył głową o kamień i nie wstał już o swoich siłach. Zawieźli go do szpitala, gdzie zmarł po niejakimś czasie, nie zażywszy wielkich rozkoszy na świecie.

Matka została na stróżowstwie; chorowała, dokąd sił stało. Jaś pomagał jej, w czem mógł: dziesięcioletni malec dźwigał wodę, drzewo, zimą lód rąbał na dworze, wyszczerzał zęby, chuchając w skostniałe palce. Wesoła robota rąbanie lodu! Uderzysz żelaznym kołem, bryzgi lecą, czasem za kołnierz która trafi, aż ciarki pójdą po skórze! Kaftan niby watowy słabo okrywa, świecąc dziurami; wiatr w nim się nie zatrzyma, a o cieple i mówić nie warto. Wszystko to nic! Chłopak pierzyny nie zaznał — schwyci w izbie ciepłej strawy i znowu gotów pracować na mrozie. Czasem matka kartofli pieczonych nakładzie za kaftan, to i grzeją czas jakiś. Najgorzej z nogami — mróz tak bierze za bose stopy! Matka dała stare trzewiki bez sznurków, ogromne, choć trzy nogi włożyć; ciągał się Jasiek w nich dzień jeden, na drugi rzucił je w kąt, trzewiki jak kajdany tamowały mu swobodę; wyrwał się boso z chaty i zdawało mu się, świat szerszy, a u nóg skrzydła wyrośły. Zima nie wieczysta — miesiąc, drugi, a i słonko wiosenne zaświeci. Ale na wiosnę matka straszy terminem, książką... „Na wiosnę, powiada, posługa lżejsza, sama podołam, a takiego draba trzymać pod fartuchem nie godzi się; niech idzie w ludzi uczyć się pracować, żeby sam miał za co ręce zaczepić, jak wyrośnie.“ Jaśko nie traci rozumu; termin — to jeszcze nie bieda, a książka — to nawet ciekawa rzecz! I tak już nieraz w palce ugryzł siebie, widząc, jak dzieci szewca czytały, a on stał przed niemi, patrzał w książkę, a rozumiał na niej tyle, co Żuczek drzemiący pod piecem.

 — Oddacie do terminu, to i oddawajcie sobie — mawiał najzupełniej pogodzony ze swym losem; mnie jeszcze i lepiej! Tylko przychodźcie często do mnie, bo tak sam... bez was... między obcymi nie wyżyję, ucieknę... dalibóg! Przyjdziecie, co? raz w tydzień?...

 — Przyjdę mazgaju i dwa, a gdzie mnie chodzić jeśli nie do ciebie? Wzdłuż i wszerz świat przejść, to prócz tych, co w ziemi leżą, ani żywego ducha nie zostało. Ciebie wykieruję na człowieka, to choć będę miała gdzie na starość głowę przyłożyć.

Daremnie się kłopotała o przyszłość!

Jeszcze śnieg nie zaczął topnieć na dachach, do wiosny daleko, a tu jak podskoczył kaszel, tak dzień i noc z nim spokoju nie ma. Nogi jakby cudze, ledwie zwlec z łóżka ma siłę... po izbie pokrząta się jakkolwiek, ale już nawet w piecu napalić nie może. Jaśko uwijał się za nią i za siebie, a tylko gdy wróci z chłodu i w izbie nie zastanie ani zapachu zimnej strawy, to mu trochę markotno jakoś... Ale tyle tego! Kupił chleba, wody w domu było podostatkiem, i przebył jakoś tydzień, drugi. A z matką coraz gorzej; już ani ruszy się z pod pieca. Jaśko patrzał na nią, drapał się w głowę i sam nie wiedział co robić.

 — Może co jeść będziecie? — spytał nieśmiało.

 — Mnie nic nie trzeba — odrzekła — ja umrę Jaśku.

Usiadł obok niej na ławie, pod sercem załaskotało mu jakoś.

 — Eh, mało co gada! Sama mówiła nieraz, że śmierć ucieka od biednych — myślał, poruszając zwolna bosemi nogami.

 — Może w piecu zapalić? Ja tam schował w słomie kilka polan, jak nosiłem drzewo na górę...

Matka wyprostowała się, potrząsła go silnie za ramię:

 — Nie kradnij.. oh, nie kradnij!... — mówiła przerywanym głosem, niech cię Bóg od tego strzeże... drzewo cudze...

Głosu zabrakło, pochyliła głowę. A Jaśko śmiał się zcicha. Cudze! A ileż to razy głaskała go po głowie za to „cudze“ drzewo!

Do wieczora matki nie stało. Jaśko patrzał jak ogłupiały na wszystko, co się działo w chacie. Żal mu było matuli, i nie rozumiał, nie wierzył, że już jej żywej nigdy nie ujrzy. Ocknął się wtedy dopiero, gdy wyprawiony z izby przez nowego stróża, znalazł się za bramą swobodny jak ptak. […]


[23.12.2023, Toruń]

ZAPISKI Z POSTDYKTATORSKICH CZASÓW (5 - 8 / 991 - 995) ŚNIEŻYCE. ŚWIĘTA? WSPÓŁCZUCIE. NADMIAR SPRAW CIEKAWYCH.

 

5 / 992.

Piszę te słowa akurat w czasie, gdy druga z kolei śnieżyca przeszła nad Toruniem. Po pierwszej śnieg zniknął; pewnie podobnie będzie po tej drugiej, bo temperatura może się podnieść do około 5 stopni, więc święta będą prawdopodobnie po wodzie


6 / 993.

Mam wolne. Może to zabrzmi dziwnie, zważywszy na to, że jestem rencistą, ale prawda jest taka, że mam wolne i do dyspozycji sporo czasu, który muszę (to takie moje postanowienie przednoworoczne) wykorzystać właściwie. Święta będą u mnie właściwie z nazwy, nie przewiduję celebrowania, co wcale nie oznacza, że nie tęsknię do dawnych czasów, kiedy to Boże Narodzenie znaczyło wiele w moim rodzinnym domu. Czasy się zmieniły, głównie z tego powodu, że organizatorzy, czy jak tam ich nazwać – kierownicy świąt w sukmanach do tego stopnia zdążyli obrzydzić mi wszystko to, co wiąże się z religią i chrześcijaństwem, że odeszła mi ochota na współuczestnictwo w tej celebracji. Zresztą w społeczeństwie konsumpcyjnym, wolnorynkowym w jakim żyjemy, Święto Bożego Narodzenia kompletnie zatraciło swoje znaczenie; pozostając świętem rodzinnym, skupia się ono na postaci świętego Mikołaja, reniferach, ozdobach choinkowych oraz chorobliwej wręcz manii robienia zakupów. Innymi słowy profanum zastąpiło sacrum i przeżywamy narodzenie Boga podpatrując, czy przypadkiem Kevin i tym razem pozostanie w domu i czy prezes wszystkich prezesów spędzi ten świąteczny czas w domu razem z kotem, obmyślając plany na nienawistną przyszłość.

7 / 994.

Tymczasem dzieją się rzeczy straszne i tym razem zacznę od Czech, gdzie chory na umyśle człowiek dokonał egzekucji na profesorach i studentach praskiego uniwersytetu. To straszne. Głęboko współczuję rodzinom ofiar, wrzucając przy okazji kamyczek w postaci niezgody na łatwy w Czechach dostęp do broni. W takiej sytuacji zadajemy sobie pytanie: - co z tego, że 299.999 posiadaczy zezwolenia na broń nie użyło jej dla zabicia ludzi, skoro jedna z osób dokonała takiej bezprzykładnej masakry? Nie chcę już nawet powiązać tego faktu z naszym krajem, gdzie poziom nienawiści sięgnął rozmiary niespotykalne w naszym kraju chyba od końca II wojny światowej.

8 / 995.

Dzieją się rzeczy straszne także w naszym kraju. Niedawna opozycja przywraca prawo i sprawiedliwość, co spotyka się z gwałtowną reakcją dzisiejszej opozycji. Pis broni swojej telewizji i nie wyobraża sobie, że telewizja może nie być zależna od polityków. Dąży do tego, aby znów można było przedstawiać Tuska jako człowieka reprezentującego wszelkie zło na naszej planecie. Pis, co zakrawa nad śmieszność nad śmiesznościami, opowiada się za wolnymi mediami, przy czym epitet „wolne” odnosi się do „pisowskie”. No, nie jest najlepiej, skoro panowie K. i W. nie akceptują wyroku Sądu Rejonowego w Warszawie, który skazał ich na dwa lata więzienia za fabrykowanie dowodów w tzw. sprawie odrolniania gruntów (szkoda, że Lepper nie dożył tego dnia). Ten pierwszy z panów znany będzie z pokazanego Polakom gestu „ch.a mi zrobicie”, co świadczy o wysokiej kulturze tego pana oraz o pewności, że albo Sąd Najwyższy go uniewinni, albo uczyni to po raz drugi pan prezydent, który już wcześniej uniewinnił panów K. i W. gdy nie zostali jeszcze skazani przez sąd prawomocnym wyrokiem. Ponieważ ja też nie jestem skazany prawomocnym wyrokiem sądowym, to może wystąpiłbym z prośbą do pana prezydenta (ja albo inna osoba w moim imieniu) o akt łaski wobec mojej skromnej osoby. A zatem to, co rozumie przeciętnie rozgarnięty uczeń szkoły podstawowej, tj, że akt łaski jest prerogatywą prezydenta wobec obywateli skazanych prawomocnym wyrokiem, dla pana prezydenta, ponoć prawnika (zawsze żywiłem szacunek do sławnej polskiej uczelni jaką jest Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, lecz konia z rzędem temu, kto powie mi, dlaczego człowiek nieznający prawa został absolwentem tej uczelni), dla pana prezydenta jest czarną magią. Jaki z tej historii można wyciągnąć wniosek? Otóż prawdopodobnie pan prezes wszystkich prezesów nie przewidywał tego, że jego władza może się kiedyś skończyć… no i pozostawił nam taki bałagan prawny, że ciężko go będzie obecnie rządzącym naprawić, a mój dawny nauczyciel matematyki w liceum zwykł w takich sytuacjach mówić, że „sam diabeł z tego fotografii nie zdejmie”.

Współczuję zatem (chyba pierwszy raz w życiu) rządzącym i myślę, że wiele „ciekawych” spraw przed nami.


[23.12.2023, Toruń]

21 grudnia 2023

PRZERYWNIK



 


[21.12.2023, Toruń]

KARTKA Z KALENDARZA - 21.12.2023

 

Kartka z kalendarza na dzień 21 grudnia 2023 roku

Czwartek


Imieniny dzisiaj obchodzą: Piotr, Tomasz oraz Anastazy, Balbin, Festus, Gliceriusz, Glicery, Honorat, Temistokles, Tomisław, Tomisława

Przysłowia na dziś:

Jaka pogoda Tomaszowa, taka będzie i majowa”

Na Tomasza najdłuższa noc nasza”

Na święty Tomasz dzień się z nocą sili, mniej nocy, więcej dnia będzie po chwili”

Gdy na Tomasza deszcz pada, zmienną zimę zapowiada”

Gdy na Tomasza pogoda, styczeń silne wiatry poda”

Na Tomasza nie chodź do lasa”


Słońce

Świt: 06:59

Wsch. Sł.: 07:40

Zenit: 11:34

Zach. Sł.: 15:27

Zmierzch: 16:08


Cytat dnia:

Spróbuj zapalić maleńką świeczkę, zamiast przeklinać ciemność” - Konfucjusz


21 grudnia 1874 w Warszawie urodził się Tadeusz Boy-Żeleński - pisarz, poeta-satyryk, kronikarz, eseista, tłumacz literatury francuskiej, krytyk literacki i teatralny. [ zm. 4 lipca 1941 we Lwowie]



Poniżej tekst Boya „Dziewice konsystorskie”.

DZIEWICE KONSYSTORSKIE

Dochodzę do końca moich rozważań. Rozumiano je przeważnie dość opacznie. Imputowano mi zaciekłą walkę o rozwody. Omyłka. Nie o rozwody walczę, ani o „wolną miłość“, jak to dudki chcą wmówić innym dudkom, ale o coś innego, o coś więcej. W trakcie tych utarczek, nasunął mi się pod pióro termin, który już stał się niemal obiegowy: „konsystorskie dziewice“. I stopniowo te „konsystorskie dziewice“ urastały mi w symbol złych sił, zatruwających nasze życie. „Konsystorskie dziewice“ — to symbol fałszu, obłudy, które zaczynają panoszyć się dokoła coraz zuchwalej.

Rola duchowieństwa była zawsze w Polsce olbrzymia. Niepodobna mi w tych szczupłych ramach pokusić się o rozważenie, w jakim stopniu kler, który, uporawszy się z „heretykami“, położył w dawnej Polsce rękę na wszystkim, przyczynił się do pogrążenia narodu w owej straszliwej ciemnocie, w jakiej tkwiliśmy przez cały wiek siedemnasty i trzy czwarte osiemnastego, wówczas gdy inne narody spełniały największą pracę myśli. To pewna, że, jeżeli Polska z tej ciemnoty spróbowała się wydźwignąć, jeśli, częściowo bodaj — niestety za późno — to się jej udało, zawdzięczała to przede wszystkim owym do dziś jakże znienawidzonym w pewnych sferach „Diderotom“, Wolterom i Monteskiuszom, których wpływ wyraził się w pięknym dziele Konstytucji Trzeciego Maja. Ale już było za późno: Polska upadła. I wówczas, dzięki warunkom w jakich naród się znalazł, zaczął się ów proces, który trudno określić lepiej, niż słowami najszlachetniejszej i głęboko wierzącej pisarki, Narcyzy Żmichowskiej:

 „...między grozą schizmy rosyjskiej a protestantyzmu niemieckiego, duchowieństwo katolickie znalazło grunt wybornie przygotowany pod siejbę swych życzeń i zamiarów: — wszystko co polskie przedzierzgnęli na katolickie, wszystko co katolickie udali za szczeropolskie, i tak dziś tymi dwuznacznikami zręcznie szermierzą, że odrobili już prawie wszystko, co od początku XVIII w. w sumieniu ogólnym ludzkości uczeni i bohaterowie, rozumni i poczciwi, kosztem krwi, życia i ciężkiej pracy, wypracowali na koniec“...

Kamień grobowy odwalono, Polska zaczęła żyć własnym życiem. Natychmiast kler wyciągnął rękę po nią, niby po swoje prawe dziedzictwo. Umocniony w potędze przez naszą ordynację wyborczą, świadom swego wpływu na masę włościańską i na kobiety, oparł się przede wszystkim na tych czynnikach. Kwestia cywilnego ustawodawstwa małżeńskiego jest, z tej perspektywy, punktem bardzo drażliwym, bo odbiera klerowi supremację w najbardziej powszechnej i życiowej sprawie. Nie tyle o dogmat tu chodzi, nie tyle o niebo („z Niebem zawsze poradzić jakoś sobie można“... powiada Molier) — ile o ziemię. Ta walka o władzę tłumaczy „podwójną buchalterię“ konsystorzy wobec tłumu a wobec uprzywilejowanych: tłum trzymać siłą, a możnych tego świata ustępliwością. Stąd pobłażliwość dla jednych, nieprzejednanie dla drugich; stąd armia konsystorskich adwokatów, która się stała zorganizowaną instytucją fałszu i świętokradztwa. Stąd wynalazek nad wynalazki: „konsystorskie dziewice“.

Ale metody te oddziałują pośrednio na całe nasze życie. Będę mówił o tym, co znam najbliżej. Klerykalizm pokumał się z nacjonalizmem; oba obozy potrzebowały „ostrych piór“; poszukały ich gdzie mogły. Toteż, kiedy przeniosłem się kilka lat temu do Warszawy, z uśmiechem patrzałem, jak wszystkich największych wygów i cyników, jakich znałem, skupiono w „Okopach świętej Trójcy“, w rzędzie obrońców wiary i cnót staropolskich. Ale kiedy przyjrzałem się bliżej, rychło przestało mi to być zabawne, a stało się obmierzłe: widziałem zastraszające znieprawienie charakterów.

Wspomniałem już o zjawisku, które nie istnieje chyba w żadnym innym kraju; to, że znaczna część szermierzy katolicyzmu w naszych dziennikach, to ewangelicy! Nie przerywając pracy w klerykalnym piśmie, zmienia się wiarę dla celów małżeńskich i, przeprowadziwszy własny rozwód, pyskuje się dalej o nierozerwalności małżeństwa! I nikomu tam nawet na myśl nie przyjdzie pytać jakiego kto wyznania: katolik z zawodu — to wystarczy. Czy potrzeba lepszego dowodu na to, że tu nie o dogmaty chodzi ani nie o wiarę; że inny tu jest cel, który — jak wiadomo — uświęca środki... Dochodzi do bardzo zabawnych paradoksów: jeden z naszych najtęższych kondotierów katolicyzmu (oczywiście ewangelik) został przez Towarzystwo imienia Piotra Skargi uroczyście potępiony za swą działalność pisarską, co nie przeszkadza klerykalnym pismom gloryfikować go na wszystkich polach jako „swojego człowieka“, jako obrońcę wiary i ołtarza, pogromcę heretyków i masonów.

Ale zauważmy, iż w naszym młodym państwie jedni i ci sami pełnią rozmaite funkcje: publicystów, polityków, nawet doktorów Kościoła, a równocześnie literatów, krytyków... Czego spodziewać się po takich ludziach? Gdy ktoś szalbierzy w rzeczach religii, czegoż żądać od niego w sprawach literatury? I tu przede wszystkim trzeba szukać przyczyn zatrucia naszego życia literackiego. Można by humorystyczne pismo wydawać, zapełniając je enuncjacjami tych samych pisarzy o tych samych sprawach na przestrzeni lat kilku. Parę dni temu ubawiłem literacką Warszawę, cytując stary felieton tzw. Ojca Miłaszewskiego, w którym wysławia Boya za to, że „iskrzącym się dowcipem wypala bigoterię zarówno patriotyczną jak pseudo-religijną“...

W trakcie tych moich rozważań, jeden z czytelników przesłał mi dla zabawy numer pisemka Odrodzenie z r. 1906, z artykulikiem pt. Przestańcie, bo się źle bawicie. Ach, co za rzeczy tam czytamy:

...Istotnym wrogiem pokoju, zarzewiem waśni domowych i podnietą Kainowych zbrodni, okazują się nie niewiara, lecz fanatyzm religijny; nie świecka nauka... przewrotowe idee współczesne, lecz średniowieczna ciemnota i zabobon, wstecznictwo starannie pielęgnowane przez Kościół katolicki w jego własnym interesie... Adoracja dla najświętszego Sakramentu i Matki Boskiej nieustającej pomocy, handel szkaplerzami i obrazkami świętymi, posty i dobrowolne umartwienia, częste komunie... Ile to cudownych obrazów i miejsc przez Matkę Boską nawiedzanych istnieje w naszym kraju...

...Naiwna, szczera, gorąca wiara ciemnego i w ciemnocie utrzymanego ludu, póty była duchowieństwu na rękę, póki lud odciągała od wieców politycznych a gromadziła w kościele; póki hamowała pragnienie dobrobytu, a zapełniała kościelne skarbony...

...Nie, nie, nie! Niechaj się księża między sobą suspendują, wyklinają, niech zanoszą do Watykanu skargi, repliki, protesty, kontrprotesty, niech apelują do papieża, gubią się w teologicznych zawiłościach i subtelnościach — lecz niech się nie ważą posługiwać ludem jako narzędziem swoich waśni“...

W tym — i jeszcze jaskrawszym — tonie paręset wierszy. A wiecie kto to pisał? Podpisano pełnym imieniem i nazwiskiem: pani Iza Moszczeńska. Izia, Iziula, Ziuta, dziś zatrudniona w lewentalowskim handelku dewocjonaliami markietanka armii świętoszków. A przecież kiedy pani Iza Moszczeńska pisała te słowa, nie była już dzieckiem... Ewolucja? — Zapewne...

Mniejsza o panią Izię. Ale są ludzie, do których mam żal, kiedy widzę co się z nich zrobiło w tej służbie. I drugi mam jeszcze żal, to jest o obniżanie poziomu umysłowego w Polsce. W „kąciku polemicznym“ tych felietonów miałem sposobność cytować to i owo, i pokazać, że, gdyby zostawić „rząd dusz“ pewnym sferom, rychło doprowadziłyby nas do ciemnoty iście z czasów saskich. I kiedy się widzi to absolutne liczenie na bezkrytyczność, powiedzmy na... głupotę czytelnika; kiedy się widzi złą wiarę argumentów, zaparcie się elementarnej rzetelności i logiki, doprawdy ogarnia smutek i zniechęcenie.

Wszystko to, powtarzam, wytwarza zatrutą atmosferę. Przez swoją politykę rozwodową doprowadził Kościół do tego, że zmiana wiary jest niczym, obojętną formalnością. W kraju gdzie wiara odgrywa rzekomo taką rolę, gdzie tyle się o niej gada, tylu ludzi wodzi nią na pasku, taki stan, to rzecz groźna. Wytwarza to wrażenie jakiegoś powszechnego szalbierstwa. „Prawo nie może zmuszać obywatela do kłamstwa“, pisze w dyskusji o ustawodawstwie małżeńskiem prof. Wł. L. Jaworski, gorliwy katolik. Widzimy znamienne symptomy: jeden z dostojników państwa, sam katolik, dał syna ochrzcić w kościele ewangelickim, iżby ten syn mógł przejść przez życie jako uczciwy człowiek i korzystać z pełni praw obywatelskich. I takich jest wielu, coraz więcej... Ludzie przechodzą na prawosławie, na mahometanizm! Niechby wreszcie przechodzili; ale rzecz w tym, że wszystko razem, to jest wielka szkoła fałszu dla całego społeczeństwa. I trzeba w końcu spytać: dla kogo ta cała olbrzymia komedia?

Zrozumiałem jest tedy, że walka o uzdrowienie ustawodawstwa małżeńskiego staje się wyrazem walki o ogólniejsze cele. O czystość atmosfery, o wyrugowanie fałszu z naszego młodego życia; o to, by nas nie straszyła na każdym kroku upiorna twarz Świętoszka. To jego oblicze, które wyziera z ciemnych pism klerykalnych — a nawet niektórych świeckich — jest tak nieapetyczne, że dreszcz przechodzi na myśl, że on miałby rządzić Polską.

A wreszcie, jest to walka o praworządność. Ciągłe kolizje między sądami arcybiskupimi a sądami państwowymi, walki, w których kler chce narzucić sądom państwowym swoją supremację i swoją nietykalność; codzienne ograbianie wdów i sierot na zasadzie starych bulli papieskich, to są rzeczy nie do utrzymania. Nie żyjemy dziś w czasach Bolesława Śmiałego, ale też przez prostą delikatność episkopat nie powinien był nadużywać okoliczności, że prezydent Mościcki nie nosi miecza przy boku. Szanujemy duchowieństwo; ale z chwilą kiedy ono występuje jawnie przeciw naszym ustawom, przeciw naszemu wymiarowi prawa, wówczas staje się czynnikiem przeciwpaństwowym, staje się szkodnikiem. Szanujemy kanony religii, dopóki pokrywają się z ludzką uczciwością; z chwilą gdy stają się jej zaprzeczeniem, gdy stają się źródłem demoralizacji, gdy utrwalają pojęcie nierówności ludzi wobec prawa, wobec Sakramentu, gdy stają się ustępliwym służką wobec bogaczy, nieubłaganym katem dla maluczkich, wówczas jesteśmy pewni, że ktoś źle te kanony interpretuje, że ich piastunowie i tłumacze zeszli na bezdroża.

 „Musimy dbać o to, aby Kościół nie przeciwdziałał kulturze społecznej i obyczajowej, by nie cofał ludu wstecz, w epokę barbarzyństwa, by go nie gubił i nie zatracał; a jeśli tego przeprowadzić nie zdołamy, musimy celowo i świadomie zdążać do osłabiania i neutralizowania wpływów Kościoła“... To nie ja mówię: to mówi... pani Iza Moszczeńska w dalszym ciągu cytowanego artykułu. I tym cytatem kończę: czy można było skończyć efektowniej?


[21.12.2023, Toruń]

19 grudnia 2023

ZAPISKI Z POSTDYKTATORSKICH CZASÓW (4 / 991) NAGRODA I NAGRODA.

 

4/991.

Po przeczytaniu informacji że prezes NBP, pan Adam Glapiński przyznał sobie za ostatni kwartał nagrodę w wysokości 180 tysięcy złotych, skojarzyłem sobie ten fakt z sytuacją jaka spotkała mnie jako ówczesnego dyrektora szkoły za pierwszego rządu pis. Otóż w okolicach grudnia Ministerstwo Rolnictwa, któremu podówczas podlegała nasza szkoła uwolniło dodatkowe środki na nagrody dla wszystkich pracowników szkół (także dla personelu niepedagogicznego), dla których organem prowadzącym było Ministerstwo. „Na gwałt” dokonałem stosownego podziału przy współpracy ze związkami zawodowymi. Stanęło na tym, że nagrody dostali wszyscy pracownicy szkoły, a rozpiętość nagród wtedy (rok 2006 lub 2007) wynosiła od 1000 do prawie 2000 złotych. W powyższe zdanie wkradła się nieścisłość – otóż nagrody dostali wszyscy pracownicy szkoły z wyjątkiem mnie, gdyż nawet do głowy mi nie przyszło, abym miał przyznać sobie nagrodę. Teoretycznie istniała taka możliwość, abym zwrócił się z zapytaniem do mojej Rady Pedagogicznej bądź też to Ministerstwa, czy mógłbym przeznaczyć z całej puli środków nagrodę dla siebie jako dyrektora szkoły. Ale jakość nie wyobrażałem sobie występowania w kwestii nagrody we własnej sprawie. Z tego co wiem, wszyscy pozostali dyrektorzy szkół należących do Ministerstwa Rolnictwa przyznali sobie takie nagrody.

Ale ja byłem wtedy propaństwowcem, więc uważałem, że aby nie narażać na dodatkowe koszty jednostki podległej ministerstwu, nie powinienem osobiście korzystać z nadzwyczajnych środków finansowych, jakie pozostały na kontach wynagrodzeń.


[19.12.2023, Toruń]

17 grudnia 2023

KARTKA Z KALENDARZA - 17.12.2023

 

Kartka z kalendarza na dzień 17 grudnia 2023 roku

Niedziela


Imieniny dzisiaj obchodzą: Łazarz, Olimpia oraz Bega, Florian, Jan, Modest, Wiwina, Żerosław, Żyrosław


Przysłowie na dziś:

Grudzień zimny, śniegiem przykryty, daje rok w zboże obfity


Słońce

Świt: 06:56

Wsch. Sł.: 07:37

Zenit: 11:32

Zach. Sł.: 15:26

Zmierzch: 16:07


Cytat dnia:

Dobra żona jest dar Boży. Ona szczęście domu mnoży” - Mikołaj Rej


17 grudnia 1862 roku w Rymanowie urodził się Zdzisław Sulima-Kamiński - inżynier górniczy, urzędnik i literat. [zm. 29 stycznia 1920 roku w Krakowie]


Poniżej nowela „Pies” zawarta w książce „W królestwie nocy - Nowele górnika” wydanej w roku 1907.


PIES

[pisownia oryginalna]

    Był od lat kilku inżynierem kierującym kopalni. Przełożeni mieli dla niego zawsze słowa największego uznania z powodu niezmordowanej pracy, nadzwyczajnego rygoru i karności, które wśród jego robotników panowały, gdyż każdy z nich o każdej niemal porze dnia i nocy czuł ciążącą na nim żelazną rękę tyrana.

    W zabudowaniu szybowem był codzień prawie przed rozpoczęciem szychty, by osobiście kontrolować kto się spóźnia? Opieszałych skazywał na karę, coraz sroższą, wreszcie wydalał ze służby. Podczas roboty był na inspekcyi kopalni, na każdem miejscu choćby najdalej i najgłębiej; zjawiał się jak z pod ziemi, w chwili, gdy się go najmniej spodziewano, ażeby sprawdzić: czy wszystko odbywa się ściśle według wydanych przez niego poleceń? Najmniejsze przekroczenie wywoływało atak wściekłego gniewu, poczem znów sypały się kary i wydalenia.

    Czasem przy końcu szychty spuszczał się jednym z ustronnych szybów do kopalni i ukryty w ciemnym chodniku, śledził niepostrzeżony, który z robotników lub dozorców opuszcza robotę, choćby tylko kilka minut przed końcem szychty. Na ustach jego igrał wtedy jakiś uśmiech szatański, gdy widział zdumienie w ten sposób na przestępstwie wyłapanych, którym nie tylko urywał połowę zarobku, ale i kary wyznaczał.

    A niechno który przyszedł nietrzeźwy do roboty, a niechno który pozwolił sobie na blaumontag! wydalenie czekało go na pewne. Na złagodzenie wyroku szkoda było próśb i zachodu.

 — Bierz i wynoś się — mówił głosem stanowczym, oddając winnemu książkę służbową.

 — Panie mam żonę i dzieci sześcioro.

 — Nie trzeba było mieć!

 — Raz jeden zapomniałem się!

 — Przebacz! Obchodziliśmy chrzciny!

 — Możesz je teraz swobodnie obchodzić na wolnej stopie... marsz!

    Ale surowość i bezwzględność sama, nie była powodem, że go tak ogólnie nienawidzono; on był prócz tego niesprawiedliwym. Gdy który z górników wziąwszy robotę akordową pracował sumiennie i należała mu się znaczna za to zapłata, starał się krzywdząc go obniżyć akord i zmniejszyć zarobek.

    Nazywano go ogólnie — Psem.

    Ponurego jego oblicza nie rozpogodził nigdy jaśniejszy promień. Usta okolone czarnym, krótkim zarostem zazwyczaj miał zaciśnięte; w chwilach gniewu wykrzywiał je jakimś piekielnym uśmiechem, odsłaniając wtedy rząd dużych białych zębów. Przemawiał głosem szorstkim i opryskliwym. Nie miał przyjaciół, znajomych — nie żył z nikim. Prócz baby starej, odwiecznej, która była podobno jego mamką, a teraz gospodynią i znosiła z anielską cierpliwością wszystkie humory despoty, nikt nie popasał dłużej w obrębie jego domowej zagrody.

    Był namiętnym palaczem, cygara z ust nie wypuszczał; mówiono także, że zamykał się i pił na umor, ale o tem nikt na pewne nie wiedział, a gospodyni milczała, jak grób...

    W nowo otworzonym poszukiwawczym szybie „Nadzieja“ odbywał się zjazd na „szlongach“, t. j. w koszach parcianych, zawieszonych u grubej liny konopnej. Właśnie po odbyciu zwykłej inspekcyi, która tym razem z powodu pewnej niesubordynacyi była nieco gwałtowniejszą, a wynikiem jej miało być znowu kilka surowych kar i wydaleń, wyjeżdżał inżynier z kopalni „na świat“...

    Robotnicy żegnali go górniczem: „Szczęść Boże“, na co odpowiadał im zawsze, jakimś nieartykułowanym pomrukiem.

    Wsiadł do szlonga i kazał dać sygnał.

    Lina zaczęła się w wolnem tempie poruszać... patrzył bezmyślnie ku górze. Nagle wstrząsnął się cały. Przetarł oczy, które przysłaniał mu dym z kopcącego kaganka, spojrzał i znowu zimny dreszcz go przeszedł: lina była do większej połowy przerwaną; całym ciężarem zwisał tylko na kilku skrętach. Nie, to nie było przypadkowe przerwanie liny, to było przecięcie umyślne, równe przecięcie nożem; spostrzegał to najwyraźniej. A więc akt zemsty ze strony tych łotrów! — pomyślał. — Akt znakomicie uplanowany, usuwający się najzupełniej z pod władzy sądowej — z pod wszelkiej kontroli. Gdy się lina urwie, a on zginie: całym powodem śmierci będą zleżałe włókna konopne i morderców żadna nie spotka kara. Z bezsilną, straszną wściekłością krwawił zębami wargi i wciskał paznogcie w dłonie.

    Szala wznosiła się w miarowym tempie... Nie! nie! to im się tak łatwo nie uda... on przecież mimo tych przeciętych skrętów wyjedzie... Źle się obliczyli głupie chamy! Nadzieja wstąpiła w jego serce, przechylił głowę by zobaczyć czy daleko jeszcze otwór szybu i w tej chwili uczuł, jakby targnięcie szlongiem — nowe włókno pękło. Dreszcz zimny przeszedł go wskroś... do góry było jeszcze przeszło sto metrów... wszelka nadzieja znikła... Chciał krzyczeć, by go spuszczono, ale po pierwsze: kto wie czyby go usłyszeli z takiej głębiny, a po drugie: od spodu dzieliło go także przeszło sto metrów; był w samej połowie szybu. Zresztą cóż pomogą jego sygnały, jeśli to zmowa; za chwilę pęknie drugie, trzecie włókno liny i... widział siebie leżącego — tam na dnie szybu z roztrzaskaną czaszką, otoczonego tryumfującymi robotnikami, że się przecież raz tego psa pozbyli. Wiedział, że go nazywają psem... — Dlaczego on właściwie był takim?... Wychowany w domu podrzutków, czuł na sobie to krzywdzące paryasa piętno i za wzgardę, której otoczenie często nie ukrywało przed nim, odpłacał ludziom nienawiścią. Nie znał, co to pieszczoty matki i tkliwość ojca, nie znał nigdy miłości, życie nauczyło go nienawidzieć.

    A jednak coś tam było na dnie tego kamiennego serca, jakaś iskra tląca się słabo, jakieś pragnienie kochania, radości, szczęścia, tak jak drudzy, ale on ją tłumił natychmiast, gdy żywiej zaczynała płonąć... wtedy to stronił od ludzi, zamykał się i pił na umor.

    Znowu uczuł szarpnięcie liną: następne włókno pękło... zostały jeszcze tylko trzy, może cztery. Szala poruszała się coraz wolniej, robiono to najwidoczniej umyślnie, oczekując lada chwila przerwania. Spojrzał w górę, w otworze szybu zobaczył blask słońca i nagle zakipiała w nim, zawrzała w całym tym organizmie skazanym na zagładę — żądza życia... był to protest instynktu samozachowawczego.

    Nie, on nie umrze, nie zginie tak marnie, Bóg go ocali!

 — Boże, zmiłuj się nademną! — zaczął się modlić z dreszczem przedśmiertnej trwogi.

 — „Ojcze mój, który jesteś w niebie święć się imię Twoje, przyjdź“ — przerwał pacierz, który już wyszedł mu z pamięci i drzącemi usty powtarzał:

 — Boże zlituj się, zlituj się nademną!

Szlong poruszał się w tem samem tempie, a jemu zdawało się, że idzie coraz powolniej. Powtarzał ciągle oderwane słowa modlitwy:

 — Boże zmiłuj się nademną, a ja ci przyrzekam poprawę, przyrzekam... Klnę się na wszystkie świętości, że stanę się innym. Śladem Chrystusa iść będę... miłość siać będę wśród ludzi... stanę się dobrem dzieckiem Twojem, jak nikt na świecie... Przebacz mi Ojcze! Przebacz grzesznikowi, który Ci dziś poprawę przyrzeka... ja wszystkie krzywdy nagrodzę.

    Capiaka, Stawarę i innych przyjmę znowu do służby i Dąbrowskiego także, a jego biednej żonie, która codziennie z sześciorgiem dzieci zastępuje mi drogę, nagrodzę cierpienia z własnych funduszów, po co mi składać pieniądze — rozdam je biednym.

    Szeptanym wyrazom, które powtarzał na przemian ze słowami modlitwy, towarzyszył szmer kropel, spływających po cembrzynie szybu... Wilgotna czeluść wyglądała jak ściany grobu.

    Przedostatni skręt liny pękł, szląg wisiał już tylko na jednem włóknie, zbliżał się moment stanowczy. Czuł, że lada chwila runie w głębinę. Zaczął tracić przytomność, przestał myśleć i wpatrzony w ostatni skręt liny, który zdawał się wydłużać, powtarzał bezwiednie:

 — Boże, Boże, Boże.

Okno szybu było tuż ponad nim.

W tem: co to? już, już jest koniec?...

Uczuł nagle mocne dźwignięcie szlongiem i równymi nogami wsparł się na zamkniętych drzwiach szybu. W około niego stali w zabudowaniu robotnicy — niemi z trwogi — trupio-bladzi...

Zwolna odzyskiwał przytomność... rozejrzał się, wyprostował, stanął na pewnych nogach w całym majestacie swej siły i władzy i z pianą wściekłości przez zaciśnięte zęby wyrzucił:

 — Ha! łotry, ja was nauczę!…


[17.12.2023, Toruń]