Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

17 marca 2015

CORTINA D’AMPEZZO

Zaczęło się od dwugodzinnego postoju pod Leverhusen (tragiczny wypadek: tir kontra mały autobusik; straż, pogotowie, policja, śmigłowce) przez co spóźniam się o godzinę pod załadunek w Koeln do Limana we Włoszech. Ładuję się jednak, bo klient zaczekał, z pełnym zrozumieniem dla moich przeprosin, gdyż korki w Zagłębiu Ruhry pod Koeln to normalność. Robię więc 200 kilometrów i nie mam ochoty jechać dalej. Jest piątkowy wieczór, a w Limana pod Wenecją mam się stawić w poniedziałek o ósmej rano.
W sobotę początkowo postanawiam podzielić pozostałe 736 kilometrów jazdy na dwa dni, kiedy jestem już w niemieckich Alpach a potem na granicy niemiecko austriackiej, decyduję się na dalszą drogę. Pogoda w Austrii niezła, plus dwa, trasa czysta a zwały śniegu jedynie na poboczach. Na jakieś dziesięć kilometrów przed przejściem granicznym z Włochami w Brenen zaczyna prószyć śnieg i w miarę pokonywania włoskich dróg temperatura spada poniżej zera, a opady śniegu staja się coraz bardziej intensywne.
Po kilkunastu kilometrach względnie szybkiej jazdy, gdy odczyt z termometru informuje mnie o minus 3 stopniach, rozpoczyna się wspinaczka. Zaczyna coraz bardziej śnieżyć i pojawiają się serpentyny, a na drodze coraz więcej świeżego śniegu. W takich warunkach wspinam się wolniutko. Peżocik sunie pod górę z zawrotną prędkością 20 kilometrów na godzinę na drugim biegu (później się okaże, że 50 kilometrów dzielonych na podjazd i zjazd zajęło mi 3 godziny). Podczas wjazdu na szczyty myślę głównie o jednym: aby nie dane mi było się zatrzymać, bo w takich warunkach pogodowych ruszanie z miejsca pod górę z obciążeniem, nie wydaje się możliwe. Cały czas obserwuję wyświetlacz termometru. Od początkowej fazy wspinaczki jest minus sześć stopni i pomimo zaklęć, mróz nie zamierza ustąpić. Gdyby bowiem temperatura spadała, oznaczałoby to, że powoli wydostaję się z tej nieprzyjaznej krainy. Nic z tego. Wlokę się niemiłosiernie, śniegu przybywa i tworzą się zaspy, które, jak na razie, nie przekraczają dwudziestu centymetrów.
Wreszcie dojeżdżam do Cortina D’Ampezzo, a tam, na kilometrowym wypłaszczeniu, u samego szczytu, prawdziwa zamieć, jakiej świat nie widział. Wycieraczki nie nadążają zbierać śniegu, a ten przymarza raptownie do szyby. Pazurki peżocika tworzą dziewiczy trop, starając się unikać wyższych i grubszych zwalisk białego szaleństwa. Zapamiętuję w tym miejscu dwie ogromne skały tuż przy drodze zasypane śniegiem. Przyznaję, że widok tych potworów wprawia w przerażenie. Wnioskuję, że od tego miejsca rozpocznie się karkołomna przejażdżka w dół. Tak jest w istocie. Zjeżdżam z najmniejszą z możliwych prędkością, wciąż na dwójce, hamuję pulsacyjnie, unikam zmiany biegów, bo nawet ta krótka chwila, kiedy autko wpada na „luz”, powoduje nadmierne przyspieszenie, staram się, aby autko nie wpadało w poślizg, zwłaszcza podczas zakrętów o kącie 180 stopni. Jakby na domiar złego na jednej z serpentyn, tuż przed autem przebiega z gracją sarna i jak wytrawna klacz przeskakuje z zapasem barierę po prawej stronie drogi. Peżocik, jak dotąd, nie zadrapał podczas swoich podróży żadnego zwierzątka i podobnie rzecz miała się tym razem.
Myślę sobie, że mimo wszystko miałem nosa, nie odkładając w czasie wycieczki przez Cortinę. Jest noc między drugą a czwartą, ale, tak cos mi się zdaje, że za godzinę, dwie, nikt już tędy nie przejedzie, gdyż opady śniegu raczej się nasilają aniżeli słabną. oczywiście gdzieś poniżej (o czym się przekonam) stoją pługi śnieżne, teraz zasypane, wiec i one, zanim udostępnią drogę innym same będą musiały się przez nią przeprawić.
Powolutku zjeżdżam coraz niżej. Śniegu jakby mniej, choć sypie bezustannie. Spostrzegam w dole światła jakiejś wioski. - Oho, są jednak ludzie – myślę. Nieco poniżej dostrzegam kościelną wieżę. – Zatem i Bóg się pojawił – myślę sobie – czyli jest szansa na ocalenie.
Gdzieś w okolicach Listolade (tak odczytałem z przydrożnej tablicy) dzieje się rzecz niezwykła, w którą, jak ten święty Tomasz, nigdy bym nie uwierzył, gdybym nie doświadczył. Na płaskim dystansie jednego kilometra temperatura rośnie od -6 do +1 stopnia. Pierwsza myśl: termometr zwariował… ale nie, nagle znika z drogi śnieg, jezdnia jest mokra, paruje, nie przestaje wprawdzie padać, lecz teraz jest opad śniegu z deszczem.
Myślę, że w tej części Alp włoskich i w Dolomitach ogromny wpływ na warunki atmosferyczne panujące wysoko w górach ma bliskość Adriatyku. Zimą śnieg zaczyna bezczelnie sypać, kiedy nad górami stykają się: ciepłe i wilgotne masy powietrza znad morza i zimne powietrze z północy i zachodu. Zdaje się, że w pewnym momencie znalazłem się na granicy dwóch prądów po wietrznych. Cortina D’Ampezzo była kulminacyjnym miejscem starcia dwóch wrogich sobie żywiołów, a miejscowość Listolade okazała się punktem, w którym adriatyckie ciepło odnosi druzgocące zwycięstwo nad chłodem.
Zajeżdżam do Limana o 4.30. Pomyśleć, że jedynie niespełna 20 kilometrów na południowy wschód jest Wenecja, miejsce niezwykłe, tak jak niezwykła była moja przejażdżka przez Cortinę, szczęśliwie zakończona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz