Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

17 marca 2015

KRONIKA PRZYPADKU ELIZY K.


[imiona i skróty imion/nazwisk zostały zmienione]

(1)
- Proszę zejść na dół. Ważna sprawa.
Ubrał się i po kilku minutach był w pokoju wychowawców.
- Zachowywała się dziwnie – kontynuowała relacje Z. – mgła w oczach, jakieś brednie. Wydaje mi się, że była na głodzie i z jakichś przyczyn nie mogła tego zażyć.
Rzuciła na stół kilka saszetek z białym proszkiem.
Przysiadł. Opowiadała.
- Po co pan ją przyjmował. Niepotrzebnie dałyśmy jej pokój – wtrąciła W.
Czuł odpowiedzialność.
- Widziały panie, że przyszła do szkoły ze śladami pobicia, z sińcem pod okiem?
- Nic z niej nie będzie, panie dyrektorze – w głosie Z. zwątpienie mieszało się z beznadzieją.
- Chciałbym z nią porozmawiać.
- Proszę, pójdźmy. Zrobimy rewizję przy panu zasugerowała Z.
W. została, choć chciała iść z nimi na górę.
- Nie rewizję – sprzeciwił się – ona sama musi nam pokazać swoją torbę i rzeczy osobiste w szafie.
- Będzie się broniła. Nie pokaże.
- A pani niech zadzwoni na policję – polecenie skierował do W., która w międzyczasie zapaliła papierosa.
- Dyrektorze, policję? Po co nam ten szum – oponowała W..
- Są narkotyki, tak czy nie? Jeśli nawet nie mamy pewności, to okoliczności na to wskazują. Z. pokiwała głową. W. sięgnęła po słuchawkę telefonu.

(2)
Dziewczyna leżała na wersalce odwrócona twarzą do ściany. Kiedy weszli, usiadła, próbowała wstać i ponownie usiadła.
- Źle zrobiłaś, wiesz o tym? – powiedział.
- Wiem.
- Te trzy saszetki, które wypadły ci z kieszeni to wszystko co masz?
- Tak, to wszystko. Niczego więcej nie mam.
Głos dziewczyny był ochrypły i matowy. Mówiła wolno, gubiła rytm.
- Udowodnisz nam to? – zapytał.
- Mówiła, że ma tylko dla siebie, ze nie rozprowadzała – wtrąciła Z..
- Naprawdę, dyrektorze. Niczego więcej nie mam. Tylko takie tam.
Wstała z trudem i podeszła do swojej szafy. Wyjęła torbę i powoli, niezdarnie zaczęła wyjmować z niej wszystko, co miała.
- Tylko to – powiedziała. 
Pokazała niklowana blaszkę, strzykawkę, lusterko i zapałki
- Tylko to mi było potrzebne. Nie jestem dilerką. Nie rozprowadzałam.
- Powiesz to policji – powiedział.
- To wezwał pan policję – stwierdziła beznamiętnie. Nie była tym faktem zaskoczona.
- Będą cię pytali, skąd to masz – wyjaśnił.
- Wiem. Nic im nie powiem. Nie lubię psów.
- Jak chcesz. Nie potrzebuję narkotyków w szkole, rozumiesz?
Starał się wypowiadać wyraźnie i stanowczo. Miał wrażenie, że dziewczyna odpływała, lecz starała się trzymać na tyle, na ile mogła. Tylko ta senność budziła niepokój.
- Więc to już koniec szkoły dla mnie? – spytała, sprawiając wrażenie, że odpowiedź na to pytanie ją zmartwi.
- Pamiętasz, jak przyszłaś do mnie pierwszy raz z babcią, aby znaleźć ci jakąś klasę? Pamiętasz, jak po paru dniach zobaczyłem cię pobitą. Miałaś siniec pod okiem i rozbitą wargę. Jeszcze pozostał ci ślad.
- Pamiętam. Przepraszam.
- Natychmiast zdecydowałem, abyś zamieszkała w internacie. Więcej, uważałem za stosowne, aby zabronić jakichkolwiek wizyt z zewnątrz.
- Pamiętam.
- Zawiodłaś mnie. Wiesz o tym?
Starał się wzbudzić u dziewczyny poczucie winy. Być może gdyby wtedy spotkał się z niemożliwym do przezwyciężenia oporem z jej strony, sprawy potoczyłyby się inaczej. Ucieszył się, że potrafiła wyrazić żal, choć jednocześnie wiedział o tym, że w tym stanie w jakim się znajdowała, wszelkie obietnice, zapewnienia , racjonalność sądów a wreszcie i skrucha to mit, któremu nie należy ulegac i brac za dobrą monetę.
- Teraz obmyj twarz i uczesz się. Zejdziemy na dół i zaczekamy na policję.

(3)
Przywitanie.
- Proszę do pokoju wychowawców – powiedział.
- No to co, mamy problem – usłyszał glos funkcjonariusza
(Jak to dobrze, że jest policjant i policjantka – pomyślał)
- To może ja najpierw poproszę osobę, która znalazła narkotyki – zakomenderowała policjant. Nie przekraczał czterdziestki. Pobieżnie rzucił okiem na dziewczynę siedzącą na korytarzu. Z. weszła do środka pomieszczenia, skąd musiała się wynieść W..

(4)
- Teraz pan, dyrektorze.
Wszedł do pokoju wychowawców. Protokołująca zeznania policjantka stwierdziła na powitanie:
- Amfetamina na pierwszy rzut oka. Co do jakości musimy zaczekać na wyniki badań.
- Funkcjonariusz przeglądał dokumenty, które najpewniej zabrał z sobą.
- Mam ksero pańskiego zgłoszenia oraz raport kolegi. Niedawno to było.
- Owszem. Przyjechała do szkoły z widocznymi oznakami pobicia, więc panów wtedy wezwałem.
- Tak… mam tutaj także jej zeznanie. Znamy te rodzinę. Typowa patologia. dziewczyna mieszka raz z matka, raz z babką. Pewni chciałaby mieszkać z matką, ale różnice zdań z nowym facetem matki nie pozwalają na to.
- Różnice zdań…
- Czasami przybierają właśnie taka postać. Żeby było jasne: ona też nie jest bez winy.
- Rozumiem.
- Niech pan opowie teraz po kolei. Ale, zaraz, co pan zrobił po wyjeździe kolegi?
- Zdecydowałem, że wezmę ją do internatu pół godziny po tym, jak pański kolega odjechał. Posłałem ja z kierowcą po jej rzeczy osobiste. Chciałem to zrobić jak najszybciej, aby nie musiała stanąć twarzą w twarz z tym facetem.
- Nigdzie się nie zatrzymali? Nie kontaktowała się z kimś?
- Kierowca mówił, że nie. Przyjechali natychmiast po tym, jak wzięła ubranie na wymianę. Myśli pan, że już wtedy miała je z sobą?
- Niewykluczone. Wychowawczyni mówiła, że specjalnie jej pilnowali. nie pozwolili wychodzić z internatu.
- Tak właśnie przykazałem.
- A co z tym czarnym mercedesem?
- Kierownik internatu zadzwonił do mnie, bo zauważył, że stanął w pobliżu internatu. Wyszedłem wtedy sprawdzić, ale już odjechał. nie zdołałem spisać numerów. Bardzo krótko stał. Z tego co wiem, nikt z uczniów i ich rodzin nie posiada takiego auta, dlatego zwrócił on naszą uwagę.
- Znamy tego mercedesa. Nikt z niego nie wychodził? Nie przekazał czegoś?
- Wiem tyle, że stał przez chwilę. Akurat były zajęcia, więc nikogo z uczniów przy nim nie było.
- Ile czasu przebywała w internacie?
- Dwie noce.
- Niewiele. To duży sukces.
- Nie nazwałbym tego sukcesem.
- Wiadomo, narkotyki w szkole psują jej reputację. Zatem dowiedział się pan o narkotykach przez telefon od wychowawczyni?
- Konkretnie to dowiedziałem się o nich dopiero po zejściu do internatu. Podczas rozmowy telefonicznej usłyszałem jedynie, że jest ważna sprawa i wymaga mojej obecności. 
- Wychowawczyni zeznawała, że te saszetki wypadły przypadkowo z kieszeni dziewczyny kurtki, potwierdza pan?
- Tak właśnie mówiła. Szła z internatu do sali gimnastycznej na zajęcia. Ponieważ padał deszcz włożyła kurtkę.
- Rozumiem. potem przeszukaliście jej pokój, torbę, rzeczy osobiste?
- Sama nam pokazała. Wtedy już inna wychowawczyni zadzwoniła do państwa.
- I to właśnie znaleźliście – policjant wskazał na leżące na stoliku obok saszetek: lusterko, niklowana blaszkę, strzykawkę i pudełko zapałek.
- Tak. powiedziała nam, że tylko te przedmioty maja związek ze sprawą.
- Czy mówiła od kogo… skąd ma narkotyki?
- Nie. Żałowała, przepraszała, ale tylko tego zdołałem się od niej dowiedzieć.
- Wierzy pan jej, że szczerze żałuje tego, co zrobiła?
- Nie mam pojęcia. Chciałbym wierzyć.
Spisująca zeznania policjantka znalazła chwilę na to, aby podzielić się swoim spostrzeżeniem:
- Pierwsza zasada w kontaktach z narkomanami brzmi: nie ufać żadnemu ich słowu, nie wierzyć w to, co mówią. Przynajmniej na tym etapie postępowania.
- Zdaję  sobie z tego sprawę.
- To na razie tyle – odezwał się policjant – byłby pan łaskaw poprosić winowajczynię? I niech pan zaczeka jeszcze. Porozmawiamy z nią i spiszemy protokół odnośnie tych rzeczy, które zabieramy.
- A co z nią? – zapytał.
- Nie spodziewam się, aby przyznała się do rozprowadzania narkotyków. Prawdę powiedziawszy, gotów jestem jej uwierzyć, że miała je jedynie dla własnego użytku, choć zdecydowanie za wiele. jest w tym środowisku od tygodnie, w tym dopiero trzeci dzień w niejakim odosobnieniu, a to zbyt krótki czas na to, aby zbadać teren i pozyskać zaufane osoby.
- Czyli, mam rozumieć, nie izolujecie jej?
- Na tym etapie postepowania nie jest to konieczne. Ważniejsza jest obserwacja, ten samochód. Pozbawiona narkotyków nie będzie stanowić zagrożenia, choć oczywiście podejmiemy ostateczną decyzję po rozmowie z dziewczyną.
- Rozumiem, że powinienem dalej się nią zajmować.
- Obawiam się, że tak. Wybrał pan najlepsze rozwiązanie. Skąd mógł pan przypuszczać, że tak to się skończy.
- Ładne mi pocieszenie. Jutro jest piątek, a w sobotę i niedziele internat zamknięty.
- No to jest problem. Rozważał pan, czy może nie umieścić jej w innym miejscu?
- Z tego wynika, ze mam na to aż całą dobę.
- Niech pan jednak weźmie pod uwagę to, że na umieszczenie jej w specjalnym ośrodku odwykowym wymagana będzie zgoda jej rodziców lub prawnych opiekunów – wtrąciła policjantka.
- Zaskoczę panią, ale właśnie dzisiaj dziewczyna kończy osiemnaście lat i od jutra może decydować sama za siebie.
- To połowa szczęścia, bo musi pan znaleźć w sobie siłę, aby ją przekonać do dobrowolnego poddania się leczeniu – kontynuowała policjantka.
- Biorę to pod uwagę.
Wyszedł.
Dziewczyna siedziała na krześle przy kaloryferze. Sprawiała wrażenie jakby było jej przeraźliwie zimno. Wstała.
- Wchodź teraz ty – powiedział – i żadne tam psy. Zachowuj się porządnie, rozumiesz?
Podeszła do drzwi i nacisnęła klamkę.
- Dobrze, sorze.
Zamknęła za sobą drzwi.

(5)
Miał dwadzieścia cztery godziny na znalezienie przynajmniej tymczasowego rozwiązania. Wydzwaniał. Noclegownia i ośrodek MOPS-u w mieście odpadał. Narkotyki to przeklęte słowo. Znalazł jeszcze dwa ośrodki, w tym jeden u sióstr, i tam dano mu nadzieje, że  do poniedziałku może zostać. Wysłał tam dziewczynę z kierowcą a sam przedzwonił jeszcze do dwóch ośrodków monarowskich. Ten w mieście wojewódzkim był przepełniony i nie reagował na jego błagalne prośby. Drugi, położony bliżej, w całkiem nieźle utrzymanej wilii – pałacyku, wydawał się być miejscem najlepszym. Główny problem to ukończone przez dziewczynę osiemnaście lat. Przyjmują niepełnoletnich, choć często kuracja przeciąga się ponad granice wieku dorosłości.
- Kierowniczka będzie do czternastej. jeśli już, to tylko z nią rozmowa – usłyszał na koniec.
- Przyjadę.
W międzyczasie wrócili od sióstr.
- Jak tam? – zapytał.
- Przestraszyły się. Nic z tego.
- Przestraszyły się jej? Słabo argumentowałeś.
Dziewczyna rzeczywiście wyglądała dziś znacznie lepiej.
- Szefie, robiłem co mogłem. Co z nią robimy?
- Ma czekać. Jadę do Monaru.
- Do piętnastej mam wychowawców. Zamykamy internat.
- Czekać – powtórzył.

(6)
- Pan wie, że to w głównej mierze od niej samej zależy – kierowniczka i zarazem terapeutka podchodziła do sprawy pragmatycznie – mamy w ośrodku pewien rygor, podział obowiązków, ścisłe przestrzeganie reguł, indywidualne i grupowe konsultacje, wzajemną samokontrolę. Niech pan rozważy, czy dziewczynę będzie stać na takie poświęcenie.
- Rozmawiałem z nią dzisiaj rano. Jest gotowa spróbować, ale czy wytrwa? Któż może zaręczyć.
- Jakaś dodatkowa motywacja?
- Podejrzewam, że dla sądu poddanie się terapii zanim jeszcze sprawa trafi na wokandę, to okoliczność sprzyjająca dziewczynie.
- Będzie miała sprawę?
- Myślę, że tak. Miała trochę wcześniejszych grzeszków na sumieniu. Dochodzą mnie słuchy, że tym razem jej nie popuszczą.
- Jasne, z tym sądem to prawda. A przeszkody?
- dziewczyna ukończyła osiemnaście lat i dostaje alimenty. Do tej pory pieniądze dostawały matka lub babka, nie jestem pewien… i zamieniały je głównie na alkohol.
- Fatalnie. Sądzi pan, że przebywając w ośrodku tamte panie stracą źródło finansowania?
- Jestem tego pewien. Dziewczyna z tych pieniędzy mogłaby opłacać pobyt w ośrodku.
- To skomplikowane. Teoretycznie terapia i pobyt w tym miejscu są bezpłatne, bo przecież niektórzy znajdują się w tragicznej sytuacji ekonomicznej. Oni i ich rodziny. Często wyprzedawali wszystko, aby mieć za co się zakłuć. Staramy się o refundację kosztów z samorządów w miejscu zameldowania delikwenta, korzystamy z dotacji, ale są też rodziny zamożne, dla których zdrowie ich dziecka jest najważniejsze i niemal w całości pokrywają one pobyt tutaj.
- Obawiam się, że w tym przypadku będzie wręcz przeciwnie.
- Sadzi pan, ze będą dziewczynę odwodzić od leczenia tylko po to, aby korzystać z jej pieniędzy?
- Tak właśnie myślę.
- A pan? Pan jako szkoła, jak to organizacyjnie przeprowadzi?
- To specyficzna sytuacja. Jeszcze takiej nie przerabiałem. W warunkach zamkniętego ośrodka trudno mówić o nauczaniu indywidualnym. Można temu zaradzić stosując cos w rodzaju nauki na odległość. Można przejść na zadawanie tematów do samodzielnego opracowania poprzez internet. Przywiozę z sobą komputer dla niej. Mogłaby przyjeżdżać na konkretne sprawdziany.
- Jest pan optymistą, choć, nie powiem, zdarzało się, że szliśmy na ustępstwa, pozwalaliśmy na zdawanie egzaminów zewnętrznych. Ale musi pan zrozumieć, że głównym naszym celem jest walka z nałogiem, terapia, która daje na to szansę. Nie każdemu z naszych podopiecznych pozwalamy na przebywanie poza ośrodkiem przez jakiś czas poza absolutnie wyjątkowymi sytuacjami losowymi, inni natomiast mogą na ten przykład udawać się do wioski po zakupy. To kwestia naszego zaufania do każdego z wychowanków z osobna oraz od ich odpowiedzialności.
- Rozumiem. Widzę, że pozwalacie w ośrodku palić.
- Tak. Nie ma sensu dodatkowo potęgować trudności z jakimi się tutaj spotykają. To, proszę pana, chorzy ludzie. Trzeba o tym pamiętać. Ma pan jeszcze jakieś pytania? Aha, musi pan wiedzieć, ze taka kuracja, aby mogła przynieść skutek, jeśli nie w postaci wyleczenia, to zaleczenia z nałogu trwa u nas dwanaście miesięcy. To bardzo obciążające dla organizmu młodego człowieka, nawet wtedy, gdy jest on zdeterminowany odbyć cała kurację.
- Zdaje sobie z tego sprawę, ale oczywiście nie mogę ręczyć za moją wychowankę.
- Nawet niech pan nie próbuje. To co, przyjedzie pan w poniedziałek?
- Postaram się być o dziewiątej.
- A nie żartuje pan z tym komputerem?
- Przywiozę komputer.

(7)
- Sorze, na słowo.
- Co ty tu robisz, Ewka?
- Przeziębiona jestem. Poprosiłam Z., abym mogła zostać na weekend. I… wie pan, mam sprawdziany z fizy i chemii, a wie pan, jaka ona jest… nie odpuści.
- No, niestety. Nie przełoży i nie da się ubłagać. 
- Sorze, ja zostanę z Elizą. Wezmę ją do swojego pokoju. Wychowawczyni już mówiłam. Miała panu powiedzieć, ale sama chciałam.
Był przyjemnie zaskoczony. Podeszła do niego, kiedy jadł obiad na stołówce. Czyżby znalazło się rozwiązanie?
- Nie boisz się… z nią?
- Co też pan, sorze. Ona nie jest taka zła. Pogubiła się.
- Ewka, ale ja nie chce obarczać cie problemami, na jakie nie zasłużyłaś.
- Dzisiaj ona, jutro ja. Każdy ma jakieś problemy.
- Oby nie tego rodzaju.
- Spokojnie. Chyba zna pan mnie na tyle i wie, że nie zrobiłabym panu takich numerów. Internat może być zamknięty. Dam sobie radę. Tylko poproszę o numer pana telefonu, gdyby co.
Podał jej.
- Dziękuję ci. Będę od czasu do czasu zaglądał. Mam klucz. A teraz się trochę prześpię. Głowa mnie rozbolała.

(8)
- Niech pan tego nie robi, proszę pana, dyrektorze.
- Chłopcy, sprawdzony? Tak? Tylko ostrożnie, nie potłuczcie go po drodze.
Przez chwilę stał w bezruchu, nie rozumiejąc, czego od niego chce sekretarka.
- O co chodzi, pani Wiesiu?
- Organ prowadzący upomni się o ten komputer.
- Przecież to jeden z tych 22 szwedzkich komputerów, jakie dostaliśmy w darze.
- Nie szkodzi. Radzę panu, jeszcze ktoś przymilny doniesie. Tutaj ściany mają uszy. W dodatku nie wszyscy dobrze oceniają to, że zajmuje się pan tą smarkulą.
- Pani Wiesiu, przecież pani doskonale wie, że te komputery to ja osobiście załatwiłem, a organ prowadzący ani odrobiny w tym nie pomógł.
- Ale to majątek organu.
- Mam gdzieś organ.

(9)
Wracał do szkoły z mieszanymi uczuciami. Pierwsze wrażenia jakimi dzielił się z nim psycholog po rozmowie z Elizą nie napawały optymizmem.
- Dziewczyna wydaje się być rozbita, ale też, co gorsza, nie jest przyzwyczajona do porządku i odpowiedzialności. Powiem inaczej, sprawia wrażenie osoby odpornej na perswazje, a wyłączywszy problem narkotykowy, myślę że potrzeba jej więcej czasu na aklimatyzację.
- Czy jest to nietypowe zachowanie? – zapytał.
- Mieści się w normie, choć jest na granicy postawy gwarantującej w miarę skuteczne poddanie się terapii.
Zastanowił się.
- Ale proszę zachować spokój. Jesteśmy tu po to, aby mierzyć się z najtrudniejszymi przypadkami.
- Dlatego też właśnie do was wyciągnąłem rękę.
- Z tego, czego się od niej dowiedziałem podczas przeprowadzonego wywiadu oraz biorąc pod uwagę sugestie pani kierownik, obawiam się, że przez najbliższe dwa miesiące nie powinniśmy jej pozwolić na jakikolwiek kontakt z zewnątrz. Ma się rozumieć, że pan może ją odwiedzać. Zdaje się, że jest to potrzebne dla wykonania pewnych czynności prawnych.
- To dużo powiedziane. Tuż przed przyjazdem do ośrodka złożyła wniosek o wydanie dowodu osobistego. Będę też chciał, aby zalożyła konto w banku.
- Stara się pan o wszystkim pamiętać.
- Staram się.
- Niech pan będzie dobrej myśli.
- Jestem.

(10)
- Panie dyrektorze, dlaczego odesłał pan moją wnuczkę do zakładu?
Siedziała wygodnie w fotelu, trzymając w ręku laskę, którą co jakiś czas uderzała w nogę ławy.
- Zawiozłem ja tam, droga pani, ale to była jej decyzja – odparł.
- Nic mi nie mówiła. Ani mnie, ani matce.
- Eliza dzwoniła do pani przy mnie i informowała o swojej decyzji – przypomniał.
- Telefon to nie wszystko. Jeden telefon. Co powiedzą na to sąsiedzi, że Eliza jest u czubków.
- Pani wnuczka przebywa w miejscu, w którym zostanie poddana fachowej terapii odwykowej.
- Panie dyrektorze… ona pierwszy raz. To dobre dziecko. Ktoś musiał jej podrzucić to świństwo.
- Z tego, co mówiła, to raczej wykluczone. Należy się cieszyć, że zdecydowała się poddać leczeniu.
- Pewnie, że się cieszę, ale za szkoły to pan ją wyrzuci.
- Nie mam zamiaru jej wyrzucać, choć w chwili obecnej nauka musi ustąpić kuracji.
- To takie dobre dziecko.
- Wie pani, że  już dwa dni po tym, jak została nasza uczennicą, przyszła do szkoły pobita i dlatego znalazła się w internacie?
Kobieta dwukrotnie mocno uderzyła laską w nogę ławy, przy której siedziała.
- No przecież ja jej nie pobiłam.
- Wiem, zrobił to konkubent matki.
- Panie… tam… posprzeczali się. Eliza tez ma mordę od ucha do ucha.
Zastanowiła się i spokorniała.
- Pogodziliby się, a tak, nie mogą. Dzwoniłam do tego ośrodka, a tam mi mówią, że przez dwa miesiące odwiedzin nie będzie. Więc jak? Ja już nie mam do niej żadnych praw?
- No, wie pani, Eliza jak raz skończyła osiemnaście lat, więc pod względem prawnym…
- Ale panie… ona alimenta dostawała od ojczulka, co za granicą siedzi.
- Myślę, że dalej będzie je otrzymywała, póki kontynuuje naukę, a skreślona z listy uczniów nie została.
- Panie dyrektorze, a te pieniądze? Ja stara jestem, biedna… dotąd sobie z nimi radziłyśmy… a teraz, skoro ona tylko będzie dostawać, to przepije jeszcze w tym ośrodku. Wie pan sam, ile teraz same podręczniki kosztują.
Gubiła się w poprawnym formułowaniu wypowiedzi i podnosiła głos. Nie mógł się powstrzymać, aby jej nie przygadać.
- Wie pani, że z chwilą, kiedy się stała naszą uczennicą, wszystkie podręczniki  otrzymała za darmo. Wypożyczyła je z biblioteki.
- To nic pan nie zaradzi?
Widział jak powoli pasuje i nie starcza jej argumentacji.
- Proszę o cierpliwość. Jeśli wnuczka uzna, że bardzo potrzebne są pani pieniądze, z pewnością je pani przekaże. To bardzo dobre dziecko.

(11)
- Jak tam nasza opozycja, panie Marku?
Biblioteka była miejscem, w którym od czasu do czasu toczono spory podobne tym, jakie odbywały się w pokoju nauczycielskim. Marek próbował je wygaszać, lecz najczęściej bezskutecznie.
- Działa, panie dyrektorze, działa.
- Nie zostawiają na mnie suchej nitki?
- Może nie aż tak – hamował destrukcyjne uczucia bibliotekarz – po pierwsze, zarzucają, że przyjął ją pan do internatu… przyjął pan narkomankę.
- Przecież pan wie, że nie przyjąłem narkomanki a dziewczynę pobitą przez konkubenta matki.
- Ja o tym wiem, tłumaczę… a oni, że w ogóle pan nie powinien jej przyjmować.
- Czyli powinienem stosować indywidualne kryterium przyjęć do szkoły. Powiem panu cynicznie: przecież ta niechciana Eliza musi gdzieś się uczyć. Dostosowaliśmy jej zawód, aby miała jak najmniej zaległości.
Bibliotekarz Marek westchnął głęboko. Chociaż w bardzo wielu kwestiach miał bardzo często inne zdanie co do meritum sprawy, w tej sprawie zgadzał się z dyrektorem. Obaj wiedzieli, że gdyby przyjmować do ich szkoły uczniów, wobec których rokowania odnośnie zachowania i sposobu prowadzenia się były pozytywne i łatwe do przewidzenia, należałoby zrezygnować z jednej trzeciej „inwentarza”. najgorsza rzecz to ta, że przypadek Elizy K. nie służył rekrutacji na rok kolejny.
- Opozycja uchwyciła się tego przylądka i z tej perspektywy ocenia cała sytuację – kontynuował Marek.
- Myśli pan, że tego nie wiem. Już polecieli o tej sprawie w mediach. My tymczasem róbmy swoje, a opozycja niech się wykaże modyfikując program wychowawczy, bo jak zwykle zostanę sam z tą papierkową, bzdurną robotą.
- A tu pan ma rację. Z samego jątrzenia nie przybędzie korzyści.
- A co nasza ukochana opozycja mówi na temat tego  psa, co dwa tygodnie po wydarzeniu nie znalazł jednak żadnych narkotyków w szkole.
- A tu zdania są podzielone.
- No, proszę.
- Jedni mówią, że należałoby tę informacje wykorzystać do tego, aby powiedzieć: tak, mieliśmy narkotykowy problem, lecz był to przypadek jednorazowy i działamy w dobrym kierunku.
- A inni?
- Inni pieją, że taki pies do poszukiwania narkotyków, skądinąd sympatyczne bydlę, to nadużycie praw szkoły względem uczniów, naruszenie swobód obywatelskich i że jest to kara jaką ponoszą niewinni uczniowie za nieodpowiedzialny postępek narkomanki.
- Proszę, jakie piękne, pedagogiczne podejście do problemu.
- O tym psie to już w prasie napisali.
- Wiem, czytałem. Obiektywnie.
- A zaraz potem zrobiono kampanię na cały powiat. W końcu narkotyki w szkole to chwytliwy temat. Dziennikarze przychodzą z zapytaniem do dyrektorów szkół  na terenie całego powiatu: „czy w waszej szkole istnieje problem narkotyków i jak sobie z nim dajecie radę?”.
Bibliotekarz Marek zawsze był na bieżąco z medialnymi faktami i to nie tymi z ostatnich tygodni czy dni ale godzin.
- I co wynika z tych wywiadów? Mam zgadnąć?
Marek uśmiechnął się.
- Obaj znamy odpowiedź. „U nas nie było, nie ma i nie będzie narkotykowego problemu – szkoła jest do tego przygotowana. Nasz program wychowawczy oraz profilaktyczny, nasze zapisy statutowe oraz kontakty z poradnia psychologiczno-pedagogiczną dają nam podstawę sądzić, że w przypadku zaistnienia tego problemu, pomimo pracy wychowawczej, jaką szkoła prowadzi bezustannie, damy sobie radę z narkotykami.” – zacytował fragment z elektronicznej wersji dziennika.
- Czy w trójce też byli?
- To jest właśnie fragment wypowiedzi pani dyrektor z trójki.
Dyrektor uśmiechnął się… no, może bardziej roześmiał, aniżeli uśmiechnął.
- Panie Marku, w rozmowie ze mną Eliza mówiła, że właśnie w trójce o narkotyki najłatwiej. Niemal każdy narkotyk po przystępnej, jak na miasto, cenie.
- A więc, pod dywan, panie dyrektorze?
- Pod dywan, panie Marku. A po gimnazjach sam pojeżdżę podczas rekrutacji… z młodzieżą, rzecz jasna – uzupełnił.



(12)
- Chodzi mi o to, panie dyrektorze, aby użył pan swoich wpływów i zagwarantował, żeby pieniądze z alimentów trafiały jedynie na osobiste konto Elizy oraz aby w przypadku wspierania materialnego lub rzeczowego matki dziewczyny nie uwzględniano jej wniosków umotywowanych kosztami utrzymania córki.
Dyrektor MOPS-u zdawał się być człowiekiem ambitnym i pełnym zapału do pracy, a ponieważ od niedawna zajmował stanowisko dyrektora sprawa Elizy K. jak najbardziej nadawała się do tego, aby poważnie zaistnieć na swym urzędzie jako osoba kompetentna i odpowiedzialna za rozwiązywanie trudnych i drażliwych problemów społecznych na terenie miasta. Wydawało się, że istotnie Igor M. wykazywał spore zainteresowania losem podopiecznych oraz zawsze znajdował czas dla przyjmowanych przez siebie interesantów. Poświecił go również dyrektorowi szkoły, dla którego chował coś w zanadrzu na ostatni moment rozmowy, kiedy powiedziane będzie wszystko, co miało zostać powiedziane.
- Mówi pan, że założyła przy panu własne konto.
- Nie inaczej. To akurat najprostsza sprawa. Ma dowód, konto, opiekę i terapię.
- I jak jej idzie? Stara się?
- Jest trudno, ale mam informacje, że znajduje czas na naukę. Ma zresztą wszystkie podręczniki, jakich jej potrzeba. Być może zbyt wiele telefonów z domu dostaje. Rozumie pan, w jakim kontekście to mówię?
- Pewnie wciąż im chodzi o pieniądze. Nagabują ją.  To ciężka rodzina do współpracy. Ale oczywiście może pan na mnie liczyć. Wie pan, dyrektorze, chciałbym, abyśmy się posunęli o krok dalej.
Słuchał zaciekawiony.
- Można by pomyśleć o pewnym planie, eksperymentalnym programie adresowanym do młodych ludzi, którzy pogubili się w życiu, weszli w nałóg, mieli przykre kontakty z policja i prawem, ale podjęli kurację, chcą się uczyć i wyjść z tego zaklętego dołka, chcą wreszcie zerwać z kryminogennym towarzystwem i rozpocząć nowe życie. Ale wtedy napotykają kolejny problem: jak zaistnieć w nowej sytuacji? jak się utrzymać? gdzie znaleźć pracę? gdzie zamieszkać? a własna rodzina jaką chcieliby założyć? Takim ludziom, wiemy obaj, powinniśmy pomóc. I nie może to być jedynie pomoc doraźna czy wsparcie psychologiczne. Tu trzeba czegoś więcej. Należałby sprawić, aby miasto partycypowało przez pewien czas w znalezieniu mieszkania i pokrywaniu, w pierwszym okresie, kosztów ich obsługi dla takich młodych ludzi, którzy stoją na rozdrożu. To w dalszej perspektywie się opłaci. Miasto powinno pozyskiwać prywatnych przedsiębiorców, którzy mogliby przynajmniej odnowić lub wyremontować znalezione mieszkania. Wie pan doskonale, że taki młody człowiek na starcie, dodajmy człowiek, który praktycznie rozpoczyna o zera, nie ma szans na zagospodarowanie się; jeszcze nie zarabia na siebie, a przecież nie możemy go pakować do rudery i cieszyć się z tego, że lepsze to, niż noclegownia, niż śpiwór i mieszkanie pod mostem. Należy opracować porządny program i pozyskać środki na jego realizację z ministerstwa. Niech pan się nie obrazi, panie dyrektorze, ale chciałbym, aby nasza Eliza była takim królikiem doświadczalnym, na którego przykładzie dokonywalibyśmy wielkie dzieła.
Słuchał szczerze zafascynowany. Podzielał jego opinię, choć zdawał sobie sprawę, że na drogę marzeń i planów, dziwnym biegiem okoliczności, zawsze ktoś zwali drzewo.
- Zgodziłby się pan być opiekunem społecznym Elizy? Od czegoś trzeba zacząć, a pan, jako dyrektor szkoły ma wiele do powiedzenia w kwestiach wychowawczych  uczennicy. To oczywiście kolejny obowiązek.
Skinął głową.
Dziewczyna weszła i usłyszała przedstawiona w skrócie godzinną rozmowę, jaka z sobą odbyli dyrektorzy, po czym spisano umowę.
W drodze powrotnej do ośrodka Eliza poprosiła, czy może jej kupić w cukierni dwa ptysie; jak dostanie pieniądze – odda.
Umazała się cała kremem. 

(13)
- Sąd dziękuje panu za obszerne przedstawienie wiedzy, jaką posiadł pan w niniejszej sprawie. Jeszcze tylko parę kwestii.  Czy oprócz tego wydarzenia, mam na myśli odkryciu przy pozwanej narkotyków w postaci trzech saszetek narkotyku o nazwie amfetamina, o wadze… (proszę sprawdzić i dodać - do stenotypistki)… gram… albo inaczej… (proszę wyszczególnić wagę każdej z saszetek z osobna), czy oprócz tego wydarzenia pozwana sprawiała jakieś inne problemy wychowawcze, czy zachowywała się w jakiś szczególny, nielicujący z rolą uczennicy sposób?
- Nie, wysoki sądzie, ani ja osobiście takich zachować nie stwierdziłem, ani też nie słyszałem o nich z ust nauczycieli i wychowawców.
- Czy jako dyrektor szkoły podtrzymuje pan wolę przyjęcia do szkoły uczennicy Elizy K. po odbytym przez nią leczeniu w ośrodku Monar w K.?
- Tak, wyrażam taka gotowość. Eliza K. jest nadal uczennica naszej szkoły.
- Wobec tego sąd dziękuje panu. Może pan zostać na sali, bądź też

(14)
Nie pamięta wysokości wyroku, poza tym, że zapadł zgodnie z intencją obrońcy z urzędu w formie zawieszenia kary na okres próbny, przy czym sędzina podkreśliła, że wpływ na to miało dobrowolne poddanie się przez Elizę kuracji oraz deklarowana przez nią chęć kontynuowania nauki.
Na korytarzu uścisnął jej dłoń. Odeszli na stronę na jej wyraźna prośbę.
- Wie pan… zakochałam się w panu. Kocham pana.
Starał się nie dawać po sobie poznać, że usłyszał przed momentem słowa podyktowane niewątpliwie emocjami. Musiał jednak zareagować.
- Elizo, mylisz pojęcia. Nie robiłem tego z miłości do ciebie. Chcę tylko tego, abyś rzuciła raz na zawsze to gówno i wróciła do nas.

(15) Epilog
Eliza nie wytrwała w postanowieniu. Głównie za sprawą matki i babki, które nie mogły dopuścić do tego, aby dziewczynie do reszty wyprano w ośrodku mózg.
Pewnego dnia, przed Bożym Narodzeniem, uległa namowom specyficznie kochających ją kobiet i przerwała leczenie. Nie wróciła już do narkotyków, ale zaczęła pić. Któregoś wieczoru, będąc pod wpływem alkoholu naubliżała legitymującym ją policjantom i dotkliwie skopała ich radiowóz. Znów sprawa w sądzie. Karę odwieszono i skazał dziewczynę na dwa lata bezwzględnego pozbawienia wolności.
Opozycja w szkole triumfowała.
Na cztery miesiące przed odbyciem kary Eliza napisała do dyrektora szkoły list, w którym poinformowała go o możliwości warunkowego skrócenia kary za dobre sprawowanie. Prosiła o wystawienie jej pozytywnej opinii i potwierdzenie deklaracji o gotowości przyjęcia jej ponownie do szkoły, aby mogła zdać maturę i zdobyć zawód technika.
Dyrektor napisał stosowny list do władz więziennych.
Dziewczyna wyszła na wolność pod koniec sierpnia. Już po kilku dniach stawiła się w szkole, dołączając do klasy maturalnej.
Opozycja szalała.
Matka i babka nie pojawiały się w szkole ani w czasie, kiedy Eliza odbywała karę, ani też podczas całego roku szkolnego, gdy dziewczyna kończyła naukę.
Komputer został w ośrodku na pamiątkę, a do tej pory pewnie umarł ze starości.
Eliza zdała maturę i egzamin potwierdzający kwalifikacje zawodowe najlepiej spośród uczniów klasy, do której chodziła.
Ostatnio uzyskała tytuł licencjata z resocjalizacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz