Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

19 marca 2015

GENUEŃSKA PRZYGODA

Mój anioł stróż miał w Genui wychodne, o czym przekonałem się już w nocy, podjeżdżając pod sam port na Via de Martina, gdzie na drugim piętrze okazałego budynku (wjeżdżają tam nawet duże ciężarówki) mieściła się moja firma.
Noc pozostawiła mnie na zewnątrz firmy, na uboczu, niemal pod samą latarnia morską, w miejscu tyleż ustronnym, co uwielbianym przez ćpunów, alfonsów, prostytutki i wszelkiej maści "typów" spod ciemnej gwiazdy i nadmorskiej latarni.  Nie mogąc przekonać się co do intencji nachodzących mnie gagatków, penetrujących bystrym wzrokiem peżocika od każdej z możliwych stron świata, postanowiłem oddalić się od portu, zajeżdżając bliżej centrum, pod odnalezioną stację paliw. Pierwszy raz zdarzyło mi się ewakuować spod firmy w ten sposób, ale podobno każdy ma swój pierwszy raz. Mniejsza o własne bezpieczeństwo – złego szlag tak szybko nie trafia – ale na krypie miałem półtorej tony aromatycznej kawy Segafredo od Zanettiego, a to towar stosunkowo atrakcyjny we Włoszech.
Rankiem powróciłem pod firmę, rozładowałem się i stwierdziłem brak powietrza w tylnej oponie autka. Zjechałem z drugiego piętra na pierwsze, bo drugie niezadaszone, a pomimo śródziemnomorskiego klimatu chłostał mocno twarz wiatr z deszczem i przystąpiłem do wymiany koła. Niestety, mając wychodne, mój anioł stróż nie przewidział, że śruby w kole potrafią tak się zapiec, że żadna ludzka ręka nie pomoże. Dzwonię do Polski na assistance, powiadam co i jak, podaję swoje namiary i po pół godzinie dzwoni pani Marina, po angielsku, dopytując się szczegółów. Jeszcze jeden telefon od niej i po godzinie przyjeżdża zdezelowanym fiacikiem spec od wymiany kół. Mocujemy się ze śrubami we dwóch moim kluczem, bo jego „krzyżak” nie pasuje. Męczymy się jakiś czas, klucz peżocika zmienia nieco kształt, śruby nie ustępują. Fachowiec każe mi podjechać do warsztatu z etykietą „Pirelli”, co czynię na resztkach powietrza. Tam żegnam się z pomocnikiem drogowym, a sam czekam dwie godziny na otwarcie zakładu po dwugodzinnym lanczu. W końcu, o czternastej trzydzieści wjeżdżam do warsztatu a mechanik przy pomocy klucza napędzanego sprężonym powietrzem odkręca felerne koło, zakłada zapas, dopompowuje do 4 atmosfer każde z kół, ja daję szefowi mechanika 10 euro i jadę po załadunek pod Turyn. Niestety, nie mogę zdążyć na czas. Załaduję się o ósmej rano.
Genua to piękne miasto ciągnące się wzdłuż rzeki do morza, z wielkim portem. Mnóstwo ulic i uliczek, tarasowe osiedla na zboczach dosyć pokaźnych wzniesień. W miarę czysto i… cholernie dużo prostytutek w nocy, tak około pierwszej. Nie skłamię: przy porcie 9 na 10 „człowieków” to panie specjalizujące się w tym starym, renomowanym zawodzie. Nie powiem, całkiem przystojne, bez obciachu, zgrabne i urodne… ale… nie dla mnie. Do mnie nie pasują, bo przystojny nie jestem.

3 komentarze:

  1. Tak to już bywa, że z opon schodzi powietrze i to wtedy, gdy nie powinno. Panie lekkich obyczajów znajdują się wszędzie bez względu na to, gdzie się jest.
    Nazwa Genua zawsze kojarzy mi się z moją nauką języka łacińskiego, bo genu oznacza kolano, a jego odmiana jest dość skomplikowana, o ile jeszcze pamiętam, jest to piąta deklinacja. Mogę się jednak mylić.
    Serdecznie pozdrawiam.
    P.S. Zaraz poszukam mego zeszytu z łaciny i sprawdzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety, pomyliłam się, bo jest to czwarta deklinacja i należą do niej rzeczowniki typu genu, cornu, manu.
    Jak to dobrze nie wyrzucać zeszytów ze studiów. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ojoj, pozapominałem, niestety, choć lubiłem, także "samoucząc się"; ostały się sentencje, które pamiętam, a najśmieszniejsze było to, że od czasu do czasu, będąc jeszcze w dyrektorskim fachu, używałem ich często podczas tzw. posiedzeń "sowietów" i spotykałem się z tym cudownym niezrozumieniem, co, nie zaprzeczę, jako przekorny złośliwiec, bawiło mnie niepomiernie :-)

      Usuń